Kanarki na straży, czyli jakie są mocne strony osób wysoko wrażliwych

Ze względu na pogłębione myślenie i empatię osoby wysoko wrażliwe mają wyczucie, co jest dobre, a co złe. Jeśli wiedzą, że coś powinno być zrobione, będą do tego wytrwale dążyć. O ile w dobrych czasach mogą zostawać w tyle, to w trudnych mogą się okazać bohaterami.
Czytaj więcej

W nosie mam... siebie

Mówimy „spoko”, „nie ma problemu”, „wcale nie jest mi przykro”, a zarazem jakiś głos w nas doskonale wie, że nie jest spoko, bo jest nam przykro, i że jest problem. Dlaczego unieważniamy i zdradzamy samych siebie?
Czytaj więcej

Wszystko w naszej głowie - o dialogowym Ja

W naszej głowie – czy jesteśmy tego w danej chwili świadomi, czy nie – toczy się wewnętrzna rozmowa. Jakiś głos nas zachęca, wspiera, inny przestrzega, jeszcze inny krytykuje, przeszkadza, wręcz paraliżuje. Ten dialog można jednak zmienić, a wówczas… możemy zaskoczyć innych i samych siebie. W końcu nasz wewnętrzny głos to my sami. I to my mamy nad nim moc.
Czytaj więcej

Pełni sprzeczności w nieprzewidywalnym świecie. Czym grozi upraszczanie siebie, innyc...

Upraszczamy na wiele sposobów siebie i świat. Mamy w tym pomocników: przywódcy duchowi głoszą jedynie słuszne prawdy, a coachowie wskazują, jak należy żyć. W rzeczywistości kryje się za tym pragnienie sprawowania kontroli. Aby jednak naprawdę zrozumieć siebie, ludzi i świat, musimy skonfrontować się z ich złożonością i nieprzewidywalnością.
Czytaj więcej

Ostatnia szarża ułana

Jeśli trajektorię życia porównamy do leja prowadzącego do czarnej dziury (porównanie nie moje, uprzedzam), to znajduję się w punkcie, kiedy nie mam wątpliwości, że dziura istnieje i nie ma szans, by uczepić się krawędzi.  Zgadzam się, trochę późno na tę konstatację, długo krążyłam po szerokich obwodach leja i tej dziury nie było widać. Snułam więc dalekosiężne plany.  „Ewa, kurczę, możesz zostać kosmonautką, twój los jest w twoich rękach, masz czas, jeszcze nic straconego”. Albo: „Teraz zajmujesz się akurat pisaniem, które jest żmudne i męczące, ale gdybyś chciała zostać maklerem giełdowym, to przecież możesz nauczyć się mnożyć i wkroczyć na Wall Street, nie ma przeszkód”. „Brakuje ci do pierwszego? To chwilowe, jak się naprawdę sprężysz, to kupisz sobie dom w Hamptons obok Paula McCartney’a i będziecie chodzić na sąsiedzkie pikniki”.  (Oczywiście przesadzam, ale nie za bardzo. Oczywiście powinnam widywać się z terapeutą. Tak, od pewnego czasu widuję jednego). Na razie, myślałam, dobrze się zapowiadam. Zaraz dorosnę i rozkwitnę. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zorientowałam się, że nie tylko jestem po czterdziestce, ale i przed pięćdziesiątką. Gdziekolwiek się ruszę, jestem najstarsza. Aktorką 25-lecia w konkursie Telewizji Polskiej ma szansę zostać artystka młodsza ode mnie o dekadę.  Zdziwienie, powiedzmy, to jest eufemizm. Ogarnęło mnie przerażenie, że to właśnie późne lato mojego życia, sedno, że właśnie odcinam kupony, zaliczam kulminację. I wszystko wskazuje, że nie będę kosmonautką, bankierką, rezydentką Montauk, nie przyjedzie książę z bajki, by zastąpić mojego dość dojrzałego, co tu dużo mówić, księcia.  Oczywiście doceniam miejsce, w którym się znajduję. Lekarze nie zdiagnozowali u mnie poważnych chorób, dzieci zdrowe, życie rodzinne w porządku, zawodowe bez napięć, twarz się trzyma. Ale co dalej? Z tym, okazuje się, jest kłopot.  Nie byłam superfanką serialu Sex w wielkim mieście, nie czekałam na powrót bohaterek w nowym filmie, nie śledziłam kłótni między aktorkami. Jednak komentarze w amerykańskich gazetach na temat 56-letniej Sarah Jessiki Parker, odtwórczyni głównej roli, to coś zupełnie innego. Nie były to uwagi o grze aktorskiej tylko o wyglądzie: że jest stara, pomarszczona, za chuda, co za oblech, nikt jej nie chce. W rozmowie z „Vogue” aktorka pytała retorycznie: czy w związku z tym, że się starzeje, powinna zniknąć? Czy kiedy skończy się 35 lat, trzeba jechać na emeryturę na Florydę? Czy to koniec? Ale zaraz tłumaczyła, że korzysta z najnowszych kremów, żeby utrzymać urodę.  Nieadekwatna twarz SJP to tylko jeden z tysięcy dowodów na to, że miejsce dla kobiety po półwieczu jest nieoczywiste. Trzeba będzie kopnąć w drzwi i siłą je wydeptać.  P.S. Jak to robić? Razem z Magdą Grzebałkowską zapraszamy do słuchania naszego podcastu: Jak się starzeć bez godności. Na razie w Radiu357. 
Czytaj więcej

Aromapsychologia, czyli jak zapach wpływa na nasz nastrój oraz emocje

Zapachy pełnią ważną funkcję w naszym życiu. Jedne nas przyciągają, inne ostrzegają przed niebezpieczeństwem, jeszcze inne wpływają na nasze emocje. Są też zapachy, które mogą działać korzystnie na nasze samopoczucie, poprawiać nastrój, a nawet wspierać zdrowie. Tak działają olejki eteryczne, które wykorzystujemy w aromaterapii. Odpowiednio dobrane mogą podnosić jakość życia, wpływając istotnie na komfort psychiczny podczas codziennego funkcjonowania.
Czytaj więcej

Spacer z psem i plewienie ogródka jako duchowe rytuały

„Duchowy rytuał” mocno kojarzy nam się z religijnością. Oczywiście jest to poprawny kierunek, ale wcale nie wyczerpuje tematu. Bo takim rytuałem mogą, a nawet powinny być codzienne czynności. Kluczowe są tu trzy ich cechy: intencja, uważność i powtarzalność. Jak znaleźć swoje rytuały? I dlaczego to takie ważne? Duchowy rytuał w praktyce. To może być coś zaskakująco zwykłego Kilka lat temu zaczęłam intensywnie chodzić po górach. Były to samotne wycieczki o bardzo wczesnej porze, żebym na szlaku nie spotykała zbyt wielu osób. Chodziło o ciszę, spokój i możliwość pobycia samej ze sobą. Podczas pierwszych kilku wyjść moim motywem przewodnim była własna zaradność – cieszyłam się, że nie zgubiłam się na szlaku, że dałam sobie radę albo weszłam szybciej, niż było to przewidziane na drogowskazach. Czwartego dnia zapomniałam, że toczę ze sobą jakąś walkę i po prostu szłam. Patrzyłam na ścieżkę przed sobą, wsłuchiwałam się w każdy dźwięk, w swój oddech, wdychałam zapach lasu i mokrej ziemi. Dopiero na szczycie zorientowałam się, że weszłam w trans. Nie czułam zmęczenia, nie musiałam się zatrzymywać, żeby złapać oddech. Coś się zmieniło. Piątego dnia było podobnie. Wędrowałam we mgle i chłonęłam otoczenie głównie węchem. Tuż przed szczytem minęłam linię lasu. Mgła opadła. Pode mną znajdowała się dolina, w której dalej kumulowała się mgła. Wyglądało to tak, jakbym znalazła się ponad chmurami. Nagle zorientowałam się, że mam całą twarz we łzach. Puściła we mnie tama emocji, o których nawet nie wiedziałam, że je mam. Że coś mnie gryzie. Wtedy, pod tym szczytem zrozumiałam, że samotne chodzenie po górach to mój duchowy rytuał. Lepszy niż medytacja, joga czy okadzanie szałwią. Nic nigdy tak bardzo nie zbliżyło mnie do takiej niemal religijnej mistyki. Spacer z psem, plewienie ogródka, śpiewanie – nie potrzebujesz nowych narzędzi Tę samą prostą, ale bardzo cenną prawdę odkrył też Casper Ter Kuile, autor „Potęgi codziennych rytuałów”. W swojej książce pisze on wprost, że tradycyjna duchowość jest dziś w kryzysie, a my potrzebujemy jakiejś formy religii. Tyle że niezupełnie takiej, jaką oferują nam kościoły i świątynie. - Kiedy słyszymy takie określenia, jak „praktyki duchowe” czy „rytuały”, przed oczami wyobraźni stają nam mnisi skąpani w półmroku świątyni albo niezwykle trudne pozycje jogi (i takie wyobrażenie też jest prawidłowe!). Bardziej jednak mam na myśli to, czego dowiedziałem się od aktywistki i pastorki Kathleen McTigue, która w każdej praktyce czy rytuale doszukuje się trzech rzeczy: intencji, uważności i powtarzalności. Weźmy na przykład spacer z psem – choć możesz wychodzić ze swoim pupilem kilka razy dziennie, a więc czynność ta spełnia kryterium powtarzalności, to jeżeli równocześnie rozmawiasz przez telefon, spacer ten nie będzie rytuałem, ponieważ nie zwracasz uwagi na swojego psa ani na samą czynność spacerowania – czytamy w „Potędze codziennych rytuałów”. Zdaniem autora duchową praktyką wnoszącą pozytywne zmiany w naszym życiu i samoświadomości mogą być codzienne czynności, takie jak choćby plewienie ogrodu, malowanie, śpiewanie czy przytulanie się. Najważniejsze, by robić to świadomie, uważnie i regularnie. I by nadać temu działaniu konkretną intencję. Wtedy działa on niczym tradycyjna znana z religii modlitwa. Co ważne, jego metody nie wymagają nabywania nowych narzędzi czy wielkich życiowych rewolucji. - Pragnę zachęcić cię do spojrzenia na swoje przyzwyczajenia przez pryzmat wielowarstwowej, głębszej więzi z tym, co duchowe. Określ jakąś intencję dla popołudniowego zwyczaju picia herbaty. Poszukaj grupy ludzi, z którymi będziesz mógł rozmawiać o książkach, które was poruszają lub inspirują. Codziennie podczas porannego prysznica recytuj jakiś krótki wiersz. Niezależnie od tego, jaki zwyczaj wybierzesz, w pierwszej kolejności potraktujemy go jako coś realnego i ważnego, a następnie przejdziemy na głębszy poziom, doszukując się w nim znaczeń.   Cztery poziomy więzi – cztery rodzaje rytuałów Jak pisze Casper Ter Kuile, jedne rytuały mogą się dla ciebie okazać łatwiejsze niż inne. Albo też bardziej konstruktywne czy przyjemniejsze. Autor „Potęgi codziennych rytuałów” dzieli ja na cztery oddzielne kategorie. Pierwszy poziom to takie działania, które pozwalają nam na odzyskanie więzi z samym sobą. Zajrzenie we własne wnętrze i dotarcie do tego, co na co dzień nieuświadomione. A więc dokładnie to, co udało mi się osiągnąć podczas samotnej wędrówki po górach. Casper Ter Kuile taką formę rytuały odnalazł z kolei w czytaniu „Harry’ego Pottera” jako świętego tekstu. Drugim poziomem jest nawiązywanie więzi z innymi. A tę można pogłębiać np. poprzez spożywanie wspólnych posiłków, do czego zachęca Casper Ter Kuile. Dlaczego to takie ważne? Po pierwsze dlatego, że potrzebujemy poczucia wspólnoty. Po drugie – bo w ten sposób lepiej poznajemy samych siebie. Na trzecim poziomie nawiązujemy więź z przyrodą, która pozwala nam na uświadomienie sobie, kim jesteśmy i do kogo należymy. Tu sprawdzi się świadoma wędrówka po lesie albo, po prostu, spacer z psem po parku. Czwarty etap to nawiązywanie więzi z tym, co transcendentne. Chodzi o rozumiany w dowolny sposób kontakt z „siłą wyższą”. Gdy uświadamiamy sobie, że jest „coś” więcej. A to z kolei może nas spotkać np. podczas festiwalu muzycznego, o czym szerzej w swojej książce pisze Casper Ter Kuile. Duchowa praktyka w dzisiejszych czasach jest nam bardzo potrzebna. Jej forma mocno się zmieniła, dostosowując się do naszych potrzeb. Zadanie na dziś jest proste: poszukajcie w swojej codzienności czegoś, co możecie robić z intencją, uważnością i regularnością. I uczyńcie z nich swoje duchowe rytuały. Świętokrzyska Czarownica
Czytaj więcej

Jak stres napędza apetyt

Eksperci alarmują, że polska młodzież tyje na potęgę. Dlaczego? Oprócz złych wyborów żywieniowych warto wziąć pod uwagę inną istotną przyczynę - stres.
Czytaj więcej

Work life balance - czym jest, jak o niego zadbać?

Work life balance – nowa moda, czy rzeczywista potrzeba pracowników? Zobacz, czym jest work life balance, dlaczego jest ważny i jak o niego dbać. Co to jest work life balance?
Czytaj więcej

Serwis Zaufany Terapeuta już wystartował!

Drodzy czytelnicy, Nadszedł czas, kiedy możemy podzielić się z Wami świetnym newsem. Od dłuższego czasu pracowaliśmy nad projektem, który już dziś mamy zaszczyt Wam przedstawić!
Czytaj więcej

Wszystkie rodziny są takie same

Życie rodzinne dobrze wygląda tylko w reklamie. W rzeczywistości z reguły przypomina koszmar, a weekendowa wyprawa całej rodziny to po prostu dno piekła. To właśnie w czasie tego czasu wspólnego, kiedy mamy budować więź, odpocząć, pobyć ze sobą, wybucha najwięcej konfliktów, skaczemy sobie do gardeł, syczymy, zabijamy się milczeniem albo gadaniem. Zderzają się potrzeby wszystkich członków rodziny i nawet jeśli w porządku jednostkowym dałoby się je zaspokoić i nie wydają się nielogiczne, to zwielokrotnione, pomnożone przez wszystkich obecnych okazują się początkiem wojny atomowej.  Zabawne jest to (choć nie, wcale nie jest zabawne), że wiedzę o tym piekle noszą w sobie wyłącznie jego uczestnicy. Bo młodsi jeszcze nie wiedzą, co ich czeka, a starsi zapomnieli lub wyparli, przeżywają syndrom pustego gniazda, który uładza, upiększa wspomnienia sprzed kilku-, kilkunastu lat. A i uczestnicy piekła rodzinnej miłości obiecują sobie zawsze, że kolejny weekend będzie inny, że kolejna wyprawa bardziej atrakcyjna, że uda się zaspokoić oczekiwania wszystkich, przewidzieć je, zabrać odpowiednią ilość wody, ciastek, ładowarkę, sprawdzić lepiej mapę, zaparkować przy fajniejszej restauracji, znaleźć łatwiejsze podejście, bardziej piaszczystą plażę…   Hiroko Oyamada, Ogród, tłum. Anna Wołcyrz Wydawnictwo Tajfuny 2021. Dokładny taki punkt wyjścia buduje w jednym ze swoich opowiadań Hiroko Oyamada. Tekst nosi tytuł Zagubiony w zoo i opowiada o kilku rodzinach, które w niedzielę przychodzą obejrzeć zwierzęta. Tołstoj napisał w Wojnie i pokoju: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są takie same. Wszystkie nieszczęśliwe na swój sposób”. U Oyamady, młodszej od Tołstoja o jakieś dwieście lat, nie ma szczęśliwych rodzin, to jedno. Po drugie każda nosi swój konflikt ze sobą przez cały czas, nie zdejmuje bagażu nieszczęścia. Pierwsza para martwi się niechodzącym, niemówiącym dzieckiem. Oboje maskują przed sobą strach, frustrację, oczekiwanie. Matka przeżywa bardziej, próbuje na córce wymusić postawienie kroku, chce ją na siłę stymulować, popędzić. W drugiej parze inaczej: skacowany ojciec, zapracowany w tygodniu, w weekend wścieka się, że żona za mało zajmuje się dzieckiem, bo on chciałby odpocząć. Matka za to marzy, by ktoś inny prowadził proces wychowawczy choć przez chwilę. Trzecia para to młode dziewczęta wchodzące powoli w swój pierwszy lesbijski związek, bez szans właściwie, w konfrontacji z rodzinami, które oczekują, że dziewczyny szybko sobie kogoś znajdą. Ale kogoś, czyli miłego kolegę ze studiów, a nie koleżankę. Czas studiów to właściwie jedyny okres na wejście w związek, który po absolutorium ma się skończyć małżeństwem i założeniem rodziny.  Oko narratora przeskakuje z pary na parę, z sytuacji na sytuację, w opowiadaniu mieszają się głosy, czytelnik z dystansem i zadowoleniem może obserwować te cudze piekła weekendowe. O ile jednak na co dzień nasze wyjścia z rodziną to po prostu zderzenia i chaos, o tyle u Oyamady chodzi przede wszystkim o to, że sytuacja w zoo to synekdocha, skrót konfliktów z tygodnia. Jakby niedziela skupiała w sobie to, co gotuje się na małym ogniu przez wszystkie pozostałe dni tygodnia: efekt nierównego podziału obowiązków, ulegania presji społecznej, choroby. No i w przeciwieństwie do Tołstoja, w jej opowiadaniach często sytuacja realistyczna staje się puntem wyjścia do nagłego przeskoku w świat fantastyczny. Domowe piekło przynajmniej tego nam oszczędza. 
Czytaj więcej

Nośniki pamięci

Podobno Bolesław Leśmian miał przetłumaczyć na polski Baśnie z tysiąca i jednej nocy. Przekładu nie zrobił. Napisał za to własną ich wersję: Przygody Sindbada Żeglarza. Kulinarną gwiazdą przygód jest królewna, która miała niecodzienne upodobania smakowe. Jadła tylko diamenty. Najchętniej duże. Małe jej nie smakowały, bo były kwaśne. Porzuciła Sindbada, kiedy zjadła wszystkie diamenty, jakie miał. Kiedy wyczerpie się pożywienie, opuszcza się jałowe już miejsce, szukając nowych habitatów. Ludzkość już poszukuje planety, aby przenieść się tam, kiedy Ziemia przestanie dostarczać żywności. Ale Leśmian miał chyba na myśli kobiety interesowne i niezdolne do tworzenia trwałych więzi. Takie jak Marylin Monroe śpiewająca o diamentach – najlepszych przyjaciołach dziewcząt.   Jest w Leśmianowskich przygodach także bohater profetyczny – wuj Sind­bada, Tarabuk. Poeta, bezustannie składający słowa w wiersze. Chociaż nikt tych wierszy nie czyta ani nie chce słuchać, Tarabuk przekonany o ich nieprzemijającej wartości obawia się o ich trwałość materialną. Zwłaszcza doświadczony boleśnie omyłką praczki, która zamiast bielizny wyprała pergaminy z wierszami. Poszukując doskonalszych nośników, kupił tysiąc niewolnic i ich mózgom powierzał swoje dzieła. Pamięć niewolnic okazała się niedoskonała. Odtwarzając wiersze Tarabuka, myliły się, przestawiały słowa, a nawet większe części utworu. Skorzystał więc poeta z technologii opracowanej w Chinach. Chińczyk tatuował jego wiersze na jego własnej skórze. Spokój twórcy o trwałość dzieła prysnął, kiedy zdał sobie sprawę, że jest ona ściśle związana z jego egzystencją. Nauki biologiczne utrzymują, że jedyną formą nieśmiertelności człowieka jest trwałość informacji genetycznej, co prawda niezrozumiałej dla indywiduum, ale ciągle przekazywanej następnym pokoleniom. Nauki biologiczne nie zajmują się twórczością. A przecież kultura tworzona przez ludzi pojedynczo i zbiorowo też trwa dłużej niż biologiczna egzystencja każdego z jej twórców. Tylko że najczęściej indywidualny wkład do kultury pozostaje anonimowy. Podobnie jak informacja genetyczna.    Tarabuk nie miał dzieci. Chciał, bezskutecznie zresztą, zobowiązać Sindbada do przekopiowania swoich dzieł. W formie tatuaża na skórze Sindbada. Posługujemy się coraz większym wachlarzem technologicznych nośników pamięci. Jesteśmy przekonani o ich niezawodności, chociaż nie są przecież niezawodne.  Tatuaż jest modny i stał się powszechny. Czy tatuowani zawsze wiedzą, jakie informacje noszą na swojej skórze? Podobnie jest z kuchnią. Nie znamy najczęściej twórców sposobów przyrządzania naszych ulubionych dań. Kto zna autora przepisu na kotlet schabowy panierowany? Przecież nie jest to dzieło Wojciecha Młynarskiego. Ale znamy autorkę sposobu pieczenia perliczki – Nelly z Młynarskich Rubinstein. Perliczka według Nelly Rubinstein  1 perliczka 100 ml brandy 1/5 kg świeżego sera podpuszczkowego  30 dag cienko pokrojonej słoniny 200 ml śmietany do smaku sól i pieprz, przyprawa do zup w płynie Perliczkę natrzeć solą i pieprzem, obficie skropić brandy (wewnątrz i na zewnątrz). Odłożyć na parę godzin do lodówki. Włożyć do środka ser. Ser powinien być świeży (można użyć homogenizowanego). Obłożyć perliczkę plasterkami słoniny i obwiązać sznurkiem. Piec 20 min w 200°C, bez przykrycia. Następnie zmniejszyć temperaturę do 180°C, zdjąć plasterki słoniny, zostawiając je w naczyniu (sznurek usunąć). Piec 15–20 min, polewając wytopioną słoniną. Gdy ptak nabierze brązowego koloru, usunąć tłuszcz i słoninę, zalać go śmietaną oraz połową szklanki wody i paroma kroplami przyprawy do zup.  Jeśli się ma trufle, wrzucić do naczynia jedną. Przykryć i wstawić do pieca na 10 min.  
Czytaj więcej