Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

17 marca 2021

NR 4 (Kwiecień 2021)

O sztuce brania

0 327

Nie mogę tego zrobić! – powiedziała, ściszając głos do szeptu, chociaż umówmy się, że na Zoomie nie da się zrobić tak, żeby jedni Cię lepiej słyszeli niż inni. – Jezu, no musisz to w końcu zrobić! – żarliwie powiedziała druga. – Nie dam rady… – jęknęła ta pierwsza takim tonem, że ja, chociaż pojawiłam się na Zoomie chwilę, nim się zorientowały, bo miałam wyłączoną kamerę i dźwięk, zaczęłam się zastanawiać, o czym można mówić takim tonem (romans, zabójstwo, oszustwo podatkowe?). Kiedy w końcu udało mi się wcisnąć odpowiedni przycisk, spytałam je, o czym rozmawiały. Okazało się, że o pomyśle zatrudnienia pani sprzątającej. 
Ta, której głos się łamał na samą myśl, że mogłaby to zrobić, była jedną z najzamożniejszych moich koleżanek ze stabilnym dochodem, pracującą może nie po dwanaście, ale po dziesięć godzin dziennie w dni robocze i z do skoku w weekendy. W jej obszernym mieszkaniu we wrocławskiej kamienicy mieszkał jeszcze mąż, też pracujący, i dwójka dzieci w tak zwanym wieku szkolnym, a co jedno to bardziej zamaszyste w swoich ruchach, oba z niepotwierdzonym przez lekarzy podejrzeniem swojej matki o ciężkie ADHD i parę innych zaburzeń. 
– Jakoś mi to przynosi ulgę, jak im postawię diagnozę – powiedziała mi kiedyś – nawet jeśli nie mam podstaw. Koleżanka miała jeszcze kota, wybłaganego przez córeczkę na ósme bodaj urodziny, w przededniu których poprzysięgła rodzicom, że weźmie na siebie wszelkie związane z nim obowiązki. Wszyscy rodzice, którzy w chwili słabości ulegli, wiedzą, jaki był ciąg dalszy tej historii i kto ostatecznie skończył, że tak powiem, z ręką w kuwecie. Te wszystkie okoliczności, osaczające teraz zdalnie pracującą koleżankę wyjątkowo dotkliwie, nie dostarczyły jej jednak wystarczających argumentów, żeby zatrudnić, choćby raz na tydzień, panią sprzątającą, chociaż koleżanka zarabiała kilka, jeśli nie kilkanaście średnich krajowych. I tak większość swoich wyszarpniętych z paszczy korporacji sobót spędzała, jak to sama romantycznie ujmowała, jeżdżąc na szmacie. 
Kiedy z zażartością pitbulla zaczęłyśmy razem z tą drugą dręczyć ją pytaniami o powód, zaczęła cytować swoją mamę (z czego zdała sobie sprawę po niewczasie, kiedy już słowa opuściły jej usta i nie można ich było cofnąć). – Obca kobieta nie będzie sprzątać w moim domu. – Czemu? Czemu? – drążyłyśmy jak ciekawy świata pięciolatek, ale mniej ufnie i bardziej stronniczo, bo obie już dawno wpuściłyśmy do naszych domów obce kobiety, które bardzo szybko zresztą przestały być obce. Koleżanka wiła się w tłumaczeniach i słabła w oporze. A my miałyśmy w sobie wytrwałość tak nieprzejednaną, że w końcu ten opór złamałyśmy, po czym doprowadziłyśmy koleżankę do okazania SMS do poleconej przez nas pani Renatki, żeby się jeszcze upewnić, że nie wysłała go na przykład do męża z prośbą o pilny telefon, który wybawiłby ją z opresji. 
Kiedy koleżanka uległa naszym podszeptom, a znaleźliby się tacy, którzy nazwaliby je szatańskimi, zrobiła coś więcej niż tylko opłaciła usługę, na którą miała pieniądze. Spojrzała w oczy swoim przodkiniom i przodkom i wytrzymała ich karzący wzrok. – Teraz jest inaczej – powiedziała im, być może opanowując drżenie głosu. – Mogę zrobić coś, co dla was było niemożliwe. 
Kiedy kilka dni później pani Renatka wyszła z obszernego mieszkania we wrocławskiej kamienicy, koleżanka zrobiła z nas grupę na Messengerze...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy