Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

18 maja 2021

NR 6 (Czerwiec 2021)

Bóg chce nas wszystkich
Ksiądz profesor Andrzej Szostek w rozmowie z Pauliną Chołdą

36

Otworzyć się na drugiego to zamilknąć, przestać rozmawiać ze sobą, wejść w strefę ciszy. Gdy nauczysz się milczeć i słuchać, coraz więcej będziesz widzieć i coraz lepiej będziesz wiedzieć, co czynić.
 

 
Paulina Chołda: Zastaję Księdza Profesora w niewielkim pokoju. To sytua­cja, w której znalazło się teraz wielu z nas: pracujemy i żyjemy „zamknięci” w przestrzeni naszych domów. Oglądamy się wzajemnie przez monitory…
 

Ks. prof. Andrzej Szostek: Doceńmy dobre tego strony. Dla mnie jedną z atrakcji tej skądinąd uciążliwej sytuacji jest to, że oglądamy wzajemnie swoje mieszkania. Bardzo to lubię. Jesteśmy jakby bardziej u siebie nawzajem…

Możemy też lepiej przyjrzeć się miejscu, w którym sami jesteśmy, zobaczyć je na nowo. Co wynika z tego, że widzimy się nawzajem w okolicznościach bardziej intymnych niż sala wykładowa czy biuro?

POLECAMY

Choć spotkania nadal mają charakter publiczny lub urzędowy, to jednak silniej obecny jest w nich element osobisty, nieco prywatny. Ciekawe, że często rezygnujemy z oficjalnego stroju, ubieramy się „po domowemu”. To jeszcze bardziej wzmacnia poczucie bliskości podczas debat lub obrad, które mimo tego nie tracą merytorycznego charakteru. Sądzę zresztą, że niektóre z tych praktyk online pozostaną, gdy pandemia już minie. Do ewidentnych plusów należy zmniejszenie kosztów – czasowych i finansowych – wyjazdów, noclegów oraz większa frekwencja podczas takich spotkań.

A jednak w ostatniej encyklice Fratelli tutti papież Franciszek mówi: „Potrzeba gestów fizycznych, mimiki, milczenia, mowy ciała, a nawet zapachu, drżenia rąk, rumieńca, potu, ponieważ to wszystko mówi i należy do komunikacji”.

Tak, one są potrzebne i nie da się ich zastąpić zdalnie. Nie chodzi przecież o rezygnację ze spotkań na żywo. Papież słusznie zwraca uwagę, ile tracimy przez ich ograniczenie. Znajoma siostra zakonna pracująca w Finlandii opowiadała mi kiedyś o pewnych rekolekcjach dla młodzieży. Rekolekcjonista poprosił uczestników, by na czas spotkania oddali mu telefony komórkowe. Młodzi wpadli w rozpacz, przybiegali do siostry z prośbą o wstawiennictwo, płacząc, że nie wytrzymają, że nie potrafią żyć bez komórek. Na końcu rekolekcji ksiądz zrobił ankietę i okazało się, że około 70% młodych ludzi było mu wdzięcznych. Mogli dojrzeć swoje twarze, usłyszeli swój głos, więcej przebywali ze sobą nawzajem, lepiej się poznali.

Koronawirus zmusił nas jednak do korzystania z technicznych osiągnięć, które wiele spraw ułatwiły. Ten proces sięgania po nowinki techniczne we wzajemnych kontaktach nie zaczął się w okresie pandemii, ale ona go znacznie przyspieszyła. Może rygory obowiązujące w czasie jej trwania pomogą nam wyzwolić się z psychozy tłumu, uczynić nasze wzajemne relacje bardziej zindywidualizowanymi, osobistymi.

Obawiamy się takich spotkań i chowamy w zbiorowisku ludzi. Dlaczego?

To pytanie raczej do psychologów, to oni próbują zrozumieć motywy i drogi ucieczki od intymnej atmosfery, a także od samotności, której się czasem boimy, od poważniejszego, uważniejszego spojrzenia na siebie i innych, na świat.

Na czym polega zależność między wglądem w siebie a głębszym spojrzeniem na innych?

Nie mogę siebie „budować” inaczej niż przez odniesienie do innych. Rozwijam się, gdy nie myślę za wiele o sobie, gdy moim światem staje się drugi. Kształtowanie własnej osobowości jest niejako skutkiem pośrednim, wręcz niezamierzonym, otwarcia się na innych. Gdy jestem zwrócony ku drugiemu, otwarty na niego, wtedy zaczyna się cudowne bogacenie siebie samego, bogacenie o tych drugich. Jako chrześcijanin wierzę w Boga w Trójcy Jedynego, a więc w Boga, który niejako sam w sobie zawiera relację ku drugiemu. Na swój obraz i podobieństwo stworzył człowieka. Gdy więc zamykam się w sobie, o sobie tylko myślę, to szkodzę innym i sobie. Innym – bo ich nie zauważam, tracę wrażliwość na ich potrzeby i piękno. Sobie – bo zubażam siebie o to wszystko, czym mogliby mnie oni ubogacić.

Nie tak dawno, przy okazji przeprowadzki, wykonałam na sobie eksperyment: „zawiesiłam na kołku” swoje rozterki, trudne emocje i wsłuchałam się bardziej w pragnienia i potrzeby bliskich. Było to uwalniające doświadczenie, przyniosło jakieś nieoczekiwane światło i radość.

Mam podobne doświadczenie jako dydaktyk. Na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego prowadzimy teraz seminarium. Uczestniczy w nim ośmiu profesorów i ponad czterdziestu studentów. Nie uwierzy Pani, jak ci studenci nas inspirują, jak wyznaczają nam różne tropy myślenia. Każde spotkanie jest inne, często się wydłuża, bo nie możemy skończyć. Lubię patrzeć na twarze tych młodych ludzi. Czuję się naprawdę jak uczony: uczony przez innych, a nie tylko uczący ich.

Mimo że wiekiem, rangą są niżej?

Pod względem doświadczenia i erudycji są niżej, ale pod względem wrażliwości, otwarcia na pewne problemy – albo są wyżej, albo gdzie indziej.

Rozwijam się, gdy nie myślę za wiele o sobie, gdy moim światem staje się drugi. Kształtowanie własnej osobowości jest niejako skutkiem pośrednim, wręcz niezamierzonym, otwarcia się na innych.  

„Gdzie indziej” – ładne określenie, nie wartościuje…

Szczególnie mnie cieszy, gdy widzę błysk w oczach studentów, brakuje mi tego w kontaktach online. Komunikacja wzrokowa jest niezmiernie ważna. Także cisza, uważne milczenie słuchaczy. Chodzi nie tylko o salę wykładową. Gdy w kościele mam homilię i zaczyna się seria kaszlów, to wiem, że trzeba jak najszybciej „lądować”, bo gdzieś się rozminęliśmy.

A błysk? Skąd się bierze?

Stąd, że ktoś dostrzegł ważność, nowość pewnego zdania, wizji, obrazu. Zaciekawił się. To nasz wspólny sukces: jego, bo zdołał to zobaczy...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy