Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

12 stycznia 2022

NR 2 (Luty 2022)

Nie moje schody

0 578

Za każdym razem było to samo: kiedy stawiałam pierwszy krok na tych schodach, byłam spokojna, a kiedy stawiałam ostatni – poirytowana. Najpierw nie wiedziałam, o co mi chodzi, ale potem zrozumiałam: każdy ze stopni miał jakąś idiotyczną wysokość – był stanowczo zbyt niski i do tego długi, więc idąc po jednym schodku szłam jak gejsza, a kiedy niechętna tej roli brałam po dwa schodki na raz, kończyłam w półszpagacie. 
Schody, znajdujące się skądinąd w pięknym i pod wszystkimi innymi względami bardzo wygodnym hotelu, postawiły mnie przed pytaniem o wewnętrzny rytm, który nieuszanowany buntuje się i złości. Nie da się go odnaleźć, po prostu otwierając kalendarz czy patrząc na telefon, żeby sprawdzić godzinę. Nie da się go wyguglować ani odtworzyć, czytając cudzą książkę. 
Kim jest istota, struktura, postać, która się wkurza już na pierwszym schodku? Piszę to pytanie i od razu słyszę, że mój brzuch zaczyna wydawać dźwięki, jak wywołany do odpowiedzi uczeń. Ale też wiem, że odpowiedź jest bardziej złożona, a moje ciało ma nie tylko czysto kinestetyczne preferencje, ale też, kiedy idę krokiem gejszy, odpala mi się złość na patriarchat, że nie będę drobić kroczku, tak jak nie zamierzam chichotać ani szczebiotać, a kiedy biorę po dwa kroki, wkurzam się, że dlaczego ktoś nie uwzględnił osobniczki o nogach długości moich. Na tych kilkunastu stopniach przerabiam więc, chociaż tego nie wybieram, lekcję psychologii, socjologii i gender studies. 
Czasem zastanawiam się, kto te schody budował i kieruję swoją złość przeciwko niemu. Ale ostatecznie to moja sprawa: który wybieram hotel, którędy idę i przede wszystkim czy oraz na ile szanuję swój własny rytm: kiedy idę, kiedy leżę, siedzę, stoję. 
Albo kiedy biegnę, biegam. Zadziwia mnie bezosobowość, z jaką mówi się o pośpiechu: „w tych czasach, wiadomo, wszyscy zabiegani”, „przedświąteczna gorączka”, „ciągły brak czasu” – jak gdyby pośpiech był czymś absolutnie poza naszym wyborem, jak stopień zachmurzenia albo godzina zachodu słońca; jak gdybyśmy mieli gdzieś z boku zamontowany guzik z napisem „on”, który ktoś inny co rano po prostu naciska, a my zaczynamy zasuwać. 
Zauważyłam, że nic mnie tak nie wyjaławia i nie pozbawia przyjemności, jak pośpiech. Kiedy idę po dwa schody, przestaję czuć swoje ciało, czyli siebie samą. W gruncie rzeczy to właśnie pośpiech wydaje mi się leżeć na antypodach obecności – obecności w tak zwanym tu i teraz oraz we własnym życiu. 
Mój romans z bieganiem był doprawdy przelotny i nie zamierzam do niego wracać, ponieważ nie rozpoznałam biegania jako swoje. Ale tych trzydzieści kilometrów, które – oczywiście na raty – przebiegłam, wystarczyło mi, żeby zrozumieć, że pośpiech nie jest kwestią szybkości przemieszczania się, ale zgodności z własnym rytmem. Kiedy biegłam, udawało mi się czasami złapać rytm, jakąś podstawową zgodność ze swoich ciałem i oddechem. 
Jak wybierać schody o odpowiedniej dla siebie wysokości? Jak decydować, kiedy na nie w ogóle wchodzić? Po dwudziestu pięciu latach praktyki zawodowej w pracy z ludźmi, dwóch fakultetach i dogłębnych lekturach książek, w których szukałam, także prywatnie, odpowiedzi na to pytanie, doszłam do następującego wniosku: trzeba położyć rękę na brzuchu. Swoim własnym...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy