Mandibula

Złamałem sobie szczękę, ziewając. Dało mi to do myślenia. Tym bardziej że nie da się złamać sobie szczęki, ziewając. A jednak złamałem sobie szczękę, ziewając. Tak przynajmniej utrzymywałem, gdy mogłem już mówić. I mówię wam, dało mi to do myślenia. A dokładnie rzecz ujmując, zadałem sobie pytania. Po pierwsze, skąd we mnie ta tendencja do wyolbrzymiania? Przecież przy ziewnięciu – wyjątkowo gwałtownym i szerokim – można doznać co najwyżej zwichnięcia żuchwy, która notabene niesprawiedliwie nazywana jest dolną szczęką. Otóż nie ma czegoś takiego jak „dolna szczęka”. Nie ma też „górnej szczęki”, gdyż to, co w ten sposób zwą nieświadomi faktów ludzie, fachowcy nazywają po prostu szczęką. A część ruchoma twarzoczaszki to żuchwa (łac. mandibula), w związku z czym raz na zawsze zapomnijmy o „dolnej szczęce”, okej?  Po drugie, zapytałem siebie, skąd we mnie ta skłonność, przymus wręcz wyjaśniania wszystkiego do ostatniej wątpliwostki? Dlaczego nie chcę zostawić życiu jakiejś tajemnicy? Czy wszystko ma być do bólu przejrzyste i banalnie oczywiste? Gdzie miejsce na niedopowiedzenie, na szczyptę niewiedzy? Po trzecie, dlaczego nie odpowiadam na pierwsze z pytań, a zajmuję się już trzecim? Czy to lęk przed jednoznaczną odpowiedzią każe mi zadawać kolejne pytania (i jak ma to się do zawartej w pytaniu drugim tezy o tendencji do zbytniej szczegółowości w dawaniu odpowiedzi?)? Jak wyglądałoby moje życie, gdybym choć raz szczerze i naprawdę do końca odpowiedział sobie na pojawiające się we mnie pytania? Tylko czy kiedykolwiek zadałem właściwe pytanie? Bo jeśli zadawałem niewłaściwie pytania, to czy mogłem znaleźć właściwe odpowiedzi? I jak znaleźć właściwe pytanie? Uznałem, że to właściwe pytanie, zapytałem więc siebie, o co właściwie chciałbym się tak naprawdę zapytać? Coś bym zjadł, ale co? Miałem ochotę na pizzę neapolitańską, tę z grubym brzegiem, który po spałaszowaniu środka można maczać w oliwie i rzuć, mrucząc z rozkoszy, ale czy da się jeść pizzę z tym całym stelażem utrzymującym żuchwę w odpowiedniej pozycji? Nie wspomniałem, że założyłem sobie taki stelaż, mimo że przy zwichnięciu nie jest on w ogóle potrzebny? Otóż założyłem i tu czkawką odbiło mi się pytanie pierwsze, jednak burczenie w brzuszku przypomniało mi o tym, co najważniejsze.  Da się zmielić pizzę na papkę i wciągnąć ją przez rurkę? Ale czy nie straci smaku? Może od razu jakiś koktajl? Ale owocowy czy warzywny? Warzywny będzie bardziej pożywny, lecz po tak intensywnych doznaniach jak złamanie… przepraszam, zwichnięcie szczęki (żuchwy) i dotarcie do kluczowych, egzystencjalnych pytań, należała mi się jakaś słodka nagroda, prawda? A może oba? Najpierw pożywny, a potem słodki? Może zdjąć ten stelaż? Tylko że wszystkim napisałem, że złamałem szczękę, więc… I wtedy mnie naszło. Kolejne ziewnięcie. Jak ja się wtedy przestraszyłem! Jeśli przy poprzednim ziewnięciu zwichnąłem żuchwę, to co się zdarzy przy następnym? Zacisnąłem zęby, trzymam.  I nie pytajcie mnie, ile wytrzymam. 
Czytaj więcej

Szczepionka na nerwy

Zastanawia mnie ogromny rozrzut w opiniach na temat głośnego ostatnio filmu Blondynka, opowiadającego o życiu Marilyn Monroe. Jedni zachwycają się empatią twórców, którzy zdają się rozumieć, co naprawdę przeżywała Marilyn, gdy grała rolę pożądanej przez widzów na całym świecie supergwiazdy, inni dopatrują się w tym samym filmie paszkwilu na aktorkę lub nieznośnie pretensjonalnej karykatury. Potwierdza to moje fundamentalne przeświadczenie, że na ekranie widzimy tylko połowę filmu, drugą połowę musimy zaś sobie stworzyć sami, łącząc bodźce emocjonalne, które odebraliśmy podczas projekcji z własnymi doświadczeniami, myślami, obawami, fobiami i słabościami.  Każdy więc dostrzegł w granej przez seksowną Kubankę, Anę de Armas – blondynce, taką osobę, która w części wynika z niego i z tego, co w nim rezonuje.  Myślę, że tym, co najbardziej dzieli widzów w ich ocenach tego filmu, jest ich własna odporność psychiczna. Ci silni skłonni są do pochopnych wniosków i do nazywania rozedrganej, rozwibrowanej Marilyn wariatką albo przynajmniej „kobietą niestabilną psychicznie”. Ci słabsi, którzy doznali już niepewności a może i paniki, którzy załamali się i powstali, rozpłakali się kiedyś z bezsilności, a może też pomyśleli przez moment, że mają już wszystkiego dość, otulają swoim zrozumieniem ekranową Marilyn, drżącą w szlochu, że nie jest tak naprawdę kochana, lecz tylko eksploatowana.  Opowiedz mi o tym filmie, a powiem ci, kim jesteś. Blondynka działa jak oprawiony w blask Hollywoodu katalizator rozrachunku z samym sobą i bezpardonowo tworzy w oczach innych nasz własny portret. Skoro tak, to jaki jest sens, żeby obnażyć się przy okazji oglądania trochę podretuszowanego filmu biograficznego? Otóż jest sens i to wielki sens! Uważne obejrzenie historii super utalentowanej aktorki, która osiągnęła prawdziwy sukces wtedy, gdy zrezygnowała z prawdziwej siebie i dała się wcisnąć w przygotowany dla niej format seksownej blondynki o duszy kobiety i dziecka jednocześnie.   
Czytaj więcej

Niech mnie piorun strzeli!

W zeszłego sylwestra postanowiliśmy z moim mężem pójść po całości: oświadczyliśmy naszemu osiemnastoletniemu synowi, że wybywamy z domu i że może zrobić imprezę. Ponieważ czułam, że chcę wkomponować w tę decyzję jakiś żarcik, postanowiliśmy, że wynajmiemy pokój hotelowy w Krakowie, czyli kilkanaście kilometrów od domu – tak, jak byśmy przyjechali do miasta, które znamy, w gości, jak turyści. Wyszukałam pokój z widokiem na Wisłę – chciałam skończyć 2021 rok i rozpocząć 2022 obrazem ciemnego nurtu szerokiej rzeki. Wszystko płynie i tak dalej.  Tak się stało. O północy stanęliśmy w oknie i patrzyliśmy, jak niebo rozświetlają dziesiątkami kolorów tysiące fajerwerków, a ich światło tworzy na wodzie niezwykłe obrazy; słuchaliśmy wystrzałów i wiwatów. Koniec! Początek! Świętowaliśmy jedno i drugie. Thank you, next/Byłeś okej/Ale pora na nowy start/Rok dwa tysiące dwadzieścia dwa/Thank you. Bye/Pora już spadać/Naura papa/Rok dwa tysiące dwadzieścia one – śpiewałam sobie pod nosem piosenkę Justyny Biedrawy. Chociaż dwa tysiące dwadzieścia one i dla mnie był okej, to jednak wyczerpanie związane z pandemią i różne osobiste intensywności sprawiły, że żegnałam go z pewną ulgą. Patrząc na ciemny nurt Wisły, dostałam też jakiegoś wielkiego przypływu nadziei; moje serce drżało w przeczuciu, że dwa tysiące dwadzieścia two przyniesie samo Piękno, Dobro i Miłość. Dawaj, dawaj! – wołało serce. – Jestem gotowe, dawaj, 2022! Głupie serce. Kilkadziesiąt dni później wybuchła wojna w Ukrainie i zaczął się Ołowiany Czas, w którym nie mogłam ani zamknąć, ani otworzyć oczu na to, co się stało ze światem. Po kolejnych kilkudziesięciu dniach okazało się, że mój mąż jest ciężko chory; przez dwa miesiące żyliśmy niepewni, czy czeka nas jeszcze jakikolwiek wspólny sylwester.  Wojna trwa. Mój mąż, dzięki mądrości medycyny, przenikliwości, serdeczności i fachowości lekarzy, wrócił do zdrowia.  A ja się zastanawiam, co zrobić z tym sylwestrem.  Boję się otwierać szeroko drzwi dla dwa tysiące dwadzieścia three. Jest w tym dziecięce złudzenie, że cokolwiek zależy od tego, czy te drzwi otworzę szeroko, uchylę jedynie czy schowam się pod kocem przy drzwiach zamkniętych. Myślenie magiczne, które każe nam wierzyć, że jeśli mocno zaciśniemy kciuki, Kubacki skoczy najdalej ze wszystkich, Świątek znowu zatriumfuje w jakimś ważnym turnieju, że jeśli uda nam się ominąć czarnego kota na drodze, nic złego nas nie spotka. Ach, chwyćmy się za guzik na widok kominiarza, a wtedy wszystko ułoży się po naszej myśli! Jedną z technik psychologii poznawczo-behawioralnej jest odwracanie myślenia magicznego – po to, by samym sobie udowodnić, że nasze myśli, zwłaszcza te lękowe, nie produkują wydarzeń. Ze specjalną dedykacją dla Ciebie, która/który to teraz czytasz, wykonam niniejszym ćwiczenie z tej serii. Tak ja siedzę w fotelu, w którym piszę ten felieton, zaraz wygłoszę na głos pragnienie, żądanie wręcz, żeby mnie natychmiast piorun strzelił. W obrębie myślenia magicznego jest to sprowadzenie na siebie śmiertelnego niebezpieczeństwa – ale czego się nie robi dla czytelników! Zatem dawaj, piorunie.  No i nie zgadniesz! Nie strzelił. Chociaż się rozkręciłam i powtórzyłam moje wyzwanie nawet kilkukrotnie, ostatni raz wykrzykując je ku Niebiosom, dalej sobie tutaj siedzę i piszę, niebo bezchmurne. Przeżyłam. W swojej bardzo pożytecznej książce Lekarstwo na zmartwienia Robert Leahy, amerykański terapeuta, przytacza następującą opowiastkę: co rano kogut wskakuje na płot tuż przed wschodem słońca, stroszy piórka i wydaje swoje uroczyste kukuryku!!! Wtedy słońce wstaje, a kogut kłania się w pas jak tenor po udanym występie. Kogut uznaje, że słońce wstało, bo zapiał.  Ten sam mechanizm odpala się we mnie, kiedy myślę sobie: no i po co było tak wiwatować na sylwestra, po co było otwierać się na oścież na ten 2022? Nie żebym aż myślała, że mój sylwestrowy entuzjazm spowodował wojnę czy chorobę mojego Wojtka, no bez przesady. Ale jakiś kawałek we mnie czuje się skarcony i coś jakby pouczony – następnym razem lepiej się tak nie ciesz! Jednakowoż kiedy zaproszę ten kawałek, żeby sobie w jakimś tylnym rzędzie usiadł, widzę to inaczej: słońce wschodzi i zachodzi niezależnie od naszych myśli. Mogę się cieszyć na coś, co okaże się bardzo ciężkie, mogę wyklinać to, co okaże się błogosławieństwem. Nikt nie wie, jaki będzie 2023 rok i w tym „nie wiem” nie ma wygody, ale jest stanięcie oko w oko z Prawdą. Większość rzeczy, których się obawiamy, nigdy się nie wydarzy. Niektóre rzeczy, których nie chcemy, przyjdą niespodziewanie.  Terapeuci pracujący z klientami, którzy doświadczają dużo lęku, kładą nacisk na umiejętność nieocennego bycia w stanie niepewności, bez rzucania się w tak zwane zachowania zabezpieczające, czyli takie, które mają dać nam (niemożliwą do uzyskania) pewność, że „będzie dobrze”. Kiedy widzę straszący tytuł na portalu informacyjnym, nie klikam. Kiedy ktoś bliski mi nie odbiera mojego telefonu, nie zaczynam dzwonić na okrągło. Staram się oddychać i towarzyszyć sobie w stanie napięcia. Wtedy ono opada.  I kiedy tak na to patrzę, zaczynam się nawet cieszyć na tego sylwestra, na koniec roku, który przyniósł tyle znoju i tyle fajności, i na początek tego nowego, który cholera wie, co przyniesie. 
Czytaj więcej

Możesz być z nami, ale na naszych warunkach

Gdy wybuchła wojna, ktoś zapytał znajomą nastolatkę, czy boi się wojny. Ona odpowiedziała, że tak. Na co usłyszała: „To się nie bój”. Nastolatka skomentowała już w rozmowie ze mną: „Że też sama na to kur... nie wpadłam”. Wojtek Sawicki, autor bloga Life On Wheelz, osoba z niepełnosprawnością, napisał w swoich mediach społecznościowych, że „(…) czuję się traktowany jak dziecko”. Ktoś mu poradził: „To się nie czuj”. Wojtek skomentował ironicznie: „Dzięki, problem rozwiązany”. Kto z nas nie doświadczył sytuacji, gdy próbował komuś zakomunikować jakąś swoją trudną emocję i w odpowiedzi dostał „dobrą radę”, by tej emocji nie czuł? Na przykład, w odpowiedzi na komunikat: „Martwię się”, usłyszał: „To się nie martw”. Albo dostał inne warianty tego samego mechanizmu w postaci: „Uspokój się. Nie histeryzuj”, ewentualnie pytanie z tezą: „Takimi pierdołami się martwisz?”. Te przykłady ilustrują jedno z największych absurdów w języku, a może raczej w komunikacji werbalnej. W każdym przypadku mówiący nazywał swoje uczucia: strachu, poczucia upokorzenia, troski. Mógł też nazwać inne trudne emocje: gniew, złość, bezradność, wahanie. Wachlarz emocji, czyli tego, w jaki sposób nasze ciało reaguje na otoczenie, dając nam niezbędne informacje zwrotne o świecie oraz przygotowując grunt pod działania i decyzje, jest całkiem spory. Z jednej strony, jak zauważa amerykański neurobiolog, Eric R. Kandel, emocje są do pewnego stopnia automatyczne. Układy mózgowe, w których przebiegają, działają bez naszej świadomości. Równocześnie doświadczamy uczuć, z których zdajemy sobie sprawę. Ale gdy przyglądniemy się językowi emocji, to okazuje się, że na pewne emocje inni dają nam zgodę, ale jest cała pula takich, które natychmiast są unieważniane.  Ostatnio byłam świadkiem sytuacji, gdy w dużym markecie cztero-, pięcioletni chłopiec z przerażeniem krzyknął do mamy: „Paaaaaająk”. Ta odwróciła się, spojrzała na uciekającego krzyżaka i powiedziała do syna: „Taki duży chłopak i się boi? Nie wstyd ci?”. Myślę, że chłopiec jeszcze kilka razy spróbuje o swoim strachu zakomunikować światu, ale w pewnym momencie zapewne zorientuje się, jaki komunikat świat mu przekazuje, gdy ten się boi. Informacja zwrotna, którą przyniosło zdanie o tym, że powinien się wstydzić swojego strachu, bo przecież jest już duży, niesie jeszcze dodatkowy ukryty przekaz: „Masz prawo przynależeć do naszej wspólnoty, pod warunkiem że nie czujesz strachu. Normalni duzi chłopcy nie boją się. Gdy jednak się boisz i o tym mówisz, to twój strach zaraz zostanie unieważniony, a ty wykluczony”.  Mechanizm, jaki stoi u podstaw takich rozmów, opiera się na naszej pierwotnej, gwarantującej nam przetrwanie potrzebie przynależności do wspólnoty. Gdy rodzi się dziecko, to przez pierwsze kilka miesięcy, a nawet lat, potrzebuje ono opieki dorosłego, by przeżyć. To najbliżsi, najczęściej matka i ojciec, tworzą wspólnotę, która zapewnia przetrwanie. Ale równocześnie to wspólnota wyznacza warunki przynależności do niej. Definiuje to za pomocą określeń typu: normalny człowiek, normalnie, trzeba, należy, powinno się, wszyscy, każdy. Ile razy rodzice mówią do swoich dzieci zdania w stylu: „Czy ty nie możesz się normalnie zachowywać? Co się z tobą dzieje? Dzieci w twoim wieku mają jakieś zainteresowania, coś robią, a ty? Powinieneś się zająć czymś pożytecznym”.  Gdy ja się czymś przejmowałam, mój nieżyjący już ojciec zwykł mawiać: „Zajełabyś się normalną robotą, a nie o głupotach myślała”. To, co było moim autentycznym przeżyciem i co wiązało się z wytwarzanymi w moim mózgu, a dokładniej w ciele migdałowatym, prawdziwymi emocjami, tata natychmiast unieważniał. Szybko nauczyłam się, że mogę być blisko z nim wtedy, gdy jestem w domenie żartu, ale gdy robiło się poważnie, tata mówił: „Dajże spokój z tym wydziwianiem”. Wszystko, co było dla niego emocjonalnie zagrażające, wrzucał w szufladkę „wydziwiania”, a ja jako dziecko dostawałam wyraźny sygnał, że o tym się u nas w domu nie rozmawia. Ponieważ jak każde dziecko chciałam przynależeć, to szybko nauczyłam się żyć w stanie ciągłej gotowości, by zgadnąć, co jeszcze wolno i mieści się w „normie” u nas w domu, a czego nie wolno mówić, a z czasem w ogóle o tym przestać myśleć. Moje „ja” definiowałam wyłącznie w odniesieniu do norm ustalanych przez MY. Czucie pewnych emocji przeżywałam jako zagrażające, więc odcięłam się od nich. Ale one były żywe we mnie i potrzebowały się wyrazić. Więc jak już doszły do głosu, to w formie oskarżeń, pretensji, krzyku. I wtedy usłyszałam, że histeryzuję i przesadzam. Byłam sama, a raczej samotna, gdy czułam trudne emocje. Byłam częścią wspólnoty, gdy grałam w grę, której zasady wyznaczała wspólnota, czyli – w przypadku mojego domu – gdy wszystko obracałam w żart.  Dzisiaj wiem, że to, co robiłam, nazywa się mentalizacją, czyli jest zaawansowaną funkcją psychiczną, która polega na zdolności rozumienia świata fizycznego – różnych zachowań, czynów, własnych i innych ludzi – w kategoriach stanów mentalnych, czyli tego, czego nie widać gołym okiem. Potrafiłam zrekonstruować świat oczekiwań i emocji najbliższych. Problem polegał na tym, że świat innych był ważniejszy od mojego własnego. Nie dawałam sobie prawa, bo też nikt mi nie pokazał, że ono w ogóle istnieje, do konstruowania rzeczywistości równoległej, w której moje emocje i potrzeby byłyby wzięte pod uwagę. Wierzyłam, że istnieje jeden możliwy świat i to jest świat „normalnych ludzi”.  Tymczasem mentalizacja jest jedną z możliwych interpretacji rzeczywistości. Często ludzie próbują zgadnąć, co czują i myślą inni, ale zapominają o tym, by rekonstruując cudzy świat, też przy okazji zrekontruować swój, biorąc pod uwagę wszystkie emocje, które się przy okazji pojawiają. Po to, byśmy w sytuacji, gdy ktoś będzie próbował unieważnić to, co się w nas autentycznie wydarza i co czujemy, potrafili ochronić swój świat i swoje prawo do jego przeżywania. Dopuszczenie istnienia światów równoległych, czyli mojego odczuwania rzeczywistości i cudzego przeżywania tej samej sytuacji, to fundamenty do dialogu. Może zacząć się on wtedy, gdy na scenie zdarzeń jestem ja i drugi człowiek ze swoim przeżywaniem rzeczywistości i zaczynamy rozmowę od tego, by porównać te światy i zobaczyć, na ile sami czujemy, że jesteśmy widziani i słyszani ze wszystkimi swoimi emocjami i ja mam gotowość na widzenie i słyszenie drugiego człowieka, ale też ochronę swojego świata, jeśli druga osoba próbuje mi go unieważnić. 
Czytaj więcej

Nie ma bliskości bez złości

Każda bliska relacja powoduje mieszane uczucia. To, że kogoś kochamy, nie oznacza, że w różnych sytuacjach nie możemy do tej osoby przeżywać złości. Dzieje się tak, gdy przekraczane są nasze granice, nie dostajemy czegoś dla siebie ważnego lub czujemy się czymś dotknięci.
Czytaj więcej

Przy świątecznym stole – jak jest naprawdę?

Święta Bożego Narodzenia kojarzą się z przepychem i sielanką – przynajmniej taki obraz przedstawiają media i reklamy. Prezenty, ozdoby, urocza atmosfera wśród domowników oraz stoły uginające się pod jedzeniem – to część naszej tradycji i kultury… Tylko czy w obecnych warunkach społecznych, środowiskowych i ekonomicznych nadal aktualna? Jak zmieniło się nasze podejście do tradycji świątecznych? Czy nadal stać nas na suto zastawione stoły i marnowanie żywności?
Czytaj więcej

Prezenty – z głowy czy od serca?

Koniec listopada i początek grudnia to czas świątecznej gorączki, czyli moment, kiedy zaczynamy rozglądać się za prezentami bożonarodzeniowymi. Oczywiście, niektórzy kupują prezenty znacznie wcześniej, a są też tacy, którzy dopiero 24 grudnia rano podejmują ostateczną decyzję, co kupić. Czy istnieje właściwa droga? Jakie prezenty, dla kogo wybierać?
Czytaj więcej

Bliskość w święta nie tylko od święta - Jak zbudować i… utrzymać bożonarodzeniową bli...

Święta Bożego Narodzenia sprzyjają bliskości i obdarowywaniu innych – warto wykorzystać tę okazję, by samemu poczuć się zdrowszym i… szczęśliwszym.
Czytaj więcej

O psach i nie tylko

Pies jest ważną postacią. Potrzebuje GRUPY. Czasem jest to nasza grupa rodzinna, czasem porzucone psy łączą się w stada i wtedy stają się groźne. Jak ludzie. Źle traktowani w dzieciństwie, pozbawieni bezpiecznego domu łączą się w gangi – grupy, których się boimy.
Czytaj więcej

Czuła uwaga – dlaczego warto praktykować z dziećmi uważność

Jon Kabat-Zinn jasno wskazuje, że uważność nie jest życiem chwilą, chodzi o życie w danej chwili. „Każdą chwilę uznajemy jako nowy początek, nową szansę, by zacząć wszystko od zera, by się dostroić, odbudować nasze więzi”.
Czytaj więcej

Kłótnie są normalne - Jak mądrze przeżywać konflikty w związku?

Kłótnia kojarzy nam się negatywnie, wzbudza lęk i niepewność. Często ulegamy iluzji, że dobrane pary się nie spierają. Tymczasem mądre przechodzenie przez konflikty, jakie naturalnie rodzą się między dwojgiem żyjących ze sobą ludzi, może wznieść parę na nowy, dojrzalszy etap relacji. O tym, co to oznacza w praktyce, rozmawiają Joanna Chmura oraz Edyta Żmuda.
Czytaj więcej

Związkowy ping-pong, jak przestać odbijać piłeczkę i zacząć grać w jednej drużynie

Marzymy o bliskiej, ciepłej, bezpiecznej relacji. Wchodząc w nowy związek, skupiamy się na podobieństwach i idealizujemy partnera. Zachwycamy się i odnajdujemy to, co nas łączy. Mamy poczucie, że znaleźliśmy drugą połówkę. Kogoś, kto nas rozumie i jest do nas podobny niczym odbicie w lustrze. Jednak emocjonalnie bliskość nie jest nam dana raz na zawsze.
Czytaj więcej