Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

25 lutego 2022

NR 3 (Marzec 2022)

Szeptem

0 526

O tym, że tego nie potrafię, zorientowałam się już w dorosłym życiu. Leżałam w łóżku z moją kilkutygodniową córeczką i chciałam jej coś wyszeptać. Mała się rozpłakała. Moja nieudolna próba okazała się raczej teatralnym niż intymnym mówieniem. Nie znam tego, bo w dzieciństwie nikt do mnie nigdy nie szeptał. Ten rodzaj czułości możliwy jest tylko tam, gdzie jest poczucie bezpieczeństwa. Widać, doświadczenia moich przodków były dla nich samych trudne, że zagadywanie, paplanie, nawijanie stało się codzienną strategią komunikacyjną. Dopóty słowa były obrabiane, używane, wypowiadane w tempie karabinu maszynowego, nie było szans na milczenie, zawieszenie gadania, wyciszenie, czyli okoliczności sprzyjające na czułe słowa. Słowa służyły do wymiany informacji, pouczania, rugowania, krytykowania, wyśmiewania. Więc zaczęłam bać się słów. A równocześnie stałam się ich więźniarką. Trzymanie się słów, nawet takich, które ranią, było wtedy lepszą strategią niż nietrzymanie się czegokolwiek. Raniący konkret nadal pozostawał konkretem. 

Szept jest opozycją paplania. To taki rodzaj używania słów, że wszystko, co one niosą, zbliża. Nawet fizycznie, bo trzeba być blisko szeptającego, żeby usłyszeć jego słowa. W szeptaniu jest zgoda na czyjeś trudne emocje, na towarzyszenie w nich, na bycie. Ale żebym mogła towarzyszyć komuś w jego emocjach, najpierw muszę mieć sama w sobie umiejętność bycia ze swoimi trudnymi uczuciami: wstydem, smutkiem, bezsilnością, bezradnością. Relacja z samym sobą kształtuje wszystkie inne i jeśli nie będziemy potrafili okazać współczucia sobie, to nie będziemy potrafili okazać go innym. Ale dobrze by było, byśmy sami go doświadczyli od innych. 

POLECAMY

Przez wiele lat czułam się więźniarką cudzych narracji. Nauczyłam się, co powiedzieć mamie i tacie, żeby przestali się na chwilę kłócić. Jak zwrócić uwagę gości na imieninach, gdy robiło się gorąco politycznie. I nagle zamiast napięcia, wszyscy zaczynali się śmiać. Lata praktyki nauczyły mnie odczytywać z cudzych słów ludzkie potrzeby i na nie odpowiadać. Jednego, czego do tej pory nie potrafiłam, to stworzyć języka własnego „JA”, którym opowiem o swoich potrzebach i dam sobie ważność. Moja autentyczność nie mogła znaleźć miejsca w cudzych gotowcach na mój temat. W pewnym momencie zupełnie z niej zrezygnowałam. Po co? Przez lata żyłam, udając, że jej nie ma. A że w moim świecie jej nie było, to nie było też na nią języka. Język legitymizuje istnienie. Słowa sankcjonują prawo do tego, co nazywają. Dopiero to, co ma nazwę, ma prawo bytu. A prawo bytu ma to, czemu my wewnątrz nas damy przestrzeń i ważność. 
Najpiękniejsze zdanie świata o intymności należy do Wiesława Myśliwskiego: „Z milczenia, nie z ubrań, mnie rozbierz”. Ubraniem też mogą być słowa, które szczelnie mają zakryć to, co chcemy przed światem schować: to, czego się wstydzimy, i to, co nas – w naszym przekonaniu – ośmiesza czy obnaża. Przez większość mojego życia to, co mówiłam, miało przede wszystkim 
kreować mnie dla innych. Chciałam i próbowałam to robić za pomocą języka, obiecywać światu swoją atrakcyjność. Nie potrafiłam, bo wtedy nie wiedziałam jeszcze tego, co nazwała Małgorzata Halber w Najgorszym człowieku na świecie: 
„KAŻDY SIĘ WSTYDZI. 
KAŻDY SIĘ WSTYDZI TRZECH RZECZY. 
ŻE NIE JEST ŁADNY.
ŻE ZA MAŁO WIE. 
I ŻE NIEWYSTARCZAJĄCO DOBRZE RADZI SOBIE W ŻYCIU. 
KAŻDY. Dlaczego więc nikt się do tego nie przyznaje? Dlaczego nikt o tym nie mówi? O ile łatwiej by się nam rozmawiało na przyjęciach, gdyby można to było powiedzieć głośno”. Bo takie rzeczy o sobie można tylko wyszeptać komuś, kto nas przyjmie z naszymi pęknięciami, niedoskonałościami, zawiłościami. W narracji krzyku przyznawanie się do tych wstydliwych miejsc w sobie raczej posłuży do obśmiania czy unieważnienia nas w inny sposób. Na przykład zarządzania nami. Każda z tych strategii budzi poczucie samotności, bo jesteśmy w tych opowieściach niewidzialni jako osoby. 
Szczególnie trudny do rozpoznania, a równocześnie powszechny w użyciu schemat unieważniania polega na tym, że nawet jeśli ktoś dostrzegał istnienie mnie, to najczęściej dana osoba miała już gotowy na mnie pomysł: co powinnam zmienić w swoim życiu, czego nie powinnam robić, a co koniecznie należałoby. 
Metafora szeptu w opozycji do krzyku przyszła do mnie sama. Zbierałam materiał do dużego reportażu. Mój bohater uciekał od wszelkich trudnych pytań o swoje wojenne losy, natomiast chętnie opowiadał o rozmowach z zaświatami i poprzednich wcieleniach. Rozmawiałam o tym z moim tutorem Pawłem Goźlińskim. Wtedy on zadał mi...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy