Czy każdy chciałby takiej żony?

Niewykluczone, że prawdziwe jest twierdzenie, które mówi, iż zajęcie, jakiemu oddaje się człowiek, wywiera nań wpływ. Psychiatra staje się odmienny, tak jak jego pacjenci, a pediatra zachowuje w sobie więcej dziecka niż polityk. Obcują przecież na co dzień z różniącymi się od siebie częściami populacji. Zapewne czym innym objawia się wypalenie emocjonalne profesjonalistów ratujących ulatujące życie dziecka, a czym innym wypalenie stałym napięciem trzymania w rękach władzy. Jest jednak prawdopodobne, że różnice między pediatrą a politykiem istniały, zanim wybrali drogę życiową, a nawet więcej: miały wpływ na wybór. Chociaż był taki psychiatra dziecięcy, który został przywódcą politycznym i tak sprawował władzę, że został skazany przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Pediatrów jest, na szczęście, więcej niż przywódców politycznych. A jeden z nich jest, jak dziecko, wielbicielem Jana Christiana Andersena. Wśród napisanych przez Andersena bajek wyróżnia tę o mężczyźnie, który „wiedział najlepiej”. Może nie wiedział najlepiej, ale w tym przekonaniu utrzymywała go jego żona. Nie podejmowała żadnej decyzji, bo „ty, ojciec, wiesz najlepiej”. On przystawał i mówił „masz słuszność matka”. Nie była to zresztą cała prawda, bo żona decydowała jednak sama o tym, jak sprawić mężowi przyjemność i jak mu się przypodobać. Bynajmniej nie ze strachu. Po prostu tak było im dobrze. Bajka mówi o tym, jak mąż chciał sprzedać konia i zamienić go na coś innego. Żona była zachwycona. Mąż wymienił konia na krowę, krowę na owcę i nie przestał handlu wymiennego, aż został z workiem zgniłych jabłek. Żona była zachwycona i pełna ufności, że skoro tak postąpił, zrobił dobrze, bo przecież wie najlepiej.  Trudno o śliczniejszy portret tradycyjnej rodziny, którą tworzą mężczyzna i kobieta. Nie mają co prawda potomstwa, ale to on decyduje, a ona ze wszystkiego jest zadowolona. I zawsze gotowa wyrazić swoje uznanie i miłość. On, mężczyzna, pławi się w tym zachwycie jak ukochany przywódca narodu, który znajduje spokój w wyrażaniu zachwytu dla najmądrzejszego, co wie najlepiej. Przewrotny Andersen wprowadził do bajki dwóch, aż dwóch, Anglików. Nie dość, że byli bogaci, to lubili się zakładać. Założyli się z mężem, że żona go obije, kiedy wróci do domu z workiem zgniłych jabłek w miejsce konia. Stawiali worek złotych dukatów przeciw workowi gnijących jabłek. Mąż wygrał! Przewrotność Andersena nie kończy się na wygranej męża, który „wie najlepiej”. Zostajemy z fantazjowaniem o losach worka złota. Na co zostaną wymienione dukaty? Jabłka mogą być wykorzystane w kuchni na wiele sposobów. Oczywiście zdrowe. Niemal w każdym domu, w którym piecze się ciasto z jabłkami, robi się to inaczej. Może sięgnąć do tradycji Anglików (może tak samo stereotypowej jak skłonność do hazardu) i spróbować apple pie?  APPLE PIE CIASTO     30 dag mąki krupczatki 15 dag masła 2 łyżki cukru pudru 2 łyżki zimnej wody szczypta soli NADZIENIE     4 szt. duże jabłka rozpiekające się 4 łyżki cukru cynamon mielony  (niekoniecznie) SOS CUSTARD     3 szt. żółtka 3 łyżki cukru 1 opakowanie cukru z wanilią 100 ml mleka 200 ml śmietanki 30% Jabłka umyć, obrać ze skórki i pokroić w plasterki, usuwając ogryzek. Mąkę i masło wyrobić w malakserze na „piach”, dodając cukier i sól. Wlać dwie łyżki zimnej wody i wyrobić na elastyczne ciasto. Podzielić na dwie części. Każdą rozwałkować. Jedną częścią wyłożyć dno formy (przedtem wyścielonej papierem do pieczenia).  Na cieście umieścić plastry jabłek i posypać cukrem. Przykryć drugim kawałkiem ciasta. Nakłuć widelcem górne ciasto. Piec w temperaturze 150°C przez 30 minut. W tym czasie zrobić sos. Zagotować mleko z cukrem waniliowym (można użyć ekstraktu wanilii lub połowy laski wanilii; trzeba ją przekroić wzdłuż i wyskrobać miąższ). Dodać śmietankę i doprowadzić „prawie do wrzenia”. Żółtka ubić z cukrem „na puch”, to znaczy do momentu, w którym cukier się rozpuści. Ciągle ubijając, wlać do kogla-mogla gorącą mieszankę mleka i śmietanki. Podawać jeszcze ciepły pie z ciepłym sosem.
Czytaj więcej

Papryczka

Ja w ogóle sprzeciwiałem się, żeby robić z tego takie halo i aferę na pół rodziny. Ale żona się uparła, a jak ona się uprze... Jakoś rozumiałem udekorowanie mieszkania, nawet zobowiązałem się wykonać litery do napisu, bo mam pewne zacięcie w tym kierunku, ale i tak wydawał mi się zdecydowanie za długi, ale jak żona się uprze... Specjalnie zakupiony na tę okazję serwis, też pytałem, po co? Jeden talerzyk by wystarczył, no, ewentualnie kubek, ale żeby cały zestaw od razu? I niepotrzebnie o tym kubku wspomniałem, bo zaraz musiałem zamawiać kubki z napisem i w liczbie odpowiadającej zaproszonym gościom. Mój Boże, jak my się z panią w drukarni umordowaliśmy, żeby cały ten cholerny napis zmieścić! A jeśli chodzi o rodzinę, tu akurat postawiłem na swoim, bo wiadomo, że rodzice powinni być, chrzestni, to się rozumie samo przez się, ale wujostwo z Białegostoku? Przecież to starsi ludzie, taka podróż mogłaby ich zabić! Postanowiłem podziałać zakulisowo, pogadałem z wujem, udało się, choć i tak się wydało, bo ciotka dyskrecją nie grzeszy. Kilka cichych dni, może nawet i na zdrowie nam z żoną wyszło. Że Bartusia ubierzemy jakoś odświętnie, to nawet ja zaproponowałem, ale żeby mi szyć garnitur na miarę? Przecież w ślubny jeszcze wchodzę! Ale odżałowałem, bo pomyślałem z przekąsem, że na pogrzeb nie będzie trzeba kupować. Za to żona kreację zamówiła chyba z Saturna i nie chodzi o krój w jakieś takie pierścienie, tylko o kosmiczną cenę, no ale jak ona się uprze... A, jeszcze jednym mogę się pochwalić, że udało mi się zespół muzyczny zredukować do jednego DJ-a, co wyszło znacznie taniej, bo w przypadku jazzowego kwintetu same noclegi przyprawiły mnie o wrzody żołądka, małżeństwo to jednak sztuka kompromisu. O tym ostatnim nie było jednak mowy, jeśli idzie o filmowca, który miał sporządzić pamiątkowe wideo. Machnąłem na to ręką, może faktycznie kiedyś z Bartusiem obejrzymy to z łezką w oku? W ten dzień od rana wieszałem napis, przez całą ścianę szedł, w kuchni się kończył. Z tych nerwów poprzestawiałem litery i wyszło „PIERWSZY KĄSEK SUROWEJ CZEROWNEJ PAPRYCZKI NASZEGO UKOCHANEGO SYNKA BARTUSIA LAT 5 I PÓŁ”. Dokładnie rok wcześniej nasz synek, który żywił się wyłącznie parówkami z indyka i piętkami chleba, obiecał, że: „za lok Baltuś zje kawajecek paplicki jak mu damy jego staj łojs, duzi zieśtaw”. Nie posiadaliśmy się ze szczęścia, bo oto ten kilkuletni koszmar wypełniony drżeniem o jego zdrowie i tysiącem prób wciśnięcia mu czegoś innego niż parówka dobiegał końca.  I oto staliśmy naprzeciw stołu, za którym siedział Bartuś. Olbrzymi zestaw z Gwiazdą Śmierci stał w pobliżu, DJ grał Akademię Pana Kleksa, teściowie dzierżący pamiątkowe kubki byli już po dwóch kłótniach, plasterek odkrojony z poszukiwanej przez kilka dni czerwonej ekopapryki leżał na pozłacanym talerzyku przed naszym synem. DJ zagrał jakieś fanfary, Bartuś uniósł skrawek warzywka do ust, w jego oczach błysnęła ta dobrze mi znana przekora i... Pikawka mi wysiadła, umarłem i poszedłem do nieba.  I, szczerze mówiąc, nie żałuję. 
Czytaj więcej

Trudna sztuka brania

Dlaczego często łatwiej jest dawać niż brać? – zapytała mnie pewna bardzo mądra i niezwykle szczodrze obdarowująca innych od wielu lat kobieta. Być może już wcześniej dojrzewała we mnie hipoteza na ten temat, ale dopiero wtedy, stojąc obok niej w sali starego dworku, zobaczyłam to wyraźnie, w powietrzu gęstym od własnej i cudzej warsztatowej rozkminy.  I zobaczyłam to tak: w naszych głowach i ciałach powstaje bardzo wcześnie pewne równanie. Jego podstawą jest przekonanie, że miłość (a także jej skromniejsza siostra, uwaga) może być dawana albo odbierana. Nawet jeśli – co na ogół jest prawdą – nasi rodzice naprawdę nas kochają, w momentach nieuchronnego zmęczenia, rozdrażnienia czy po prostu wtedy, kiedy odwracają się, żeby choć na chwilę zająć się innymi niż małe dziecko sprawami, właśnie wtedy w nas, niemowlętach, a potem małych dzieciach tworzy się to równanie. Nasz organizm oblicza, co sprawi, że dostaniemy więcej miłości, a co nam ją zabierze. Co sprytniejsi i bardziej oczytani rodzice wiedzą, że najlepiej, by osłabiać siłę tego równania i nieustannie wysyłać dziecku wiadomość, że kochane i przyjmowane jest zawsze, chociaż jedne z zachowań mogą być bardziej, a drugie mniej aprobowane. Jednakże konia albo i całą stajnię koni z rzędem temu tacie czy mamie, którym udałoby się nie zasiać w swoim dziecku choćby ziarenka, na którym wyrosłoby przekonanie, że miłość bywa warunkowa.  I stajemy na starcie wyścigów. A tam często dowiadujemy się, że trzeba ustępować, dzielić się, dawać, obdarowywać i uważać swoje potrzeby za drugorzędne w stosunku do potrzeb innych. Uczymy się, żeby miłować bliźniego bardziej niż siebie samego – tak jakby było jasne, że siebie samego już kochamy. To ostatnie przykazanie wydaje mi się szczególnie głośno brzmieć w kobiecych uszach, chociaż pracując intensywnie z kobietami w ostatnich latach, może po prostu głośniej słyszę ich właśnie głos. Dowiadujemy się, że jeśli będziemy spełniać te warunki, dostaniemy to, bez czego nie bardzo da się żyć – akceptację naszych opiekunów.  Świat bez ofiarności, serdeczności, dobroci dla innych czy choćby uczynności byłby miejscem bez wątpienia okropnym. A jednak zdarza się, że dawanie przybiera jakąś kompulsywną postać. Sama rozpoznawałam i czasem ciągle jeszcze rozpoznaję w sobie ten odruch ciągłej czujności – jak mogę zadbać o cudzy komfort? Za ciepło? Za zimno? Soku? Smutno? Opowiesz mi historię swojego życia, żeby ci było lżej? Kompulsywne obdarowywanie, pierwotnie będące formą zasługiwania na aprobatę, może stać się odruchem, nawykiem, a potem źródłem ogromnego zmęczenia.  Ale może nie byłoby takim kłopotem, gdyby nie to, że często towarzyszy mu kompulsywne nie-branie.  Jeżeli życie jest wyścigiem, a najważniejsza i równocześnie niezbędna do życia nagroda, czyli miłość lub aprobata ciągle wymyka się nam z rąk, jeśli wielu w tym wyścigu jest konkurentów, jeśli ten wyścig nie może być raz na zawsze wygrany, a na trasie wszędzie ustawione są punkty pomiarowe, jeśli tak właśnie jest – to trzeba dawać/zarabiać punkty każdego poranka, południa, popołudnia, a potem jeszcze dołożyć coś wieczorem, żeby po krótkiej przerwie na sen, rano pojawić na nowo na linii startu, w czystych butach i świeżej koszulce startowej.  Wewnątrz tego równania branie wydaje się najbardziej nieodpowiedzialną z możliwych czynności. Nie po to sobie nastukałam punktów, podając szarlotkę i odnosząc naczynia do zlewu, ogarniając za kolegę raporty czy za koleżankę projekcik, który ostatecznie okazał się wcale nie tak mały, żeby potem tracić punkty, siadając na kanapie i prosząc, żeby ktoś zrobił mi herbatę. Nie po to wrzucałam do swojej skarbonki niezliczone akty poprawiania cudzego samopoczucia, żeby ją potem rozbić i iść na masaż.  W tym świecie branie jest rozrzutnością. I odbiera nam szansę w Wielkim Wyścigu, w którym nieświadomi tego, co sobie robimy, startujemy co dnia. Tyle że waluta, w której prowadzimy rachunek, przestała być w obiegu. A tak w ogóle ten bank jest jakiś szemrany, bo opiera się na założeniu, że miłości jest mało i trzeba o nią walczyć. I że nie wolno nic „wydawać”, czyli brać od świata, bo – mówią szemrani bankowcy – zadłużymy się i nigdy się nie spłacimy, nie spłacimy swojego istnienia. Więc trzeba zasuwać, odkładać, gromadzić zapasy przysług. I nie chodzi o to, co chcemy dać, co dajemy z pełnego miłości serca, ale o to, czego nie potrafimy nie dać, co dajemy kompulsywnie. I być może jeszcze bardziej o to, czego nie potrafimy wziąć.  Branie wydaje mi się nauką trudną. W ostatnim roku miałam dużo ćwiczeń, ponieważ wiele ludzi chciało i ciągle chce dawać mi swoje dobre słowa, prezenty, serdeczność. Staram się w swoim wewnętrznym komentarzu nie wypowiadać w głowie zdań, w których orzeczeniem byłoby słowo „zasłużyć” – zasłużyłam, nie zasłużyłam – jakoś czuję, że taka rozmowa nie ma sensu. Dobro jest faktem, tak samo jak potrzeba odpoczynku i mnóstwo osób gotowych (czasem kompulsywnie, a czasem odpłatnie, czasem z czystej serdeczności), żeby dawać. Kiedy biorę, tracę dochody na starym rachunku w walucie niebędącej już w obiegu. Ale wybieram to, co mnie karmi, o co prosi mnie moje ciało. Wybieram – często w poczuciu ryzyka – to, co żywe, a nie starą drogę wybrukowaną nikomu niepotrzebnym znojem. Kiedy dzwonię do bliskiej osoby i mówię: „Potrzebuję twojej pomocy”, kiedy starannie zaparzam sobie herbatę, kiedy mówię partnerowi: „Przyjedź po mnie, nie mam siły autobusem”, robię sobie świat zasobny, w którym nie trzeba się ścigać, a wtedy, kiedy nie można się ścigać, rozpaczliwie pilnować oszczędności. Wchodząc w taki świat, ryzykujemy dużo – napięcie, które nieuchronnie pojawia się wtedy, kiedy wychodzimy ze starych kolein, to, że ktoś nam odmówi (dopóki nie prosimy, nie da się nam odmówić), ryzykujemy nawet utratę aprobaty tych, którzy byli biorcami naszych kompulsywnych darów. Ale krok po kroku, szukając równowagi pomiędzy dawaniem a braniem, wchodzimy w wartki nurt swojego życia, którym można się cieszyć, a nie tylko znosić go, zaciskając zęby. 
Czytaj więcej

Książki mają moc. Z Izabelą Wagner, autorką biografii Bauman, rozmawia Marcin Wilk

MARCIN WILK: Kim jest Keith Tester, któremu dedykowała Pani książkę o Zygmuncie Baumanie?  IZABELA WAGNER: Kim raczej był Keith Tester – bo zmarł w 2019 r., zbyt wcześnie, nie ukończywszy sześćdziesięciu lat. Tester był profesorem socjologii. W Polsce znana jest jego książka O pożytkach z wątpliwości…  Książka z wywiadami, jakie przeprowadził z Baumanem. No właśnie. Tester był doktorantem Baumana, a ich wspólna książka to dzieło dialogiczne. Keith znał bardzo dobrze Baumana i był naznaczony przez niego jako biograf, pracowali nad tym razem. Natomiast ja na początku chciałam napisać tylko rozdział o Baumanie w książce poświęconej karierom socjologów i socjolożek, w której każdy rozdział poruszałby inny aspekt kariery z wybraną biografią jako ilustracją. Rozdział o Baumanie to przykład wpływu historii i wielkiej polityki na karierę, ale też i późna sława globalna – poza akademią. To był projekt planowany z francuskim socjologiem Christophem Brochier. Ale gdy zobaczyłam, ile jest materiału i jak mało znana jest historia życia Baumana, zdecydowałam się na napisanie książki. Podczas badań tych karier zetknęła się Pani z Baumanem bezpośrednio. Wiedziałam już wtedy, że jego papiery są przechowywane w IPN-ie. Jak widziałam się z Baumanem, powiedziałam mu o tym, informując, że tam może być również masa plotek, prywatnych rzeczy i innych śladów, jakie zbierała bezpieka. Na co Bauman odparł, że oczywiście skoro taka moja wola, mogę tam pójść, on nie może mi tego zabronić, ale w takim razie prosi mnie o odnalezienie rzeczy, które Baumanom zarekwirowali w 1968 r.  To były jakieś jego manuskrypty? Też. Ale najbardziej zależało mu na pamiętnikach jego żony. Znalazłam je, podobnie jak te manuskrypty. Opisałam sygnatury, przygotowałam rozpiskę, przekazałam, radząc, co rodzina powinna z tym zrobić. Wkrótce zajęła się tym jego córka, odzyskała te materiały, ale nie oryginały. Tych nie oddano aż po dziś dzień. A przecież to była kradzież i teraz instytucja przetrzymująca je powinna to w pierwszej kolejności zwrócić. To są bardzo osobiste rzeczy? Znajdują się tam między innymi zeszyty z czasów okupacji, notatki pisane przez nastolatkę. To rodzina powinna decydować o dostępie innym osobom. Wykorzystywanie tego jest sprawą bardzo kontrowersyjną, ale prawda jest taka, że w tej chwili każdy badacz ma do tego prawo. A nie powinien? Dzienniczek intymny nie jest pisany dla innych, to jest pisanie absolutnie dla siebie. No i autorka była nastolatką. W latach późnych czterdziestych i pięćdziesiątych mama Janiny przepisała zawarte tam wiersze, więc część się zachowała, dzięki czemu Janina mogła cytować te przepisane fragmenty w swojej książce Zima o poranku. To jest oczywiście materiał bezcenny dla badaczy Holokaustu, ale najpierw powinien on wrócić do rodziny i rodzina następnie zdecyduje, jak tym dalej dysponować.  A wracając do mojego pierwszego pytania: pomysł na biografię Baumana zrodził się niejako przy okazji Pani pracy badawczej niezwiązanej z życiorysem socjologa? Tak, absolutnie tak. Jestem socjolożką, ze specjalizacją socjologia pracy i organizacji. Moim zagadanieniem badawczym są kariery profesjonalistów. Badanie kariery Baumana mieściło się w tych ramach. Chcę przez to również powiedzieć, że nigdy wcześniej nie pisałam biografii, aczkolwiek zajmowałam się nimi, metoda biograficzna w socjologicznym nastawieniu, czyli historie życia członków grupy, relacje między ludźmi itd., była dla mnie ważna. Ten pierwszy wywiad z Baumanem był o jego karierze? Tak, na to był nastawiony i na jego podstawie powstał rozdział w książce. Uważam, że jest on bardzo ciekawy, bo pokazuje, jak pisał, jak organizował swoją pracę. Ukazuje też instytucjonalny kontekst tej organizacji – gdzie i jak zaryzykował. Na przykład? Wybór nowego wydawnictwa, co zresztą uczyniło z niego tego Baumana, którego zna większość świata. I to już nie jest ten Bauman, który się wykształcił w Polsce.  To ciekawy wątek, ważny zresztą w Pani biografii: jak Bauman – człowiek stał się Baumanem – gwiazdą intelektualnego świata?  Na początku nie chciałam w ogóle pisać tej książki. Wydawało mi się po prostu, że to jest temat może dla historyków. Chodziłam nawet z tym kilka miesięcy, szukając, czy ktoś nie jest już w trakcie pisania takiej biografii. W końcu nikogo nie znalazłam, postanowiłam się zająć tym sama. Jak zareagował Bauman? Gdy pojechałam do niego w 2015 r. i mu o tym powiedziałem, odparł: „Ale moja biografia już powstaje”. Miał wtedy na myśli pracę nad nią z Keithem Testerem. Oraz dodał: „Po co pani takie kłopoty? Tylko sobie sprawi pani trudności”. Była przy tym wywiadzie profesor Jasińska-Kania, która stwierdziła, że z powodu nastawienia do Baumana będzie trudno, aby to była książka profesorska.  To znaczy? To było nawiązanie do mojego zaawansowania kariery akademickiej. Tylko, że ja nie mam takiej perspektywy, że piszę książkę habilitacyjną czy profesorską. Wykształciłam się we Francji. Piszę o tym, co mnie interesuje.  Ma Pani inną motywację? Mnie w tej pracy najbardziej interesuje zresztą dokumentacja i badania terenowe. Nie czerpię szczególnej satysfakcji z opowiadania o tym, co skończyłam. Uczestnictwo w promocjach książki poza światem akademickim jest więc pewnego rodzaju nietypową sytuacją dla mnie. Jak wspomniałam, praca nad książką trwała od 2013 r. – najpierw myślałam o rozdziale, a od 2014 r. już wiedziałam, że będzie książka. Od 2015 r. wiedziałam, że wspomniany wcześniej Keith Tester pisze biografię. Było dla mnie oczywiste, że z powodu swych doświadczeń i bliskości z Baumanem skupi się na kontekście brytyjskim, a mnie fascynował najbardziej kontekst polski. Ten podział zadań wydawał mi się fair, bo każdy odpowiedzialny byłby za to, w czym się orientuje najlepiej. Zaczęłam nad tym pracować, zrobiłam wywiady, a potem – gdy miałam kłopoty ze znalezieniem wydawcy i pokryciem kosztów kwerendy – napisałam do Keitha, by mi coś doradził. Właściwie do dzisiaj nie wiem, dlaczego do niego napisałam, bo na zdrowy rozum powinnam się przecież obawiać konkurencji. I od razu mi odpisał, że to jest fantastyczna sprawa, że będę pisać, bo on właśnie zrezygnował. Nie zna języka polskiego, nie zna dobrze kontekstu polskiego, przerasta go to wszystko. I jednocześnie, jak się zorientował, w jaki sposób ja piszę i co ja piszę, tak mu się to spodobało, że odesłał mi wszystkie jego rozmowy z Baumanem.  To teraz jasne, dlaczego jemu ta książka jest zadedykowana. Gdy byłam w połowie książki, chciałam włączyć Testera w tę pracę. W pewnym momencie spotkaliśmy się bezpośrednio, na wywiadzie w Londynie. Zaproponowałam wtedy, żebyśmy książkę razem napisali. On odmówił. Pomoże mi, owszem, ale absolutnie to jest moja książka. Powiedział, że ja sobie świetnie poradzę. W dwa miesiące później zmarł. Wydaje mi się, że już wtedy wiedział, że nie będzie miał czasu, aby się zobowiązać i dokończyć.  Nawet nie wiem, co powiedzieć. To było bardzo trudne…. Ktoś powiedział, że to jest książka przyjazna Baumanowi, bo ja go tak lubię. A przecież go nie znałam. Przeprowadziłam dwie rozmowy kilkugodzinne. Nie mogę więc powiedzieć, że ja go lubię. Lubię osoby, które znam, jego nie znam. Natomiast faktem jest, że: przede wszystkim nie znalazłam w dokumentach nic takiego wiarygodnego, co mogłoby go obciążać oprócz tego, że był typowym produktem swojego pokolenia. Ale te jego wielkie wybory były najszlachetniejsze w danym momencie. Teraz na ten temat powstają różne teorie, ale trzeba powiedzieć, że komunizm może mieć też bardzo szlachetne odsłony – wystarczy pomyśleć o dawniejszej Hiszpanii czy kibucach. Ci ludzie czynili pokój, a nie wojnę. Niestety, była to jedyna równowaga czy przeciwwaga do faszyzmu i dzisiaj widzimy, jak jest, kiedy tego nie ma. Nie wydaje mi się, żeby można było w czambuł to wszystko tak wyrzucać tylko dlatego, że potem nadszedł Stalin, dyktator, który posłużył się ideą komunizmu i zrobił to, co zrobił.  Z Pani książki dowiedziałem się, że najszczęśliwszy moment dzieciństwa Baumana, to było zaangażowanie w szomerową młodzież, lewicową organizację skupiającą młodych ludzi. Opinia publiczna słabo zna ten wątek jego życiorysu, skupiając się na jego powojennym zaangażowaniu w komunizm. Czytając ten fragment szomerowy, nie myślałem o Baumanie, ale o Pani. O tym, jak potężną pracę musiała Pani wykonać, sklejając z fragmentów, wielu znaków zapytania, pełen życiorys.  Miałam wielkie szczęście, gdy założyłam, że jego głównym problemem w życiu było tożsamościowe napięcie. Zaczęłam pisać w drugiej połowie 2016 r., układałam tę rozsypkę dość długo. A potem, w rok po jego śmierci, przed Bożym Narodzeniem 2017 r., córki zdecydowały się na przekazanie mi całości zapisków, które znałam tylko we fragmentach.  I na cytowanie ich. Tak. To dało pewien kręgosłup. To, co było tylko hipotezą, okazało się czymś twardym. Zwłaszcza, że jestem etnografką i potrzebowałam wielu szczegółów oraz detali. O tym, że spotkania z młodzieżą shomerową mu pomogły, mogłam się domyślić także z tego, że sama pracowałam w ośrodku dla uchodźców. Prowadziłam zajęcia kinowo-socjologiczne, sporo się wtedy nauczyłam. Wierzę, że na takich zajęciach można odzyskać… Podmiotowość? Tak. Te moje doświadczenia pomogły mi w zrozumieniu sytuacji uchodźczej, relacji, tego, o czym Bauman pisał i co było jego doświadczeniem. To zostaje na całe życie, kładzie się cieniem, człowiek cały czas ma to w głowie, nawet gdy nie ma bomb i czołgów.  Znaczący wpływ na Baumana miał również dom rodzinny. W Pani książce jest on zilustrowany niebywale barwnie, wręcz literacko. Był pięknym azylem w świecie, w którym na każdym praktycznie kroku czaiła się pogarda. W tym domu dużo się czytało. I to jest coś, co wpływa na wyobraźnię. Mały pokój rozrasta się w wielki wszechświat. Poza tym bardzo ważna była witalność matki, bardzo pozytywnej osoby, optymistycznej wręcz, niepoddającej się przeciwnościom, mimo trudności finansowych, które mieli. Mentalnie żyli w zupełnie innym kontekście, niż pozwalały na to finanse. Wycofanie, zadumanie i pewnego rodzaju niezręczność i nieadekwatność ojca, też wydaje mi się bardzo ciekawe. Rodzice go bardzo kochali.  Mnie bardzo wzruszyło, że jego mama wysłała zdjęcie pulchnego Zygusia na konkurs piękności.  Nagrodą była duża liczba książek, pewnie dlatego to zrobiła. Zastanawiałam się jednak, na ile ona wierzyła, że on może wygrać, a na ile chodziło o spróbowanie. Książki były dla nich czymś bardzo cennym. Chodzili do biblioteki minimum raz w tygodniu. Pożyczało się książki, bo to był dom, w którym wrzało, jeżeli chodzi o literaturę. I to była taka ucieczka.  Wyobraźnia pozwalała przetrwać ciemne czasy? Potwierdził mi to nawet kiedyś Roald Hoffmann, najmłodszy na świecie noblista z chemii. On się urodził w Złoczowie, przechowywali się z mamą, ciocią i kuzynką na strychu w szkole. Ukraiński dyrektor szkoły zadbał o to, żeby oni przeżyli. Latami, kiedy się ukrywali – od 1941 do 1944 r. – cały czas było czytanie, a potem opowiadanie. I on mi powiedział, że to go uratowało. Bauman w czasie swojego dzieciństwa nie był zamknięty w czterech ścianach, chodził do szkoły, wychodził z domu, ale już nie grał w piłkę czy nie uczestniczył w zajęciach pozalekcyjnych. To było życie bardzo ograniczone.  Z tego powodu nie pojawił się w domu upragniony przez niego pies? Rodzice mieli świadomość narastającej grozy, że być może trzeba będzie uciekać i wtedy pies byłby kłopotem.  To szlachetne, choć jest w tym także rezygnacja z czegoś dobrego, pozytywnego. Zwracały też na to uwagę córki. Mówiły, że ich ojciec starał się nie żądać od życia więcej ponad minimum. Pracował, na przykład, na krzywych stołkach. Należał do minimalistów, nawet można tu było się jakiejś ascezy dopatrywać. Było w tym coś z prostoty żołnierskiej, że nie należy się przyzwyczajać do więcej, bo w każdej chwili można to stracić. Trzeba się zadowolić tym, co jest.  Na psa w dorosłym życiu też się nie zdecydował, mimo że miał warunki. To mnie dziwiło. Ale w rodzinach żydowskich rzadko pojawiają się psy, może częściej koty. Nie miało to wiele wspólnego z religią (tak jak u muzułmanów), raczej dotyczyło ciągłej gotowości do ucieczki. Pies to jedno istnienie więcej, o które trzeba dbać. Nie można zamknąć mu pyska, powiedzieć, by siedział cicho.  Jedyny luksus, na który sobie w życiu pozwolił Bauman i z którego czerpał, który był jego siłą witalną, to była Janina? To była miłość do niej i przyjaźń z nią. I na to całe szczęście dla niego, bo dzięki temu miał – wydaje mi się – szczęśliwe życie, spełnione, dzieci, rodzinę. Ona była też jego fantastyczną partnerką do pracy i to nie tylko do pracy odtwórczej czy korekcyjnej, ale do pracy twórczej.  Bo Bauman na ogół nie podchodził blisko do ludzi? Ale dawał ułudę, że jest blisko. Dużo ludzi w to uwierzyło. Poza tym był człowiekiem, który przejmował kontrolę nad rozmówcą, gdy tylko tego potrzebował. Nie bała się Pani tego? Podczas wywiadu od razu mu powiedziałam, że nie jestem jego fanką (bo tak należy określić postawę czytelników krajów śródziemnomorskich do jego twórczości ostatniego okresu), że jego socjologia jest poza moim obszarem zainteresowań. Ja pracuję w terenie, dla mnie były ważne badania empiryczne, a on – jak sam powiedział zresztą wtedy – uprawia recykling. Myślę poza tym, że on nie wierzył do końca, że ja napiszę jego biografię. Biorąc pod uwagę ogrom materiału, trochę się temu nie dziwię. Chodziło też o coś innego. Mimo że od dawna już nie jestem młodą naukowczynią i powinnam już pewne sprawy przyjąć za pewnik, nie robię tego. Ciągle mnie oburza niesprawiedliwość. Ciągle strasznie mnie dręczy funkcjonujący antysemityzm. Uważam za bardzo niesprawiedliwe to, jak go tutaj potraktowano. Poza tym chciałam opowiedzieć tę historię, tak jak to wynikało z dokumentów, bo była ona zupełnie inna niż liczne opowieści o Baumanie. Chciałam podzielić się tym, do czego się dokopałam. To wszystko więc wyrastało z gniewu i przekonania, że moje książki jakoś przyczynią się do otwierania oczu. Bo ciągle wierzę, że książki są czytane i mają wielką moc. No, ale potem dopada mnie zwątpienie i zadaję sobie sama pytanie: jestem naiwna czy po prostu mam wygórowane marzenia?
Czytaj więcej

Psychoterapia. Jak wybrać najlepszą dla siebie i czego oczekiwać?

Psychoterapia własna już wiele lat temu przestała być tematem tabu – czymś, czego należy się wstydzić. Stała się natomiast częścią świadomego zadbania o siebie, przepracowania tego, co nas blokuje i impulsem do rozwoju.
Czytaj więcej

Terapia ogrodem

Znamy przeróżne zalety kwiatów, krzewów i drzew. Badacze co rusz odkrywają nowe. I dlatego stworzyli formę terapii, która te niezwykłe właściwości roślin wykorzystuje do leczenia różnych zaburzeń i przypadłości. Ta metoda to hortiterapia.
Czytaj więcej

Harce wyobraźni

W amerykańskich sądach podczas wyboru członków ławy przysięgłych sędzia zadaje kandydatom sakramentalne pytanie, czy potrafią odróżnić fikcję od rzeczywistości. Ci solennie zapewniają, że nie stanowi to dla nich żadnego problemu. Wcześniej jednak oglądali w telewizji filmy z serii Kryminalne zagadki… albo im podobne. Dysponują zatem zapisanym w pamięci schematem ciągu zdarzeń, który doprowadził do gwałtu czy morderstwa. W trakcie przewodu sądowego mogą poszukiwać analogii między widzianymi niegdyś filmami a tym, co mogło się zdarzyć w rozpatrywanej sprawie. To poszukiwanie analogii jest procesem całkowicie nieświadomym. Spójrzmy na to z jeszcze innej strony. O trudnościach związanych z odróżnieniem obrazu od rzeczywistości świadczy przykład podany przez dwóch znanych badaczy mediów Byrona Reevsa i Clifforda Nassa. Pokazywali dzieciom reklamę telewizyjną przedstawiającą miseczkę z płatkami kukurydzianymi w mleku. Dzieci pytano, co się stanie, jeśli telewizor ustawi się do góry nogami. Te do osiągnięcia pewnego wieku z pełnym przekonaniem twierdziły, że mleko się wyleje. Zachowanie takie nas śmieszy – wszak jesteśmy osobami krytycznymi i wiemy, że obok telewizora nie pojawi się rozlane mleko.  Fantazje mogą wpływać na nasze funkcjonowanie psychiczne w wielu różnych dziedzinach. W snach nasza wyobraźnia wymyka się spod kontroli. Pojawiają się w nich osoby z odległej przeszłości, które spotykają się z osobami znanymi nam obecnie. W snach występuje nie tylko pomieszanie czasu, lecz także uzyskujemy nadnaturalne siły. Potrafimy pokonać silniejszych przeciwników, niekiedy krzywdzimy kogoś bez potrzeby itd. Takie sny pozostawiają po sobie coś w rodzaju podźwięku – mogą zmieniać nasz nastrój w kolejnych godzinach po przebudzeniu. Wiemy, że to był tylko sen, ale ten nastrój nie chce ustąpić. Co więcej, często zastanawiamy się nad znaczeniem snów i stąd wywodzi się popularność różnego rodzaju senników.  Tu wyraźnie ujawnia się nasza dwojaka natura. Z jednej strony jesteśmy osobami odczuwającymi różne, nie zawsze pozytywne emocje, zaś z drugiej – jesteśmy racjonalni, potrafimy wszystko sobie wyjaśnić i kontrolować to, co się dzieje w naszej wyobraźni. Jednak i tu pojawiają się paradoksy. Wiemy, że komputery są urządzeniami technicznymi, które nie przeżywają rozmaitych uczuć. Jednak – jak wskazują poprzednio przywołani Reeves i Nass – ludzie w stosunku do nich zachowują się w sposób uprzejmy. Poprosili oni badanych o rozwiązanie dość prostego testu, którego pytania pojawiały się na ekranie monitora. Komputer rejestrował odpowiedzi badanego, a potem podawał wynik. Na końcu komputer prosił, aby ocenić jego funkcjonowanie. Badani oceniali go bardzo pozytywnie, przy czym ocena ta nie zależała od wyniku uzyskanego w teście. Druga grupa badanych rozwiązywała ten sam test, ale oceny komputera dokonywała za pomocą innego komputera. Tym razem oceny były niższe. W fantazjach i marzeniach jesteśmy głównymi bohaterami spektaklu. Spektakl ten toczy się według napisanego przez nas scenariusza. Potrafimy go w dowolnym momencie zmodyfikować i akcja albo nabiera tempa, albo też ulega wyraźnemu spowolnieniu. W tym spektaklu jesteśmy nie tylko głównymi postaciami, lecz także jedynymi widzami. I tu mogą pojawić się problemy. Gdy jesteśmy widzami, zajmujemy pozycję zewnętrznego obserwatora. W tym miejscu można odwołać się do dawnych badań Shelley Duval i Roberta Wicklunda, którzy stwierdzili, że wykonywanie różnych zadań, kiedy siedzimy przed lustrem, powoduje spadek samooceny. Autokoncentracja sprawia, że dostrzegamy wyraźniej rozbieżność między Ja realnym i Ja idealnym. W konsekwencji następuje pogorszenie nastroju. Widać więc, że życie wyobraźnią nie jest tak wesołe i atrakcyjne, jak można by wnosić na podstawie pierwszego wrażenia. 
Czytaj więcej

Wystarczy mieć talent

Czego potrzeba, by mieć takie osiągnięcia jak Bill Gates, Rafael Nadal czy Sting? Badania dowodzą, że najważniejsza jest codzienna wielogodzinna praca. Dlaczego zatem tak wielu z nas – nauczycieli, trenerów czy rodziców – wierzy, że przede wszystkim liczy się talent?
Czytaj więcej

Życie intymne w spektrum

Wokół autyzmu oraz rozwoju seksualnego osób autystycznych narosło wiele mitów. A przecież nikt nie ma prawa odbierać nikomu pragnienia intymności, odczuwania pożądania. Tyle tylko, że często dochodzi do zagubienia w adekwatnym odczytywaniu tych potrzeb. Zarówno przez człowieka autystycznego, jak i nieautystyczne otoczenie.
Czytaj więcej

Gdzie zaczyna się człowiek. O tym, co wpływa na rozwój ludzkiej osobowości i zachowań...

Mózgi człowieka i szympansa wykazują bardzo duże podobieństwo, a różnica między ich genomami nie przekracza 1%. Skąd zatem przepaść między nami a szympansami? Nie wynika ona z różnic w wielkości mózgu ani liczby neuronów. Przyczyną naszej neurobiologicznej wyjątkowości jest nieporównywalnie większa liczba połączeń w korze mózgowej i zdecydowanie szybszy przesył impulsów. Używając analogii komputera, nasz mózg to procesor o najwyższej z możliwych dziś mocy obliczeniowej.
Czytaj więcej

Sztuka smakowania chwil

Celebracja życia sprawia, że każda chwila nabiera znaczenia, a nasze przesuwanie się w czasie dzień po dniu staje się przygodą, a nie walką o przetrwanie lub pustym, pozbawionym smaku i koloru trwaniem, a czasem sami nie wiemy czym, bo tak szybko biegliśmy, że nic z tej drogi nie pamiętamy.
Czytaj więcej

Matki w sile wieku

Obecnie coraz więcej kobiet – w porównaniu z latami 80. i 90. XX w. – decyduje się na pierwsze dziecko po 35. czy nawet 40. roku życia. Dlaczego tak się dzieje i z czym się to wiąże?
Czytaj więcej