Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

25 lutego 2022

NR 3 (Marzec 2022)

Emejzing

0 548

Byliśmy z mężem i synem w Park City, amerykańskim górskim miasteczku w stanie Utah, na ślubie mojej pasierbicy. Park City to kurort narciarski, coś jakby Zakopane, ale w nastroju amerykańskim. Szliśmy w trójkę szeroką, główną aleją, po obu stronach pełno sklepów z pamiątkami, kawiarni, butików. Nie pamiętam, czy chcieliśmy coś konkretnego kupić, czy tylko wchodziliśmy do poszczególnych sklepów jako element zwiedzania miasteczka. W pierwszym sklepiku pani spytała nas, skąd jesteśmy, zachwyciła się informacją, że z Polski, wyraziła entuzjazm z powodu tego, że znaleźliśmy się w Park City i z wielką serdecznością życzyła nam wspaniałego pobytu. W butiku z ciuchami po drugiej stronie ulicy, do którego weszłam wiedziona potrzebą wyrażenia siebie poprzez zakup swetra, czapki czy jakiejkolwiek innej części odzieży, znowu odpowiedziałam na pytanie, skąd jestem, i spotkałam się z podobnym zachwytem. Dostałam też nazwę restauracji, w której koniecznie musimy zjeść, ponieważ jedzenie jest tam amazing i będziemy czuć się amazing, kiedy zjemy to jedzenie; odebrałam kolejne życzenia wspaniałego pobytu. To samo, w niewiele zmienionej formie, powtórzyło się w trzecim sklepie – a kiedy usiadłam na chwilę na ławce, żeby moje słowiańskie ciało doszło choć trochę do równowagi po tej porcji życzliwości, obok mnie usiadł mężczyzna, pochwalił pogodę, porę roku i moją kurtkę. Kiedy mój mąż z synem wyszli z informacji turystycznej, powiedziałam, że ja to chyba potrzebuję wrócić już do hotelu i zaczęłam płakać na środku ulicy. Tego jest za dużo. Oni są wszyscy tacy mili, ja już tego więcej nie wytrzymam, za dużo dla mnie tego emejzingu, Wojtek! – zakrzyknęłam szeptem, bo bałam się, że jeśli powiem coś głośniej, zwrócę uwagę jakiegoś przechodnia i znowu stanę się obiektem serdeczności.
Znam teorię na temat sztucznej i powierzchownej serdeczności Amerykanów i przeciwstawianej jej autentycznej i głębokiej prawdziwości nas, Polaków, przy czym ta rzekoma prawdziwość ma rdzeń posępny. Nie podzielam tej teorii. Uważam, po spędzeniu kilkunastu miesięcy w Stanach, że prawda jest dużo gorsza: Amerykanie są naprawdę życzliwi – nie żeby wszyscy i nie żeby zawsze, ale częściej niż my. A że w naszym pięknym kraju zagadywanie do kogoś na ulicy bez wrogiej intencji jest rzadsze, to uznajemy, że jeśli ktoś inny to robi, to jest sztuczny. Wierzę, że pani w pierwszym, drugim i trzecim sklepie oraz mężczyzna, który siadł obok mnie na ławce, byli autentycznie życzliwi, chociaż był to dla mojego organizmu szok przypominający chorobę wysokościową. Ale to nie życzliwość była problemem. To ja miałam problem, że tak trudno było mi to przyjąć. Postanowiłam się jednak tego uczyć – przyjąć, że jeżeli ktoś jest dla mnie miły, to jest to jakaś skromna i skrojona na potrzeby krótkiej i przelotnej interakcji forma, za przeproszeniem, miłości. Coś jak czułość, którą nasza boginiczna noblistka nazwała „najskromniejszą odmianą miłości”, tyle że w wydaniu dla nieznajomych. Dwa deko, nie więcej, ale jednak czegoś, co jest naprawdę cenne, co sprawia, że można by świat uznać za miejsce przyjazne, a nie wrogie.
Jednak – jak wszystkie formy miłości – i ta się wynaturza. Jest taka forma emejzi...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy