Budzik w…

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

Senna ręka naciska budzik, żeby przestał dzwonić, ciało obraca się na drugi bok, ufne, że czeka je dalszy sen, ale budzik wysuwa się spod ręki i nie przestaje hałasować. Ręka próbuje jeszcze raz, ale trafia w powietrze: budzik jest już metr dalej. Zanim telefony komórkowe zaczęły powszechnie zastępować budziki, tak działały te, które zaopatrzono w funkcję uciekania. 

POLECAMY

Opisali to bracia Heath w świetnej książce Pstryk, która traktuje o wprowadzaniu zmian. Ilustrowali tą poranną metaforą znany każdemu chyba człowiekowi mechanizm: kiedy słyszysz dźwięk budzika, rozpadasz się na dwa kawałki. Jeden kawałek chce uciszyć budzik i spać dalej, drugi, ten bardziej dojrzały, ten sam, który nastawiał budzik wieczorem, pomny obowiązków, rozumie, że trzeba wstawać. W większość poranków dla wielu z nas to ten drugi kawałek rano zwycięża, ale to nie przerywa wewnętrznego zmagania – pomiędzy naszymi powinnościami a naszym chceniem. To zmaganie, w mniejszym bądź większym nasileniu, trwa aż do momentu, kiedy wieczorem nastawimy budzik. Jego wyniki składają się na to, jak żyjemy. To, co czuliśmy, że powinniśmy zrobić, ale jakoś się nam nie udaje, przespane poranki, pokrywające się kurzem karty na siłownie, nieposprzątane strychy czy szuflady, zaniedbane koleżanki, z którymi chciałyśmy pozostać w kontakcie – ta Suma Wszystkich Zaniechań odkłada się w nas w postaci mętnego planktonu poczucia winy, czasami stanowiąc kanwę Postanowień Noworocznych, od lutego wstydliwie przed sobą samym zmilczanych. 

Stawka jest wysoka, bo moje powinności czy aspiracje w wielu przypadkach u swojej podstawy mają wartości i nawet jeśli ich nie lubię, jeśli – idąc za słowami Czesława Miłosza – „szczera wściekłość opromienia moje codzienne obowiązki” i tak prawie zawsze wykonuję je w imię czegoś, co dla mnie cenne: siłownia w imię zdrowia, spotkania z koleżanką w imię serdecznych relacji, porządek w szufladzie, bo wiem, że ład zewnętrzny i wewnętrzny mają jakiś związek. 

No, ale ta ręka! Ta ręka, która wyłącza budzik, chociaż mózg, zwłaszcza jakby się obudził, wiedziałby, że chcę wstać! To niechcenie, uporczywe. 

Posłuchałam kiedyś na YouTubie dość obcesowej mówczyni, Mel Robbins, twórczyni metody 5 sekund: jej główną tezą było to, że jeśli czekamy na dzień, kiedy nam się zachce, nie doczekamy się. „Nigdy ci się nie zachce!” – krzyczy złowieszczo w stronę publiczności Robbins. Jako remedium proponuje następującą regułę: kiedy wiesz, że powinnaś coś zrobić, ale wiesz też, że będziesz chciała się ociągać, powiedz sobie 5-4-3-2-1 i działaj. Pięć sekund – tyle mamy czasu, zdaniem Robbins, zanim nasz mózg podsunie nam usłużnie jakiś powód, żeby nie zrobić tego, co powinno być zrobione. 

Spróbowałam w czasie, kiedy bardzo mało mi się ogólnie chciało. Na początku całkiem mi się podobało: potraktowawszy siebie żwawym 5-4-3-2-1, zrywałam się, brałam za telefon, otwierałam plik w komputerze, zwijałam matę i ruszałam na jogę. A potem kiedyś ciału po prostu znudziło się tego słuchać 5-4-3-2-1 i nic! Wstawać miało, a leży. Ponowiłam komendę – dalej nic. I tak się skończyła moja przygoda z Najemnym Żandarmem. 

Niewiele później, wciąż kminiąc sposoby na to, żeby się czasem samą przechytrzyć, szłam krakowską ulicą i to nawet nie chodnikiem, a brzegiem ulicy właśnie, bo na chodniku panowie robotnicy ustawili rusztowanie, by wyremontować fasadę starej kamienicy. Kto to stawiał, Janek!? – krzyknął z pierwszego piętra pan robotnik, widać z czegoś niezadowolony. Józek! – upominał go tamten, bo może to on właśnie stawiał. – Jakby nie to rusztowanie, to byś nawet parteru nie sięgnął! (szach mat, bo Józek był skromnego bardzo wzrostu). Minęłam panów i szłam dalej, a jednak pogłos słowa rusztowanie brzmiał w moich uszach i mojej głowie: takie pogłosy nauczy...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Tylko w ten weekend kupisz prenumeratę 20% TANIEJ

Zobacz więcej

POLECAMY

Przypisy