Są takie słowa, które zapadły nam mocno w pamięć i niemal stały się dewizą naszego życia lub determinują to, jak postrzegamy siebie i świat. Czasem mamy wrażenie, że osoby, których już dawno fizycznie z nami nie ma, cały czas są obecne, bo tak wiele w naszym otoczeniu o nich przypomina.
Czytaj więcej
Nasz dom rodzinny żyje w nas. Choćbyśmy wyjechali z niego jak najdalej, niesiemy w sobie jego historię i to, czego w nim doświadczyliśmy. Choćby rodzice już nie żyli, są w nas nadal obecni. Słyszymy w sobie ich głosy, prowadzimy z nimi niekończącą się rozmowę. Czasem unosi nas ona i wspiera w trudnych momentach, czasem obciąża i sprawia, że błądzimy. Nawet błędy, które popełnili rodzice, mogą stać się skarbem i przygotować nas na życiowe potyczki.
Czytaj więcej
Półtorej dekady temu zapisaliśmy się z przyszłym mężem do pewnego towarzystwa. Zabijcie mnie: było to Towarzystwo Przyjaciół Korei Północnej, a my byliśmy młodymi dziennikarzami z niepohamowaną potrzebą zaglądania do najbardziej złowróżbnych zakątków świata.
W europejskim statucie towarzystwa było napisane bowiem, że najbardziej aktywni członkowie dostaną w nagrodę zaproszenie do Korei.
Zapisaliśmy się więc i już wkrótce mogliśmy wziąć udział w europejskim zjeździe miłośników tego państwa w Londynie.
Poszliśmy pod wskazany adres w dzielnicy Bloomsbury, czując się jak Mata Hari w towarzystwie Jamesa Bonda.
Miłośników przyjechało dziewięciu. Siedzieliśmy w ciemnej sali lekcyjnej. Nad tablicą powieszono portrety przywódców: Kim Ir Sena, Kim Dzong Una i najważniejszych współpracowników. Słuchaliśmy hymnu i pieśni patriotycznych. Następnie każda delegacja relacjonowała swój dorobek propagandowy. Powiedzieliśmy nieszczerze, że szykujemy obwoźne kino, w którym będzie można oglądać filmy wychwalające wielkość koreańskiego reżimu i miałkość kapitalizmu. Rosły nam drewniane nosy, ale siedmiu pozostałych delegatów z Finlandii, Danii, Niemiec i Wielkiej Brytanii biło brawa z uznaniem za rozmach i ambicje. Przeczytaliśmy też wiersz o Kim Ir Senie, którego napisanie zlecił nam jako pracę domową szef towarzystwa na Europę, Hiszpan Alejandro.
W przerwie na rozpuszczalną kawę podeszła do nas z gratulacjami londyńska delegatka, współpracowniczka komunistycznego dziennika „The Morning Star”.
Kolega imieniem Dermot poinformował nas, że dzięki członkostwu w towarzystwie podróżuje do Phenianu leczyć zęby. W kapitalizmie trudno je wyleczyć, szczególnie gdy jest się bezrobotnym. Wyraził wdzięczność koledze Alejandro i wyjaśnił, że niedawno uzyskał on w Korei rangę ministra. Jednodniowy zjazd zakończył się obiadem w chińskiej budce. Alejandro, hiszpański arystokrata, powiedział, że ma nadzieję, że wkrótce nas zobaczy.
Wyjechałam z Londynu z wrażeniem, iż zagrałam w Truman Show i że to się nie dzieje naprawdę.
Nie miałam racji.
Alejandro i Dermota zobaczyłam niedawno w filmie dokumentalnym Kret w Korei. Musicie go zobaczyć. Gdyby scenarzysta fabularny przyniósł pomysł na ten film do producenta, ten uznałby, że scenarzysta oszalał.
Tyle, że to nie fikcja. To historia bezrobotnego kucharza z Danii, który zgłosił się do towarzystwa. Też jako Mata Hari, tylko bardziej niż my konsekwentna i z ukrytą kamerą. Zaprzyjaźnił się z Alejandro, zaczął piąć w strukturach, przypinano mu medale. W 2012 r. pojechał do Korei i dowiedział się od Alejandro, że powinien przyprowadzić zachodnich inwestorów.
Kucharz przyprowadził kolegę, a uśmiechnięty Alejandro zaproponował kupno fabryki metamfetaminy, fabryki czołgów i rakiet.
Podczas następnej wizyty Alejandro, dyrektor fabryki broni i oficer koreańskiego wywiadu wręczyli kucharzowi katalog. Rakieta dalekiego zasięgu kosztowała 24 mln dolarów...
Kucharz i podstawiony zachodni inwestor podpisali umowę przedwstępną.
Nie wierzyłam własnym oczom, kiedy groteska przeradzała się w grozę. Zrozumiałam, że w Londynie w ogóle nie chodziło o łatanie zębów.
Kret w Korei, reż. Mads Brugger, 2020.
Czytaj więcej
Zacytowana bajka biskupa Ignacego Krasickiego odnosi się – jak to zwykle w bajkach – do sytuacji spotykanych w kontaktach międzyludzkich. W każdym rodzaju kadzenie jest nastawione na osiągnięcie jakiegoś – na ogół ukrytego – celu. Pierwszy przykład to prawienie komplementów. Celem ukrytym jest na ogół pozyskanie życzliwości osoby komplementowanej, na przykład uwiedzenie partnera (częściej chyba partnerki) i doprowadzenie do realizacji zamierzonego planu. Z męskiego punktu widzenia może to być doprowadzenie do sytuacji intymnej i uzyskanie symbolicznego przyzwalającego tak. Literatura ma bogaty repertuar sposobów i technik takiego uwodzenia – od Owidiuszowej Ars amandi po Fredrowską Sztukę obłapiania. Wszystkie te i niewymienione tu sposoby i techniki uwodzenia zawierają w sobie typowe środki językowe, czyli komplementy odnoszące się do zalet umysłu, charakteru, ale przede wszystkim do wyglądu, urody.
W każdej sytuacji uwodzenia toczy się pewien rodzaj gry językowej między partnerami. Gra ma na celu zwycięstwo jednej ze stron. Uwodziciel (rzadziej uwodzicielka) odniesie skutek, gdy jego partner(-ka) uwierzy w wartość słów wypowiadanych w tej grze i spełni – niekoniecznie natychmiast – jego oczekiwania. Natomiast osoba komplementowana zwycięży wtedy, gdy przejrzy (niecne) zamiary uwodziciela/uwodzicielki i skutecznie odmówi. Pojedynek może się zakończyć w jeszcze inny sposób: krokodyla kup mi luby. Niby akceptuję twoje komplementy, rozumiem, że to tylko pustosłowie, ale sprawdzam. Wszystko bowiem ma swoją cenę; bywa, że niebotycznie wygórowaną.
Każde uwodzenie słowami oparte jest na erystyce, czyli nieczystej grze na uczuciach. O ile retoryka proponuje apelowanie do rozumu, intelektu, rozsądku, o tyle erystyka to gra na emocjach, na przykład strachu, miłosierdziu, poczuciu godności, skromności, najczęściej jednak na naszej próżności – w rzeczywistości ludzkiej – mowa w bajce biskupa Krasickiego, o kadzeniu komuś. Można to oczywiście odnieść do uwodzenia za pomocą komplementów. Próżność nasza sprawia, że jesteśmy łasi na chwalenie: za urodę, intelekt, sprawność, skuteczność i długo by można jeszcze wyliczać za co. Nie łudźmy się: łatwo przychodzi nam łykać takie kęski, bośmy próżni, spragnieni słowa podziwu, uznania. I nie tak łatwo jest nam odżegnać się od pochlebców.
Na ogół w sytuacjach uwodzenia pochlebca zabarwia swoje słowa ironią.
To też chwyt erystyczny. Oto jeden z prawników występujących przed sądem zwraca się do swojego kolegi z pozornym podziwem dla jego wykształcenia, umiejętności adwokackich, przenikliwości, znajomości prawa i oratorstwa tylko po to, aby zapytać: czyż mój tak znakomity kolega naprawdę nie dostrzega, że… Znakomity kolega jest tylko pozornie honorowany; w istocie ironia sprawia, że jest to przygana i próba podważenia argumentacji przeciwnika w sądowym sporze.
Słowa pochlebiać, schlebiać, przypodchlebiać się komuś mają swoją dość łatwo rekonstruowaną etymologię w chlebie. Rodzajem plenoazmu jest schlebianie chlebodawcy, czyli kadzenie komuś w zamian za wymierne korzyści. Na takiej zależności opiera się zjawisko mecenatu. Mecenas płaci za to, że tworzę coś zgodnego z jego oczekiwaniami. Wszyscy znamy powiedzenie o schlebianiu (niskim?) gustom odbiorcy. Mecenasem nie musi być bogaty przedsiębiorca, nie musi być taka lub inna władza. Mówi się czasem o sztuce komercyjnej, czyli jakiej? Oczywiście zgodnej z domniemanymi gustami i poglądami tak zwanego szerokiego odbiorcy, który płaci i czegoś w zamian oczekuje, a może nawet wymaga.
I tu ostatni przykład kadzenia. Tym razem to chwyt retoryczny zwany demagogią, albo populizmem. Oto wiec przedwyborczy, na którym kandydat głosi takie poglądy i gusta – na przykład uwielbienie dla muzyki disco polo – których oczekują potencjalni jego zwolennicy. Poglądy są na ogół wzmacniane obietnicami. Powiada się, że kiedy polityk głosi, to znaczy, że głosi; kiedy obiecuje, to obiecuje (i niekoniecznie obietnic dotrzymuje). W rzeczywistości chodzi przecież li tylko o głosowanie na mnie przez uwiedzionych słowami. Wystarczy znać podstawowe zasady psychologii tłumu – na przykład wersji Gustawa Le Bona – i słuchać swoich spin doktorów, aby uzyskać poklask, a jeszcze lepiej skandowanie – jak u A. Gołubiewa w jego powieści o Bolesławie Chrobrym: Bole-sław, Bole-sław.
Oto siła słowa, które w ustach uwodziciela może mieć moc sprawczą. Chyba że uwodziciel trafi na odbiorczynię/odbiorcę krytycznie myślących. Wtedy przegrywa, odchodzi z kwitkiem albo dusi się dymem kadzidła i sam pląsa w rytmie disco polo.
Czytaj więcej
Wodospady, puszcze, torfowiska i wiele innych ciekawostek przyrodniczych znajdziemy w kraju naszych południowych sąsiadów. Polecamy miejsca, które z pewnością warto zobaczyć także jesienią, gdy drzewa oblekają się w kolorowe szaty.
Czytaj więcej
Tego dnia wszystko idzie na opak. Po nerwowym poranku Basia spóźnia się do przedszkola. Nie cieszy jej rozmowa z Marcelem, a zachowanie Dżesiki wręcz ją denerwuje. Okazuje się, że inne dzieci też nie lubią określonych sytuacji. Na szczęście pani Marta jak zawsze staje na wysokości zadania i uczy przedszkolaki, jak stawiać granice w trudnych dla nich chwilach.
Czytaj więcej
Życie nastolatka nie jest łatwe. Na szczęście młodzi mają po swojej stronie Przemka Staronia! Zaczynamy drugi rok nauki w SZKOLE BOHATEREK I BOHATERÓW!
Czytaj więcej
W dzisiejszym świecie samo pragnienie stworzenia silnego, trwałego związku i rodziny nie wystarczy. Potrzebujemy nowego nastawienia i dodatkowych narzędzi, aby sprostać rozmaitym życiowym wyzwaniom. Ponadczasowe i sprawdzone w wielu dziedzinach 7 nawyków to gotowy program na udane małżeńskie i rodzinne życie. Trzeba jednak wiedzieć, jak go realizować. W tej książce Stephen R. Covey z żoną Sandrą oraz jego brat John z żoną Jane dzielą się z nami osobistymi historiami na temat tego, jak stosować te zasady na co dzień i jak pomogły im one przetrwać trudne chwile i uporać się z małżeńskimi kłopotami. Wyjaśniają, co to znaczy zaczynać z wizją celu i myśleć w kategoriach wygrana-wygrana. Podkreślają, jak ważna jest empatyczna komunikacja, twórcza współpraca i „ostrzenie piły”, czyli odpoczynek i regeneracja. Ich pragmatyzm, ciepły humor i rodzinne anegdoty sprawią, że 7 nawyków szczęśliwego małżeństwa nie tylko umocni wasz związek, ale też wywoła uśmiech na twarzach.
POBIERZ FRAGMENT KSIĄŻKI TUTAJ
O autorach:
Doktor John Covey jest dyrektorem i współzałożycielem oddziału doradztwa rodzinnego organizacji FranklinCovey Company, w której był przez wiele lat starszym konsultantem.
Jane P. Covey jest doświadczoną mówczynią motywacyjną i edukatorką, jak również współautorką książki The Proactive Family Guidebook i autorką licznych artykułów na temat relacji rodzice–dziecko.
Doktor Stephen R. Covey (1932–2012) pozostawił po sobie bezprecedensowe dziedzictwo treści edukacyjnych dotyczących przywództwa, zarządzania czasem, skuteczności działania, sukcesu, miłości i rodziny. Był autorem sprzedających się w milionach egzemplarzy klasycznych już dzisiaj poradników i podręczników biznesowych. Jego najbardziej znacząca książka, 7 nawyków skutecznego działania, przemieniła sposób myślenia i rozwiązywania problemów tysięcy ludzi. DW REBIS wydał też m.in. 3. Rozwiązanie, 8. nawyk, Najpierw rzeczy najważniejsze i 7 nawyków szczęśliwej rodziny jego autorstwa.
Informacje szczegółowe o książce:
Data premiery: 28.09.2021
Liczba strona: 160
Format: 150 x 225
Oprawa: miękka
Link do strony, gdzie można kupić książkę: https://www.rebis.com.pl/pl/book-7-nawykow-szczesliwego-malzenstwa-stephen-r-covey,SCHB10545.html#book_details
Czytaj więcej