Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

17 marca 2021

NR 4 (Kwiecień 2021)

Świat online – kim jestem, patrząc w kamerę?

0 192

Technologia daje nam niezwykłe możliwości, bo „nagle” jesteśmy w salonie profesora, potem wizytujemy naszego prawnika, a na koniec widzimy się z koleżanką z Kanady, która przeprowadziła się do nowego mieszkania i nie musimy wydawać na bilet, by zobaczyć, gdzie wisi nasze wspólne zdjęcie. Trochę nas to do siebie zbliża, a trochę oddala. Trochę ułatwia, a trochę utrudnia funkcjonowanie.

To musiał być wtorek, bo spotkania odbywały się jakby „prawie zaraz po weekendzie”. Mieszkałam wtedy w Krakowie i tam studiowałam psychologię. Równolegle chodziłam na terapię grupową. Pamiętam jedną sesję terapeutyczną, w której naszym zadaniem było przejść się po sali, po całej jej długości. Cała nasza grupa miała chodzić po długim pokoju w starej krakowskiej kamienicy i uczyć się z dumą prezentować swoje ciało. Samo chodzenie w towarzystwie innych i na ich oczach już było trudne. Ale nic mnie nie przygotowywało na kolejny poziom oswajania cielesności, który był dla mnie wyzwaniem, a mianowicie lustro. Oswajanie swojego ciała, tak jak je widzę ja, czyli od środka, zostało połączone z akceptowaniem odbicia swojego ciała w lustrze. To prawie jak oswajanie dwóch ciał w jednym miejscu i czasie. Unikałam patrzenia na swoje odbicie, bo wtedy bardzo siebie nie lubiłam i każde spojrzenie w jego stronę przypominało mi jak bardzo. 
Lustro jak to lustro – niczemu nie jest winne. Źródłem cierpienia były moje krytyczne oczy. Oczy, które podłączone do surowego sędziego w centrum mojej głowy raportowały do niego, mówiąc: „Oj słabo, grubo, brzydko, beznadziejnie”. Ale to nie było tylko jedno lustro, bo to były lustra domowe, wystawy sklepowe i lustra w przymierzalniach – wszystkie one kusiły ponętnie jak syreni śpiew: „No popatrz na siebie, sprawdź, jak wyglądasz, może wreszcie ładnie i będzie można przestać się starać”. Łapałam się na ten śpiew, sprawdzałam i rzadko wychodził mi ten bilans na plus. 
Potem były kolejne etapy rozwoju osobistego i pracy nad oswajaniem cielesności, inne nurty terapeutyczne, inni terapeuci. Ale co jakiś czas jak bumerang wracała kwestia patrzenia na siebie samą w lustrze, na moje odbicie twarzy i ciała. Czasem to były ćwiczenia i zadania domowe w ramach terapii, czasem nawet sama się odważałam na siebie spojrzeć. Z kolejnymi podejściami było mi łatwiej. 
Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że droga, na której byłam, zaprowadzi mnie do Houston, do Brené Brown, od której z pierwszej ręki będę się uczyć o wstydzie, bo to właśnie jego doświadczałam, patrząc na swoje odbicie. Lęk przed oceną paraliżował rzeczową ocenę mnie samej. A wstyd oswaja się empatią, ale ja jej wtedy nie miałam za grosz. 
Na szczęście w porę zaczęłam oswajać tematykę lęku, odwagi i wrażliwości, o której pisze i mówi Brown. Najpierw robiłam to dla siebie, żeby wreszcie móc, patrząc w swoje dobicie, powiedzieć: kocham cię i wszystko, co w tym lustrze widzę. Stopniowo, krok po kroku robiłam postępy. Co ciekawe, już w pracy zawodowej jako psycholog zaczęłam wykorzystywać własną praktykę, pamiętając moc, która płynie z oswajania siebie i swojej cielesności. Ale przyznać muszę, że nic nie zapowiadało potężnej praktyki z lustrem, jaką nam wszystkim zafundował COVID-19. 

Relacje z innymi i sobą poprzez ekran

Ponieważ wszystko przenieśliśmy do „świata online”, konieczność obcowania z cyfrowym lustrem, czyli kamerą wymierzoną prosto na nas, stała się chlebem powszednim. Każda rozmowa w świecie cyfrowym wymagała od nas, czasem dłużej, a czasem krócej, spotkania się z własnym odbiciem.
Umiejętność, którą musieliśmy w kilka tygodni nabyć, składała się z następujących elementów: patrzenie w zieloną lampkę, a nie na ekran z ludźmi lub patrzenie na wiele osób jednocześnie i patrzenie na swoje własne odbicie. Przy włączonych kamerach można odnieść wrażenie, że te twarze są bardzo, ale to bardzo blisko. Trochę może nawet za blisko. 
W psychologii mówi się o tzw. sferze intymnej jako tej, do której wpuszczamy najbliższych, którym ufamy. Sytuacja sprawiła, że zaczęliśmy wpuszczać do tej sfery również dalszych znajomych, osoby z pracy, nierzadko obcych ludzi. 
Dawniej tak skrócony dystans mógł oznaczać jedną z dwóch rzeczy: atak agresji lub zbliżenie seksualne. Oba bodźce są bardzo silne i nie pasują do sytuacji wideokonferencji, ale nasz mózg może tego nie wiedzieć. Profesor Jeremy Bailenson – dyrektor Stanford University’s Virtual Human Interaction Lab – mówi, że silna ekspozycja na takie bodźce trzyma nasz układ nerwowy w ciągłym trybie flight or fight, co może być bardzo wyczerpujące. Naukowcy zaczynają nawet mówić o zjawisku tzw. zoom fatigue, czyli zmęczenia, a nawet wyczerpania się naszej umiejętności funkcjonowania w takim trybie. Ograniczona jest pula gestów i języka ciała, z którego dawniej sczytywaliśmy drugiego człowieka. Teraz widzimy go tylko częściowo, więc nasze zmysły nie odbierają wystarczająco dużo informacji, by pełniej zrozumieć rozmówcę. 
Do tego dochodzi jeszcze jeden element. Chodzi o pomieszczenia codziennego użytku, z których nadajemy. Izolacja i związany z nią home office sprawiły, że, chcąc nie chcąc, komunikatory wprosiły nas wzajemnie do prywatnej sfery naszego domu. I z jednej strony staliśmy się sobie bliżsi, bo widzimy siebie inaczej, widzimy członków rodziny przechodzących w tle, widzimy psy, koty, kanarki. I tym sposobem dopełniamy sobie obraz osoby, którą znaliśmy. Ale z drugiej strony to nie zawsze jest dla nas komfortowe. Nie zawsze jest nam z tym dobrze i normalnie byśmy tego nie wybrali. Część z nas najzwyczajniej w świecie wstydzi się tego i choć dobrowolne jest pomieszczenie domowe, z którego będziemy się kontaktować, to na tym nasz wybór się kończy i nie podlega dyskusji, że będzie to dom. Tym samym ograbiliśmy się z posiadania miejsca, do którego mają dostęp wybrani, a nie wszyscy z firmy.
O tę wolność tutaj chodzi. To nie jest nowe zjawisko, bo od czasu pojawienia się smartfonów i mediów społecznościowych rozciągaliśmy granice intymności. Selfie, nagrania, live już istniały, ale robiliśmy to wtedy, kiedy mieliśmy na to ochotę albo gdy byliśmy w roli „występujących”. A na dodatek selfie można było wybrać to najlepsze spośród wielu ujęć, przerobić, dodać filtr i dopiero opublikować. Co swoją drogą też ma ciekawy wpływ na postrzeganie siebie. Jednak teraz na zoomach, Team­sie, Google „występujemy non-stop”. Każde spotkanie to takie godzinne selfie. Cały czas wystawiamy siebie samych na ocenę własną i innych. Oczywiście można wyłączyć kamerę, ale to wpływa na budowanie relacji z innymi, a raczej jej brak. Bo kiedy wyłączamy wizję i jesteśmy tylko głosem, a czasem nawet wyciszonym mikrofonem, to jak określić nasz udział – jesteśmy obecni czy nieobecni?
Istnieje sporo zagrożeń w takim trybie funkcjonowania. Z perspektywy osoby prowadzącej warsztaty mam jednak zaskakującą mnie pozytywną obserwację, a mianowici...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy