Poznanie swojego typu osobowości pozwala na ukierunkowanie własnej kariery zawodowej. Każdy z nas ma inne predyspozycje do wykonywania poszczególnych zawodów. Mając informacje o sobie, można lepiej sterować swoją karierą. Istnieje wiele testów pozwalających na określenie swoich cech osobowości. Jednym z nich jest test Myersa-Briggsa. Dowiedz się, na czym on polega.
Czytaj więcej
Prentice Mulford – nieco zapomniany genialny amerykański samouk odegrał kluczową rolę w rozwoju popularnego prądu filozoficznego o nazwie New Thought. Jego twórczość czytana była na całym świecie wszędzie tam, gdzie żywe były ideały bliskie amerykańskiej wierze wpływu człowieka na własny los. Prezentujemy fragment jego książki – „Przeciw śmierci”, która niedawno ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki.
Czytaj więcej
Idę czytać do wanny – nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu – podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.
Czytaj więcej
Na pewno macie, mieliście lub będziecie mieli takiego sąsiada. Sąsiada remonciarza. Człowieka w szale niekończącego się udoskonalania własnego mieszkania. Raczej w godzinach popołudniowych, z ostatnim wierceniem tuż przed ciszą nocną, w weekendy raczej od rana, raczej odkąd pamiętacie, raczej mu tego nie zapomnicie. Na korytarzu, co prawda, przepisowe „dzień dobry”, lecz w wyobraźni mord. Mord, który w wymyślności przybiera na sile, gdy próbujecie po pracy zrelaksować się we własnych czterech ścianach, a zza jednej z owych ścian szur-szur, stuk-puk, wrrrr, wrrrr, ziu-ziu!
Mam takiego sąsiada, właściwie sąsiadkę. Remonciarę, która prócz hałasu wprowadza do mojego życia dodatkowy dyskomfort w postaci wyrzutów w oczach żony, która od czasu do czasu przenosi spojrzenie ze mnie na obluzowane szafki czy cieknący kran. A ja przecież powinienem mieć prawo po pracy odpocząć, a nie nadal pracować? I prawo, owszem, mam, ale możliwości – nie.
Moja remonciara jest bowiem niezwykle zawzięta, do tego potrafi obsługiwać ogromną liczbę urządzeń. Podejrzewam, że części z nich nigdy nie widziałem na oczy, w związku z czym nadałem im własne nazwy. Słyszę więc: wiertarko-skrobarkę, piłę kulistą, zasysacz podtynkowy, pług do parkietu oraz udar mózgowy (tego nienawidzę w szczególności, wbija się w głowę i nie wychodzi, nawet gdy rzeczywisty udar przestaje działać). Moja remonciara potrafi też jednocześnie wiercić, stukać młotkiem i piłować. Nie wiem, jak przez chwilę myślałem, że zaprasza kogoś „na remoncik”, ale nie, żona potwierdza – nikt jej nie odwiedza. Osobną kategorią są szurania. Szurania meblem wagi ciężkiej i średniej, szurania dywanowe i krzesło-stołowe oraz drobne „szurki” wagi piórkowej.
Wytrzymałem trzy lata. „Idę do niej” – oznajmiłem żonie pewnej soboty. „Co powiesz?”. „Czy ma trochę soli” – wymyśliłem na poczekaniu. Poszedłem. Zapukałem, raz, drugi. Z wnętrza dały się słyszeć, a jakże, posuwiste „szury”, kilka stuknięć młotkiem. Wreszcie otworzyła. Nie ukrywam, spodziewałem się wnętrza nabitego do granic możliwości sprzętami, półeczkami i innym badziewiem, a było pusto. Zdębiałem. Sąsiadka w kraciastej koszuli z podwiniętymi rękawami zaprosiła mnie do zupełnie białego i zupełnie pustego wnętrza. Stałem z otwartą gębą, a ona napawała się moim osłupieniem. Potem zapytała o cel wizyty. „Sól? Oczywiście”. Dotknęła ściany, z której bezgłośnie wysunęła się długa wąska półeczka z przyprawami. Wręczyła mi słoiczek. „Wszystko tu tak się… otwiera?”. „Owszem” – odparła dumnie. – „Właśnie skończyłam”. I pokazała mi: łóżko, telewizor, półki z książkami, nawet kuchenka – to wszystko wyjeżdżało ze ścian. Robiło wrażenie. Niestety, nie wszystko schowało się z powrotem. „Jeszcze nad tym pracuję” – oznajmiła.
O, tak, ona jeszcze nad tym pracuje. Raczej popołudniami, w weekendy od rana, kończy tuż przed ciszą nocną. A ja jej po cichu kibicuję. No i zabrałem się za własne szafki, nawet kran. Zastanawiam się też nad pewnymi udoskonaleniami. Na początek jakiś drobiazg, ot, samosprzątające się biurko…
Czytaj więcej
Zadzwonił do mnie znajomy, który od kilku tygodni kieruje transportami broni i leków do miejsc walk w Ukrainie. Dopytuję go o szczegóły wojennej rzeczywistości.
– Wiesz, jak to na wojnie. Trupy wszędzie – odpowiada.
– Ale widziałeś je z samochodu?
– No nie. Jak nosisz skrzynie ze sprzętem, to czasem musisz przejść nad zwłokami.
– Dla mnie byłoby to trudne.
– Tak sobie właśnie pomyślałem. Jakby tu Majewska była, to zaraz by histerie odstawiła, szczególnie gdybyś zobaczyła te ciała dzieci.
Po czym ponad godzinę szczegółowo opowiadał mi o tym, co widział, „perspektywą Majewskiej”, puentując: „No, ale wiesz, jak chcesz pomagać, to musisz być twarda”. On sam w swojej opowieści mógł wpisać siebie w szufladkę twardziela, bo to, co się w niej nie mieściło, czyli emocje, empatia, wrażliwość, przypisał mnie. Jego percepcja skonstruowała sobie scenę zdarzeń, na którą mnie zaprosił, i swojej opowieści dał mój głos. Nadal to była jego opowieść, ale przypisana mojemu widzeniu świata.
Inna sytuacja. Na kanapie śpią zmęczone długim spacerem moje psy. Ja z trójką znajomych pijemy kawę. W pewnym momencie koleżanka patrzy na Kefira: „Zobacz, jaki on smutny. Odkąd wzięłaś Harleya do siebie, ten pies niknie w oczach. Ma depresję, bo nie poświęcasz mu tyle czasu, co kiedyś. Taki zagubiony się czuje i niepotrzebny”. Czy na pewno jest to opowieść o emocjach mojego psa, czy raczej kontekst sytuacyjny znany mojej znajomej, że adoptowałam kolejnego sierściucha, uruchamia w niej jej własne emocje, które znajdują ujście dzięki ujęciu ich z punktu widzenia Kefira?
Ponoć tylko my ludzie mamy taką umiejętność przyjmowania cudzej perspektywy. Mój pies, owszem, może mi pokazać, gdzie leży jego piłeczka, ale już nie potrafi mi powiedzieć, czy leżała ona wczoraj w tym samym miejscu, albo nie potrafi zapytać, o której wrócę z pracy. Zdolność konstruowania rzeczywistości innej niż ta dziejąca się tu i teraz ma nas odróżniać od zwierząt. Z tej przyczyny nie ma zapewne psiej Tokarczuk czy kociego Twardocha. Jest za to możliwość przeżywania czegoś bardzo trudnego przez mojego znajomego, który był naocznym świadkiem ludzkiego dramatu za pomocą perspektywy kogoś, kto obserwuje tę wojnę jedynie za pomocą mediów i rozmów ze świadkami. Co mu to daje? Pozwala zachować dystans, bo przecież – w jego przekonaniu – to moje przeżywanie zdarzeń. Projektuje je na mnie i w ten sposób dalej może o sobie myśleć w kategoriach kogoś, kto potrafi na zimno przeżywać trudne obrazy, a równocześnie dać upust swoim emocjom.
Mój pies, gdy mu jest źle, przychodzi i kładzie mi łeb na kolanach. Nie potrzebuje też niczyjej zgody na machanie ogonem i przyniesienie piłeczki. Okazuje się, że to, co dla psa jest oczywistością, dla wielu ludzi nie. Zanim zaproponują mi swoją piłeczkę, potrzebują „dać sobie prawo” do tej zabawy. Skonstruować fikcyjny świat, w którym tak samo bawią się „normalni ludzie”, co może znaleźć wyraz w słowach: „Słuchaj, może chodźmy i usiądźmy jak normalni ludzie na kawie na krakowskim Kazimierzu?”. Jakby potrzebowali dać sobie legitymizację, że wypicie tej kawy nie wykluczy ich z grona normalności. Sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż to się pozornie może wydawać, bo w tej kawie zabiera głos ewolucja.
Rodzi się dziecko i żeby przetrwać, potrzebuje innych, którzy je przebiorą, nakarmią, dadzą ciepło. Noworodek sobie nie poradzi, więc intuicja podpowiada mu, by uczył się „zgadywać”, czego oczekują od niego inni i co mu zwiększy jego szansę na przetrwanie we wspólnocie. Reguły każdej społeczności wyznacza i językowo definiuje norma, która językowo jest chojnie obecna w rodzinnych rozmowach. Kiedy więc matka publicznie karci nastolatka, mówiąc: „Czy ty się nie możesz normalnie zachować i zjeść tego kotleta nożem i widelcem”, to przekaz jest jasny: „Taki, jaki jesteś, czyli gdy nie używasz sztućców, jesteś poza normą, bo przecież każdy normalny człowiek zachowałby się inaczej”. Przekaz „coś z tobą nie tak” na głębszym poziomie brzmi: „Nie chcemy cię takiego. Jeśli chcesz przynależeć, to masz się zachowywać, jak trzeba”. Trzeba. Należy. Powinno się. To słowa klucze do społecznego przetrwania.
Zatem im mniej w kimś pewności, czy taki, jaki jest, jest wystarczająco dobry, tym bardziej potrzebuje skonstruować sobie taki mentalny świat w głowie, który zapewni mu, że wszystko z nim i jego potrzebami jest ok, bo przecież „Każdy/wszyscy na naszym miejscu też czerpaliby przyjemność z kawy na Kazimierzu. Bo to jest normalne”. Dopiero wtedy, gdy nadawca sam siebie upewni, że jego propozycja jest zwyczajna, a więc wpisująca się w przyjęte społecznie zachowanie, zaproponuje mi ją.
Doświadczenie mojego znajomego z Mariupola jest jego doświadczeniem osobistym, a więc jego subiektywną potrzebą, ale – jak pokazują konstrukcje językowe, których używamy – często potrzebujemy sami dać sobie zgodę na własne uczucia, szczególnie te trudne, takie jak złość, smutek, bezradność czy bezsilność. Bo może zbyt często słyszeliśmy jako dzieci, gdy dzieliliśmy się z kimś własnym zmartwieniem, żebyśmy „dali sobie spokój, kto by się takimi głupotami przejmował?”. Ale to, co nasz rozmówca wrzucił do szufladki z napisem „głupoty”, było przecież autentycznym powodem naszej troski. Gdy złości mnie czyjeś zachowanie i w trosce o naszą relację mu o tym mówię, a w reakcji słyszę, że „wydziwiam i szukam dziury w całym”, to czuję, że ten ktoś mnie nie przyjmuje z moimi trudnymi emocjami. Językowo komunikuje mi prawo do warunkowej akceptacji, że albo ja zrezygnuję ze swojego smutku czy złości i wtedy będę miała prawo przynależeć do grona normalnych ludzi, albo zostanę z tym trudnym, które się we mnie wydarza, odrzucona.
Czasem sami z lęku zaczynamy segregować własne odczucia i pozwalać sobie na te, które nas nie wykluczają. Te zaś, które społecznie są nieprzyjmowane, musimy jakoś w sobie unieważnić. Odciąć się od nich dla społecznego dobra. I coraz rzadziej ryzykujemy, by je nazwać, jeśli naszym powszechnym doświadczeniem z dzieciństwa było magiczne zdanie: „Nie przesadzaj” z dowolnym językowym rozwinięciem typu „[…] przecież ciocia Krysia żartowała, że wyglądasz jak pączek. Znasz ciocię” czy „Chyba nie wzięłaś słów wujka Zdzicha na poważnie. Nikt się nim nie przejmuje. Daj spokój”.
Nasze słowa pokazują nie tylko, jak widzimy świat, ale też jak postrzegamy siebie i drugiego człowieka. Czy czuję się wystarczająco ważna dla siebie, by dać sobie prawo do złości, gdy ktoś przekracza moje granice, czy do bezradności, gdy dzieje się coś trudnego, czy raczej mam przekonanie, że muszę „zasłużyć” na to, by przynależeć, i wtedy w imię wspólnego dobra i komfortu innych zrezygnuję z tego, co czuję, i pośmieję się z całą rodziną z własnych kłopotów z kompulsywnym objadaniem się, żebym „znowu nie zepsuła świąt i nie siedziała ze skwaszoną miną jak na tureckim kazaniu”. Przecież „każdy na moim miejscu doskonale by się bawił”, więc unieważnię w sobie to, jak bolą mnie komentarze cioci Krysi, i udam, że jestem spoko i z dystansem, żeby później inni mogli powiedzieć, jaka jestem fajna i jak to ze mną można „się normalnie pośmiać i powygłupiać”. Przyjmę ich perspektywę, w której jestem przedmiotem okrutnych dowcipów, bo taką mi wyznaczono cenę za przynależność.
Czytaj więcej
Opowieść Szeherezady o Kamarze az-Zamanie i próbie derwisza
Historia Kamar az-Zamana jest długa i opowiadanie jej zajęło Szeherezadzie kilka nocy. W dziewięćset sześćdziesiątej szóstej mówiła o tym, jak ojciec czternastoletniego Kamara sprawdzał pobożnego derwisza, którego podejrzewał, jak się okazało niesłusznie, o seksualne pożądanie pięknego dziecka. Uroda dzieci, a miał jeszcze córeczkę, napawała go lękiem. Dlatego trzymał je w ukryciu. Z pomocą żony dbał o ich edukację. Nikogo, prócz rodziców, nie widywały.
Debiut Kamara na bagdadzkim bazarze, gdzie ojciec miał sklep, wywołał powszechną admirację jego urody. A wspomniany derwisz, wpatrzony w dziecko, wprosił się do kupca w gościnę. Konflikt między potrzebą przestrzegania prawa gościnności a obawą, że syn zostanie wykorzystany seksualnie przez pobożnego gościa, rozwiązał ojciec w zaskakujący sposób. Wystawił derwisza na próbę. Ulokował gościa w pokoju z synem. Polecił mu spełniać wszystkie życzenia derwisza i zapewnił go, że będzie z ukrycia obserwował rozwój zdarzeń. Jeśli derwisz zachowa się niecnie, ojciec nadejdzie z odsieczą i, dosłownie, utnie mu głowę. Szeherezada szczegółowo opisała, jak chłopię nagabywało derwisza. I jak derwisz szukał ucieczki w modlitwie. Sporą część nocy ojciec dochodził pewności, że derwisz przebrnął przez próbę jako człowiek cnotliwy.
Nadopiekuńczość rodziców
Baśń mówi o szczególnym przykładzie nadopiekuńczości. Lęk rodzica może powodować przewlekłe ograniczanie zaspokajania ważnych potrzeb dziecka. W tej opowieści ojciec uniemożliwił dzieciom kontakty z rówieśnikami i z dorosłymi spoza najbliższej rodziny. Drastycznie ograniczył społeczne pobudzanie rozwoju. Nieoczekiwane wystawienie dziecka na ryzyko uwiedzenia, w warunkach wątpliwego zapewnienia mu bezpieczeństwa przez podglądanie, skłania do refleksji nad nieświadomymi motywami działania ojca.
Teoria nieświadomych delegacji Helma Stierlina
Z pomocą przychodzi teoria nieświadomych delegacji rodzinnych Helma Stierlina. Według niej zachowania dziecka mogą wynikać nie z jego własnych potrzeb, ale być konsekwencją potrzeb rodzica, których jest on świadom. Mogą być wyrazem nieświadomych potrzeb rodzica. Gdyby zastosować tę teorię, należałoby postawić hipotezę, że nadmierna opiekuńczość ojca wynikała z jego nieuświadomionych pobudzeń erotycznych urodą syna. Podobnie jak bliskie pewności było podejrzenie, że inny mężczyzna podziwia jego dziecko z pobudek seksualnych. Zapał dziecka w uwodzeniu dorosłego, tak żywo opisany w baśni, mógłby być też wyjaśniony potrzebą spełnienia oczekiwań ojca, które według Stierlina, chociaż nieuświadomione, mają silny wpływ na działania dziecka.
Nikt nie zajął się chyba wpływem niezrealizowanych potrzeb rodziców na upodobania kulinarne dzieci. A przyjemność jedzenia płynie z tak bardzo różniących się między sobą potraw. Nawet tak prostych jak bliskowschodni humus. Niby zawsze ten sam, a jednak tak różnorodny.
Przepis na hummus
Składniki:
1 puszka ciecierzycy
5 łyżek oliwy
1 łyżka pasty sezamowej tahini
przyprawy do smaku
Ciecierzycę odsączyć i dobrze zmiksować z 4 łyżkami oliwy, pastą tahini oraz przyprawami. Może to być duży, obrany ząbek czosnku albo płaska łyżeczka zmielonego pieprzu, albo płaska łyżeczka zmielonej ostrej papryki. Przełożyć do miseczki i polać piątą łyżką oliwy. Jeść z chlebem pita. Albo innym pieczywem, albo i bez chleba.
Można oczywiście użyć ciecierzycy suszonej. Trzeba ją wtedy namoczyć na całą noc, odlać wodę, zalać świeżą, posolić i gotować do miękkości. Ten czasochłonny proces gotowania można skrócić, dodając sody oczyszczonej.
Czytaj więcej
Dobrych parę lat temu byłam zaproszona jako uczestniczka warsztatu z zarządzania sobą. Kiedy dzisiaj patrzę na to pojęcie, przez moje ciało niesie się przeciągłe „tfuuuuu!”, ponieważ idea, że mam sobą zarządzać, jakbym była jakimś ekonomem nad sobą samą stojącym, wydaje mi się dość wstrętna. Na szczęście za oknami sali biurowca, w którym odbywało się szkolenie, zielenił się właśnie stary kasztan, więc mogłam w chwilach szczególnie irytujących wędrować sobie po jego gałęziach nieobecnym wzrokiem.
Ale momentami także w sali było ciekawie. Na przykład wtedy, kiedy pojawił się temat odpoczynku. Oczywiście w świecie „zarządzania sobą” odpoczynek jest jeno narzędziem wzmacniania efektywności osobistej i optymalizacji zasobu ludzkiego, którym jesteś – krótką, daj Boże, przerwą między dawaniem z siebie wszystkiego a byciem Pracownikiem Roku. Lepiej pewnie, żeby w ogóle tego odpoczynku nie musiało być, no ale skoro już być musi, to porozmawiajmy o tym w sali, za oknem której uchował się jeden kasztan, bo cała reszta to już marmur i beton.
Prowadząca uprzejmie zaproponowała jednej z uczestniczek taką właśnie opcję – żeby czasami użyła narzędzia maksymalizacji efektywności osobistej, czyli odpoczynku – a wtedy tamta najpierw trochę się jakby oburzyła, a następnie w jej głosie pojawiło się wszechogarniające napięcie. Właściwie całe jej ciało się spięło – jak gdyby żołnierz przed bitwą, co tam żołnierz, cały batalion, stanął w gotowości bojowej.
Armaty argumentów ruszyły do akcji: odpoczynek jest niemożliwy. Nie mogę. Muszę. Nie mogę. Nie rozumiesz. Nie znasz jej. Nie znasz jego. Muszę.
Oderwałam wzrok od gałęzi kasztanowca, bo uderzyła mnie determinacja w głosie tamtej młodej kobiety, dyrektorki działu finansów z imponującą listą osiągnięć – determinacja, żeby bronić swojego zarobienia jak niepodległości. Danuta (oczywiście inaczej miała na imię) stała na straży swojego busy-busy-busy i nie chciała ustąpić. Prowadząca wpuściła się w pułapkę proponowania jej różnych możliwości odpoczynku, chociaż dla osób postronnych, dla mnie na przykład, było jasne, że Danuta grała z nią w klasyczną grę z repertuaru opisanego przez Erica Berne’a w Gry, w które grają ludzie. Danuta z prowadzącą grały w „Tak, ale…”: „Może udałoby się robić przerwy pomiędzy spotkaniami, wiesz, takie pięciominutowe, żebyś mogła chociaż za okno popatrzeć” – proponowała prowadząca. „Tak, ale przez te pięć minut między spotkaniami to ja muszę zrobić oddzwonki, bo po jednym spotkaniu to mam cztery wywołania co najmniej!” – bez trudu skontrowała Danuta. „No to może udałoby ci się jeden dzień w tygodniu pracować z domu, oszczędziłabyś godzinę na dojeździe i mogłabyś wtedy wypocząć trochę, mówiłaś, że mieszkasz koło parku!” – zapędzała się prowadząca i to był ten moment, który tak dobrze sama rozpoznawałam ze swoich doświadczeń szkoleniowych. Ten, któremu próbujesz pomóc, jest zupełnie spokojny, a Ty bulgoczesz od bezowocnych wysiłków. „No tak, mogłabym jeden dzień pracować z domu”– przyczaiła się Danuta. – „Ale spacer!? Jak ja jestem w domu i widzę, ile jest do zrobienia, to nawet nie mogę skupić się na pracy, bo mnie te brudne szyby tak denerwują”.
I tak dalej.
I wtedy to do mnie dotarło i tak już z tą świadomością zostałam: niektórzy nie chcą odpoczywać. Mówią, że są zmęczeni, ale nie chcą odpoczywać – i na nic się zdadzą wszelkie apele, połajanki, vouchery na masaż kupowane na urodziny. Oni nie chcą.
Oczywiście nie po to kończyłam psychologię, żeby zamykać wewnętrzne obrady w takim miejscu. Za każdym „nie chcą” stoją przecież motywy, losy, schematy myślenia i fascynujące wewnętrzne krajobrazy – i ja to wszystko pragnę zgłębiać, także poprzez obserwację uczestniczącą. Mam przecież w sobie taki kawałek, który czuje, że nie wolno zwolnić, że muszę, nie mogę, muszę. A że wolę, by był mniejszy, a nie większy, to najpierw potrzebuję go w sobie zrozumieć, bo z samego lamentowania nad nim niewiele mi przyjdzie.
Pierwsze ćwiczenie, które sobie zaserwowałam, było proste: siadłam na krześle na dziesięć minut. W ten prosty sposób przekonałam się, że hałas, który przypisuję światu zewnętrznemu, w istocie znajduje się we mnie samej i nie ustaje wtedy, kiedy przełączam telefon na tryb samolotowy. Po kilku minutach przyszło też napięcie podlane myślami o tym, że marnuję czas, nie przynoszę wartości dodanej – i przyszło poczucie winy. „Co tak siedzisz, Natalia, co tak nie performujesz, z czego ty będziesz żyła, nie tak cię rodzice wychowali, bank dom ci zabierze i latorośl zemrze z głodu. Bo tak siedzisz, już dwunastą minutę, miało być dziesięć. Życie sobie marnujesz, dziewczyno w średnim wieku”.
Czyli wychodzi na to, że te nasze wewnętrzne wojska, co to nas bronią przed perspektywą odpoczynku, nie bez kozery są tak oddane sprawie – w ich królestwie bowiem mamy prawo do istnienia tylko wtedy, kiedy performujemy, dowozimy cyfry i odhaczamy punkty z długich checklist. Ten, kto tego nie robi, naraża się na jakieś fundamentalne niebezpieczeństwo. Nie pracujesz = nie żyjesz.
W ten opaczny sposób bronimy siebie, swojego istnienia. Jeśli świat jest polem bitwy, nie można inaczej. Każda sekunda w strefie komfortu sekundą straconą, ryzyko niosącą!
Jest też inna optyka. Zaproponowała mi ją nauczycielka jogi, kiedy pod koniec zajęć leżeliśmy w relaksie. „Poczuj matę, na której leżysz” – powiedziała. – „Poczuj podłogę i jej stabilność. Nie spadniesz”. Coś we mnie uroniło łzę. Nie spadnę? Mogę leżeć i nie spadnę? Mogę się zatrzymać pod kasztanem, na poboczu drogi, bo ziemia pachnie po deszczu i chcę pobyć w tym zapachu, mogę się zatrzymać w pół zdania, żeby wziąć głębszy oddech, mogę usiąść i siedzieć, a świat zrobi na to miejsce, bez wysiłku? Mogę popatrzeć na swoje życie jako na przestrzeń, w której wolno mi być, w akcji albo w bez-akcji, co najmniej naprzemiennie? Naprawdę? Proszę, powiedz, że tak.
Czytaj więcej
Czy może być coś łatwiejszego niż odpoczywanie? Czy w ogóle warto się nim zajmować? Zdecydowanie tak, gdyż efektywny odpoczynek jest coraz bardziej deficytowym „towarem”.
Czytaj więcej
Pomagający też czasem potrzebują pomocy. Bowiem wspierając w trudnych momentach osoby, które przeżyły traumę, również są narażeni na doświadczenie traumy, a konkretnie wtórnego stresu traumatycznego. Dlatego istotne jest, by niosąc pomoc innym, nie zapomnieć o sobie.
Czytaj więcej
Chcemy, by nasze dzieci wiodły szczęśliwe życie, były zaradne, samodzielne, autonomiczne, by potrafiły dawać wsparcie, budując tym samym głębokie i pełne relacje z innymi. To, co jest ważne w budowaniu zdrowej autonomii, to umiejętne stawianie granic.
Czytaj więcej
Rozstania bywają tak różne, jak różne bywają związki, a związki tak odmienne, jak osoby, które je tworzą. Niekiedy zakończenie relacji to długofalowy, oparty na wzajemnym porozumieniu proces, a czasem nagła ucieczka ze związku, który nas krzywdzi. To o czym warto wtedy pamiętać, to zaopiekowanie się samym sobą, gdy doświadczamy trudnych emocji.
Czytaj więcej
Gracze giełdowi w obliczu bessy nie pozbywają się akcji. Zostały kupione za wyższą sumę niż ta, za którą można je sprzedać. Co więcej, ich ceny nadal spadają. Choć przyniosły straty, pozbywanie się ich nie wchodzi w rachubę, ponieważ istnieje nadzieja, że indeksy giełdowe pójdą w górę. Inaczej mówiąc, gracze nie chcą godzić się z bezpośrednimi stratami, licząc na ewentualne zyski w przyszłości. Wiedzą też, że jeśli zdecydują się na sprzedaż, to w jakimś stopniu przyczynią się do dalszego spadku wartości posiadanych akcji.
Inwestowanie na giełdzie to trudna sztuka. Jest ona jeszcze trudniejsza z uwagi na to, że zyski (lub straty) jednej osoby zależą od tego, co zrobią inni. Gdyby decyzje giełdowe były podejmowane tylko przez pojedynczych graczy, to wtedy można by zastanawiać się nad tym, czy znajomość wykorzystywanych przez nich reguł pozwalałaby przewidywać ich zachowania. Zyskiwaliby ci, którzy znają „psychologię gracza giełdowego”. Tak słodko jednak nie jest, gdyż obecnie innymi graczami są komputery wyposażone w algorytmy pozwalające bardzo szybko reagować na to, co się dzieje na rynku. Zapewne nie posługują się one heurystyką utopionych kosztów.
Kobiety – ofiary przemocy – mają duże trudności ze złożeniem skargi na swoich katów. Jest to szczególnie prawdopodobne wtedy, kiedy przemoc trwała dłuższy czas. Sporo zainwestowały w podtrzymywanie związku, w którym z pokorą musiały znosić tyle krzywd. Te wszystkie poświęcenia stałyby się utopionymi kosztami, gdyby kobieta oskarżyła partnera lub zdecydowała się na opuszczenie związku. Do tego wszystkiego dochodzi możliwość pogorszenia sytuacji materialnej lub też trudności w znalezieniu schronienia. Decyzja w tej sytuacji staje się ekstremalnie trudna także ze względu na to, że taka osoba musiałaby przyznać się przed sobą, że uległa przemocy i nic z tym nie potrafiła samodzielnie zrobić.
Powyższy przykład pokazuje, że tendencja do posługiwania się takim sposobem myślenia pojawia się wtedy, kiedy sprawy idą w niedobrym kierunku. Wyraźnie to widać w wypadku konfliktów zbrojnych, kiedy wysiłki mające na celu pokonanie przeciwnika nie przyniosły spodziewanych efektów. Wiele wskazuje na to, że nie da się go pokonać, ot tak sobie, że walki będą długotrwałe, a ich wynik niepewny. Dowódcy wielu armii wpadali w podobne pułapki – nie chcieli się wycofywać, kiedy mogli to jeszcze zrobić. Kontynuowali walkę, nie licząc się ze stratami. Napoleon nie zrezygnował z marszu na Moskwę, choć warunki stawały się coraz trudniejsze. W czasie II wojny światowej Hitler rozkazywał walkę do ostatniego żołnierza, choć wycofanie się stworzyłoby możliwość lepszej obrony i możliwość kontrataku.
Również inwazja na Ukrainę może być traktowana jako sytuacja sprzyjająca wykorzystaniu heurystyki utopionych kosztów. Rosja użyła dużej liczby żołnierzy, a także wykorzystała różne rodzaje broni na lądzie, w powietrzu i na wodzie. W tej chwili trudno przewidywać, jak potoczą się walki, niemniej jednak w dłuższej perspektywie czasowej straty rosyjskie będą rosły. Jednak wycofanie się w sytuacji tak wielkiego zaangażowania może być traktowane jako kunktatorstwo i przyznanie się do niepowodzenia. Dlatego im dłużej trwa konflikt, ty trudniej go zakończyć.
Gdy władzę sprawuje autokratyczny przywódca, porzucenie heurystyki utopionych kosztów może powodować spadek wiary w jego nieomylność i otwierać drogę do jego usunięcia. Z tego też względu wycofanie się w wypadku konfliktu może być szczególnie zagrażające pozycji władcy.
Czy jest jakiś sposób na zredukowanie niebezpieczeństwa związanego z heurystyką utopionych kosztów? Najprościej – zmniejszyć zaangażowanie, czyli potocznie mówiąc „odpuścić sobie”. Jednak wtedy pojawia się pytanie, po co to wszystko robiłam(-em). Przyznanie się przed sobą do błędu jest rzeczą bolesną, gdyż jak mówi tytuł książki Tavris i Aronsona Błądzą wszyscy (ale nie ja).
Czytaj więcej