Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Otwarty dostęp

20 października 2021

NR 11 (Listopad 2021)

Skarby rodzinne, czyli co wynosimy z domu rodzinnego

0 106

Nasz dom rodzinny żyje w nas. Choćbyśmy wyjechali z niego jak najdalej, niesiemy w sobie jego historię i to, czego w nim doświadczyliśmy. Choćby rodzice już nie żyli, są w nas nadal obecni. Słyszymy w sobie ich głosy, prowadzimy z nimi niekończącą się rozmowę. Czasem unosi nas ona i wspiera w trudnych momentach, czasem obciąża i sprawia, że błądzimy. Nawet błędy, które popełnili rodzice, mogą stać się skarbem i przygotować nas na życiowe potyczki.

Mam przed sobą szklaną kulawą świnkę i lupę na trzech nóżkach – od kiedy pamiętam stały na biurku mojego Ojca, zresztą tym samym, na którym teraz stoi mój komputer. W pokoju obok oprawione zdjęcia Rodziców, a na ścianach obrazy Dziadka. To wszystko skarby rodzinne wyniesione z domu, bezcenne, choć dla postronnego obserwatora być może banalne lub niezrozumiałe. 
Czym są skarby rodzinne? Pamiątkami? Słoikami z rarytasami z domowej kuchni albo smalcem, który pozwolił przetrwać okres głodu? Złotą monetą ukrytą podczas okupacji w obcasie, za którą można było wykupić wolność, życie lub chleb? 
A może pamięcią naszych bliskich, jaką nosimy w sobie, i wewnętrzną rozmową, jaką z nimi prowadzimy i która nie kończy się nawet, gdy ich już nie ma tu z nami. A czasem dopiero wtedy się zaczyna…

Tato, byłbyś ze mnie dumy

„Tato, byłbyś ze mnie dumny” albo „Mamo, byłabyś zadowolona wiedząc, że ja…” – ileż razy słyszeliśmy to stwierdzenie, zwłaszcza na amerykańskich filmach. Czy jest to wyraz szczególnie silnych więzi rodzinnych za oceanem? Niekoniecznie, ale z pewnością etosu rodzinnego, w którym rodzice mają być dumni ze swych dzieci, a dzieci potrafią zrobić coś, co na tę dumę zasługuje. Prosty układ oparty na zasadzie wolności i wzajemności – bo raczej to jest cechą znamienną amerykańskich rodzin. Dzieci mają iść w życie swoją drogą, stosunkowo wcześnie mogą (a nawet powinny) się uniezależnić i robić w życiu coś nie mniej wartościowego w porównaniu do rodziców, choć czasem niezgodnie z ich oczekiwaniami.
Rodzice już często nie żyją, kiedy padają te sakramentalne wyznania, albo nie ma z nimi kontaktu. Niemniej świadomość ich istnienia i zapotrzebowania na aprobatę i dumę z dokonań dziecka przekracza barierę czasu, życia i śmierci… Kiedyś, a było to niemal pół wieku temu, Heinz Kohut, austriacki neurolog i twórca kierunku self w psychoanalizie, pisał, że każdy człowiek potrzebuje obiektów wspierających. Mogą nimi być rodzice albo nauczyciele, którzy dostrzegli w nas iskrę bożą, a także znajomi, katecheci, a czasem nieznajomi ludzie, którym udało się czymś zaimponować albo którzy powiedzieli kiedyś: „Uda ci się”, „Potrafisz”, „Zrób to!”. I pozostają w pamięci jako owe obiekty wspierające, czyli osoby dyskretnie towarzyszące w sytuacjach trudnych, przywoływane myślą w czasie zagrożeń lub wyzwań. Pomagają radzić sobie – tak jak niegdyś, kiedy dali wyraz temu, że wierzą w nas i nasze możliwości. Dobrze mieć takie obiekty, dobrze czasem usłyszeć ich głos i za nim pójść. Dobrze też być dla kogoś obiektem wspierającym…
Co zatem wynosimy z domu rodzinnego? 

Odpowiedź pierwsza: miłość i frustrację

Z domu wynosimy z pewnością wiele doświadczeń składających się na tak zwany „normalny obraz świata”. Normalny, czyli taki, do którego przyzwyczailiśmy się, nauczyliśmy się w nim żyć. Ten pierwszy obszar adaptacji. Podświadomie oczekujemy, że świat i relacje międzyludzkie będą jakoś podobne do tych, których doświadczyliśmy w dzieciństwie i młodości. Łatwo dostrzec, że w przypadku zdrowych rodzin otrzymujemy niezłe przygotowanie do życia w normalnym (lub nawet wzorcowym) świecie. Trudno zarazem nie dostrzec, że te wyuczone wzorce mają też swoje ograniczenia, ponieważ świat i relacje międzyludzkie nie zawsze do nich pasują, czasem bywają trudne lub „nienormalne”.
A co w przypadku, gdy dom był dysfunkcyjny? Wówczas świadomość ma dwa bieguny: nosimy w sobie świat realny – czasem głęboko patologiczny, i świat pożądany – ten spokojny, dający oparcie, kochający, widziany u innych, siłą rzeczy upragniony i… niemożliwy do spełnienia. Co daje dom rodzinny? Dom, jaki by nie był, przygotowuje do radzenia sobie w takim środowisku, jakim jest on sam. A to oznacza, że można nie tylko przywyknąć do patologii, ale też nauczyć się w niej czy z nią żyć. Psychologowie z reguły pracują z ludźmi, którzy tego nie potrafili, dla których poziom stresu był zbyt wysoki, a patologia zbyt inwazyjna, co przy indywidualnej wrażliwości doprowadziło do zaburzeń. 
Dom rodzinny jest pierwszą szkołą życia. Uczy zarówno reguł, jakie w nim funkcjonują, jak i radzenia sobie z urazami, frustracją, niezrozumieniem czy niesprawiedliwością. To ma dobrą i złą stronę. Dobra jest taka, że dom, który uczy na co dzień kontaktu z drugą osobą i grupą wrażliwości uczuciowej, moralnej, społecznej, ogólnie aksjologicznej, czyli wprowadza w świat wartości, daje mocną podstawę idealizmu i nadziei, że świat tworzony przez ludzi może być dobry, sprawiedliwy, przewidywalny. Dobrą stroną jest też trening odraczania potrzeb i odporności w sytuacjach trudnych – tym bardziej skuteczny, im łatwiej świat wraca do swej właściwej, bezpiecznej wersji. Taki trening jest nie do przecenienia, stąd błędy rodziców i liczne niedoskonałości życia rodzinnego oraz wzajemnych relacji mają sens adaptacyjny, a poczucie winy rodziców za (niezamierzone) błędy, jakie popełnili, nie zawsze jest słuszne. Te wszystkie niedoskonałości nieźle przygotowują do życia, sprzyjając nabywaniu odporności i dojrzałości. 
Mówiąc nawiasem, psychologowie zajmujący się rozwojem osobowości dzieci w okresie niemowlęctwa i wczesnego dzieciństwa ukuli termin „wystarczająco  dobra matka”. Autorem tego określenia był amerykański psychiatra Donald Winnicott. Matka „wystarczająco dobra” nie jest matką spełniającą wszystkie potrzeby dziecka; kocha je, akceptuje i zarazem frustruje do pewnego stopnia – a wszystkie te procesy sprzyjają kształtowaniu się „ja” małego dziecka. Ocierając się o paradoks, można rzec, że „wystarczająco dobra matka” jest właśnie matką idealną! Dla pełnego rozwoju dziecko potrzebuje bowiem miłości oraz luk w niej w postaci frustracji (byle tylko nie była to huśtawka emocjonalna). Gdyby rodzice to wiedzieli, być może staraliby się mniej i doświadczali mniej napięć, chcąc być „dobrymi” rodzicami. Ale z kolei ci, którzy zaniedbują dzieci, mieliby (zbyt) łatwe usprawiedliwienie. Zasadę „wystarczająco dobrej matki i ojca” można ekstrapolować. Optymalne warunki rozwoju człowieka zawierają co najmniej dwa komponenty: wsparcie i miłość ze strony osoby bliskiej oraz gotowość radzenia sobie i podejmowania (bez wsparcia) trudnych zadań i wyzwań.
Złą stroną „szkoły życia”, jakiej doświadczamy w domu, jest to, że – stosownie do temperamentalnych, a zwłaszcza emocjonalnych predyspozycji dziecka – frustracji albo opieki może być za dużo, albo wzorce mogą być nieoptymalne, co w dłuższej perspektywie utrudnia przystosowanie. Zarówno nadwrażliwość, jak i jej brak kładą się cieniem na kontaktach międzyludzkich, tyle że nadwrażliwość (pochodna rodzicielskiej nadopiekuńczości) przeszkadza najczęściej samej jednostce, podczas gdy brak wrażliwości najczęściej utrudnia życie innym. Niewłaściwe wzorce z kolei rzutują na przystosowanie. Na przykład ktoś, kogo matka uciekała w chorobę (dostawała bólu głowy), jak tylko pojawiały się trudności, może to powtórzyć. Ktoś, kogo ojciec pił, zamiast rozwiązywać problem, może mieć skłonność do podobnie ucieczkowych zachowań. A ktoś, kto wychowywany był w atmosferze podejrzliwości i nieufności wobec ludzi, może mieć skłonność do obronnych zachowań w sytuacjach zupełnie niezagrażających i problem z nawiązaniem przyjaźni.
Co jeszcze wynosimy z domu rodzinnego? 

POLECAMY

Odpowiedź druga: etos i wzorce zachowań

Etos grupy rodzinnej, a czasem szerzej – środowiska lub grupy społecznej, to ważne komponenty indywidualnej tożsamości grupowej. „W naszej społeczności…” – i tu następuje wyliczenie, co się tu robi i co jest dopuszczalne, a czego się nie toleruje. To może być góralski honor, mieszczańska moralność, kupiecka uczciwość, handlowa zaradność, transgraniczna przedsiębiorczość albo szacunek dla wiedzy lub dokonań artystycznych. Podobnie jak inne właściwości, to z jednej strony może być atutem, a z drugiej ciężarem. Ale istotniejsze jest to, że w ślad za etosem idzie poczucie własnej wartości, podszyte niekiedy poczuciem wyższości. Bo czyż mój świat i mój etos nie jest lepszy niż Twój? Istotne, by nie był gorszy, jak to czasem bywa w przypadku grup mniejszościowych (np. „W naszej dzielnicy nikt nie szanuje Cyganów”). Ów etos jest jak kierunkowskaz lub barometr społecznych poczynań człowieka, wartościowań i wyborów, jakich dokonuje, stylu życia, sposobu postępowania. I w tym sensie czyni świat uporządkowanym i przewidywalnym: wiadomo, co robić, jak i dlaczego (choć to ostatnie niekiedy nie jest uświadamiane i kończy się na stwierdzeniu: „Bo tak robili rodzice i dziadkowie”). Gdy rwą się więzi społeczne albo życie rodzin i społeczności zakłócają wojny, migracje, kryzysy socjoekonomiczne czy inne, etos na co dzień nie wystarcza i wówczas pojawia się wybór stylu życia spośród mniej znanych opcji.
Kiedy etos jest ciężarem? Wówczas, gdy trzeba uzgadniać punkt widzenia z drugim człowiekiem lub grupą, którzy widzą świat inaczej. Związek córki artysty i syna budowlańca może być trudny, zwłaszcza w pierwszym etapie, jeśli nie oderwali się od swych rodzin i pozwalają bliskim, by ingerowali w to, jak powinien wyglądać ich dom i życie. To, co jednemu wydaje się oczywiste, może być obce lub dziwne dla drugiego. „W niedzielę odwiedza się rodzinę i je rosół, a potem schabowego” versus „Cóż za absurd, w niedzielę jedzie się za miasto, podziwia piękno przyrody”… Takich banalnych różnic może być na pęczki. Przykładowo, kiedy odświętnie się ubrać i jaki strój jest odświętny, jak się rozmawia z rodzicami, jakie książki się czyta, do jakich zaglądać nie warto itd. Rzecz nie w tym, by robić to samo lub tak samo. Chodzi o to, by ubogacać życie własnymi poszukiwaniami, a zarazem twórczo czerpać z etosu domu rodzinnego.
Z wzorcami zachowań jest odrobinę trudniej. Przekonania jakoś da się ustalić, coś wynegocjować, ustąpić lub przekonać. Wzorce zachowania są silniejsze, ponieważ utrwalone i często nie poddane refleksji. „Skoro zawsze robię coś na ostatnią chwilę i zdążam, to w czym problem? Niby dlaczego miałabym gotować i prać, dlatego że twoja matka tak robi? Nie mów do mnie z pełnymi ustami! Obrażasz się, ale nigdy nie przeprosisz, czy wina jest zawsze po mojej stronie?!”. I tak dalej... Wzorce zachowania tkwią w nas i uruchamiają się, kiedy tylko przestajemy się kontrolować, a przecież nie wszystkie są adaptacyjne.
Dziecko, widząc, jak rodzice traktują siebie nawzajem, jak się do siebie odnoszą, jak dzielą obowiąz...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy