W nosie mam... siebie

Na temat

Mówimy „spoko”, „nie ma problemu”, „wcale nie jest mi przykro”, a zarazem jakiś głos w nas doskonale wie, że nie jest spoko, bo jest nam przykro, i że jest problem. Dlaczego unieważniamy i zdradzamy samych siebie?

„Mam w nosie, co on teraz wyczynia” – mówi znajoma o swoim byłym partnerze. A inna oświadcza: „Nie obchodzi mnie, co ludzie o mnie mówią, niech gadają, co chcą”. Wielu osobom zdarza się składać podobne deklaracje. Informują świat, jak małe znaczenie ma dla nich coś, co się w nim wydarza. Po co zatem tracą energię na mówienie o tym? Co tak naprawdę wyrażają stwierdzeniem, że coś lub ktoś jest dla nich nieważny?

POLECAMY

Scena języka

Mam wrażenie, że w ten sposób ujawniamy, że ten ktoś nadal jest dla nas ważny, lecz ta ważność bardzo nam ciąży. Przekonujemy więc innych, że przestał dla nas cokolwiek znaczyć, a tak naprawdę próbujemy przekonać samych siebie. I po cichu liczymy, że jeśli przekonamy świat, ten da nam lustro społecznego poparcia i w końcu sami uwierzymy, iż ten ktoś już nie ma dla nas żadnego znaczenia.
Język pokazuje, w jaki sposób postrzegamy świat i swoją w nim rolę. Jest jak scena w teatrze. Możemy umieścić siebie w roli uczestnika zdarzeń albo w roli obserwatora. Gdy widzimy siebie jako uczestnika, wyrażamy to pierwszą osobą liczby pojedynczej. Mówimy na przykład: „zrobię ci kawę”. Wówczas na scenie mamy trzy elementy: mówiącego, jego odbiorcę i kawę. Możemy jednak tę scenę inaczej skonstruować i powiedzieć: „twoja kawa stoi na stole”. Usuwamy się wtedy ze świateł reflektorów i siadamy wśród publiczności. Na scenie zostawiamy kawę, stolik i odbiorcę przesuniętego na drugi plan za pomocą zaimka „twoja”. Ale możemy umieścić go na pierwszym planie, mówiąc: „napij się kawy”.
Za każdym razem, gdy budujemy wypowiedź, konstruujemy jakąś scenę zdarzeń. I zawsze, kiedy coś mówimy, robimy to w jakimś celu. Słuchając czyjejś wypowiedzi, warto zadać sobie pytanie: po co ta osoba o tym mówi? W jakim celu podejmuje wysiłek, by umieścić na swoich prywatnych teatralnych deskach nadawcę i jego kawę? 

„Ja” krzyczy o uwagę

Język to twór niezwykle ekonomiczny. Nie ma w nim przypadkowości. Każde słowo czy konstrukcja gramatyczna niesie znaczenie. Nawet elementy pozornie zbędne znaczą, są dodatkowym sensem. Innymi słowy, jeśli można powiedzieć coś prościej, a mimo to mówiący sięga po bardziej skomplikowaną konstrukcję, ma ku temu powód. Przykładowo, mówi: „ja zrobiłam ci kawę”, gdy w polszczyźnie do wskazania osoby wystarczy końcówka fleksyjna („zrobiłam”). Pojawia się pytanie, jakie znaczenie dodatkowe wnosi ten – zbędny na pozór – zaimek „ja”? 
W zdaniu „zrobiłam ci kawę” oczywiste jest, kto jest autorem kawy. Czegoś, co jest oczywiste, nie trzeba dopowiadać. Może więc mówiący ma wątpliwość, czy odbiorca kawy usłyszał, kto mu ją zrobił? Albo może to zbagatelizował? Zaimek „ja” krzyczy o zwrócenie na siebie uwagi i podkreśla, kto tu jest ważny, oświetla na scenie zdarzeń kogoś, kto być może psychicznie czuje się niewidzialny. Jeśli coś bowiem zostaje dopowiedziane, to znaczy, że nie jest oczywiste dla mówiącego albo – w jego przekonaniu – nie jest oczywiste dla odbiorcy. 
Jeśli znajomy zaczyna od: „Wiesz, ja w ogóle nie jestem zazdrosny o nową książkę X...

Pozostałe 80% artykułu dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.



POLECAMY

Przypisy