Dołącz do czytelników
Brak wyników

Otwarty dostęp

25 lutego 2022

„Miłość skazanych” – przeczytaj fragment książki!

0 2182

Czy wszyscy zasługują na miłość? Nawet kryminaliści? Na te i wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć Katarzyna Borowska – autorka Miłości skazanych. Kobieta i mężczyzna w więzieniu ,- książki która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Świat Książki. Poniżej prezentujemy jej fragment.

HAPPY END - HISTORIA BASI

Katarzyna Borowska: Co w tamtym momencie było dla ciebie najtrudniejsze?
Barbara: Wyszykowałam dzieci do szkoły… [płacz]. Pozwolili mi go odprowadzić, wsiąść z nim do samochodu, przytulić się, pożegnać. Nie mogę na nich narzekać. Najgorsze były jego przerażone oczy… I nagle go nie ma. Zostałam sama. Takie nagłe odcięcie od ukochanej osoby. Jakby umarła… Pustka. Strach. Panika.

K. B.: „Nie mogę na nich narzekać”. Mówisz o policjantach, tak?
B.: Tak. Było dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Przyszli z nakazem zatrzymania Michała. Wylegitymowali się. Pokazali dokument, przeszukali mieszkanie w poszukiwaniu… nie wiem… czegokolwiek chyba. Pamiętam trzepanie mojej torebki… aż mi się żołądek skręcił. Wyszłam z pokoju, by na to nie patrzeć. Później koleżanka powiedziała, że źle zrobiłam, bo ktoś mógłby mi coś podrzucić do torebki. Ja laik, nie wiedziałam

K. B.: Jak to zniosły dzieci?
B.: Chłopcy mieli wtedy pokój razem. Powiedziałam policjantom, że tam śpią dzieci. Kiedy weszli do ich pokoju, trzeba było coś wymyślić. Dzieci były zaskoczone, że obca osoba grzebie im w szafie. Powiedziałam więc, że pani jest ze spółdzielni, bo dach przecieka i sprawdza, czy po ścianie w szafie nie leci woda. Znajoma opowiadała, że jak aresztowano jej męża, to w domu był tak zwany kipisz. Wyrzucanie wszystkiego z szafek. Mówiła, że nie mogła potem nawet majtek znaleźć. Półtoraroczne dziecko płakało w drugim pokoju, a policjanci nie pozwolili jej iść do dziecka ani żeby dziecko do nich przyszło. U nas było bardzo spokojnie pod tym względem. Wyjmowanie z półki, wkładanie z powrotem. Nie znaleźli niczego poza moim Michałem. Zadzwoniłam do mamy, prosząc, żeby nie pytała o nic. Spytałam tylko, czy może przyjechać po dzieci i zawieźć je do szkoły. Tak zrobiła. Wciąż mam przed oczyma jego przerażone spojrzenie. To było straszne. Jak odjechał, stałam na chodniku i nie wiedziałam, co robić, w którą stronę iść… Przecież to był poniedziałek rano. Nie miałam siły iść do pracy. Pobiegłam do koleżanki.

K. B.: Jak długo nie miałaś kontaktu z Michałem od momentu aresztowania go?
B.: Po miesiącu dostałam pierwszy list. Koperta była szara. Pamiętam jedną rzecz, to było chyba w tym pierwszym liście. Napisał do mnie (bo zabrał trochę rzeczy z domu), że ma gąbkę, do której przyczepił się mój włos. Nie ma mnie, ale ma chociaż mój włos… a ja miałam pachnące nim koszulki [płacz]. Pierwsze dni spałam z nimi, jeszcze pachniały jego ciałem.

K. B.: Ile listów napisaliście do siebie?
B.: Nie jestem w stanie powiedzieć. Mój mąż pisał do mnie takie listy… one wszystkie były cenzurowane. Najpierw szły do prokuratora. Po jakimś czasie prokurator podobno miał dość czytania. A Michał pisał. Chyba codziennie, od poniedziałku do niedzieli pisał. Może robił to na zasadzie pamiętnika, autoterapii. Pisał, co się działo, co myślał, co przeżywał… Maczkiem, linijka pod linijką, kartka A4. Wszystko drukowanymi literami. Potrafiło być ponad dwadzieścia stron jednego listu. Siedziałam, czytałam, odkładałam, znów wracałam do czytania. Co tam było do czytania? Odczucia, to, co chciał mi powiedzieć i sobie ulżyć.

K. B.: W jednym z nich powiedział coś, co zraniło cię głęboko, ale wspominałaś, że dało ulgę. Powiesz o tym?
B.: Kiedyś jeden z jego kolegów zawiózł mnie na widzenie. Mam prawo jazdy, ale nie jeździłam na widzenia sama. Nie dałabym rady emocjonalnie wrócić, będąc za kierownicą, bo powroty były najgorsze, więc zawsze mnie ktoś zawoził. Wsiadłam do samochodu kolegi. To było chyba jedno z naszych ostatnich spotkań, jeśli nie ostatnie. Kolega spytał mnie, że skoro to jest dla mnie tak ciężkie, to dlaczego do niego jeżdżę. Odpowiedziałam mu, że go kocham i że jest tego wart. Nie umiałam go zostawić, choć psychicznie byłam zniszczona. Ja po prostu chciałam z nim być, chciałam, żeby było tak jak dawniej, jak był na wolności… Chciałam, żeby to wszystko się wreszcie skończyło i żeby znów był przy mnie. Chyba po roku, jak miałam gorszy moment, rozmawiałam z przyjaciółmi Michała. Słyszałam, że to, jaką podejmę decyzję, nie zaważy na tym, jak na mnie patrzą. Nie będę tą wredną kobietą, która zostawiła faceta w potrzebie. Mówili, że przecież byliśmy ze sobą dziewięć miesięcy i to nie są jakieś silne fundamenty, żeby w tym tkwić. Na dodatek nie wiadomo ile. Nie potrafiłam podjąć decyzji… Niedługo potem Michał napisał, że się rozstajemy. Pisał, że nie daje rady i nie chce tego ciągnąć dalej. Z jednej strony poczułam ulgę, z drugiej niesamowity żal [płacz]. Nie chciałam tego w głębi duszy…

K. B.: Z czym tak naprawdę nie dawaliście sobie rady?
B.: Pierwsze trzy miesiące nie widziałam go, nie wiedziałam nawet, co się z nim dzieje. To był koszmar [płacz]. Przepraszam. Potem, gdy go odwiedzałam, zamiast się cieszyć, że się widzimy, że możemy porozmawiać… miałam dość, po kokardę. A odwiedzałam go raz w miesiącu. Spotkania na początku były za pleksą, przez telefon. Potem, chyba nikomu o tym tak nie mówiłam, jak teraz tobie [płacz], były widzenia bezpośrednie przez kraty z wyciętym okienkiem. Przychodził w czerwonym garniturku, skuty łańcuchami jako wyjątkowo niebezpieczny. Pamiętam, jak wyciągnęłam do niego rękę przez kraty, jak go prowadzili. Strażnik więzienny szybko mi ją cofnął. Powiedziałam mu, że przecież nie zrobi mi krzywdy...

K. B.: Wtedy jeszcze nie przypuszczałaś, że ukochany podejmie taką decyzję, prawda? Inni doradzali ci zerwanie, a ty kochałaś i chciałaś być przy nim. W obliczu dużej próby stanęła wasza miłość.
B.: Jak tylko go zatrzymali, wynajęłam adwokata. Zadzwonił wtedy do mnie i powiedział, że będzie musiał tam siedzieć trzy miesiące… [płacz]. Kiedy to usłyszałam, zjechałam po ścianie. To był dla mnie koszmar. Zanim związałam się z Michałem, byłam po dziesięcioletnim związku małżeńskim. Szczerze mówiąc, to nie wiem, czy to była taka prawdziwa miłość... Był fajny facet, było wszystko okej, pobraliśmy się, mieliśmy dwójkę dzieci. Pamiętam, jak odchodziłam od męża, powiedział mi: „Mam nadzieję, że spotkasz kogoś, kto jest zupełnie inny niż ja”. Odwróciłam się i powiedziałam: „Lepszych życzeń nigdy nie dostałam”. No i trafił mi się Michał. Zupełnie inny niż mój pierwszy mąż. W ciągu tych dziewięciu miesięcy do momentu aresztowania dostałam więcej niż od męża przez dziesięć lat. Tak to odczuwałam. Nie potrafiłam go zostawić, bo bardzo go kochałam. Kiedyś jeden ze strażników, kiedy już wyprowadzili Michała, podszedł do mnie i powiedział: – Cieszę się, że byłem przy waszej rozmowie. Gdyby ktokolwiek mi powiedział o tym, tobym nie uwierzył. – Ale o co chodzi? – spytałam. – W życiu nie widziałem, żeby ludzie się tak kochali.

K. B.: Miłość, która daje innym świadectwo i pozwala uwierzyć.
B.: Mimo to było mi ciężko, gdy do niego jeździłam. Tam siedzą ludzie zamknięci, nie wiedzą, co dzieje się na zewnątrz, „kręcą sobie w głowach filmy”. Michał też sobie je kręcił. Zamęczał mnie pytaniami: „Kto cię przywiózł? Z kim przyjechałaś?”. Ciągłe dopytywanie. Psychicznie byłam tak zmęczona, że już nie dawałam rady. Czułam się na tych spotkaniach nie tak, jak bym chciała.

K. B.: Jak byś chciała?
B.: Chciałam usłyszeć: „Cieszę się, że jesteś, że cię widzę, że mogę cię trzymać za rękę” – bo potem już mogliśmy się trzymać. Zamiast tego było tysiąc pytań do mnie i tysiąc podejrzeń. Dlatego, kiedy napisał, że zrywa, mimo miłości, żalu, bólu, poczułam jednocześnie ulgę. Poza tym moje dzieci były przeze mnie oszukiwane. Mówiłam, że Michał jest w pracy za granicą. Przez rok dopytywały: „A nie możemy mu chociaż wysłać laptopa, to porozmawiamy przez Skype’a?”. Tłumaczyłam dzieciom, że wysłanie laptopa i ubezpieczenie go w przesyłce bardzo dużo kosztuje. Ciągłe wykręty. Potem robiło się coraz mniej Michała w naszych rozmowach, coraz mniej. Kiedy rozstaliśmy się, chłopcy przestali o nim wspominać. To też była ulga. Nie musiałam już kłamać, zmyślać i wykręcać się. Myślę również, że jemu też lekko nie było. Nie potrafię powiedzieć, jak to jest być tam bez bliskich, czekać na jakikolwiek znak z zewnątrz, zastanawiać się każdego dnia, czy u nich wszystko okej…

K. B.: Zniknął z waszych rozmów. A z twojego serca?
B.: Przez dwa lata spotykałam się z paroma facetami, ale wszędzie szukałam jego. Nie umiałam być z nikim innym.

K. B.: Utraconą miłość chyba trzeba pożegnać, by nie szukać jej w kolejnych relacjach. Czy tak? Jak to jest być tą, która tu zostaje?
B.: Bezradność, bezsilność, zagubienie. Osadzeni jakoś się dostosowują, funkcjonują, bo muszą przecież. Tu, na zewnątrz, jest chyba gorsze więzienie dla nas. Choć trzeba przyznać, że gdyby nie rodzina, przyjaciele na zewnątrz, to przecież o powrót skazanych system nie dba. Wyobraźmy to sobie. Ma osadzony mieszkanie z TBS. Siedzi. Zadłużenie rośnie. Wraca, a tu nikt mu nie chce dać pracy, bo tak było i w naszym przypadku. I co ma zrobić? Bezdomny, bezrobotny człowiek bez środków do życia. To, jak działa system, woła o pomstę do nieba. My mieszkamy w mieście liczącym pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Większość ludzi go znała, bo on wszędzie był, wszystko załatwił, gromadę ludzi znał. Bardzo było ciężko znaleźć pracę. Gdyby nie kolega z lat szkolnych, który ma swoją działalność i zaczął go zabierać ze sobą, płacić za pracę, to nie wiem, jak by to się skończyło.

K. B.: W waszym przypadku? A jednak happy end [uśmiech]? Opowiedz, jak to się stało, że dziś znowu mówisz MY?
B.: Ja przed ciążą miałam się z nim rozstać, bo już miałam tego funkcjonowania męczącego po kokardę.

K. B.: Jednak jesteście razem. Pamiętasz ten dzień, który zmienił wszystko?
B.: Wiedziałam, kiedy Michał wychodzi, bo pracowałam z jego przyjacielem. Powiedziałam paru osobom co i jak i żeśmy mu… znaczy zorganizowałam mu niechcący przyjęcie niespodziankę na powrót. Znajomi wzięli klucze do jego mieszkania od jego mamy. Mnie nie było na tym powitaniu, bo uważałam, że mimo wszystko nie powinnam.

K. B.: Ale ty je zorganizowałaś?
B.: Niechcący. Wyszła jedna wielka impreza, czego on się nie spodziewał. Powiedział potem, że wracając do domu, chciał wejść do wanny i odpocząć. Pocieszyć się tym, że jest w mieszkaniu, na wolności. Wszedł, zapalił światła, a tu cała gromada ludzi. Następnego dnia rano, spałam jeszcze, zadzwonił telefon. Obcy numer. Odebrałam. Spytał, czy wiem, kto mówi. Powiedziałam, że nie. Nie miałam pojęcia, nie poznałam go po głosie. Powiedział, że on. Serce mi tak zaczęło walić… myślałam, że mi zaraz wyskoczy. Najnormalniej w świecie powiedział, że jest mu teraz ciężko. Ze stu trzynastu kilo zrobił się z niego facet osiemdziesiąt sześć kilo. Powiedział, że nie ma się w co ubrać, i spytał, czy wiem, gdzie jest tu jakiś sklep, żeby kupił sobie ubrania. Miałam akurat auto mamy pod blokiem, powiedziałam, że mogę go powieźć. Rozmowa jakby nigdy nic. Nie było w ogóle żadnej zadry, żadnego „Boże kochany, co ja robię?”.

K. B.: Naprawdę?
B.: Nie, no w sumie zapytałam: „Boże kochany, co ja robię?”, ale dopiero jak zeszłam na dół [śmiech].

K. B.: Bóg coś odpowiedział?
B.: Milczał. Ja za to miałam nogi z waty, jak zobaczyłam Michała. Poznałam go po chodzie. Przeszłam całą długość bloku. Wtedy zobaczyłam, że idzie. Jedyne, co z niego zostało, to chód. Nie potrafiłam opanować emocji, cała się trzęsłam. On mówił, że też na początku mnie nie poznał. Nie wiedział przecież, w co się ubieram, ale gdy mnie zobaczył, też miał nogi jak z waty.

K. B.: Wielkie szczęście, powrót ukochanego, a za chwilę kolejne wyzwania. Z czym musiałaś się mierzyć, że jako ciężarna chciałaś odejść?
B.: Kiedy szliśmy ulicą, pytał mnie, dlaczego ludzie się na niego patrzą. Bał się, że wszyscy wiedzą, gdzie był. Obracałam to w żart, że patrzą, bo taki przystojny albo dlatego, że laska koło niego idzie. Mówił do mnie, że czuje, że ma napisane na czole WIĘZIEŃ. Było mu strasznie ciężko psychicznie. Oj, nauczył mnie cierpliwości. Jak poszedł do sklepu, to było robienie zakupów jak na wojnę. To zobaczył, tamto zobaczył. Na to miał ochotę, tego dawno nie jadł. Potem wyrzucało się jedzenie do kosza. Oczywiście cały czas był problem, kiedy jakiś facet spojrzał na mnie. Od razu podejrzenia, pytania, czy ja go znam. Zarzuty, że kiedy on siedział, byłam z całą gromadą facetów. Ciągłe drążenie, czemu ten czy tamten się na mnie gapi? Próbowałam żartować: – A może on się na ciebie patrzył, a nie na mnie? – Aha, bo ja jestem z tamtego miejsca, bo wszyscy wiedzą – odpowiadał. Było mu bardzo ciężko. Zawsze bał się tego, że ludzie się będą do mnie źle odzywać i źle traktować przez to, że siedzi. Na szczęście nigdy tego nie doświadczyłam. Może przez to, że jesteśmy normalnymi ludźmi i chyba trochę nas lubią.

K. B.: Wspomniałaś, że system nie dba ani o rodziny pozostające na wolności, ani o powrót skazanych? Przecież resocjalizacja właśnie to ma na celu. Nowe socjalizowanie po odbyciu kary.
B.: Resocjalizacja? Jaka resocjalizacja? Oni tam w więzieniu biorą narkotyki, sprzedają między sobą. Nimi się nikt nie interesuje. Michał, gdyby nie walczył, toby nawet do psychologa nie chodził. Dla mnie więzienie to jest porażka. To niszczenie wszystkiego. Psychiki wielu ludzi: matek, ojców, dzieci, dziadków… żon. Resocjalizacja jest w takiej samej kondycji jak wymiar sprawiedliwości.

K. B.: Słyszę w twoim głosie żal i ironię
B.: Mój mąż został skazany, a nasza rodzina wyniszczona bez dowodów. Nic nie znaleźli, jednak był potrzebny brakujący puzzel do układanki. Mieliśmy jedną panią adwokat, która po pierwszej rozmowie z Michałem zadzwoniła do mnie i powiedziała: „On nie zrobił nic, bo się do tego nie nadaje. Z nim wystarczy porozmawiać”. On by muchy nie skrzywdził. To był kosmos. Na sprawie sądowej ktoś wyczytuje jego nazwisko, wskazują kogoś innego i nikt na to nie reaguje.

K. B.: Jednym słowem, zabierają ów puzzel, a jeśli chodzi o rodzinę, najbliższych, tu już państwo nie zauważa obywatela, który potrzebuje chociażby wsparcia. Nikogo nie obchodzi, w jaki sposób ta sytuacja kładzie się cieniem na funkcjonowaniu tych, którzy zostają.
B.: Dzięki Bogu pomogła mi znajoma, której faceta też kiedyś aresztowano. Dzięki niej jakoś funkcjonowałam. Nie wiedziałam, gdzie jechać, gdzie iść, o co prosić… Ona była już oblatana w tych sprawach, prowadziła mnie jak dziecko we mgle. Ja się wielu rzeczy nauczyłam. Kobiety, które zostają po tej stronie, mogłyby poprowadzić niejedną sprawę. Może powinna powstać właśnie taka działalność – pomoc takim kobietom. One potrzebują wiedzieć, w którą stronę iść, co robić. Jak się ma styczność pierwszy raz w życiu z czymś, co się zna tylko z telewizji, to jest szok. Osobiście przez pewien czas nie nadawałam się do niczego. Godzina dwudziesta trzecia – dzieci mnie budziły. Chyba jakby nawet się chałupa waliła, mi by było wszystko jedno [płacz]. I tylko myślałam, co on tam przeżywa. Dobrze, że miałam wokół siebie jego znajomych, tylu ludzi.

K. B.: Wspomniałaś, że wielu rzeczy się nauczyłaś.
B.: Siedziałam na początku i czytałam dużo przepisów, na przykład ile może trwać areszt tymczasowy? U mojego męża trwał trzy lata i cztery miesiące… To kolejny dowód na chorobę systemu. Nie mogę się z tym pogodzić. Sędzia był zmieniany, ktoś z ławników. Ciągle to się odwlekało. Trwało w nieskończoność dla mnie. Nie wyobrażam sobie, ile dla niego. On cały czas czekał na rozprawę. Te trzy lata i cztery miesiące to było czekanie na to, co będzie dalej i nie było wiadomo, ile on tam będzie. Tylko było: kolejne pół roku – sankcja – kolejne pół roku. Cały czas to się wszystko wydłużało i człowiek siedział na takiej bombie. Przepisy też są takie, te trzy miesiące… sanki, jak to mówią… Potem trzeba było jeszcze poczekać do końca sprawy. Potem wrócił do więzienia po ogłoszeniu wyroku na kolejne dziewięć miesięcy. Wtedy mieliśmy już małe dziecko.

K. B.: Po jakim czasie od wyjścia odbyła się sprawa?
B.: Nie pamiętam, nie chcę o tym pamiętać. Mieliśmy już małe dziecko, kiedy zabrali go znowu. Synek spał z misiem, do którego mówił tata. Zaniepokojona tym, co dzieje się z naszym synkiem, poszłam do psychologa. Napisał mi taką opinię, że jak ją przeczytałam, to się popłakałam.

K. B.: Domyślam się, że dotyczyła traumy małego w związku ze stratą taty.
B.: Michał sam wychowywał się bez ojca, starał się więc dać z siebie jako ojciec nie sto, ale tysiąc procent. Czytałam, że więź matki z dzieckiem zaczyna się, gdy ona je urodzi i położą jej dziecko na piersi. Mi dziecka nie położyli na piersi – miałam cesarkę, bardzo krwawiłam, synek był przyduszony. Ta więź była od razu między Witkiem a Michałem. To on wziął go pierwszy na ręce. Non stop z nim był. Potem na dziewięć miesięcy musieli się rozdzielić. Gdy wrócił, mały się bał, że gdy tata wyjdzie, to zniknie. Te kary pozbawienia wolności… Bardziej są karani ci ludzie, którzy zostają na zewnątrz. Może źle to trochę zabrzmi, ale można powiedzieć, że tamtym ludziom, którzy siedzą, nie dzieje się nic oprócz zamknięcia. Nie muszą martwić się o pieniądze na czynsz, na jedzenie, mają gdzie się przespać. Tu zostaje samotna matka z dzieckiem czy schorowani starsi rodzice, próbując wiązać koniec z końcem, będąc zmaltretowanymi psychicznie. Zostają bliscy, którzy potrzebują niejednokrotnie pomocy i są olani przez system.

K. B.: Mocne.
B.: Mój mąż był wychowywany głównie przez babcię. Nie mógł pogodzić się z tym, że nie był na jej pogrzebie. Kara więzienia odebrała nam jako rodzinie bardzo wiele. Szczególnie że Michał jest bardzo ciepłą osobą. Silnie związany jest również z moją mamą. Jej też zresztą ciężko nie lubić. Bardzo szybko złapali kontakt. Mama go polubiła natychmiast. Mówiła: „Przyprowadziłaś faceta, za chwilę się z nim rozstaniesz, a ja się do niego przyzwyczaję. Tak jak zrobiłaś z tamtym po czternastu latach”.

K. B.: Teściowa, która kocha zięciów.
B.: Jak wyszedł, najpierw zajechaliśmy do mojej mamy, bo bardzo chciał się z nią zobaczyć, choć bał się jej reakcji. Gdy wprowadziłam go do domu… był niesamowity płacz, szloch, lament. Dużo rzeczy straciliśmy, dużo się popsuło i tego już się nie odzyska.

K. B.: Co się popsuło przez to, że Michał trafił do więzienia?
B.: Już się nie wróciło do tego, co było [płacz].

K. B.: Tak…
B.: Dla mnie jest straszne, co ci ludzie tam przeżywają… Wiem, że Michał mi wielu rzeczy nie mówił. Zresztą nie chciałam wiedzieć, co tam przeżywał. On jest facetem, który nie lubi siedzieć w miejscu. Uwielbiał biegać, być między ludźmi. I nagle zamknięty w małym pudełku. Mówił, że jak na sprawy jeździł i widział niebo bez krat, to płakał. Dla mnie to jest coś okropnego. To straszne widzieć, jak człowiek cieszy się z pierdoły, którą my mamy na co dzień i nie doceniamy… Dziś nasz syn na wiele rzeczy nam zwraca uwagę. Dajmy na to, jest lato, wieczór, a mały mówi: „Mamo, zobacz, jakie piękne gwiazdy na niebie”. I wtedy dopiero człowiek się zatrzymuje, a tak to lata w amoku cały czas. Tylu rzeczy się nie dostrzega. Szczerze mówiąc, żałuję, że nie poznałam Michała wcześniej. Może nie obracałby się w takim towarzystwie, może moi synowie wtedy też byliby troszeczkę inni, nastawieni do życia pozytywnie jak Michał… Za murami zostawił bardzo dużo siebie.

K. B.: Co zostawił?
B.: Pogodę ducha… Ja te rzeczy złe staram się wymazać z pamięci. Taka jestem od zawsze. Kiedy mój syn, dziś dwudziestoletni, miał pięć lat, ciężko zachorował. Umierał mi na rękach, a ja w tej chwili niewiele pamiętam, bo zamazuję to. Tak samo nie pamiętam dokładnie wydarzeń z Michałem.

K. B.: Gdybyś mogła zamienić swoje życie na życie kogoś innego, kto by to był?
B.: Mimo tego losu, jaki nas dotknął, nie żałuję, bo bardzo kocham mojego męża. Któregoś dnia spotkałam znajomych: on spokojnie pracuje, ona też, mają jedno dziecko, święty spokój, kredyt na auto spłacili. Kiedy się na nich patrzy, to zdają się być takimi bezproblemowymi ludźmi. Akurat wtedy miałam jeden z cięższych dni. Michała nie było. Wsiadłam do samochodu, pomyślałam o nich. Łzy mi popłynęły po policzkach i pomyślałam, że nie zamieniłabym tego mojego pierdolnika. Bo miłość to sens życia. Każdy chce być kochany. Ma się dziać! Bidnie, na jednej desce, ale z tą osobą.

K. B.: Bo jestem najszczęśliwsza?
B.: Tak. Nikt nigdy nie budził we mnie tylu emocji. Od stanu, że mogłabym go udusić z miłości, do stanu, że udusiłabym go ze złości. Michał czasem pyta: „Latają ci jeszcze te motyle w brzuchu?”.

K. B.: Latają?
B.: Czasem latają! Jestem chyba najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Są lepsze, gorsze dni. Dzisiaj rano przytulił mnie i powiedział: „Jestem z najlepszą babką na świecie, mam najwspanialszą żonę”. Ja sobie też bez niego życia nie wyobrażam. Nawet mu powiedziałam, że jak pierwszy umrze, to go zamorduję.

K. B.: I poszłabyś siedzieć :)
B.: Więc obiecał, że tak nie zrobi. Ja już raz go straciłam, więcej nie chcę.

Basia i Michał wychowują dwóch synów z pierwszego małżeństwa Basi i owoc wspólnej miłości – czteroletniego Witka. Pod wpływem męża Basia odważyła się zrobić tatuaż, o którym zawsze marzyła. Na jej prawym ramieniu widnieje scena spotkania Małego Księcia z lisem. „…Na razie jesteś dla mnie chłopcem podobnym do stu tysięcy innych chłopców. I wcale cię nie potrzebuję. Ty też mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem podobnym do stu tysięcy innych lisów. Jeżeli jednak mnie oswoisz, będziemy siebie wzajemnie potrzebni. Będziesz dla mnie jedyny na świecie…”.

Antoine de Saint-Exupéry,
Mały Książę
tłum. Agata Kozak

Fragment pochodzi z książki „Miłość skazanych. Kobieta i mężczyzna w więzieniu” autorstwa Katarzyny Borowskiej.

Książkę można kupić tutaj: https://bit.ly/36uMeRQ

Przypisy