Dołącz do czytelników
Brak wyników

Otwarty dostęp , Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

1 września 2021

NR 9 (Wrzesień 2021)

Jak nie zwariować we współczesnym świecie?
Z Grażyną Plebanek, pisarką i felietonistką, rozmawia Marcin Wilk

62

Marcin Wilk: Ustalmy na początek sprawę zasadniczą. Czym jest dla Ciebie boks? 

Grażyna Plebanek: O, masz. Staram się wyskakiwać z różnych szufladek, a ty na dzień dobry otwierasz jedną z nich. Nie bardzo zdążyłam się przyzwyczaić, że on mnie określa, bo mam jeszcze inne rozdziały życiowe – wcześniejsze, równoległe. No ale, dobra. Na szczęście boks jest akurat fajnym miejscem i rzeczywiście jest dla mnie ważny na różnych poziomach.
Boks funkcjonuje w moim życiu od dwunastu lat. Zaczęłam ćwiczyć, kiedy nie było to jeszcze modne w żaden sposób. Dwanaście lat temu nawet tutaj, w Brukseli, gdzie zaczynałam, gdzie dziewczyny i kobiety bardziej przełamują rozmaite tabu, okazało się, że na czterdziestu facetów w klubie było może cztery, pięć dziewczyn. Podkreślam: mówię o dziewczynach, czyli osobach w wieku dwadzieścia, trzydzieści lat, a ja poszłam, mając czterdzieści lat. 

Nie powstrzymało Cię to jednak. I dobrze.

POLECAMY

Od dawna miałam na to bardzo wielką ochotę. Chciałam ćwiczyć sztuki walki, kiedy miałam kilkanaście lat. 

W Polsce w ogóle nie było takich zajęć, a gdy raz z przyjaciółką poszłam się zapisać w Warszawie na Saskiej Kępie, gdzie było jedyne miejsce z ćwiczącymi dziewczynami, jakiś ewidentnie byle jaki trener potraktował nas z buta. Było to mocno nieprzyjemne i seksistowskie. Speszyłyśmy się. 

Potem to pragnienie wracało do mnie. Za każdym razem, jak coś się wydarzało takiego, gdzie czułam, że powinnam zareagować albo że się za bardzo boję, na przykład wracając sama nocą, to strasznie żałowałam, że nie znam sztuk walki. 

Aż w końcu nastąpił taki moment, kiedy jakiś dziad podskoczył do moich malutkich dzieci. Rzuciłam się oczywiście z gębą, ale poczułam, że mogłabym rzucić się z czymś jeszcze. Byłam większa od niego, on był lekko pijany i starszy. Przecież mogłabym go po prostu zmieść! Siła matki jest olbrzymia i pewnie nie byłoby z tym problemu, ale czułam, że bardzo by mi się przydały jakieś techniczne podstawy. Nie trzeba było mnie długo namawiać. Prędko zapisałam się na kick boxing. 

Czego Cię boks nauczył?

To, na co boks mnie osobiście otworzył, to świadomość, że można sobie pozwolić na wyjście z dekoracyjnej funkcji: znaleźć się nagle bez makijażu, w jakichś ciuchach, które nie muszą być spełnieniem marzeń zaślinionych chłopów. Zresztą w boksie nie liczy się powab. Liczy się refleks. Teraz to wszystko wiem i mówię ot tak, ale w moim przypadku musiałam przejść proces przepracowania w sobie poczucia obciachu. Musiałam porzucić myślenie, że jestem na boks zbyt dojrzała albo że ten chłopczyk z ringu jest dużo młodszy a ta dziewczyna zaraz spuści mi baty. 
Dzięki boksowi bardzo dużo rzeczy się we mnie wyprostowało. Nie musiałam siadać na fotelu terapeuty. Wystarczyło wejść na ring. 

„Boks Cię wyzwoli”?

Chyba najtrudniejszym elementem było coś, co nazywam treningiem przepraszania. To było związane z uświadomieniem sobie ram społecznych, w jakie byłam wpisywana – jako dziewczynka, a potem jako dorosła kobieta, od której się wymagało przede wszystkim funkcji dekoracyjnej. Być może w innych okolicznościach przyrody byłabym – jako wysportowana, duża, z potencjałem i o określonej fizyczności kobieta – trenowana od dziecka, by polować wraz z tymi, którzy byli równie wysocy. No ale jesteśmy w czasach, w jakich jesteśmy, choć i tak dla kobiet świat stał się bardziej otwarty, możemy przecież studiować i zarabiać. Ale to też jakby nowość.
Zatem ten mój pierwszy rok to było zrzucanie z siebie narzuconej formy. Zaczynałam bardzo ściśle od siebie. To było wręcz intymne, bo dotyczyło ciała, które jest po dwóch porodach, wykarmieniu dzieci i ciężkiej pracy różnego rodzaju.

Próbuję sobie to wyobrazić. Weszłaś na ring w Brukseli i co?

Byli na nim ludzie różnych narodowości, mieli różne zaplecza życiowe. Mogłam podejrzewać, że mnie jakoś dziwnie przyjmą. Okazało się, na szczęście, że nic takiego się nie zdarzyło. Otwarcie było fantastyczne. To było bardzo zachęcające. I to też jest świetne, bo to był jakby rewers tego nieprzyjęcia na sztuki walki, gdy miałam kilkanaście lat. 
Pytałeś o emancypację. No to może powiem o niesprawiedliwości. Mężczyzna może się bronić – tak jest przyjęte w kulturze, chociaż oczywiście za rękoczyny się go karze. Kobieta jednak też powinna mieć prawo do obrony i to właśnie jest zapisane w Konwencji Stambulskiej. Dlatego to takie ważne i dlatego boks ma siłę emancypacyjną. Chodzi o to, by kobiety mogły wykorzystywać swoje prawdziwe możliwości.  

Chcesz powiedzieć, że dziewczyny są socjalizowane do tego, by nie uderzać za mocno?

Oczywiście. Pamiętam swoje pierwsze dni na ringu. Było ciężko naprawdę solidnie przywalić. Ale tę powściągliwość obserwowałam też u innych dziewczyn. Mój trener krzyczał na mnie: „Uderz! Uderz mocniej!”. A ja mówiłam: „Ale nie mogę, przepraszam, przepraszam”. W końcu uderzałam. To była terapia.

Skąd Ty się taka wzięłaś? Z książek Twoich wiem o wielkiej sile, jaką czerpałaś z domu, od mamy i od babci. To jest to źródło?

Na pewno tak, choć nie wiedziałam o tym od samego początku. Dopiero po pewnym czasie doszłam do tego, że można korzystać z tych zasobów. Wcześniej tego nie doceniałam aż tak. To naturalne. Wszyscy jesteśmy przetrąceni na jakimś etapie. 

Ostatnio myślę, że dużą – negatywną – rolę odgrywa też szkoła. Pisałam o tym zresztą w Rozbójniczkach. Dzisiaj, kiedy myślę o swojej podstawówce, wspominam ją jak katownię. A przecież to była normalna, zwyczajna warszawska tysiąclatka. W jednym z felietonów opisałam swojego nauczyciela od matematyki. Był to taki modelowy paździerzowy dziad z bródką, w okularkach, nieduży, który krążył sobie po klasie. Potrafił zasiać straszliwą i złowrogą ciszę. Niby wybierał osobę do odpowiedzi, a tak naprawdę polował, by kogoś znękać psychicznie i fizycznie. Przystawał przy upatrzonej ofierze, najczęściej był to jakiś chłopaczek, brał za przedramię i ściskał tak mocno, aż robiło się to bolesne. Był sadystą po prostu. Ale wtedy tak o tym nie myślałam. Wydawało mi się to oczywiste. 

Siłę rzeczywiście czerpałam od mamy i babci. Rodzice byli rozwiedzeni, ale ojciec był obecny, choć z doskoku. Wiele mu zawdzięczam, nauczył mnie żeglarstwa, narciarstwa, strzelania. Dorastałam jednak w matriarchalnym domu, gdzie były dwie bardzo silne, wspaniałe kobiety i to one stanowią dla mnie wzór. 

Zależało mi zawsze, by rozgrywać wszystko na własnych warunkach. Mogę sobie pozwolić na luksus znajdowania własnego głosu, bo już osiągnęłam pewną wysokość przelotową w życiu. 

Takie zaplecze to bez wątpienia dar, ale w pewnym sensie może być też przekleństwem w świecie, który nie respektuje zasad wyniesionych z domu. 

Nie przeceniałabym tak dzieciństwa. Wielu ludzi ma sentyment do tego okresu, może mieli szczęśliwe dzieciństwo. Ja miałam, szczerze mówiąc, bardzo niezwykłe – w tym sensie, że było bardzo inte...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy