Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

21 września 2022

NR 10 (Październik 2022)

Muszla miłości i inne synonimy waginy, czyli seks po szwedzku

0 109

O różnych obliczach miłości, seksie, wolności i ryzyku, a także o podobieństwach i różnicach między kochającymi Polakami a Szwedami z KATARZYNĄ TUBYLEWICZ, autorką książki Szwedzka sztuka kochania, rozmawia Marcin Wilk

MARCIN WILK: Zacznijmy od najważniejszego, czyli od masażu, który Erik wykonał w kawiarni na Tobie. Jak to wyglądało?
KATARZYNA TUBYLEWICZ
: (śmiech) Pytanie z serii przełamujących lody, zupełnie jak masaż Erika. Warto od razu wyjawić, że Erik, jeden z bohaterów mojej książki, to wyglądający jak niewinny Mały Książę absolwent radykalnej szkoły tantry No Limits, który opisał w swojej autobiograficznej książce tantryczną edukację i wiele bardzo odważnych eksperymentów seksualnych. Jego propozycja zrobienia mi masażu na obolały kark w samym środku kawiarni, w której umówiliśmy się na wywiad, na eleganckim Östermalm, mogła wydać się niejednoznaczna. Ale oczywiście taka nie była, a ja uznałam, że skoro mam prowadzić rozmowę o seksualnym wyzwoleniu, to nie mogę robić z siebie jakiejś sztywnej baby. 
Położyłam się na brzuchu na kanapie przy kawiarnianym stoliku, a Erik najpierw mi powyciągał lekko ramiona, a potem wykonał kilka ruchów, które nie przyniosły pełnej ulgi, ale były pomocne. Ja mam duże poczucie humoru, więc cała sytuacja wydała mi się zabawna i absurdalna. Byliśmy, rzecz jasna, podsłuchiwani i podglądani przez gości. I cóż z tego, uznałam. 

POLECAMY

Z Erikiem rozmawiacie o różnych sprawach wokół tantry. Dowiedziałem się stąd na przykład o 21 dniach (na początek!) bez orgazmu. Myślisz, że dużo osób – prowadzących regularne życie seksualne – decyduje się na taki eksperyment?
No właśnie, to jeden z naszych technicznych tematów, które z takim zapałem podsłuchiwano. Erik wyjaśniał mi, dlaczego w klasycznej tantrze uważa się, że męski orgazm połączony z ejakulacją jest marnowaniem energii i przeszkodą w odczuwaniu pełnej i wielowymiarowej rozkoszy. Podobnie jak orgazm łechtaczkowy u kobiet. Nauki w szkole tantry No Limits Erik rozpoczął właśnie od tego, by przeżywać bliskość erotyczną przez 21 dni bez dochodzenia do orgazmu. Wszystko po to, by nauczyć się przeżywać orgazmy tantryczne, które zresztą wcale nie są głównym celem tantry, raczej miłym produktem ubocznym. Myślę, że tantra tak radykalna jak ta, którą praktykował Erik, jest przygodą czy może praktyką dla naprawdę małego procentu ludzkości.

Elitarna szkoła miłości.
Jestem jednak przekonana, że jest w tantrze wiele mądrości i bardzo konkretnych rad, które mogą wielu zwykłym ludziom pomóc odnaleźć wspaniałą erotykę. Mój bohater tłumaczy, jak najprościej zacząć praktykować tantrę i uważam, że to bardzo mądre słowa, więc je tu przytoczę: „Moim zdaniem tantra jest czymś, co dzieje się samo, jeśli oduczymy się tego, czego nauczyło nas społeczeństwo, to znaczy, jeśli pozbędziemy się blokad, różnych fiksacji i wstydu oraz szukania podniet, które są nienaturalne, np. pornografii. Kiedy człowiek się z tego wszystkiego oczyści i spotka człowieka, który też pozbył się tego kulturowego ładunku, tantra dzieje się sama. Dzieje się wtedy, gdy uwalniamy się od szkodliwego dla nas oprogramowania społecznego. Najlepszym kursem tantry jest więc oduczanie się tego, co nam się na temat seksu wydaje”.

Muszę to powiedzieć. Spodziewałem się, że będzie więcej seksu w Twojej książce. 
A mnie się wydaje, że seksu jest całkiem sporo, tylko rzeczywiście niewiele rozmów traktuje głównie o nim, ale są wśród moich bohaterów liczne namiętne pary, a także namiętny związek trzech osób. Często o seksie wspominają gdzieś między słowami, ale i to wystarczy, żeby poczuć, jak silne jest przyciąganie. 

To prawda.
Nie wiem też, czy zauważyłeś coś, co wydało mi się bardzo ciekawe i bardzo szwedzkie. Absolutna większość moich rozmówców podkreśla, że dostrzegają wyraźną różnicę pomiędzy miłością a seksem, i że uważają za wspaniałe, jeśli seks i miłość idą w parze, ale jednocześnie jest dla nich oczywiste, że seks to przyjemność, której można doznawać także z ludźmi, których na przykład lubimy, a nie kochamy. A miłość to jeszcze inna sprawa. Widzę tu dużą różnicę kulturową. 

Opowiedz.
W Polsce wciąż strasznie silny jest moralny nakaz łączenia seksu z uczuciowym zobowiązaniem. A jeśli owego zobowiązania nie ma, to seks jest błyskawicznie sprowadzany do poziomu czegoś nie do końca dobrego, podejrzanego, jakichś relacji łączących się z wykorzystaniem albo ryzykiem zranienia. Ma to moim zdaniem fatalne konsekwencje, zwłaszcza dla młodych ludzi. Niedobrze jest wmawiać sobie lub komuś miłość tylko po to, by spróbować seksu. W tych sprawach zawsze najlepiej działa uczciwość. 

„Komunikacja jest podstawą” – czytam w Twojej książce w kontekście poliamorii. Może tu jest klucz do wszystkiego? Ludzie, którzy nie czują satysfakcji z seksu czy miłości, nie umieją się komunikować, przede wszystkim ze sobą i własnym ciałem?
Występująca w mojej książce poliamoryczna rodzina składająca się z Erika, Lindy i Hampusa to ludzie, którzy zanim zaczęli żyć we trójkę, żyli w związkach monogamicznych. I to długo. Erik i Linda byli małżeństwem aż czternaście lat. Powiedzieli mi, że z ich własnych doświadczeń oraz obserwacji wynika, że partnerzy w związkach tradycyjnych rzadziej rozmawiają o tym, czy obie osoby czują się spełnione. Jest mniej pracy nad określaniem wspólnych celów, więcej rutyny i realizowania gotowych, podanych przez społeczeństwo wzorców. W związku poliamorycznym trzeba nieustannie ze sobą rozmawiać, bo gotowych wzorców zbyt wiele nie ma. Buduje się swój własny świat, a to wymaga ciągłej komunikacji. Podobnie jest zresztą często w związkach jednopłciowych, brak społecznego oprogramowania i wynikającego z niego automatyzmu naprawdę dobrze robi miłości.

Swoją drogą: podobny rodzaj komunikacji, tym razem ze swoim ciałem, daje chyba joga? Wtrącam ją tutaj, bo sama jogę praktykujesz i jej uczysz.
Myślę, że joga jest szansą na to, żeby po pierwsze lepiej odnaleźć się we własnym ciele i na nowo go nauczyć, być może też w pełni zaakceptować, a poza tym pomaga też w czuciu i rozumieniu tego, co tu i teraz. I to w rozumieniu tego bez słów. Jako osoba nieustannie czytająca, pisząca oraz mówiąca mam silne przekonanie, że słowa jednak pewnych rzeczy nie wyrażają i że czasami jest tak, że my, ludzie siedzący w języku i we własnych głowach wręcz musimy nauczyć się czuć. Swoje ciało. I miłość też. Zamiast ją sobie wyobrażać i realizować według zapisanych w naszych głowach schematów. W temacie seksu jest to chyba tym bardziej ważne. Joga uwrażliwia ciało i może być jak afrodyzjak. Ale są jogini, którzy tak skupiają się na asanach, że wręcz odwracają się od seksu. To jest bardzo indywidualne. 

Czytając Twoją książkę, zacząłem się zastanawiać nad rolą języka. Myślisz, że pisząc po szwedzku, mogłabyś pozwolić sobie na więcej?
Myślę, że szwedzki łatwiej wpuszcza w siebie seksualność i ciało. Potrafi być na przykład bardzo erotyczny, nie wpadając w wulgarność. Polski niezwykle łatwo osuwa się w wulgarność albo oferuje określenia niemal medyczne. Po szwedzku można powiedzieć o penisie kuk. To zresztą słowo pochodzące z XI wieku, co do którego etymologii i pierwotnego znaczenia nie ma zgody – jedna z teorii mówi, że pochodzi od staronordyckiego słowa kukku oznaczającego kukułkę. I to jest fajne, mocne słowo, które nie ma w sobie śladów pokrewieństwa z przekleństwami. Może także dlatego, że szwedzkie przekleństwa z reguły kręcą się wokół motywów religijnych, rzuca się diabłami i szatanami oraz odsyła ludzi do piekła. W języku polskim przeklinanie to „rzucanie mięsem”, czyli bardzo często odnoszenie się do ciała, płci i właśnie seksu. W brzydki sposób. Poza tym szwedzki wydaje się też erotycznie bogatszy. Wystarczy zajrzeć do słownika synonimów w internecie. W polskim słowniku dla medycznej waginy mamy trzy synonimy, w tym słowo tak okropne jak srom. Po szwedzku synonimów jest piętnaście i są w nich słowa uroczo brzmiące jak kissemurra, vulva oraz kärleksmussla, czyli muszla miłości. 

Charakterystyczne, że Maciejowi Zarembie jako imigrantowi trudno było z początku wyrażać uczucia.
Napisał nawet o tym tekst, który można znaleźć w sieci pod tytułem „Imigrant w alkowie milczeć woli” w świetnym przekładzie Wojciecha Chudoby: „Chcę opiewać jej krągłości. Szukam metafor. Ale czy mogę być pewien, że w jej mowie gruszki mają równie dobrą reputację jak w mojej? Co z dyniami? Cebulami? Chcę mówić o jej... Ale czy jadła kiedyś świeżą figę, by zrozumieć mą tęsknotę? Czy też – nie daj Boże – skojarzy jej się coś lepkiego, zmarszczonego, co kupuje na święta”. Także wszystko jest względne, możliwości języka najwyraźniej też. 

Bardzo mi się spodobał fragment, w którym piszesz, że w Szwecji wyrazem miłości może być „lubię cię”. 
Prawda? A to „lubię cię” to tak strasznie ważny element dobrej, nieneurotycznej miłości. Niedawno dowiedziałam się, że po śląsku „kocham cię” to „jo ci przaja”, czyli „ja ci sprzyjam”. Bardzo mi się to spodobało. To jest właśnie bliskie szwedzkiemu, z jednej strony powściągliwemu, a z drugiej tak niesamowicie ciepłemu „jag tycker om dig” – „lubię cię”, które może być wyrażeniem miłości. Na pewno nie ma miłości bez lubienia siebie. Bez tego każda relacja jest po prostu neurotyczna.

W ogóle dochodzę do wniosku, gdy cię słucham, że Polska jest jednak piekielnym krajem dla spraw erotyki i seksu. Te wszystkie wyrzuty sumienia, życie w grzechu i poczucie winy nie ułatwiają niczego. Łatwo byłoby tu oczywiście zrzucić winę na Kościół katolicki, choć wydaje mi się, że sprawa jest o wiele bardziej złożona. 
Zgadzam się. Oczywiście religia wprowadziła wiele złego: łączenie seksu z brudem i grzechem, kult dziewictwa, epatowanie wstydem, przekonanie, że seks powinien w zasadzie służyć głównie prokreacji, i oczywiście brak tolerancji dla relacji nieheteronormatywnych, długo można by o tym mówić. Ale polskie poczucie, że seks jest nieważny, że jest czymś wstydliwym, czymś, czemu nie powinno się dawać zbyt wiele miejsca, ma też moim zdaniem silny związek z polskim opętaniem historią i wielką sprawą. Tu zawsze było coś ważniejszego niż miłość. W tym kraju nawet trudno znaleźć przykłady dobrych książek o miłości i namiętności rodzimych autorów, a jak mamy u Reymonta cieszącą się seksem bohaterkę Jagnę, to musi ona zostać wywieziona ze wsi na wozie z gnojówką. Kobieta upadła. 

Tu pewnie trzeba byłoby jeszcze uruchomić kontekst feministyczny.
No właśnie. Generalnie w Polsce do dziś pisanie o sprawach miłości czy seksu, robienie o tym filmów, sztuk teatralnych jest uważane za rzecz znacząco mniej ważną i prestiżową od tworzenia kolejnej opowieści o samotnym alkoholiku, którego potwornie boli polskość. W ogóle to nieustanne przerabianie polskości w literaturze to jakaś nerwica natręctw, Polak jest przede wszystkim Polakiem, a nie człowiekiem. Od intymności zawsze ważniejsza jest jakaś wielka narodowa sprawa. W takim społeczeństwie małżeństwo to jest ważna instytucja i nawet jeśli zostanie zawarte z miłości, bo teraz ma być też romantycznie lub przynajmniej na miłość wyglądać, to potem już nie jest ważne, czy miłość trwa czy nie. W Polsce rozwodów jest oczywiście dużo, ale rozwód nadal jest uważany w wielu kręgach za wielką katastrofę i powód do tego, żeby się zacząć nienawidzić i walczyć o dzieci. Nie ma tu miejsca na łagodne zastanawianie się nad tym, czy może coś się między nami nie wypaliło po piętnastu latach? Czy nadal się kochamy, czy może już tylko przyjaźnimy? Kiedy myślę o współczesnej Polsce, mam wrażenie, że hasło drugiej fali feminizmu „Prywatne jest polityczne” się tu nie zakorzeniło i przeciętni ludzie nie uważają, że stan ich życia uczuciowo-erotycznego to jest jakaś ważna sprawa, czasem najważniejsza. Na koniec wszystkiego Polacy trochę lubią cierpiętnictwo, noszenie krzyża, narzekanie, to nasze odwieczne: a ja mam gorzej. Jak w takim społeczeństwie cieszyć się miłością? Jak cieszyć się bez wyrzutów sumienia przyjemnością seksu? 

Zostawmy więc to może i przejdźmy do inspirujących zdań z Twojej książki. Sam wynotowałem sobie takie: „Czuję się bezpieczniej w poliamorycznych związkach, bo nie należę do jednej osoby”. 
To faktycznie Szwecja, gdzie świadomość jest większa, c...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy