Wychowanie bezdzietne

Jak powszechnie wiadomo, są różne rodzaje wychowania. Jest wychowanie bezstresowe, wychowanie bez nagród i kar, bez porażek, bezplanowe, bez ojca, bez matki, a nawet wychowanie bez wychowania. Przy czym – moim skromnym zdaniem – we współczesnym świecie króluje to ostatnie. Wychowanie bez wychowania to znaczy kompletny brak pomysłu, brak umiejętności, a nawet dobrych chęci na odpowiednie dzieci prowadzenie. Totalna zagłada poloru. Klęska rodzicielska jak kraj długi i szeroki. Pogrom jakichkolwiek umiejętności edukacyjnych rodziców i opiekunów prawnych. Armagedon kindersztuby. Wykolejenie i pedagogiczna degrengolada.  Tak przynajmniej wynika z moich obserwacji. A jestem uważnym obserwatorem, obserwatorką. Widzę, co się robi tym wszystkim dzieciom, i nie mam problemu, bynajmniej, by o tym mówić głośno. I wyraźnie. Choć nie zawsze głośno. Bo potrafię mówić na wiele różnych sposobów. Od bardzo subtelnych, wyrażających się wyłącznie w spojrzeniu: z ukosa, z lekkim wyrzutem albo z umiarkowanym gromem – lub jeśli jest naprawdę źle – z nieumiarkowaną atomową eksplozją potępienia w oczach. Ponadto mam w repertuarze sporo niemych dodatków: uniesioną brew, dwie uniesione brwi, lekko wykrzywione wargi, zdecydowanie wykrzywione wargi, wydęte usta, wzbogacone potępiającym sapnięciem, westchnieniem, prychnięciem. A są jeszcze: kręcenie głową, kiwanie głową i wzruszanie ramionami, połączone z wcześniej wymienionymi elementami mimicznymi, co daje niezliczoną ilość kombinacji, dzięki czemu nigdy mi się to nie nudzi. Nigdy.  No chyba, że nie widzą. Albo udają, że nie widzą. Najczęściej udają. A wtedy usłyszą. W wymiarze oralnym też mam bogaty wachlarz środków wyrazu. Od półgębkiem rzuconego ćwierćkomentarza, przez zjadliwy półkomentarz, do pełnego, jadowitego komentarza wspartego mimicznie i sapliwie. Mogę zwracać się wprost do rodziców, mogę mówić w powietrze, mogę pod nosem. Wyczuwam, co mocniej trafi, i decyduję się na środek adekwatny do słuchacza/słuchaczki, najczęściej słuchaczki. Mam taką skalę, na której oceniam jakość trafienia. Od jednego do miliona.  Zdania formułuję ostre, kłujące, brzęczące niczym żądło szerszenia, a przy tym oczywiście ociekające mądrością i nauką. Nic tylko spijać. Ale oni/one nie chcą spijać. Zatykają uszy, wzrok odwracają, ignorują. A co bezczelniejsi potrafią odburknąć. Odwal się pan, pani. Albo gorzej: to nie pana/pani sprawa. Ale tu się mylicie. Moim świętym obowiązkiem jest reagować. Prostować. Naprawiać. Taka nieodpłatna praca społeczna. Nikt tego oczywiście nie docenia, ale czego się spodziewać po hołocie? Te same błędy powielane z pokolenia na pokolenie. Na szczęście jestem nieśmiertelny/nieśmiertelna. Podejrzewam, że gdy rodziło się pierwsze dziecko, ja zaglądałem/zaglądałam przez ramię akuszerce i miałem/miałam co nieco do powiedzenia na temat postawy tak zwanej matki. Z całą pewnością. Z całą pewnością nie posłuchała, tylko krzyknęła: zajmij się pan, pani własnymi dziećmi.  Tylko, że ja nie mam dzieci. Jakżeby inaczej? 
Czytaj więcej

Władca stresu

Gdy ekrany kin wypełniają produkcje familijne, zaczynam szukać filmowego pokarmu w internecie. Tam od czasu do czasu trafiam na prawdziwe perełki, takie jak serial Rozdzielenie na platformie streamingowej Apple TV+. Historia z pogranicza thrillera i futurystycznej fantazji: tajemnicza korporacja oferuje ludziom „rozdzielenie” ich psychiki. W życiu prywatnym pozostają tacy jak dotąd, choć mają na tę część egzystencji bardzo mało czasu, jako że jego większość zabiera im praca w owej korporacji. Tyle że w pracy są swoimi własnymi „alterami”, czyli drugimi wersjami. Istota konceptu polega na tym, że obie części kogoś, kto poddał się temu procesowi, wzajemnie o sobie nic nie wiedzą. Prowadzą życia równoległe, nadzorowane przez korporację, która staje się ich właścicielem.  Szczególnie przerażający jest los alterów uwięzionych na zawsze przy swoich biurkach, na dodatek wykonujących tajemnicze i rutynowe zadania, których celu nie rozumieją. Ponadto na klawiaturach ich komputerów zlikwidowano klawisz „Esc”, czyli „Escape” (ucieczka). Całkowicie zależą od swoich zwierzchników, którzy z kolei zależą od swoich. Czy ta konstrukcja wydaje się państwu znajoma? Oczywiście – przypomina firmy korporacyjne znane z naszej rzeczywistości. Każdy, kto choć raz pracował w korporacji, od razu poznaje owo uczucie zawieszenia w próżni, uzależnienia od dalekich „głównych” szefów, których nigdy nie widzi się na oczy, a także desperację biorącą się z przekonania, że duży kawał czasu poświęcamy wykonywaniu bezsensownych zadań tylko po to, by móc spłacić kredyt albo zarobić na egzotyczne wakacje. Ja też mam za sobą takie doświadczenia. Kiedyś pracowałem w wielkim wydawnictwie prasowym należącym do światowego giganta medialnego z siedzibą zarządu w Hamburgu. Byłem dyrektorem programowym, odpowiadającym za zawartość kilkunastu wydawanych tam czasopism. Nad sobą miałem prezesa, a prezes miał swojego prezesa. Pamiętam, jak w czasie wakacji, które prezes co roku spędzał na Sardynii, dzwonił do nas z plaży i godzinami kazał nam po angielsku (był Austriakiem) opowiadać, co będzie w kolejnych numerach. Rozmawiał przez system głośnomówiący w sali konferencyjnej. Wyglądało to tak, że na środku stołu postawiono głośniczek i mikrofon, do których podchodzili kolejni naczelni. Drżącymi głosami mówili o swoich planach, a skrzyneczka głośniczka podskakiwała na blacie, wrzeszcząc głosem prezesa: Nein, scheise, du bist Arschloch. Nie będę tłumaczył, możecie Państwo sprawdzić w translatorze, co mówił prezes. W każdym razie poziom stresu podwładnych osiągał wtedy apogeum. Dostawali ataków paniki, bezdechu, niektóre kobiety mdlały, a sekretarka wołała pogotowie.  Wszystko to przypomniałem sobie, oglądając Rozdzielenie. Wrzask, uzależnienie, bezradność, panikę, pragnienie ucieczki. Grająca w serialu Patricia Arquette zachowuje się jak nasz prezes – władca stresu, pan migotania komór, w ubikacji na plaży na Sardynii wciągający jakiś stymulujący system nerwowy proszek. Jego panaceum na stres.   
Czytaj więcej

Czułość i czujność

Mój kolaż – niewielki, wielkości kartki z bloku rysunkowego, oprawiony w drewnianą ramkę – ma ciemnoczerwone tło. Na środku jest czarno-białe zdjęcie twarzy dziewczynki, może trzyletniej: patrzy na coś szeroko otwartymi, wielkimi oczami. Wokół dokleiłam zdjęcia róż, gladioli, krzewuszki, piwonii i jeszcze sikorkę, borówki, ptasie piórka. Sypnęłam złotym brokatem. Po prawej stronie jest jeszcze zdjęcie pochylonej w skupieniu albo smutku Afroamerykanki z długimi dredami, a po lewej zdjęcie mojej ulubionej aktorki i scenarzystki, bezwstydnie uradowanej Phoebe Waller Bridge – w ciemnych okularach, pokazującej język, z ramionami rozłożonymi w geście zwycięstwa. Dziewczynka w środku to ja.  Zrobiłam ten kolaż dla zabawy, bez żadnego zamysłu, dołączając do uczestniczek warsztatu „Dzikie Dziewczynko­wanie”, które poprosiłam o zrobienie kolażu wokół ich zdjęcia z dzieciństwa. A jednak teraz, kiedy kolaż stoi na półce obok zdjęć rodzinnych, czuję jego tajemniczą obecność. Jest na nim spotkanie dwóch osób – dziewczynki, która patrzy wielkimi oczami, i dorosłej kobiety, którą dzisiaj jestem, która kilkadziesiąt lat później zrobiła ten kolaż. Czy jestem jedną z nich? Oboma? Wszystkimi, którymi byłam?  Lata temu, kiedy miałam może kilkanaście lat, pierwszy raz usłyszałam ten niezwykły wiersz Józefa Czechowicza, śpiewany przez Marka Grechutę: „(…) Otworzyły się oczy niebieskie / widzisz siebie – marynarza w Azji / a zarazem trzyletniego pięcioletniego chłopca / na warszawskim podwórku / i siebie przed maturą w gimnazjum / namnożyło się tych postaci stoją ogromnym tłumem / a wszystko to ty / nie możesz tego objąć szlifowanym w żelazie rozumem. Jest coś takiego w podróżowaniu po osi czasu i spotykaniu na niej samego siebie młodszego i starszego, co sprawia, że łatwiej o czułość. Kiedy patrzę na swoje stare zdjęcia, jestem mniej krytyczna, niż kiedy patrzę na te, które ktoś robi mi dzisiaj – i ze zdziwieniem myślę o tym, że kiedyś będę patrzyła na te dzisiejsze tak samo, jak dzisiaj patrzę na stare. Chociaż nie mamy niczego innego niż teraźniejszość, to właśnie w niej najwięcej jest napięcia. Ta, którą byłam, jest już jakby poza zasięgiem wymogów, które sobie stawiam. Przed tą, którą będę, czuję respekt związany z tajemnicą, jaką jest moja przyszłość. To siebie ze słynnego „tu i teraz” najczęściej oceniam i najwięcej od niej chcę. W ramach tegorocznego Festiwalu Sacrum Profanum powstał krótki film: pięcioro młodych mieszkańców Krakowa stanęło przed zadaniem napisania listu do siebie sześćdziesięcioletniego. Widzimy, jak długopis porusza się po papierze. Widzimy, jak łapią się za głowę, namyślają się, skreślają, wzdychają i płaczą. „Droga Mario, co tam u Ciebie?” – czyta potem jedna z dziewczyn. „Masz teraz sześćdziesiąt lat, jest 3 stycznia rok 2066. I czytasz list z tyloma błędami ortograficznymi! Myślę, że spadniesz z kanapy. (…) Zazdroszczę ci, że już przeżyłaś to wszystko: maturę, pierwszy czynsz, na Twoje-nasze przyszłe mieszkanie, pierwszą miłość i pierwsze rozstanie – bo chyba pamiętasz jak bardzo Cię to przerażało. Ale mam nadzieję, że jesteś z tego dumna i że doceniasz te przeszłe lata, te sześćdziesiąt lat. (…) Kończąc ten krótki list, w którym pokładam wielkie emocje, chcę Ci podziękować, że jesteś – w imieniu kochającego Świata, który nie przez przypadek zesłał Cię tu na ziemię. A teraz leć, droździku, i przytul kogoś, bo wiem, że na ten moment będziesz tego bardzo potrzebowała”.  Oglądam to ze wzruszeniem i sprawdzam, czy mogłabym napisać list do siebie siedemdziesięcioletniej (sześćdziesiątka wydaje się trochę za blisko). Na samą myśl o tym napełnia mnie wzruszenie, a to, co mnie dzisiaj zajmuje czy trapi, odsuwa się na dalszy plan.  To podróżowanie po osi czasu naszego życia, zwłaszcza ku jego początkom, jest ważnym wątkiem w wielu szkołach terapeutycznych. Na przykład to poruszające ćwiczenie, które powstało w nurcie terapeutycznym określanym re-parentingiem: używając swojej wyobraźni, wrażliwości i innych zasobów swoich wewnętrznych światów, wracasz do bolesnej sceny ze swojego dzieciństwa: przekraczasz tamten próg, idziesz tamtą alejką, wsiadasz do tamtego tramwaju. Widzisz siebie – dziewczynkę, siebie – „trzyletniego, pięcioletniego chłopca na warszawskim podwórku”, wtedy bezbronnego: ale dzisiaj, kiedy jesteś dorosły, nie jesteś już bezbronny. Staje się oczywiste, że to, co się przydarzyło tamtemu dziecku, nie powinno się było zdarzyć. Jako dorosły człowiek, który nie wyrósł na psychopatę, wiesz to na pewno. I w jakiś symboliczny sposób możesz wrócić – najlepiej w towarzystwie kogoś, kto ten proces poprowadzi – do tamtej sceny i chociaż trochę naprawić zło, które się Tobie zdarzyło. A tamto dziecko, które w jakiś sposób przecież ciągle jest w środku, dostaje wiadomość, że przy nim stajesz.  Mniej romantycznym i bardziej naziemnym ćwiczeniem z nabierania dystansu do tego, co jest źródłem codziennego napięcia, może być czyszczenie skrzynki e-mailowej – piszę to jako osoba, która robi to za rzadko, więc najstarsze e-maile mogą mieć nawet kilka lat. Po krótkiej chwili okazuje się, że starsze e-maile  mogę kasować właściwie w ciemno – wszystkie forwardy, ASAP-y, f*upy, okazują się całkiem wyblakłe.  I kiedy już całkiem się rozluźnię i obejmę czułością wszystkie swoje przeszłe i przyszłe postaci, przypomina mi się najbardziej hardcorowe ćwiczenie z podróżowania po osi czasu, na które natknęłam się kilkanaście lat temu w Siedmiu nawykach skutecznego działania, Stephena Coveya. Covey proponował, żeby napisać swój nekrolog. Intencją ćwiczenia było zarzucenie pewnego rodzaju kotwicy, upewnienie się, że to, co robię dzisiaj, zbliża mnie do wartości, w które wierzę.  Nigdy nie zrobiłam tego ćwiczenia, ale sama świadomość, że ono tam sobie drzemie, pomiędzy kartkami książki, która stoi na tej samej półce, co ciemnoczerwony kolaż, wprawia mnie w czujność: idę po osi czasu i w jakimś stopniu decyduję dokąd. Potrzebuję i czułości, i czujności, żeby nie pobłądzić. 
Czytaj więcej

Mężczyzna, seks i wstyd

Jeśli chłopak zewsząd słyszy, że musi „zawsze chcieć” i wiedzieć, „co i jak”, to gdy nie spełnia tych „wzorców”, szybko pojawiają się u niego wstyd i zahamowania. Niestety, utrzymują się one latami. Skutek? Erotyczne niepowodzenia i coraz gorsza samoocena.
Czytaj więcej

Tekturynki – rozwój przez zabawę!!

Życie obecnie jest intensywne nie tylko dla dorosłych, ale również dla dzieci. Świat przepełniony jest bodźcami – nadmiar dźwięków, świateł, intensywnych doznań i wysokich technologii przestymulowuje niedojrzałe jeszcze układy nerwowe. Dzieciom potrzeba więc wyciszenia, by mogły się prawidłowo rozwijać. Dobrym rozwiązaniem są Tekturynki. Pozornie nieskomplikowane puzzle przestrzenne otwierają drzwi do rozwoju i kreatywnego tworzenia zabaw. Wydawnictwo stworzyło bezpieczną, stuprocentowo ekologiczną, przestrzenną układankę dla dzieci od 3. roku życia. Zadbano nawet o podwójną funkcję pudełka, które jest również kolorowanką. Dostępne są trzy rodzaje Tekturynek: Owady i pająk, Pojazdy i Dinozaury. Dzięki temu każde dziecko znajdzie wśród nich coś dla siebie. Zabawa zaczyna się już podczas składania! Analizowanie instrukcji, szukanie odpowiedniej części do złożenia i pomoc dorosłemu podczas składania uczą koncentracji i logicznego myślenia. Po złożeniu możemy skorzystać z zabaw wymienionych w instrukcji, które pozwalają na rozwój m.in.: kreatywności, pamięci wzrokowej, orientacji w przestrzeni, zabawy symbolicznej, koordynacji słuchowo-ruchowej, uwagi słuchowej i oczywiście ciekawości poznawczej. Ciekawy świat przyrody stanie się dzieciom bliższy dzięki Owadom i pająkowi. Można przyjrzeć się tym zwierzętom, opowiedzieć, co je różni albo namalować dla nich łąkę pełną kwiatów. Za to z muchą można wesoło latać lub zastygać nieruchomo jako przestraszony owad, słysząc klaśnięcie rąk dorosłego. Dopiero na hasło „mucha” wraca możliwość swobodnego fruwania po pokoju. Ćwiczenia koordynacji słuchowo-ruchowej i uwagi słuchowej są przecież niezmiernie istotne w prawidłowym rozwoju mowy.   Chłopcy uwielbiają dinozaury, chętnie poznają ich nazwy i zwyczaje. Poszukiwanie zagubionych dinozaurów na podstawie wskazówek rodzica będzie więc na pewno wspaniałą przygodą i ćwiczeniem koncentracji oraz orientacji w przestrzeni. Dinozaura może również schować dziecko i naprowadzać na kryjówkę. Ciekawe, kto go szybciej znajdzie? Autobus, statek, samolot, monster truck i traktor – chociaż wszystkie są pojazdami, to poruszają się w zupełnie różny sposób. To dobra okazja do zabaw dźwiękami, znajdowania różnic i podobieństw, opowieści o podróżach, a nawet do tworzenia własnych marek. Każdy z naszych bohaterów może dostać nowe, stworzone przez dziecko imię. Może też opowiedzieć nam historię pełną przygód. Może również wędrować po pokoju i uczyć orientacji w przestrzeni albo ćwiczyć pamięć wzrokową, jeżeli dziecko zasłoni oczy, a dorosły zabierze jedną z Tekturynek i zapyta, którą… Najwięcej jednak możliwości zabaw wymyślą same dzieci, bo Tekturynki rozwijają kreatywność i odpędzają nudę! Anna Karowicz Neurologopeda, pedagog 20% rabatu w sklep.muduko.com na hasło MUDUKOHELLO2022
Czytaj więcej

Nie ma złej pogody, są... ptaki

Brzydka pogoda stanowi niemal fizyczną barierę przed wyjściem na świeże powietrze. Jesienią przeszkadzał będzie silny deszcz, kałuże nie do przeskoczenia i wiatr wiejący zawsze w oczy. Natomiast zima to zaspy, większe prawdopodobieństwo poślizgnięcia się, a nawet odmrożenia. Czy da się to jakoś pokonać? Zdecydowanie, można – trzeba tylko chcieć, a podstawą jest motywacja.
Czytaj więcej

Muszla miłości i inne synonimy waginy, czyli seks po szwedzku

O różnych obliczach miłości, seksie, wolności i ryzyku, a także o podobieństwach i różnicach między kochającymi Polakami a Szwedami z KATARZYNĄ TUBYLEWICZ, autorką książki Szwedzka sztuka kochania, rozmawia Marcin Wilk
Czytaj więcej

Bawmy się! Dlaczego swobodna zabawa jest tak ważna w rozwoju dziecka?

„Dziecko nie bawi się dlatego, że jest dzieckiem, ale bawi się dlatego, by stać się dorosłym”. (A. Brzezińska)
Czytaj więcej

Instagram – najlepszy z możliwych światów?

Pragniemy skupionych na sobie instagramowych oczu, miejsca pościgu, gdzie jednak ścigamy się tylko sami ze sobą w pogoni za światem lepszym niż nasza rzeczywistość. Dla wielu taki pościg kończy się obniżeniem poczucia własnej wartości, depresją, lękiem i poczuciem społecznego odrzucenia.
Czytaj więcej

A co mi tam…

Ludzie różnią się siłą potrzeby poszukiwania wrażeń. Marvin Zuckerman, który prowadził nad nią badania, skonstruował skalę do jej pomiaru. Z jednej strony mamy osoby, które cenią spokój, powtarzalność, lubią spędzać czas w domu, a w telewizji oglądają filmy przyrodnicze. A inni lubią szukać przygód, preferują szybką i ryzykowną jazdę samochodem, nieobce jest im marzenie o skokach spadochronowych czy na bungee. Uważają, że dopiero wtedy żyją w pełni. Zuckerman uważa, że u podstaw tej potrzeby leży wysoki poziom optymalnej aktywacji. Oznacza to, że tacy ludzie dobrze funkcjonują przy wysokim pobudzeniu. Niższe poziomy są dla nich awersyjne i dlatego nie znoszą nudy ani nudnych ludzi. Jednym z elementów potrzeby poszukiwania wrażeń jest rozhamowanie. Kiedy ktoś podejmuje jakąś czynność, to nie potrafi w odpowiednim momencie przestać. Dlatego też trudno mu na przykład przerwać picie podczas imprezy: picie trwa aż do „urwania się filmu”. Nie potrafią też przestać się kłócić z nielubianą osobą. Zapewne dla poszukiwaczy wrażeń w samochodach sportowych montowane są ograniczniki prędkości, które stanowią rodzaj granicy, która pozwala okiełznąć rozhamowanie.  Często potrzebie poszukiwania wrażeń towarzyszy nierealistyczny optymizm. Poszukiwacze wrażeń są przekonani, że jeśli coś złego może się przydarzyć, to tylko innym, a nie im. Uznają, że mają wystarczające umiejętności, by poradzić sobie w naprawdę niebezpiecznych sytuacjach. Badania wykazały, że częściej łamią przepisy drogowe, a także częściej bywają sprawcami kolizji. Ta wiara we własną sprawność jest iluzją, ponieważ świat ma charakter chaotyczny i pewne zdarzenia są nieprzewidywalne. W ruchu drogowym najmniej bezpieczne sytuacje pojawiają się wtedy, kiedy spotka się ze sobą dwóch poszukiwaczy wrażeń. Każdy z nich może wykonywać niekonwencjonalne manewry i wtedy nawet dobre umiejętności nie wystarczają, by uniknąć wypadku. Warto podkreślić jeszcze jedną rzecz – mianowicie sytuację, w jakiej znalazł się poszukiwacz wrażeń. Gdy jest on sprawcą wypadku, to zwykle poszukuje winy w zachowaniach innych. Najgorzej czuje się wtedy, kiedy jest ofiarą wypadku. Przymusowa bezczynność związana z pobytem w szpitalu, a także myśli dotyczące tego, że nie udało mu się poradzić z trudną sytuacją, stanowią źródło silnego napięcia emocjonalnego i mogą w przyszłości przyczynić się do powstania poważniejszych zaburzeń emocjonalnych.  Nie wszystkie zachowania ryzykowne są wyznaczane przez potrzebę poszukiwania wrażeń. Często są one próbą uzyskania aprobaty społecznej, ale mogą też być formą gry „moje lepsze niż twoje”. Szybka jazda samochodem pozwala spełnić te dwa cele. Kierowcy ryzykanci nagrywają swoje wyczyny, a następnie zamieszczają te filmiki w sieci. Zyskują uznanie innych, ale też budzą zazdrość tych, którym nie udało się powtórzyć ich wyczynów. Nie biorą pod uwagę tego, że zamieszczając nagrania w sieci, tworzą doniesienia na siebie dla policji. Wiele ludzkich potrzeb po ich zaspokojeniu znika lub słabnie. Kiedy ugasimy pragnienie, nie mamy już ochoty wypijać kolejnej szklanki wody lub coli. Po dobrym wyspaniu się człowiek chętnie opuszcza łóżko i przez pewien czasie nie myśli o powrocie do niego. Potrzeba poszukiwania wrażeń ma jednak inną naturę. Zaspokojenie nie redukuje jej siły, ale może ona skłaniać jednostkę do dalszego poszukiwania nowych doświadczeń i przygód. Można powiedzieć, że tworzy się coś w rodzaju błędnego koła. Jeśli nie pojawi się jakiś odpowiednik ogranicznika prędkości, człowiek może brnąć w sytuacje coraz bardziej ryzykowne. Od jakiegoś momentu straceńczo sobie mówi: „A co mi tam”. 
Czytaj więcej

Wystarczy wiedzieć, czego się chce… Czy na pewno? Mity i nonsensy psychologii

Kto z nas nie słyszał tytułowego zaklęcia, któremu zwykle towarzyszy ciąg dalszy w rodzaju „a potem pójdzie jak z płatka” albo „reszta jest już formalnością”. To słychać nie tylko w domenie psychologii potocznej, ale także w praktyce psychologicznej, a nawet doradztwie biznesowym. Sam słyszałem to więcej niż setki razy.
Czytaj więcej

Związek w szczerym polu - Jak zbudować prawdziwą relację bez lęku przed odrzuceniem?

Związki intymne to relacje, kiedy zaangażowanie emocjonalne jest większe niż w innych typach relacji, dlatego gdy dochodzi do utraty poczucia więzi, jest to szczególnie bolesne. Bezpieczne przywiązanie to nasza podstawowa emocjonalna potrzeba. Dla jej zaspokojenia często jesteśmy w stanie wiele poświęcić. Czasem wolimy ukrywać swoje prawdziwe uczucia i potrzeby, byle tylko nie narazić siebie na ryzyko odrzucenia. Unikamy szczerości, lecz w ten sposób paradoksalnie narażamy więź. W powietrzu wiszą skrywane tajemnice, niewypowiedziane słowa, domysły i pojawia się dystans.
Czytaj więcej