Trudna sztuka brania

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

Dlaczego często łatwiej jest dawać niż brać? – zapytała mnie pewna bardzo mądra i niezwykle szczodrze obdarowująca innych od wielu lat kobieta. Być może już wcześniej dojrzewała we mnie hipoteza na ten temat, ale dopiero wtedy, stojąc obok niej w sali starego dworku, zobaczyłam to wyraźnie, w powietrzu gęstym od własnej i cudzej warsztatowej rozkminy. 
I zobaczyłam to tak: w naszych głowach i ciałach powstaje bardzo wcześnie pewne równanie. Jego podstawą jest przekonanie, że miłość (a także jej skromniejsza siostra, uwaga) może być dawana albo odbierana. Nawet jeśli – co na ogół jest prawdą – nasi rodzice naprawdę nas kochają, w momentach nieuchronnego zmęczenia, rozdrażnienia czy po prostu wtedy, kiedy odwracają się, żeby choć na chwilę zająć się innymi niż małe dziecko sprawami, właśnie wtedy w nas, niemowlętach, a potem małych dzieciach tworzy się to równanie. Nasz organizm oblicza, co sprawi, że dostaniemy więcej miłości, a co nam ją zabierze. Co sprytniejsi i bardziej oczytani rodzice wiedzą, że najlepiej, by osłabiać siłę tego równania i nieustannie wysyłać dziecku wiadomość, że kochane i przyjmowane jest zawsze, chociaż jedne z zachowań mogą być bardziej, a drugie mniej aprobowane. Jednakże konia albo i całą stajnię koni z rzędem temu tacie czy mamie, którym udałoby się nie zasiać w swoim dziecku choćby ziarenka, na którym wyrosłoby przekonanie, że miłość bywa warunkowa. 
I stajemy na starcie wyścigów. A tam często dowiadujemy się, że trzeba ustępować, dzielić się, dawać, obdarowywać i uważać swoje potrzeby za drugorzędne w stosunku do potrzeb innych. Uczymy się, żeby miłować bliźniego bardziej niż siebie samego – tak jakby było jasne, że siebie samego już kochamy. To ostatnie przykazanie wydaje mi się szczególnie głośno brzmieć w kobiecych uszach, chociaż pracując intensywnie z kobietami w ostatnich latach, może po prostu głośniej słyszę ich właśnie głos. Dowiadujemy się, że jeśli będziemy spełniać te warunki, dostaniemy to, bez czego nie bardzo da się żyć – akceptację naszych opiekunów. 
Świat bez ofiarności, serdeczności, dobroci dla innych czy choćby uczynności byłby miejscem bez wątpienia okropnym. A jednak zdarza się, że dawanie przybiera jakąś kompulsywną postać. Sama rozpoznawałam i czasem ciągle jeszcze rozpoznaję w sobie ten odruch ciągłej czujności – jak mogę zadbać o cudzy komfort? Za ciepło? Za zimno? Soku? Smutno? Opowiesz mi historię swojego życia, żeby ci było lżej? Kompulsywne obdarowywanie, pierwotnie będące formą zasługiwania na aprobatę, może stać się odruchem, nawykiem, a potem źródłem ogromnego zmęczenia. 
Ale może nie byłoby takim kłopotem, gdyby nie to, że często towarzyszy mu kompulsywne nie-branie. 
Jeżeli życie jest wyścigiem, a najważniejsza i równocześnie niezbędna do życia nagroda, czyli miłość lub aprobata ciągle wymyka się nam z rąk, jeśli wielu w tym wyścigu jest konkurentów, jeśli ten wyścig nie może być raz na zawsze wygrany, a na trasie wszędzie ustawione są punkty pomiarowe, jeśli tak właśnie jest – to trzeba dawać/zarabiać punkty każdego poranka, południa, popołudnia, a potem jeszcze dołożyć coś wieczorem, żeby po krótkiej przerwie na sen, rano pojawić na nowo na linii startu, w czystych butach i świeżej koszulce startowej. 
Wewnątrz tego równania branie wydaje się najbardziej nieodpowiedzialną z możliwych czynności....

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Tylko w ten weekend kupisz prenumeratę 20% TANIEJ

Zobacz więcej

POLECAMY

Przypisy