Dołącz do czytelników
Brak wyników

Trening psychologiczny

20 lipca 2022

NR 8 (Sierpień 2022)

Co by było, gdybyśmy zaczęli się odważać?
O tym, skąd czerpać siłę, aby ćwiczyć się w odwadze, jak zmniejszać poczucie lęku przed odrzuceniem i akceptować siebie, rozmawiają Joanna Chmura i Edyta Żmuda

0 637

Nie myśl sobie, że możesz iść przez życie i być odważną, nie rozczarowując kogoś od czasu do czasu.

Edyta Żmuda: Brené Brown, amerykańska psycholog i pisarka, przyznała: „Odkąd komunikuję swoje granice, jestem może mniej miła, ale zdecydowanie jestem bardziej kochająca”. Jak rozumiesz jej słowa?

Joanna Chmura: Mnie te słowa wkurzają, ponieważ przypominają mi o mojej własnej, wewnętrznej pracy. Co przez nie rozumiem? Otóż posiadanie i stawianie przez nas granic sprawia, że inni, którzy się przyzwyczaili do ich braku, mogą być rozczarowani i stąd może im się wydawać, że jesteśmy mniej mili. Ważne jest to, co znajduje się w końcówce tego cytatu – „że jestem bardziej kochająca”. Brené Brown sama była zszokowana wynikami swoich badań. Wynika z nich, że osoby, które potrafią stawiać granice, są bardziej empatyczne. Potrafią wyraźnie wskazać, co jest okej, a co nie. Nie grają w różnego rodzaju gry psychologiczne, podczas których wpadamy w jakieś pułapki, na przykład bycia ofiarą czy wybawcą. Komuś może się wydawać, że jesteśmy dla niego mniej mili, a tak naprawdę troszczymy się o siebie samych i drugiego człowieka. Dlatego wkurza mnie to, bo przypomina, że mam dużo do zrobienia w tym temacie. Idzie mi coraz lepiej, ale momentami jeszcze muszę ćwiczyć.
 

POLECAMY


Czyli tak naprawdę, im jesteśmy bliżej siebie, im częściej stajemy po swojej stronie – w poczuciu harmonii i zgody ze sobą – tym jesteśmy łagodniejsi i mamy więcej wyrozumiałości dla swoich bliskich.

Tak, i spokoju. Wiemy dokładnie, co jest okej, a co nie. Tak właśnie Brené definiuje granice. Jest takie piękne angielskie słowo: accountability, co po polsku brzmi jak „pociąganie kogoś do odpowiedzialności”, ale tak naprawdę oznacza to, że gdybyśmy pracowały razem w jakiejś redakcji i powiedziałabym ci: „Słuchaj, Edyto, nie dzwoń do mnie po 19.00, bo to jest mój czas rodzinny”, a ty byś notorycznie dzwoniła o tej porze, to ja być może odbierałabym telefon, ale byłabym sfrustrowana, zirytowana, zdenerwowana, może nawet momentami cyniczna i sarkastyczna. Zamiast tego powinniśmy ustanowić zasadę, którą obie strony szanują. Bo kiedy tego nie robimy, a ja w dodatku nie mam odwagi, by cokolwiek powiedzieć, a być może są jeszcze między nami hierarchiczne zależności, to nie uda nam się dobrze wspólnie pracować. Takich sytuacji dotyczą słowa Brené: jestem bardziej kochająca, kiedy stawiam granice i mówię o swoich potrzebach. Nie wpadam wtedy w pułapki cynizmu, sarkazmu, uszczypliwości, obmawiania kogoś gdzieś z innymi, żeby dać ujście dyskomfortowi, który towarzyszy przekraczaniu granic. 

Jak radzić sobie z przedłużającym się poczuciem stresu? Żyjemy w dużym obciążeniu. Jeszcze nie poradziliśmy sobie z pandemią, a już wybuchła wojna w Ukrainie. Jak możemy mówić o komunikowaniu granic, o byciu przy sobie w tak przytłaczającej rzeczywistości?

Posłużę się metaforą. To tak, jakbyśmy przez dwa lata ciągle robili treningi siłowe – pompki, przysiady, wyskoki i inne cuda. I już myślimy, że ten trening powoli, powoli się kończy, a tu przychodzi następny, który jest dwa razy trudniejszy. I teraz te nasze zmęczone ciała, osobowości, umysły i serca podchodzą do kolejnego egzaminu. Kolejny raz trzeba powiedzieć: „Dobra, to zbieramy te siły, które mamy i działamy dalej”. Wspólne dla sytuacji pandemicznej i wojennej jest to, że nikt nie wie, kiedy się skończą. Gdyby ktoś na początku pandemii powiedział nam, że będzie ona trwać dwa lata, inaczej rozłożylibyśmy siły. Niewiedza natomiast czyni tę sprawę dużo trudniejszą. Słyszymy w mediach, że ta sytuacja nie będzie sprintem, lecz maratonem. To bardzo prawdziwe. Dystrybuowanie siły psychicznej na czterdzieści dwa kilometry jest naprawdę sztuką. Pojawiają się momenty kryzysu, dlatego chciałabym zaprosić nas wszystkich do dbania o własne siły. Nie dopiero wtedy, kiedy coś się dzieje, kiedy upadamy, kiedy już się wszystko sypie i jesteśmy na skraju wytrzymałości, ale każdego dnia, profilaktycznie. Żeby budząc się rano, wziąć wdech i wydech i pomyśleć o intencji na ten dzień. Ktoś mógłby odpowiedzieć: „Świetnie, wojna za rogiem, pandemia jeszcze w najlepsze, ja w domu, dzieciaki na kwarantannie, a ta mi mówi o oddychaniu rano i myśleniu o intencjach”. Ale spróbujmy tak przez miesiąc. Albo każdego dnia wymieńmy kilka rzeczy, za które jesteśmy mimo wszystko wdzięczni. I po miesiącu zobaczymy, czy rzeczywiście nic się nie zmienia.
 


Czyli przyjęcie perspektywy mikro i codzienna wytrwała praktyka przynosi efekty. Bo dzięki temu mamy naładowaną baterię, właśnie na te momenty kryzysu, o których mówisz.

To tak jak w przypadku telefonu – nie powinniśmy dopuścić, by bateria się całkowicie rozładowała, bo wtedy potrzebujemy dużo więcej czasu, by ją znów naładować. Powinniśmy się ładować raz na jakiś czas. Wyobraźmy sobie – gdybym zjadła brokuły raz na rok, niewiele by to zmieniło. Ale jeśli je jem każdego dnia, to jednak ma to duży wpływ na funkcjonowanie mojego organizmu.

A co z lękiem? Lęk powoduje, że szybko nakręca się spirala negatywnych emocji i wtedy nie ma już przestrzeni na dbanie ani o siebie, ani o innych. Jak sobie radzić w takich sytuacjach?

Po pierwsze dokonajmy rozróżnienia między lękiem a strachem. Fizjologicznie są one do siebie podobne, natomiast w przypadku strachu mamy realne zagrożenie. Jeśli teraz wszedłby tu tygrys, poczułybyśmy strach. Natomiast jeśli zaczniemy sobie wyobrażać, że może tu wejść tygrys albo że z mieszkania nad nami uciekł wąż i właśnie się tu przedostaje, to odczuwamy lęk. Reakcje ciała są podobne: oddech mamy spłycony, serce szybko bije, ale źródła lęku i strachu umiejscawiane są gdzie indziej – pierwsze jest w wyobraźni, a drugie w realnym zagrożeniu. Przedłużający się lęk, czyli pozostawanie w wyobrażeniu zagrożenia, jest szalenie wycieńczające dla nas, naszych rodzin i przyjaciół. Czymś naturalnym jest, że w tej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, odczuwamy lęk i niepokój. Natomiast nie powinniśmy dokładać sobie emocji i wpadać we wspomnianą spiralę. Pamiętasz, w przedszkolu były takie kolorowe bączki?

Tak, znam je. 

Chodzi o to, żeby nie dokręcać co jakiś czas tego bączka lęku. Co to oznacza? Na przykład nie oglądać wiadomości dwadzieścia cztery godziny na dobę. Obejrzeć rano czy w południe. Natomiast przykręcanie tego bączka ciągłymi newsami z mediów, które żyją z tego, że cały czas mówią o zagrożeniu, może dodatkowo nakręcać lęk, który i tak nam cały czas towarzyszy. Pierwszą i najważniejszą rzeczą jest to, żebyśmy umieli odróżniać realny lęk od wyobrażonego. Drugą rzeczą jest bycie czujnym na to, czy my sami sobie nie podsycamy lęku i się nim nie ładujemy. Wychodzimy czasami z założenia, że im więcej będziemy wiedzieć, tym mniej się będziemy bać, ale to niestety tak nie działa.
 


Co to znaczy być czujnym? 

To znaczy, że trzeba uważać, czy się nie karmimy tym lękiem, ale też obserwować, w otoczeniu jakich ludzi przebywamy. Dzwoni do nas ktoś, kto sam doświadcza lęku. Pytanie, co robimy z informacjami od niego? Pozwalamy, żeby trzy razy dziennie mówił nam, co widział lub słyszał w wiadomościach? Czy mówimy: „Słuchaj, kocham cię, ale nie potrzebuję teraz tego pakietu informacji” i kończymy rozmowę? Chodzi o to, żeby uważnie wybierać to, co do nas dociera i nie dokładać sobie kolejnych lęków, bo w którymś momencie będzie to nie do strawienia.

Nasuwa się zatem pytanie, jak pielęgnować troskę o siebie?

Zanim na nie odpowiem, chcę zauważyć, że toczy się w ogóle dyskusja, czy teraz, kiedy tyle osób doświadcza różnego rodzaju emocji, mamy prawo dbać o samych sobie. 

Czy mam prawo cieszyć się z czegokolwiek, kiedy obok dzieją się dramatyczne historie? Dokładnie takie pytania trafiają do naszej redakcji.

Wczoraj ktoś zapytał: „Asia, czy mam prawo iść do kawiarni i pić sobie espresso”? Moja odpowiedź jest taka: nikomu nie pomoże, że obetniemy sobie wszystkie źródła chwilowej ulgi i przyjemności. Pomoże natomiast, jeśli pójdziemy na tę kawę albo obejrzymy odcinek serialu i naładujemy swoje akumulatory, by potem zadbać o siebie i innych. Żyjemy w fantazji, według której możemy pomagać albo sobie, albo innym. A całe piękno życia polega na tym, że to może ze sobą współistnieć. Jeśli nie odpoczniemy „przez chwilę”, to możemy nie dać rady dobiec do mety. A odpoczynek może mieć różny wymiar. Ostatnio byłam na sztuce teatralnej poruszającej temat wstydu i zdałam sobie sprawę, że w obliczu wojny pojawia się lęk przed oceną, jak ktoś odbierze fakt, że pójdziemy na kawę albo do SPA. Wiedziałam, że wstyd się panoszy wszędzie, ale zaskoczyło mnie to, że owinął się nawet wokół wojny.
 


Jak rozumiesz odwagę?

Zachęcam, by spojrzeć na odwagę głębiej. Społecznie i kulturowo za odwagę uznawana jest – na przykład – podróż dookoła świata albo skok na bungee. 

Albo heroizm, bohaterstwo.

Zgadzam się, ale nie zapominajmy, że odwagą jest też zabrać głos na spotkaniu, gdy nie zgadzamy się z tym, co powiedział przedmówca. Albo powiedzieć coś w języku, którego dopiero się uczymy. Odwaga może mieć wymiar malutki, ale dla nas bardzo znaczący. Ktoś może sobie pomyśleć: „Co to za odwaga, powiedzieć po angielsku yes, okay, fine, thanks”, a dla kogoś może być to coś ogromnie istotnego. Więc odwaga jest zjawiskiem bardzo subiektywnym. Tak naprawdę nigdy nie wiemy, ile kogoś kosztowało coś, co według nas było zwyczajne, normalne. Dlatego zapraszam do czułego i wrażliwego spojrzenia na odwagę, która ma różną kolorystykę. Powstrzymajmy się przed ocenianiem czegoś jako odważne...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy