Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

20 lipca 2022

NR 8 (Sierpień 2022)

O sztuce miłości – rozmowy bez cenzury

0 181

Seks przestaje być tematem tabu. Nadal jednak trudno jest nam mówić o nim bez skrępowania. Dlatego jak mamy mieć dobry seks, jeśli nie mówimy wprost, co lubimy, czego potrzebujemy, a co jest dla nas nudne?

Jakiś czas temu, przeglądając internet, trafiłam na mema. Przedstawiał czarno-białe zdjęcie kobiety z kilkunaściorgiem dzieci, pod którym widniał podpis: „Za czasów babci o seksie się nie rozmawiało”. W sekcji komentarzy znalazłam idealne podsumowanie seksualności w naszym kraju przed parudziesięciu laty: „No tak, nie rozmawiało się, tylko robiło!”. Faktycznie, dawniej o seksie nie mówiło się lub mówiło niewiele, a jeżeli już, to zdecydowanie więcej wolności w tym zakresie mieli mężczyźni niż kobiety. Zatrzymało mnie to przy refleksji o współczesności i doszłam do wniosku, że w kwestii komunikacji seksualnej wciąż żyje w nas pokłosie tych czasów, nie aż tak przecież dawnych. O seksie warto jednak rozmawiać wprost, by był satysfakcjonujący dla obojga partnerów. 

Zacznij od rozmowy... z samym sobą

Zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy, w jaki sposób o seksie mówiono w naszym domu rodzinnym. Czy pamiętamy rozmowę o tym, skąd się biorą dzieci? Czy była pełna nerwowych uśmiechów, intensywnego wpatrywania się w podłogę, zaczerwienionych policzków oraz skroplonego potu na czole rodziców dukających o tym, że „należy się no... tego... no wiesz już pewnie... zabezpieczać” i przygniecionych ciężarem edukacji seksualnej własnych latorośli? Może stanowiła bardziej metaforyczną opowieść o pszczółkach i kwiatkach, w której najbliżej seksualnej nomenklatury był pręcik? A może wręcz przeciwnie – była rzeczowa i konkretna, jak byśmy rozmawiali o konstrukcji silnika spalinowego, a nie akcie seksualnym? W jaki sposób mówili o seksualności rówieśnicy, znajomi? Czym był dla nich seks – „bzykaniem, waleniem, zamaczaniem, uprawianiem miłości”? Wiązał się z zawstydzeniem, szacunkiem czy dumą? Jak mówili wcześniejsi partnerzy lub partnerki? Jak w końcu my sami mówimy o seksie do samych siebie? Jakich słów używamy? 

POLECAMY

Język polski ma to do siebie, że jeśli chodzi o tematykę związaną z seksem, do wyboru mamy z grubsza dwie ścieżki – zmedykalizowaną lub wulgarną. 

W ramach pierwszej możemy używać oficjalnie przyjętych nazw: „pochwa, łechtaczka, prącie, moszna, odbyt”... Język zmedykalizowany najczęściej nas jednak nie uwodzi. Nie rozbudza seksualnie, nie podnieca. Docelowo taki miał być właśnie jego opisowy, neutralny charakter. Dlatego też jeżeli chcemy się nim posługiwać w miłosnych relacjach, może od nas wymagać czasu nadanie mu konotacji erotycznych – zarówno w naszych głowach, jak i głowach naszych partnerów. 

Drugą skrajnością są określenia wulgarne. W przypadku niektórych osób się to sprawdzi – język taki doda nieco pikanterii ich seksualnemu życiu. Jednak innych może hamować, blokować, uprzedmiatawiać w przeżywaniu własnej seksualności. Co nam wówczas pozostaje? 

Możemy stworzyć swój własny język, a w kontynuacji seksualny język pary. Możemy sięgnąć do brzmiących nieco bardziej fantazyjnie nazw medycznych, takich jak: wulwa, fallus czy anus. Możemy też puścić wodze fantazji i poszukać zupełnie nowych określeń. „Muszelka, banan, donut” – wszystko jest dozwolone tak długo, jak długo partnerzy rozumieją, o czym rozmawiają, i na propozycję „włóż banana do mojego donuta” druga strona nie podrywa się z kanapy, aby skierować swoje kroki do najbliższego sklepu spożywczego. 

Pamiętajmy, że wszystkie słowa mogą brzmieć dla nas z początku sztucznie, dziwnie, zabawnie – szczególnie jeżeli dopiero staramy się ubrać w słowa „to na dole”, aby właśnie „tym na dole” nie było. Jednak to od nas zależy, czy dane określenia wpiszą się na stałe w naszą narrację i nabiorą erotycznych, podniecających znaczeń. Używanie języka go ożywia, wprowadza konotacje słów z obrazami, wspomnieniami, doświadczeniami... Zatem jeżeli brakuje nam słów, po prostu wybierzmy którąś z powyższych opcji i zacznijmy z niej korzystać, aby stała się oswojona i „nasza”.
 


Dlaczego w ogóle rozmowa o seksie jest taka ważna?

Wyobraźmy sobie przykładową sytuację łóżkową – ona leży na plecach, on nad nią w pozycji misjonarskiej... Są w związku już trzy lata i ich seks zawsze wygląda tak samo. Być może tak lubią. Być może są z tego zadowoleni i wówczas jest to w porządku. Jednak co, jeśli... nie są? Co w sytuacji, w której ona jest tak znudzona, że w głowie układa listę zakupów na nadchodzący tydzień? Co jeśli jemu coraz trudniej utrzymać erekcję, bo ta stuprocentowa jej kontrola, jak wszystko będzie przebiegać, zabija jego libido? Jakie mogą być dalsze losy takiej pary? Partnerzy mogą zacząć się od siebie oddalać, co widać już na przykładzie. Jeśli robiąc coś z partnerem, uciekamy myślami w coś innego, to w danym momencie zwyczajnie nie ma nas w tej relacji. Tym samym może narastać frustracja – seks, który nie satysfakcjonuje, również nie zaspokaja. W przypadku przywołanego wcześniej mężczyzny zaczęło mówić o tym jego ciało – po co próbować, skoro i tak nie poczuje spełnienia? Jak może się czuć każde z nich z osobna? Ona może czuć się używana (w powyższej sytuacji używa sama siebie – zamiast czerpać z seksualnej przyjemności, dostarcza jedynie ciało do zaspokojenia cudzej potrzeby). Może rosnąć w niej złość, poczucie wykorzystania, obawa o własną atrakcyjność, poczucie niedocenienia (w końcu ona tak się stara, a on nawet nie ma pełnej erekcji!), chęć zadośćuczynienia sobie za to poświęcenie... On natomiast może czuć się niespełniony, sfrustrowany, niepełnowartościowy, zniechęcony... I wszystkie te emocje i obawy mogą wyjść poza próg sypialni. Jeżeli się to rozleje, codzienne funkcjonowanie takiej pary może być coraz trudniejsze – wzajemne żale, frustracje, dystans... Brzmi jak przepis na katastrofę, prawda? A co, jeśli mogliby to zatrzymać, zanim ta śnieżna kula urośnie do niebotycznych rozmiarów? Co jeśli my też możemy zrobić to w swoich związkach?
 


Pierwsza zasada komunikacji – pomyślane nie znaczy powiedziane

Załóżmy, że jedno z partnerów ma pewien pomysł – chciałoby spróbować seksu w innej pozycji. Na łyżeczkę, na pieska, jeźdźca, odwróconego jeźdźca – możliwości jest przecież mnóstwo! Jednak jeżeli trudno nam o seksie mówić wprost, możemy wpaść w dwustronną pułapkę, jaką jest „domyśl się”. O tym słynnym wyrażeniu nie bez powodu od lat krążą dowcipy. W końcu jak inaczej radzić sobie z czymś tak niesamowicie frustrującym, jak brak jasnej komunikacji? Bo skąd nasz partner czy partnerka mają wiedzieć, co siedzi w naszej głowie, skoro nigdy ich do tego nie dopuściliśmy? Ba, nierzadko nawet nie daliśmy sygnału, że cokolwiek nowego zaczęło w niej kiełkować... Jeżeli chcemy mieć dobry, nowy seks, musimy zmierzyć się z pewnymi przeciwnikami żyjącymi w naszej własnej głowie. 

Pierwszym z nich jest obawa przed odrzuceniem. Dla osoby mierzącej się z tą trudnością każde „nie” może być nie tyle odrzuceniem danej propozycji, ale odrzuceniem jej jako osoby. Zatrzymajmy się w tym miejscu na chwilę przy wątku wolności seksualnej. Nie każdy musi chcieć to, co my, i to jest w porządku. My też nie musimy chcieć tego, co inni, i to też jest okej. Seksualność realizujemy tylko w tym obszarze, w którym nasze potrzeby, fantazje i chęci się pokrywają. Zatem aby w pełni doświadczać i korzystać z wolności seksualnej, trzeba być gotowym przyjąć zarówno „tak”, jak i „nie”. Obie postawy są równie dobre i równie ważne i dotyczą jedynie osoby, która je prezentuje. 

Druga obawa to obawa przed negatywną oceną – boimy się stracić w oczach partnera lub partnerki, obawiamy się, co o nas pomyślą. Szczególnym rodzajem tej obawy jest lęk przed slut shamingiem. Oznacza ono różnorodne działania, które mają napiętnować kobietę w związku z jej seksualnością. Seksualność kobiet od pokoleń...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy