Kiedy to piszę, wiem, że święta się skończyły. Odpoczywam lub pracuję i pewnie już nie pamiętam, że jeszcze niedawno wszystko to się wydarzyło, jak zawsze, na końcówce roku. Święta.
W święta bardzo mi żal umierających drzew i że to dzieje się w obwieszeniu ozdobami, w kolorowych lampkach, w ciepłych, suchych domach. Najgorzej dla nich. I potem te hałdy ich suchych kikutów wystawianych do śmieci. Nie cieszą mnie wcale też drzewa kupowane w donicach, bo bardzo często są one wykopywane z plantacji, bez ogromnej części korzeni, wciskane w pojemnik. Cała ich masa jest poranionych, ciężko takie drzewo się potem w ziemi przyjmuje, kiedy jego połowa musi się goić. Tyle zwykle jest biegania ze świętami, że mało kto ma czas, by patrzeć na to, na co w zasadzie nigdy nie patrzy – na korzenie. O plastikowych choinkach zza drugiego końca świata nie mam nawet ochoty pisać.
A może inaczej za rok? Proszę, kupujcie drzewka w doniczkach, w których żyły od kilku lat, zauważycie, że korzenie zaplotły się tam we wzory, jakie znacie od roślin domowych. Nie trzymajcie ich w mieszkaniach dłużej niż 10 dni, bo ciepło potrafi obudzić ich pąki. Wystawienie ich na mróz to wielkie niszczenie drzew iglastych. Delikatnie zraszajcie igły… delikatnie podlewajcie. Pewnie mogłabym jeszcze i jeszcze mówić o drzewach, ale może teraz o rybie?
Ona też musiała umrzeć, jak wszystko, co jemy, musiało umrzeć, co jednoznacznie podkreśla biologia. Powtarzam – jesteśmy heterotrofami. Tak, nie potrafimy tworzyć cukru w komórkach. Musimy więc jeść innych. Ja wiem, że jemy przecież cały rok, lecz w czasie świąt jemy szczególnie, w wielu domach nabiera to charakteru tzw. biesiady. W czasie, gdy ludzie cierpią z przejedzenia, wyrzucają góry jedzenia – świętowanie, przez biesiadowanie – nie jest dla mnie świętowaniem.
Więc gdyby nie ludzie w tej Wigilii, nie czucie bezwarunkowej miłości, nie najbliżsi, którzy nauczyli mnie ogromnej wdzięczności dla pierwotnej konstrukcji życia przy każdym kęsie jabłka, chleba, przy każdym łyku barszczu – byłoby mi w tym świecie znacznie trudniej. A najbardziej w święta.
Pierwotnie przecież to celebrowanie wydarzenia z przeszłości, które polega na urodzeniu się pewnego dziecka, które będzie musiało umrzeć. Słyszymy, że to Syn Boga. Ojciec wysyła dziecko na śmierć. Radośnie to przyjmujemy.
Otaczamy się w tym dniu innymi ofiarami, przetwarzamy ten dzień w niesłychanych ekspresjach dzikiego konsumpcjonizmu, produkując górę śmieci, celebrując niepohamowanie w jedzeniu i piciu, przez cały wieczór, który tylko z nazwy jest postny. Oczywiście wszystko to jest finałem, trwających od miesiąca przygotowań w sklepach, w których należy poruszać się slalomem gigantem między świątecznymi słodyczami, świecącymi bibelotami, plastikowymi gadżetami – idąc po chleb czy zeszyt.
Migranci z wioski do wioski. Nikt nie przyjmował. Więc w sianie, na uboczu urodziło się to dziecko. Tak jak dziś. O tych ludziach myślałam w te święta najbardziej. I właśnie to oni nie pozwolili mi zaznać w ten czas spokoju.
Nie wiem, czy mogłam wtedy odpocząć od myśli, że wśród nocnej ciszy, w polskich lasach ludzie przeżywają najgorsze swoje dramaty, że mnie od nich dzieli trzy godziny jazdy samochodem, że wszystkie moje zaangażowania w sprawy zbiórek pieniędzy, zbiórek butów czy śpiworów nie dają mi wcale ulgi.
Porażają mnie głosy zimnych, strasznych ludzi. Zapewne było ich w naszym kraju wiele, bez litości, jednoznacznych sądów, podczas tego świątecznego biesiadowania, już dawno temu spoza myśli chrześcijańskiej. Jestem tego pewna, że w licznych polskich domach grzmiało.
A więc co, jeśli dziś empatia jest w dramatycznym deficycie, jest na wymarciu? A obecny świat opiera się na tych, dla których nie liczy się nikt? Żaden człowiek, ryba, drzewo, rzeka? Tak jak zaraz, te ptaki, które umierać będą na zawał serca, w kolorowych rozbłyskach nieba, pośród zabawy na Nowy Rok? Gdy to piszę, to jeszcze żyją.
Czytaj więcej
Kiedy prowadzę moją córkę do przedszkola i coraz rzadziej pozwala się ona wziąć za rękę, nigdy nie myślę o kruchości jej ciała. Ta ręka jest żywa, ruchliwa, drobna i ciepła, więc rzadko kiedy pozwala na jakąkolwiek myśl o słabości. W jej dłoni kryje się raczej nadzieja, oczekiwanie na wzrost, na przygodę, gotowość do wyrwania się, machania i wskazywania palcem. Ale kiedy ta dłoń spoczywa na poduszce wieczorem, już nieruchoma, ukołysana, rozluźniona, to zanim wymknę się na palcach z ciemnego pokoju, zalewa mnie zawsze niewielka i już coraz lepiej kontrolowana fala niepokoju. To w ogóle nie fair, że przyszłym rodzicom nikt nie mówi o cyklu przypływów i odpływów zachwytu i niepokoju, o dwóch falach i dwóch prędkościach uczuć: między skrajną miłością i skrajnym przerażeniem, między wybieganiem w przód i cofaniem się w czasie, zawsze do chwili porodu, gdy w gruncie rzeczy traci się panowanie nad tą drugą osobą, która już nigdy nie zniknie z żadnej myśli, jaka przebiega nam przez głowę.
Jak wszystkie matki mam problem z czytaniem o chorych dzieciach, stawiam opór wszystkim tym historiom na poziomie emocjonalnym, filtr perspektywy dziecięcej robi mi krzywdę, a nie upraszcza świat przedstawiony. Literatura posługuje się takim rozwiązaniem, by pokazać świat jako nieoczywisty, tajemniczy, często nielogiczny, budzący przerażenie, zdumienie, wymagający rozszyfrowania, rozczytania. Rzadko kiedy, bo to wymaga wyjątkowego mistrzostwa, daje się opowiedzieć coś więcej, ale tak właśnie pisała Christine Lavant, austriacka prozaiczka, zmarła w 1973 roku. W dwóch jej książkach, które ukazały się po polsku, na plan pierwszy wysuwa się szpital: w Zapiskach z domu wariatów chodzi o szpital psychiatryczny, do którego Lavant trafiła sama jako młoda kobieta, na własną prośbę zresztą. W opowiadaniu „Dziecko” (z tomu Zapiski na drzwiach…) to szpital dziecięcy, także odprysk z biografii jej samej: urodzona w 1915 roku, w czasie pierwszej wojny światowej, w ubogiej rodzinie, jako dziewiąte dziecko, zachorowała na skrofulozę i właściwie nie bardzo miała szanse na przeżycie. Choroba spowodowała częściową utratę wzroku, później dopadły ją bronchit i gruźlica. Jako dwunastolatka coraz bardziej chora trafiła do szpitala, w którym wyleczono ją częściowo przy użyciu promieniowania rentgenowskiego. W jej opowiadaniu lekarz, ordynator oddziału, jest bogiem. To on leczy, zadaje ból, daje nadzieję, wprowadza w świat. Nie jest jednak bogiem wszechwiedzącym, bo poniżej jego władzy rozciąga się dzicz silnie zhierarchizowanego świata dziecięcego, pełnego przemocy i pogardy, wymuszającego nieustanną walkę albo ucieczkę. Szpitalna rzeczywistość dziecięca odwzorowuje hierarchie z zewnątrz, faworyzuje dzieci ładne, zdrowsze, pochodzące z zamożniejszych rodzin. Między łóżkami rządzą „dziewczynki lalki”, sprytne szantażystki.
To, co jednak w tych tekstach Lavant uderza najmocniej, to sposób, w jaki opisuje kruchość ciała, jego bezsilność wobec procedur medycznych – inwazyjnych, bolesnych, często upokarzających. Trzeba się im dobrowolnie poddać, trzeba je znosić, choć do końca nie wiadomo, do czego prowadzą. Czy mają uzdrowić, czy są rodzajem eksperymentu? Dziecko nie wie, jaki jest cel wszystkich tych praktyk.
O wszystkim tym myślę coraz intensywniej, zwłaszcza w czasie pandemii, gdy przepełniają się dziecięce oddziały covidowe, gdy rodzice nie mogą nawet spać na podłodze przy swoich ciężko, ledwo oddychających dzieciach. O tym, że ciało dziecięce zdradza tak samo jak ciało dorosłego, że ma swą wolę, jakąś własną drogę, w której nikt mu nie pomoże.
Christine Lavant, Historia zapisana na drzwiach i dwie inne opowieści,
przeł. Małgorzata Łukasiewicz,
Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2021.
Czytaj więcej
Za każdym razem było to samo: kiedy stawiałam pierwszy krok na tych schodach, byłam spokojna, a kiedy stawiałam ostatni – poirytowana. Najpierw nie wiedziałam, o co mi chodzi, ale potem zrozumiałam: każdy ze stopni miał jakąś idiotyczną wysokość – był stanowczo zbyt niski i do tego długi, więc idąc po jednym schodku szłam jak gejsza, a kiedy niechętna tej roli brałam po dwa schodki na raz, kończyłam w półszpagacie.
Schody, znajdujące się skądinąd w pięknym i pod wszystkimi innymi względami bardzo wygodnym hotelu, postawiły mnie przed pytaniem o wewnętrzny rytm, który nieuszanowany buntuje się i złości. Nie da się go odnaleźć, po prostu otwierając kalendarz czy patrząc na telefon, żeby sprawdzić godzinę. Nie da się go wyguglować ani odtworzyć, czytając cudzą książkę.
Kim jest istota, struktura, postać, która się wkurza już na pierwszym schodku? Piszę to pytanie i od razu słyszę, że mój brzuch zaczyna wydawać dźwięki, jak wywołany do odpowiedzi uczeń. Ale też wiem, że odpowiedź jest bardziej złożona, a moje ciało ma nie tylko czysto kinestetyczne preferencje, ale też, kiedy idę krokiem gejszy, odpala mi się złość na patriarchat, że nie będę drobić kroczku, tak jak nie zamierzam chichotać ani szczebiotać, a kiedy biorę po dwa kroki, wkurzam się, że dlaczego ktoś nie uwzględnił osobniczki o nogach długości moich. Na tych kilkunastu stopniach przerabiam więc, chociaż tego nie wybieram, lekcję psychologii, socjologii i gender studies.
Czasem zastanawiam się, kto te schody budował i kieruję swoją złość przeciwko niemu. Ale ostatecznie to moja sprawa: który wybieram hotel, którędy idę i przede wszystkim czy oraz na ile szanuję swój własny rytm: kiedy idę, kiedy leżę, siedzę, stoję.
Albo kiedy biegnę, biegam. Zadziwia mnie bezosobowość, z jaką mówi się o pośpiechu: „w tych czasach, wiadomo, wszyscy zabiegani”, „przedświąteczna gorączka”, „ciągły brak czasu” – jak gdyby pośpiech był czymś absolutnie poza naszym wyborem, jak stopień zachmurzenia albo godzina zachodu słońca; jak gdybyśmy mieli gdzieś z boku zamontowany guzik z napisem „on”, który ktoś inny co rano po prostu naciska, a my zaczynamy zasuwać.
Zauważyłam, że nic mnie tak nie wyjaławia i nie pozbawia przyjemności, jak pośpiech. Kiedy idę po dwa schody, przestaję czuć swoje ciało, czyli siebie samą. W gruncie rzeczy to właśnie pośpiech wydaje mi się leżeć na antypodach obecności – obecności w tak zwanym tu i teraz oraz we własnym życiu.
Mój romans z bieganiem był doprawdy przelotny i nie zamierzam do niego wracać, ponieważ nie rozpoznałam biegania jako swoje. Ale tych trzydzieści kilometrów, które – oczywiście na raty – przebiegłam, wystarczyło mi, żeby zrozumieć, że pośpiech nie jest kwestią szybkości przemieszczania się, ale zgodności z własnym rytmem. Kiedy biegłam, udawało mi się czasami złapać rytm, jakąś podstawową zgodność ze swoich ciałem i oddechem.
Jak wybierać schody o odpowiedniej dla siebie wysokości? Jak decydować, kiedy na nie w ogóle wchodzić? Po dwudziestu pięciu latach praktyki zawodowej w pracy z ludźmi, dwóch fakultetach i dogłębnych lekturach książek, w których szukałam, także prywatnie, odpowiedzi na to pytanie, doszłam do następującego wniosku: trzeba położyć rękę na brzuchu. Swoim własnym, dodajmy.
Wybacz, jeśli prostota tej wskazówki obraża Twoją inteligencję, jeśli słysząc ją, z Twoich półek z książkami na znak protestu spadają kierkegaardy i ulissesy. Taka prawda, sorry. I na to żadna encyklopedia Britannica nie pomoże.
Kiedy położę rękę na brzuchu, wiem: za szybko. Albo zbyt ospale. Jestem zmęczona. Brakuje mi jogi. Dawno się do nikogo nie przytulałam. Albo potrzebuję odosobnienia. Nie będzie mi dobrze, jeśli zgodzę się wejść w ten nowy projekt, co tak świeci i nęci z sharowanego ekranu kolegi na firmowym zoomie. Nie chcę dzisiaj gotować. Albo czuję, że chcę ugotować gęstą zupę.
W moim brzuchu jest moja Wikipedia, Google. Wszystko naraz i co chwilę co innego. Nie umiem i absolutnie nie chcę znaleźć stałej odpowiedzi na pytanie, czego potrzebuję. Czuję, że służy mi sprawdzanie i jakiś rodzaj gibkości, która pozwoli mi mądrze się ze sobą przyjaźnić, równocześnie podążać za i kierować tą tajemniczą istotą, którą jestem (bo każda i każdy z nas, święcie wierzę, jest Tajemniczą Istotą).
Ale też ciągle zmieniające się odpowiedzi na pytanie, którędy iść i w co nie iść, układają się we mnie w pewien wzór: wiem na pewno, że nie chcę pośpiechu. Potrzebuję bardzo głęboko i intensywnie pracować, a potem dość długo i głęboko odpoczywać. Moim noworocznym postanowieniem jest Dzień Pusty w środku tygodnia, tylko na czytanie, łażenie po mieście i oglądanie seriali.
Piszę to i słyszę Twój głos protestu, który próbuje przywołać mnie do rozsądku, mówi o powinnościach, ograniczeniach i przywilejach, które nie każdy posiada. Słyszę, jak mówisz, że nie każdy może sobie projektować swoje własne schody. I pewnie wiele w tym racji – trudno było mi myśleć o Dniu Pustym, kiedy mój syn był mały czy kiedy ledwo mi starczyło na ratę kredytu.
Ale wierzę też, że nasze osiągnięcia, sukcesy i, co osobiście dla mnie teraz najważniejsze, nasza dobra codzienność, rodzi się ze zgodności z własnym rytmem. Być może częściej, niż Ci się wydaje, możesz sobie pozwolić na luksus jego odszukania i obecności we własnym życiu.
Kiedy ostatnio byłam w hotelu z dziwnymi schodami, zatrzymałam się na chwilę u dołu, żeby zamienić parę słów z panią z obsługi. I wtedy dopiero zobaczyłam, że obok schodów jest przecież zwykły trawnik, nie żeby jakiś golfowy i wymanicurowany – taki, co to można sobie po nim chodzić – i jeszcze stokrotki w środku grudnia, lekko przywiędłe, ale jednak, dla zachęty! Dlaczego ja tyle razy wchodziłam na te schody? I na jakie jeszcze schody wchodzę, wkurzona od pierwszego stopnia, klnąc pod nosem, bo wydaje mi się, że to jedyna droga?
Czytaj więcej
Oddech uczy nas wielu rzeczy poprzez samą obserwację jego natury.
Wdech i wydech, które składają się na niego, przypominają nam o tym, że życie to branie i dawanie. Każdy oddech pokazuje nam, że wszystko wydarza się tylko raz, a potem mija. Najprzyjemniejszy zaś oddech to oddech płynący miękko, bez amplitud raptownych i szarpiących wdechów i wydechów, co pomaga nam doceniać równowagę zamiast radykalnych wychyleń.
Oddech na poziomie biologicznym pozwala też zarządzać gospodarką tlenową i CO2 w organizmie. Istnieje wiele technik oddechowych, z których każda ma inne zastosowanie. Poznajmy dwie z nich, które pozwolą doenergetyzować się i wyciszyć jednocześnie.
Praktyka 1.
Oddech głęboki
Ten oddech odwdzięcza się zarówno skupieniem, jak i doenergetyzowaniem.
Usiądź swobodnie i z prostym kręgosłupem. Ciało jest odprężone, nie ma potrzeby jego dyscyplinowania, napinania go, jednak kręgosłup i głowę trzymaj prosto. Oczy zamknięte.
Weź nosem dłuższy, głębszy, wyraźniejszy oddech niż normalny. Biorąc wdech, policz w myślach do pięciu, między każdą odliczaniem utrzymując mniej więcej ten sam przedział czasowy, ten sam rytm. To nie oznacza brania tyle wdechu, ile się da: to po prostu świadomie głębszy i dłuższy oddech niż normalny w rytmie liczonym do pięciu.
Przy końcu wdechu, na pięć wstrzymaj wdech. Ani nie wdychaj, ani nie wydychaj.
Policz do trzech.
Następnie zrób wydech, bez pośpiechu licząc do siedmiu – w takim samym rytmie, kiedy liczyłeś wdech, tak by przy siedem mieć opróżnione płuca.
Ponownie wstrzymaj – ani wdech, ani wydech – licząc do trzech.
Następnie znowu wdech, licząc do pięciu i zaczynając ten sam cykl.
Takich powtórzeń w tempie 5–3–7–3 zrób łącznie dziesięć.
Oczy cały czas zamknięte.
Na koniec kilka swobodnych wdechów i wydechów.
Cykli z dziesięcioma oddechami można zrobić jeden, dwa bądź trzy, między każdym z nich robiąc sobie kilkanaście sekund przerwy.
Praktyka 2.
Oddech wolny
Ten rodzaj oddechu wycisza.
W trakcie jego praktyki przyda się umiejętność intuicyjnego słuchania siebie, swojego ciała.
Podobnie jak przy oddechu głębokim usiądź wygodnie, swobodnie, z prostym kręgosłupem. Oczy zamknięte.
Weź wdech, powolny, delikatny, ledwo zauważalny, kiedy obserwujesz ruch oddechu w dziurkach od nosa. Wdech jest zdecydowanie dłuższy niż normalnie, ale bez napinania się rekordem wdechu: słuchaj siebie i swojego ciała, nie forsuj się.
Na końcu wdechu NIE wstrzymujemy, tylko delikatnie i miękko zaczynamy wydech, również dłuższy niż normalnie, delikatny, spokojny, prawie niezauważalny.
Kluczem przy tym rodzaju oddechu jest nieśpieszność, cierpliwość – nawet jeśli umysł gdzieś się śpieszy.
Pełen set to dziesięć takich wdechów i wydechów. Można zrobić jeden, dwa lub trzy takie sety. Między każdym kilka-, kilkanaście sekund przerwy z oczami zamkniętymi i obserwacją naturalnego rytmu oddechu.
Oddech to życie
Oddech to nasz osobisty asystent spokoju. Stan umysłu jest z nim skorelowany: zdenerwowani oddychamy szybko, znudzeni wzdychamy, odprężeni oddychamy miękko i głęboko. Poprzez świadome oddychanie możemy odwrócić ten proces i oddechem wpływać na stan umysłu. Tak jak za pomocą sznurka sterujemy latawcem. Dlatego warto regularnie, świadomie z niego korzystać.
Czytaj więcej
Co decyduje o powodzeniu negocjacji w związku? To, że partnerzy jasno mówią o swoich potrzebach. Że potrafią uważnie słuchać i szanują swoje uczucia. Że nie oceniają się wzajemnie, tylko próbują zrozumieć punkt widzenia drugiej osoby. Bo im lepiej się zrozumieją, tym łatwiej znajdą wspólne rozwiązania.
Czytaj więcej
Jak korzystasz na co dzień ze swojej wyobraźni? Czy faktycznie czerpiesz z jej całego niezwykłego potencjału i możliwości, jakie daje? Jedną z nich stanowi zdolność do wizualizacji.
Czytaj więcej
Konflikty od dawna budziły zainteresowanie nie tylko polityków czy wojskowych, lecz także psychologów. Jednak psychologowie w odróżnieniu od dwóch poprzednich grup byli bardziej zainteresowani łagodzeniem konfliktów oraz ich rozwiązywaniem. Od początku zauważono, że konflikty pojawiają się wtedy, kiedy spotykają się grupy o różnej tożsamości. Te grupy mogły istnieć wcześniej, ale mogły zostać wydzielone z jakichś większych grup. Ważnym elementem tych grup są różne sposoby zaznaczania ich odrębności. Kibice noszą szaliki oraz koszulki w barwach ukochanej drużyny. Na demonstracjach też pojawiają się różne sposoby ukazywania tego, że należy się do pewnej grupy.
Bardzo dobrym przykładem powstawania konfliktu międzygrupowego jest eksperyment przeprowadzony przez Muzafera Sheriffa. Wzięli w nim udział chłopcy, którzy się wcześniej nie znali i nie sprawiali wcześniej żadnych kłopotów wychowawczych. Uczestniczyli oni w obozie letnim położonym na odludziu. Podzielono ich na grupy, z których jedna nosiła nazwę Orły, zaś druga Grzechotniki. Początkowo obie grupy nie wiedziały o swoim istnieniu. Umożliwiono obu grupom zżycie się ze sobą przez okres kilku dni. W kolejnej fazie badania spotykały się ze sobą i uczestniczyły w różnych zawodach. Początkowo chłopcy z każdej grupy dopingowali tylko swoich, potem jednak stopniowo rozwijała się niechęć do grupy przeciwnej, przeradzając się niekiedy w wyraźną wrogość. Członkowie grupy własnej oceniani byli jako sprawniejsi, bardziej koleżeńscy i uczciwi, natomiast chłopcom z grupy obcej przypisywano niemal wyłącznie cechy negatywne.
Ponieważ wrogość między grupami stopniowo rosła, Sheriff podjął próbę rozwikłania tej niepokojącej sytuacji. Udało się to dopiero wtedy, kiedy obie grupy musiały wykonać jakieś zadanie wymagające współdziałania. Cel musiał być wspólny dla obu grup i musiał być przez nie zaakceptowany. Zauważmy, że grupy, zanim się spotkały, jakiś czas funkcjonowały niezależnie od siebie. Jednak Harry Tajfel pokazał, że grupy mogą powstawać w sposób niemal natychmiastowy w oparciu o różne kryteria, które mogą mieć fikcyjny charakter. W jednym ze swoich badań poinformował uczestników, że na podstawie wyników kwestionariuszy osobowości połowa badanych ma specyficzne preferencje estetyczne. Owe preferencje będą przejawiały się tym, że będzie podobało się im malarstwo Paula Klee. Natomiast reszta badanych dowiedziała się, że ich upodobania będą dotyczyły malarstwa Wasilija Kandinsky’ego. Kryterium podziału było fikcyjne, gdyż badacze nie mieli rzetelnych informacji na temat tego, jaki rodzaj malarstwa lubią uczestnicy badania. W dalszej części okazało się, że ludzie faworyzowali przedstawicieli własnej grupy, natomiast wobec przedstawicieli drugiej grupy byli uprzedzeni. „Widzieli”, że zachowywali się nieuczciwie i kłamali. Podobne zachowania przedstawicieli własnej grupy uchodziło ich uwadze.
Kryterium podziału na grupy było arbitralne, a uczestnicy badania nie mogli przecież dostrzec na podstawie krótkiego kontaktu, jaki rodzaj malarstwa dana osoba lubi. Skoro ludzie reagowali na informację badacza o rzekomych upodobaniach estetycznych innych, to mogą także reagować na informacje o poglądach politycznych innych, o preferencjach seksualnych czy o „niezdrowych” poglądach na to, co nadaje się do jedzenia. W każdym z tych przypadków pojawia się opozycja „My – Oni”, która szybko staje się zarzewiem uprzedzeń i konfliktów. Z tego też względu dzielenie ludzi ze względu na różne kryteria stało się narzędziem chętnie wykorzystywanym przez polityków. Owi „Oni” mogą być obwiniani o różne nieprawości, za niszczenie tradycji zjadania schabowych czy „niezdrowego” nawoływania do mycia rąk i noszenia maseczek.
Czytaj więcej
Nie trzeba ekstremistycznej propagandy, byśmy przestali widzieć w ludziach ludzi. Choć trudno nam to przyjąć, w każdym z nas tkwi tendencja, by na różne sposoby wykluczać innych ze wspólnoty ludzkiej. Tylko dlatego, że są inni niż my.
Czytaj więcej
„Myśl pozytywnie, uwierz w siebie, a wszystko Ci się powiedzie!” – wielu ludzi wierzy w tę ideę, odnaleźć ją można w poczytnych podręcznikach i na wielu warsztatach. A jak jest naprawdę?
Czytaj więcej
Na początku Perfekcyjnych do bólu opisujesz niepokojącą historię Natalie. Perfekcyjna kobieta próbuje odebrać sobie życie, a ty przychodzisz na ratunek. Jej mieszkanie dosłownie lśni czystością, co określasz dobitnie jako „perfekcyjnie czystą próbę samobójczą”. Nie tak wyobrażamy sobie próbę samobójczą. Czy ta historia wpłynęła na twoje zainteresowanie destrukcyjną rolą perfekcjonizmu w depresji?
Gdy to się stało, nie miałam w planach książki, głównie prowadziłam psychoterapię. U Natalie zdiagnozowano zaburzenia lękowe, kobieta nie zdradzała żadnych oznak depresji czy myśli samobójczych. Tego dnia okazało się jednak, że faktycznie ma taki plan. Wiedziałam, że pacjenci mogą trzymać pewne sprawy w tajemnicy. Zaczynam swoją książkę od tej historii, żeby ukazać kamuflaż, jakim jest perfekcyjne życie osoby, która doświadczyła traumy, ale nie chce jej przepracować. Dopóki nie wpłynie to poważnie na jej życie, np. w postaci próby samobójczej, nie uzna tego za problem.
Perfekcyjnie ukryta depresja po angielsku to perfectly hidden depression. W skrócie PHD, co brzmi tak samo jak stopień naukowy (PhD, czyli Doctor of Philosophy). Żałuję, że nie przeczytałam twojej książki wcześniej, może już skończyłabym doktorat.
Jak na ironię, osoby dążące do uzyskania stopnia naukowego są perfekcjonistami ciężko pracując, dążą do wysokich osiągnięć. Oczywiście żartujemy, nie zamierzałam ograniczać się do określonych grup. To pewnego rodzaju destrukcyjny mechanizm, z którym mogłoby się identyfikować wiele osób.
Twoim zdaniem perfekcyjnie ukryta depresja nie ogranicza się do płci, religii, grupy etnicznej lub wieku.
Uważam, że jest to uniwersalny mechanizm. Badania pokazują, że w skali międzynarodowej perfekcjonizm rośnie wraz z porównywaniem się z innymi w mediach społecznościowych oraz z „toksyczną pozytywnością”, czyli przekonaniem, że musimy być szczęśliwi, uśmiechnięci i ciągle odnosić sukcesy.
Perfekcyjnie ukryta depresja sama w sobie nie jest zaburzeniem psychicznym. Pozwala ochronić się i przetrwać. Czy za tą maską może jednak kryć się depresja?
Pisząc książkę, pytałam badaczy perfekcjonizmu, czy faktycznie może on być objawem depresji. Odpowiadali, że może być też częścią innych zaburzeń, m.in. obsesyjno-kompulsyjnych lub lękowych. Wprowadziłam nazwę „syndrom”, bo obejmuje on grupę zachowań lub przekonań współwystępujących ze sobą. Uznałam, że wyuczony wcześnie w dzieciństwie perfekcjonizm pomagał zaadaptować się do bolesnej sytuacji. Stawało się to istotną częścią sposobu bycia ludzi, którzy jako dorośli nie uświadamiają sobie lub kamuflują własną samotność, rozpacz oraz cierpienie. Choć trzewia podpowiadają im, że coś jest nie tak, odpychają to od siebie. Natomiast wysoko funkcjonujące osoby z depresją wstają rano, biorą lekarstwa i pracują, uprawiają ćwiczenia fizyczne. Mogą dobrze sobie radzić.
Czy perfekcyjnie ukryta depresja i klasyczna depresja mogą współwystępować?
Kryteria diagnostyczne klasycznej depresji obejmują najczęściej trzy różne obszary: problemy z funkcjonowaniem fizycznym, z zaburzeniami myślenia oraz z nastrojem. Osoba doświadczająca perfekcyjnie ukrytej depresji powie zaś, że jest szczęśliwa, ma wspaniałe życie i spotykają ją same dobrodziejstwa. Nie wpasowuje się to w kryteria klasycznej depresji. W przypadku klasycznej depresji należy sprawić, aby energia znowu zaczęła kierować się na zewnątrz, by człowiek zaangażował się w życiowe aktywności, zadbał o siebie, miał energię do pracy. Przy perfekcyjnie ukrytej depresji i destrukcyjnym perfekcjonizmie należy nauczyć ludzi, aby kierowali energię do wewnątrz, nauczyli się w bezpieczny sposób radzić sobie z trudnymi uczuciami, jak wstyd i strach, które towarzyszą ich perfekcjonizmowi oraz poradzili sobie z głosem wewnętrznego krytyka. Gdy robimy to w nieodpowiedni sposób, może to być destrukcyjne i powodować ogromną presję i wstyd.
Jakie są cechy szczególne perfekcyjnie ukrytej depresji?
Są to wspomniany perfekcjonizm, wstyd i strach, które łączą się z głosem wewnętrznego krytyka. To również nadmierna odpowiedzialność. Kalendarz takich osób pęka w szwach od piętrzących się list zadań. Są skłonne do zamartwiania się. Próbują sobie radzić, kontrolując wiele spraw. Myślą nadmiernie analitycznie, nie chcą wchodzić w swój emocjonalny świat. Mogą opisywać swoje uczucia, ale nie potrafią ich wyrazić, połączyć się z nimi. Ukrywają trudności życiowe z przeszłości i te teraźniejsze. Skupiają się bardziej na pomocy innym niż sobie. Wiedzą wiele o innych ludziach, inni zaś o nich niezbyt wiele. Mają tendencje do toksycznej pozytywności i nie skupiają się na trudnościach życiowych. Mogą odnosić sukcesy zawodowe i odczuwać wielką presję, co jest częścią perfekcjonizmu, a niekoniecznie samej perfekcyjnie ukrytej depresji. Mogą cierpieć też na inne zaburzenia, m.in.: chorobę afektywną dwubiegunową, zaburzenia lękowe, zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, zaburzenia odżywiania, w tym anoreksję, często współwystępującą z perfekcjonizmem.
Brené Brown w Darach niedoskonałości pisze, że „perfekcjonizm to autodestrukcyjny i uzależniający system wierzeń, który prowadzi do podstawowej myśli: «jeśli będę wyglądać, żyć i postępować perfekcyjnie, to uniknę lub zminimalizuję bolesne uczucia związane ze wstydem, cudzymi osądami i poczuciem winy»”. Perfekcja nie jest możliwa, a my nie mamy wpływu na to, jak widzą nas inni. Mimo to podejmujemy wyczerpujący wysiłek, a we własnej głowie słyszymy surowy głos krytyka. Jak go złagodzić?
Brené Brown jest badaczką zajmującą się wrażliwością; dzięki niej wielu ludzi zrozumiało, że zarówno nasze mocne strony, jak i słabości współistnieją ze sobą, ale ani jedne, ani drugie nas nie definiują. Nie jest jej też obcy świat uzależnień. Jej zdaniem perfekcjonizm może stać się takim uzależniającym zachowaniem. Gdy zaczyna nami rządzić, tracimy nad nim kontrolę, a więc to typowy mechanizm uzależnień. Aby uciszyć ten wewnętrzny głos surowego krytyka, potrzeba mnóstwo praktyki. Może on być uporczywy: jesteśmy wtedy przekonani, że jest częścią nas lub że pozwala nam postępować właściwie – choć jest pełny nienawiści do nas samych i umniejsza naszą wartość. Jest to coś w rodzaju pewnej narracji czy komentowania różnych rzeczy, które się wokół nas dzieją. Gdy mamy jednak perfekcyjnie ukrytą depresję, w głowie pojawiają się raczej myśli: „O matko, robię z siebie głupka w tym wywiadzie!” albo „Za kogo ty się uważasz, że w ogóle przeprowadzasz ten wywiad?”. Musimy przecież udowodnić, że wiemy coś o tym temacie, więc podlegamy ciągłej, nieustannej presji, wstydowi, strachowi, niestabilnemu poczuciu własnej wartości.
Koleżanka przyznała, że perfekcjonistyczny stosunek do pracy jest dla niej uciążliwy i źle czuje się sama ze sobą.
Możesz trzymać w ręku młotek i uderzyć się nim. To samo robią twoje myśli, uderzają w twoją samoocenę.
I wysysają z nas energię, rodzą stres i przynoszą efekt przeciwny do zamierzonego.
Na jednej z sesji rozmawiałyśmy z moją pacjentką o tym, że pewne rzeczy mogą być po prostu wystarczająco dobre. Ona nieomal wykrzyknęła: „Nienawidzę tego sformułowania! Wystarczająco dobrze nigdy mi nie wystarczy! To musi być perfekcyjne!”. A przecież wiem, że ona ciężko pracuje. Nigdy nie mamy całkowitej kontroli nad tym, co myślą o nas inni ludzie. Możemy nieustannie próbować spełniać oczekiwania innych: rodziny, kościoła, współpracowników, przyjaciół i wciąż nie mieć wpływu, jak nas postrzegają. Ostatecznie nigdy nie zaznamy wewnętrznej satysfakcji. Ciągle odczuwamy brak w samym sobie.
Czy to wiąże się z czarno-białym myśleniem: „Albo zdobędę Nobla, albo będę bezdomna”?
Dokładnie! Albo będę na szczycie, albo stanę się chodzącą porażką, zwykłym obibokiem. Badania pokazują też, że destrukcyjny perfekcjonizm, uwarunkowany społecznie, polega na tym, że zawsze poruszamy się od jednego celu do kolejnego. Nie celebrujemy sukcesów. Właściwie nigdy nie czujemy się spełnieni. To jest zasadnicza różnica między destrukcyjnym a konstruktywnym perfekcjonizmem, bo może on mieć też pozytywny wymiar.
Może prowadzić do zaangażowania, napędzać nas i dawać satysfakcję z pasji?
Jasne, sama uważam się za taką adaptacyjną perfekcjonistkę. Wspaniałomyślność, wdzięczność czy życzliwość wyzwalają konstruktywny perfekcjonizm. Motywujemy się wtedy wewnętrznie, by robić dobrze różne rzeczy. Nie napędzamy się wstydem, lękiem czy też głosem wewnętrznego krytyka. Zawsze jest tak, że można coś zrobić lepiej. Chodzi raczej o to, że potrafimy zaakceptować popełniony błąd i fakt, że ludzie dowiedzą się o tym. Przy destrukcyjnym perfekcjonizmie na to sobie nie pozwolimy. Zatem adaptacyjny perfekcjonista może naprawdę cieszyć się z sukcesów i czuć spełnienie. Natomiast osoba w spektrum destrukcyjnego perfekcjonizmu doświadcza tego bardzo rzadko lub ogóle nie potrafi.
Wyleczenie się z perfekcyjnie ukrytej depresji obejmuje pięć etapów. Pierwszy to uświadomienie sobie, że mamy problem.
Ludzie czasami nie dostrzegają w ogóle, jak bardzo to jest autodestrukcyjne. I tu może pomóc terapia. Możemy wtedy dojść do wniosku, że głos krytyczny zawsze nam towarzyszył, ale nadszedł czas, by go zakwestionować. Gdy prowadziłam bloga na ten temat, prosiłam o kontakt osoby, które czują, że odnajdują się w opisie, który stworzyłam. W ciągu kilku miesięcy odezwało się do mnie 80–90 osób z całego świata. Przeprowadziłam wywiady z sześćdziesięcioma spośród nich. Pytałam, dlaczego się do mnie zwrócili. Odpowiadali podobnie: „Ponieważ czuję tak wielką samotność, że nie mam już ochoty dłużej wieść takiego życia”. Niektórzy rozważali lub próbowali popełnić samobójstwo. Kiedy zaczęli czytać o tym w mediach, dało im to pewnego rodzaju przyzwolenie, mogli się z tym utożsamić. Mężczyzna, który był dwukrotnie żonaty, napisał do mnie: „nie pozwoliłem żadnej z tych kobiet zobaczyć, kim tak naprawdę byłem”. Jego małżeństwa się rozpadały, bo nie było w nich emocjonalnej intymności. Zrozumiał, że nie potrafił w ogóle o sobie mówić, przez całe życie był bardzo samotny.
Jakie są kolejne etapy zdrowienia?
Następnym krokiem jest zaangażowanie. Zmiana nie nastąpi tylko dlatego, że ktoś powie, że jest ona potrzebna. Chęć zmiany musi wypływać z naszego wnętrza. Nie zadziała to też w krótkim czasie. Potrzeba na to o wiele więcej czasu, każdy ma indywidualne tempo i inaczej pracuje. Trzeci etap polega na konfrontacji i jest oparty na zasadach terapii poznawczo-behawioralnej. Zakłada ona, że mamy schematy, których nauczyliśmy się we wczesnym dzieciństwie. Niektóre są w postaci ustnych przekazów, np. że dziewczynki nie powinny się złościć. Wszyscy znamy takie przekazy. Pod tymi regułami ukryte są przekonania, np.: „Zostanę odrzucona, gdy okażę złość”. I jeśli dbam o przestrzeganie tej reguły i przekonania w dorosłości, mogę mieć adaptacyjny problem. Zdrowa złość pozwala dbać o własne granice. Powinniśmy zatem spojrzeć na te reguły oraz przekonania i zdecydować jako dorośli, które z nich służą nam w życiu, a które nie.
Kolejnym krokiem jest dotarcie do trudnych emocji?
W terapii pracuje się nad tym całymi miesiącami, lecz mówiąc skrótowo, pracujemy ze współczuciem wobec siebie, poruszając się po osi czasu. Zastanawiamy się, jakie było nasze życie, gdy mieliśmy dwa, cztery, dziesięć, dwadzieścia lat i tak dalej. I zaczynamy wtedy – zamiast obwiniać się – akceptować, że pewne rzeczy były dobre i miały na nas pozytywny wpływ, inne zaś były bolesne. W dobrej terapii chodzi raczej o przyjmowanie pewnych rzeczy, a to może być trudne dla każdego z nas.
Chodzi też o emocjonalne połączenie z tymi doświadczeniami?
Temu służy właśnie współczucie, gdy wracamy do tych wspomnień z przeszłości i myślimy: „Przez co przechodził ten mały chłopiec?”. Miałam na terapii pacjenta, który był już emerytem, wcześniej odnosił wiele sukcesów. Zgłosił się z powodu problemów w małżeństwie i nadużywania alkoholu. W trakcie terapii zaczął opowiadać, że gdy był mały, jego matka wrzeszczała na niego i rzucała w niego kamieniami, wołając:„Nigdy niczego w życiu nie osiągniesz”, „Wszystko tylko spieprzysz”. A on śmiał się z tego! Powiedziałam do niego: „OK, pozwól, że zadam ci pytanie, czy nie masz przypadkiem wnuka?”. Potwierdził, że ma. Zaproponowałam: „Wyjdźmy więc przed dom, poszukajmy kilku kamieni i zacznijmy nimi w niego rzucać. Krzyczmy, że nigdy niczego nie osiągnie. Co ty na to?”. Spojrzał na mnie i stwierdził: „Nigdy bym tego nie zrobił”. Spytałam: „To dlaczego ciebie tak to śmieszyło? Byłeś małym chłopcem, który musiał nauczyć się, jak sobie z tym poradzić. Odsunąłeś od siebie to trudne doświadczenie, twój wewnętrzny głos mówił, że osiągniesz sukces, udowodnisz im, że się mylili, a jeśli nie, to będziesz musiał się za siebie wstydzić. Dopóki pracowałeś, otrzymywałeś to potwierdzenie z zewnątrz. Gdy przeszedłeś na emeryturę, nie masz już tej afirmacji. I zobacz, co się z tobą dzieje. Nigdy nie udało ci się poradzić sobie z uznaniem i współczuciem wobec tego, co przeżywał ten mały chłopiec, którym kiedyś byłeś. Nie ma tu ani smutku, ani żalu”. Gdy pracujemy z takimi emocjami, to zaczynamy widzieć schematy, które się powtarzają w naszym życiu, co pozwala nam zrozumieć, dlaczego odczuwamy takie a nie inne emocje.
Ostatnim etapem jest zmiana, która generuje szczęście. Zaczynamy dbać o siebie i własne potrzeby. Potwierdzamy wtedy, że jesteśmy ważni –nie dlatego, że robimy jakieś ważne rzeczy, ale dlatego, że jesteśmy, kim jesteśmy.
Każda mała zmiana umacnia naszą motywację do kolejnych pozytywnych zmian. Jestem przekonana, że zmiana pochodzi z serca, gdzie wiele czujemy, choć nie pozwalamy sobie o tym mówić. Za tymi emocjami podążają działania. Jeżeli robimy pewne rzeczy w kółko w taki sam sposób, to nic się nie zmienia. Warto zatem czasem wprowadzać pewne subtelne zmiany w życiu. Długo nie dopuszczałam do siebie innych ludzi, nie dawałam im po sobie poznać, z czym się zmagam. Pewnego wieczoru siedzieliśmy z mężem w domu i oglądaliśmy telewizję. Byłam bardzo smutna, łzy dosłownie spływały mi po policzkach. Zadzwonił telefon, mój mąż odebrał i mówi do mnie: „Amy chce z tobą rozmawiać”. Więc otarłam łzy, wzięłam słuchawkę i radosnym, energicznym głosem powiedziałam: „Cześć, jak się masz?”. Amy jest moją przyjaciółką. Gdy zaczęła mówić, w pewnym momencie powiedziałam: „Amy, naprawdę nie czuję się najlepiej. Zwykle to ukrywam, ale teraz próbuję to zmienić”. Ona na to: „Tak, wiem, że tak robisz i jestem bardzo zadowolona, że wybrałaś mnie, żeby o tym porozmawiać”. Doszło do naprawdę wspaniałej rozmowy między nami.
Ona przyjęła to i zaakceptowała?
Tak, ale gdybym trzymała to dalej w sobie, udawała jak zwykle, że nic się nie dzieje, nic by się między nami nie zmieniło.
dr Margaret Robinson Rutherford
Psycholożka kliniczna z prywatną praktyką terapeutyczną. Zajmuje się depresją, zaburzeniami lękowymi oraz problemami w związkach. Autorka książki Perfekcyjni do bólu, bloga oraz podcastu, w których wnikliwie omawia problemy perfekcyjnie ukrytej depresji.
Czytaj więcej
To zdarza się coraz częściej: rodzice się rozstają, mama wychodzi za mąż, tata się żeni. Pojawia się macocha, ojczym, przyrodnie rodzeństwo, nowi dziadkowie, wujowie… Powstają rodziny patchworkowe. Z jakimi problemami się mierzą? Jak scalić odrębne światy, gdy jeszcze nie wygasły ból, żal i smutek po rozpadzie poprzedniego?
Czytaj więcej
Zdarza się, że uprawiamy seks z innych powodów niż pożądanie. Chcemy w ten sposób coś zyskać, uciszyć obawy albo kogoś zadowolić. Tak czy inaczej możemy działać niezgodnie z naszym libido. Jakie są tego konsekwencje?
Czytaj więcej