„Ale to już było, znikło gdzieś za nami/ Choć w papierach lat przybyło/ To naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami” – właśnie ten fragment wielkiego przeboju Maryli Rodowicz poruszał mnie zawsze najmocniej. Może dlatego, że jako dziecko mu nie dowierzałem. Jak to bowiem możliwe, że mimo upływu lat mielibyśmy się wcale nie zmieniać?
Czytaj więcej
Julie ma 15 lat i jest świetnie zapowiadającą się tenisistką. Trenuje w prestiżowej belgijskiej akademii, jej życie podporządkowane jest grze. Jednak wkrótce po tym, jak akademią wstrząsa informacja o samobójczej śmierci jednej z tenisistek, trener Julie zostaje zawieszony.
Powodów śmierci nie poznajemy. Wiemy tylko, że Aline też kilka lat temu miała w akademii status gwiazdy. Ale pojawiła się depresja i wkrótce – choć była jedną z najbardziej utalentowanych zawodniczek, a trener Jeremy to zapowiedź obiecującej przyszłości – zrezygnowała z kariery. Jej miejsce zajęła Julie.
Szkoła wszczyna wewnętrzne dochodzenie, władze akademii podejrzewają trenera o przekroczenie granic. Zachęcają podopiecznych do składania zeznań. Oczy wszystkich zwrócone są na piętnastolatkę. Ale Julie milczy. Milczą też dorośli.
Pierwszy pełnometrażowy film reżysera Leonardo van Dijla to uwierająca atmosfera niedopowiedzeń, napięć, uwikłania. Musimy się ciągle domyślać, zastanawiać. Dlaczego nie idzie do psychologa? Czy kryje trenera? Po co utrzymuje z nim kontakt? I co on ma na myśli, gdy przy każdej okazji powtarza: „Gdy kazałaś, przestałem”.
Pomysł, by historię śledzić oczami nastolatki, sprawił, że jeszcze bardziej utożsamiałam się z bohaterką. Piętnastolatka może nie być pewna, czego doświadczyła. Może odczuwać jeszcze większy lęk, wstydzić się, rozważać: „Jeśli się otworzę, czy to koniec mojej kariery?”. Czy powinniśmy występować przeciwko komuś, komu wiele zawdzięczamy? To dylematy przerastające nawet dorosłych.
Milczenie Julii to film o oczekiwaniu na decyzję. Irytacja, która budzi się w widzu w trakcie seansu, to nasze oczekiwania wobec ocalonych. Powiesz czy nie? A może nie chcę mówić?
Uwodzenie dziecka to subtelny proces manipulacji – cykl powolnych działań, torujących drogę do więzi emocjonalnej. Ta z kolei zmniejsza opory, pozwala przesuwać granice. Julie tych granic dopiero się uczy. Jako widzowie wiemy tyle, ile chce nam w danym momencie powiedzieć. Także wtedy, gdy pod wpływem otoczenia zaczyna zastanawiać się, jak należy postąpić. Wkrótce zobaczy, że każdy wybór wiąże się ze stratą.
Milczenie Julii to gotowy materiał edukacyjny dla szkół. Nauczyciele, rodzice, znajomi widzą, że wydarzyło się coś złego, ale nie naciskają, nie padają konkretne pytania. To Julie ma zdecydować. A oni są obok, niezależnie od tego, czy się otworzy, czy nie.
Według reżysera Leonardo van Dijla, Milczenie Julii to opowieść o dziewczynie, która ma coś ważnego do powiedzenia, ale nie chce o tym mówić. I proponuje, by na film spojrzeć nie tylko z perspektywy głównej bohaterki, ale także jej przyjaciół. Każdy może kiedyś długo zwlekać z najważniejszą opowieścią. Niech ten film pomoże nam być lepszymi przyjaciółmi.
***
Telefon dla rodziców i nauczycieli w sprawie bezpieczeństwa dzieci: 800 100 100.
Telefon przeciwprzemocowy
dla kobiet: 888 88 33 88
w godz. 11:00-19:00 w dni powszednie. Można też napisać e-mail na adres: pomoc@feminoteka.pl.
Czytaj więcej
Tego dnia od rana w firmie czuć było w powietrzu napiętą atmosferę. To dzisiaj miało się ostatecznie przesądzić, czy dział produkcji stanie na wysokości zadania i domknie wolumen zamówienia, który zamykał sprzedażowo końcówkę roku. Od trzech miesięcy dokładano starań, aby mimo różnych turbulencji produkcja szła do przodu. Generalnie wszyscy byli dobrej myśli, ale ostateczne decyzje miały zapaść właśnie dzisiaj, na poniedziałkowym, operacyjnym spotkaniu przedstawicieli wszystkich działów. Jak tylko pojawił się Zbyszek, szef produkcji, od razu było widać, że wyglądał na zadowolonego.
– Mamy to! Dopniemy plan! – powiedział zwycięskim tonem. Wyraźnie można było w tym momencie poczuć zespołową ulgę wszystkich obecnych na spotkaniu. Wiadomo było, że oprócz wielu pozytywnych skutków tej wiadomości, urealnia ona znacząco wizję przewidywanej rocznej premii. I dokładnie wtedy, kiedy wydawało się, że nic nie może zmącić tej chwili zbiorowego błogostanu i triumfu działu produkcji nad przeciwnościami losu, odezwała się Justyna – szefowa działu logistyki i obsługi klienta. Jej ton pozostawał w zaskakującym kontraście do euforii Zbyszka:
– A jak to sobie wyobrażacie dalej? Przecież teraz trzeba to jeszcze wszystko zafakturować i przygotować do wysyłki dla klientów. Kto ma to zrobić? Mój zespół i tak jest zajechany na okrągło, a pod koniec roku pracujemy w okrojonym składzie, bo ludzie na chorobowym, a tutaj szykuje się praca na dwie zmiany.
Wszyscy zaniemówili. – Jak to… – wydobył z siebie zaskoczony Zbyszek. Można było odnieść wrażenie, jakby na moment został odcięty od powietrza. Dałoby się usłyszeć w tej chwili przelatującą muchę, gdyby faktycznie latała w tym momencie. Nikt z obecnych nie spodziewał się opozycji i takiego nokautu we własnym gronie. Oczywiste było założenie, że z wiadomości Zbyszka wszyscy mogą się tylko ucieszyć.
Z drugiej strony, trudno było nie przyznać Justynie trochę racji. Faktem było, że teraz „piłka” była po jej stronie i domknięcie z sukcesem całego przedsięwzięcia, aby wysiłek działu Zbyszka nie poszedł na marne.
Czego tutaj zabrakło? O czym jest ta historia z życia wzięta? Oczywiście można powiedzieć, że o komunikacji, przepływie informacji, monitorowaniu procesów, planowaniu zasobów, organizacji pracy, przeciwdziałaniu trudnościom, zarządzaniu ryzykiem i to jest jakaś część prawdy o tej sytuacji. Z drugiej strony opowiada o zawiedzionych oczekiwaniach dotyczących postawy całego zespołu: „Jak to, nie gramy do jednej bramki? To nie jest oczywiste, że jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Przecież to wygląda, jakby działy tej samej firmy stanęły właśnie ze sobą do rywalizacji. A gdzie „team spirit”, zaangażowanie, kooperacja i współodpowiedzialność za cele firmy?”.
Rywalizacja – inspiruje czy rujnuje?
Mamy dwa słowa klucze: rywalizacja i współodpowiedzialność w zespole. Z mojej menendżerskiej perspektywy i doświadczenia konsultantki biznesu obie te postawy współistnieją w pracy zespołowej, ale gdzie się zaczynają i kończą granice jednej i drugiej? Czy się nawzajem wykluczają? Czy odpowiedzialny zespół może jednocześnie ze sobą rywalizować, a rywalizacja może być „zdrowa”? O co zadbać, aby chronić siebie i swoje środowisko pracy przed destrukcyjnymi skutkami rywalizacyjnych postaw?
Kusi mnie, żeby postawić taką tezę, że tam, gdzie ludzie, tam rywalizacja jest nieunikniona. Dlaczego? Nasze mechanizmy porównywania się i samooceny przez pryzmat osiągnięć innych w naturalny sposób mogą być wyzwalaczem postaw rywalizacyjnych. O co? Najczęściej o uwagę, czas, uznanie, przywileje, zasoby. Dobrze jest, kiedy stymuluje nas pozytywnie do rozwoju osobistego, poprawy własnych umiejętności i osiągnięć z jednoczesnym szacunkiem dla cudzych dokonań. Kiedy efekty innych inspirują nas do większego wysiłku, są potwierdzeniem, że warto się starać. Wtedy właśnie możemy mówić o „zdrowej” rywalizacji.
W środowisku pracy zachowania rywalizacyjne mogą przynieść również wiele dobrego, pod warunkiem że są konstruktywne i zachęcają do wysiłku i samodoskonalenia, a nie tylko wyścigu po „order” od szefa i jego uznanie. W dużej mierze zależy to często od samego szefa firmy, jakie środowisko i kulturę pracy promuje i wspiera. Warto mieć na uwadze, że celowe podsycanie postaw rywalizacyjnych na rzecz osiągania coraz lepszych wyników jest zarówno strategią mocno manipulacyjną, jak i krótkowzroczną. Prowadzi bowiem do budowania poczucia niezdrowej konkurencji wewnątrz firmy, wywołuje konflikty, obniża morale, a w konsekwencji skutkuje brakiem zaufania do siebie nawzajem oraz wypalenia zawodowego. To wcześniej czy później przynosi koszt w postaci rotacji w zespole, odejścia talentów czy braku identyfikacji pracowników z miejscem pracy. Kiedy więc rywalizacja w zespole może być korzystna? Kiedy jest pod mądrą kontrolą szefa zespołu i ma swoje granice. Tą granicą jest szacunek do siebie, jakość atmosfery w pracy i wzajemny poziom zaufania.
W jakich sytuacjach rywalizacja pozytywnie stymuluje ludzi w zespole?
Kiedy jest inicjowana w poszukiwaniu najlepszych rozwiązań, np. na spotkaniu koncepcyjnym, kiedy ludzie zapraszani są do kreatywnego, nieszablonowego myślenia, nie czują się oceniani, ale inspirowani wzajemnymi pomysłami. To wspiera innowacyjne podejście i twórczą wymianę myśli w zespole.
Kiedy służy wzmacnianiu ducha zespołu, integracji ludzi, lepszemu poznaniu swoich mocnych i słabych stron oraz budowaniu współpracy.
Kiedy jest promowana jako wartość i pozytywna mobilizacja do wspierania motywacji i osiągania lepszych wyników indywidualnych i zespołowych oraz tym samym budowania zaangażowania w realizację celów firmy.
Kiedy osiągnięcia innych są inspirującą, pozytywną stymulacją do realizowania swoich aspiracji, rozwijania własnych talentów i predyspozycji.
Kiedy w kulturze pracy wymiana wiedzy i doświadczeń, osobisty rozwój i uczenie się przez całe życie jest wartością firmy, która jest nie tylko na sztandarze, ale znajduje zastosowanie w codziennej współpracy ludzi.
Kiedy szef potrafi zwiększyć efektywność i wydajność pracy nie przez manipulacyjne podsycanie indywidualnego wyścigu „po wynik”, ale poprzez wspieranie i promowanie partnerskiej współpracy zespołowej zorientowanej na wspólne cele.
I jeszcze najważniejsza rzecz, po której można rozpoznać, kiedy rywalizacja wpływa pozytywnie na ludzi w zespole. Gdy sobie życzą dobrze, wzajemnie kibicują i dopingują życzliwie nawzajem. Potrafią docenić sukcesy innych w zespole i dać szczere uznanie. Powiedzieć: „Gratuluję Ci! Chciałbym(-abym) dojść tam, gdzie Ty. Jak to zrobiłeś(-aś)?”.
Silosowe zaloty
Prawdziwą toksyną dla organizacji są silosowe struktury i silosowe podejście do realizacji celów firmy. Jak to wygląda w praktyce? Mniej więcej tak, jak w przykładzie z początku artykułu. Najczęściej oznacza to sytuację, kiedy poszczególne działy w firmie realizują swoje zadania i cele w izolacji od siebie nawzajem. Niby wszystkim zależy na wspólnym wyniku, ale codzienna współpraca tego nie potwierdza. Co gorsza, okazuje się, że cele niektórych działów pozostają w konflikcie, zamiast wspierać się i uzupełniać. A wspólne potrzeby, zamiast spotykać się ze zrozumieniem, są raczej odbierane w kategoriach „utrudniania innym życia”. Stąd trudno oczekiwać, że Justyna z przytoczonej historii zachwyci się sukcesem Zbyszka, a Zbyszek z wyrozumiałą empatią podejdzie do trudnej sytuacji u niej w dziale. Kiedy brak dialogu i wspólnych uzgodnień, ciężko o wypracowanie porozumienia w trudnych sytuacjach, mnożą się konflikty, rozmywa się odpowiedzialność. Dlaczego o tym piszę? Bo prowadzi to do sytuacji, w których rodzi się toksyczna rywalizacja nie tylko o dowożenie swojego wyniku, czasem kosztem innych działów, ale konkurowanie, często na spotkaniach w obecności głównego szefa o jego uwagę, spory o to, który dział jest najbardziej efektywny, zapracowany, zmęczony, zaangażowany lub który ma trudniej, gorzej i jest winny lub niewinny, kiedy coś nie działa. Narracja „my i oni” nie tylko napędza niezdrową rywalizację między działami, ale buduje obozy sojuszników i przeciwników w firmie.
Jakie dobre praktyki mogą pomóc zespołom budować poczucie współodpowiedzialności za wyniki? Są to:
wspólne inicjatywy i projekty międzydziałowe promujące współpracę,
regularne spotkania i wspólne raportowanie, dzielenie się na bieżąco ważnymi informacjami, statusami projektów i ich wynikami,
wspólne rozwiązywanie problemów, bez szukania „winnych” z wypracowaniem strategii współdziałania w sytuacjach kryzysowych,
jasno określone cele między działami, wspierające cele strategiczne firmy, identyfikacja z nimi i rozumienie ich w ten tam sposób na każdym poziomie organizacji firmy oraz nagradzanie za współpracę przy ich osiąganiu,
interdyscyplinarne zespoły złożone z przedstawicieli różnych działów, które pracują nad wspólnymi inicjatywami,
promowanie kultury informacji zwrotnej i asertywne oraz konsekwentne zwracanie uwagi na postawy toksyczne niesprzyjające współpracy,
budowanie kultury firmy opartej na zaufaniu między działami, w której pracownicy czują się odpowiedzialni za wspólne sukcesy i porażki.
Bądź uważny(-a) na własne zachowania, czy Ty sam(-a) nie wywierasz przypadkiem swoją postawą niezdrowej presji na otoczeniu. Sprawdź, jak stymulujesz innych do działania, pozytywnie i inspirująco czy też negatywnie i wypalająco. Pamiętaj, że jeśli przyjdzie Ci pracować w środowisku, w którym rywalizacja nie ma nic wspólnego z pozytywnym bodźcem do rozwoju i motywacji, zawsze możesz zdecydować, czy masz ochotę w nim dalej pracować, czy nie.
Czytaj więcej
Depresja to jedno z najczęściej diagnozowanych zaburzeń psychicznych na świecie. Dotyka niezależnie od wieku, statusu społecznego czy płci. Jednak w przypadku mężczyzn temat ten wciąż pozostaje owiany tabu. Statystyki pokazują, że mężczyźni rzadziej zgłaszają się po pomoc psychologiczną, a wskaźniki samobójstw są u mężczyzn wyraźnie wyższe niż u kobiet. Dlatego męska depresja jest trudniejsza do zauważenia oraz jakie są jej przyczyny, objawy i sposoby leczenia.
Czytaj więcej
Rodzice byli dumni z Arka. Jego średnia ocen w szkole nigdy nie schodziła poniżej 5. A że blady, zmęczony, smutny? No cóż.
Czytaj więcej
Magdalena: Ponarzekajmy na „dzień dobry”. To jest tak bardzo wbrew mnie, że proponuję z przekory. Lecz ponarzekamy tak, żeby Czytelnicy z nami zostali do ostatniego zdania, zwłaszcza że to nasz pierwszy felieton w autorskim cyklu „Dwugłos”. A marudzić chciałam w boomerskim stylu, czyli: „kiedyś było jakoś prościej”. Bo nawet definicja zdrady, a o tym dzisiaj dla Państwa piszemy, istniała klarowna. Zdrada równało się pójście do łóżka z kimś innym. Kropka. Dziś mamy zdrady emocjonalne, wirtualne…
Robert: Jest coś, co w moim odczuciu wcale się nie zmieniło. Dowód? Pojęcie zdrady łączy się z oceną moralną. Przyjmijmy, że ja jako ten zdradzający w jakimś sensie dopuściłem się czegoś niemoralnego, w określonym modelu myślenia o seksualności i relacjach. Zauważmy, że samo słowo zdrada jest mocno osadzone w Dekalogu, a przy okazji w kontekście społeczno-kulturowym. Tym, co podpowiada współczesna, naukowa narracja, jest budowanie dyskusji o normach partnerskich, o przekroczeniach. Spójrz, że to są jednak inne perspektywy. Złamanie norm versus zdrada… A w jakimś sensie są inne dla każdego z nas, dla Ciebie, dla mnie, dla Czytelników. Złamanie normy partnerskiej umożliwia szersze i pełniejsze myślenie o relacjach, a przy tym jest bardziej użytecznym rozumieniem.
Magdalena: Pojawienie się social mediów, a już w szczególności aplikacji randkowych, silnie wpłynęło na zmiany definicji, norm partnerskich i zdrady. Znam mnóstwo historii par, u których casus pod tytułem „on z kimś pisze całymi dniami”, „ona z nim czatuje o tym, o czym ze mną nie rozmawia” jest traktowane jako zdrada. Nie ma zmiłuj. Mimo że czasem tam nie było nawet pocałunku.
Robert: Coraz częściej mówi się o wielu aspektach zdrady. Kolejna rzecz: nawet oglądanie porno bywa traktowane jako przekroczenie w związku. W moim gabinecie najczęściej temat wnoszą mężczyźni, którzy traktują pornografię jako rozrywkę lub urozmaicenie życia intymnego. I słyszą od partnerek, że to już naruszanie normy, zdrada! Ile z tych par w momencie (nazwijmy to roboczo) konstruowania relacji rozpoczęło dyskusję o łamaniu normy relacyjnej, gdzie są granice? A ile przyjęło, że osoba partnerska ma tak samo jak ja i kropka?
Magdalena: Pachnie hipokryzją. A Polki przeganiają mieszkanki Sydney i Nowego Jorku, jeśli chodzi o statystyki oglądania porno. Po prostu kobiety też zaczęły to robić albo przyznawać się, że to robią. Czyli co: ja mogę, a on nie może?
Robert: On nie może, bo… Bywa, że jest to kwestia wewnętrznej interpretacji, typu: kiedy on ogląda inne kobiety w porno, to potem będzie na mnie patrzył bardziej krytycznie? Albo będzie wymagał ode mnie takich zachowań seksualnych, którym nie jestem w stanie sprostać? I tak dalej. Ale zaraz, zaraz. My mieliśmy jeszcze podyskutować o tym, czy warto, czy nie warto.
Magdalena: Zdradzać? No przecież nie odpowiem jak wy, terapeuci: „to zależy”.
Robert: Ale naprawdę „to zależy”… Bo czasami warto, a czasami nie warto. A może nawet niekiedy trzeba? Bywa, że przekroczenia stają się rodzajem gry, gdzie skutkiem ma być wprowadzenie tematu norm partnerskich, społecznych. I nie chodzi o pójście z inną osobą do łóżka, o pozostawienie otwartej strony z pornografią, aby druga osoba to zobaczyła – o testowanie granic. Ale czasem o świadome ich łamanie. Spotkałem się w swojej praktyce z sytuacją, że zdrada „uratowała” związek. I stała się sposobem na rozpoczęcie szczerej rozmowy o relacji. To jednak metoda obarczona bardzo dużym ryzykiem.
Czasem warto więc „sprawdzić normę”. Nie zawsze tak, żeby ją łamać, ale rozważyć, przedyskutować „co by było, gdyby”… Wielokrotnie słyszałem od pacjentów, że zdrada była krzykiem bezradności w relacji. I potem nagle wreszcie zaczynamy jako partnerzy rozmawiać o czymś, co jest istotą relacji, a co było długo pomijane.
Magdalena: Więc czy warto? Z mojej reporterskiej perspektywy, a zrobiłam dziesiątki wywiadów na temat łamania norm partnerskich, wynika, że dla większości osób (właściwie głównie kobiet) zdrada oznacza przymus wyjścia ze związku. Konieczność zerwania, rozwodu, ucieczki.
Robert: Faktem jest, że do zdrady dochodzi nieraz dlatego, że osoby w związku nie potrafią podjąć decyzji o rozejściu. I oto niewierność staje się podręcznym, często skutecznym powodem: uciekam!
Magdalena: Moje częste zawodowe rozważanie dotyczy pytania, czy zdrada jest przyczyną, czy oznaką kryzysu? Tylko nie mówmy, że to zależy, bo naprawdę wkurzymy parę osób.
Robert: W jednej z „SexAudycji”, którą prowadziłem w radiu TOK FM, psychoterapeutka Katarzyna Miller powiedziała, żeby rozdzielić skok w bok od zdrady. Oczywiście dostrzegam cały szereg racjonalizacji, usprawiedliwień. Fakt jest przecież faktem, ktoś poszedł z kimś do łóżka – zdradził. Zdrada przyjmuje różne oblicza i tu kluczowe jest słowo „RÓŻNE”.
Magdalena: Mamy kolejny ważny wniosek. Zdrada zdradzie nierówna. Choć wiele osób powie „bzdura”. Każda zdrada to zdrada. I ja to podejście rozumiem.
Robert: Znam przypadki, kiedy jedna strona w relacji wręcz prowokuje drugą do zdrady, aby móc odejść bez własnej winy. Usłyszałem w gabinecie parę razy zdanie: „Wolałabym/chciałbym, aby on/ona mnie zdradziła, wtedy byłoby łatwiej odejść”.
Magdalena: Na koniec zbliżamy się do legendarnego dylematu. Mówić czy nie mówić? Jeden celowo wyzna, że jest niewierny, a inny powie o tym dlatego, żeby mieć z głowy i błagać o wybaczenie. Jeszcze inny ukryje i zabierze tajemnicę do grobu, no chyba że zdemaskuje go prywatny detektyw. Jako terapeuta, co odpowiesz?
Robert: To zależy (uśmiech). Ale mamy też quiz dla Państwa. Bo każdy nasz felieton będziemy kończyć w ten sposób. Dziś pytamy: jak często rozmawiacie o normach w związku? Czym jest dla Was zdrada?
Jeśli chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami wyślij nam je na adres - redakcja@charaktery.eu
Czytaj więcej
Współczesne społeczeństwo coraz częściej kładzie nacisk na równość płci i równy podział obowiązków domowych oraz rodzicielskich. Koncepcja zaangażowanego ojcostwa jest jednym z fundamentów tej zmiany. Oznacza aktywny udział ojca w wychowywaniu dzieci, który wykracza poza tradycyjną rolę „głównego żywiciela rodziny”.
Czytaj więcej
Opowieści rodziców o ich dzieciństwie z perspektywy młodego człowieka brzmią jak fragmenty książek przygodowych. Czas wolny spędzany ze znajomymi i zabawy bazujące na młodzieńczej fantazji musiały być czymś wyjątkowym. Jak się domyślam, cała zabawa zaczynała się już na etapie umawiania się. Bez telefonu w kieszeni ustalenie spotkania w konkretnym miejscu i czasie zapewne było utrudnione. Teraz wystarczy napisać na grupie klasowej i pięć minut później już masz gromadkę chętnych do wspólnego wyjścia. Niestety, nie wszystkie nastolatki spędzają czas wolny z rówieśnikami.
Mam wrażenie, że jako ostatni rocznik po gimnazjum należę do jednego z ostatnich pokoleń nastolatków, dla których sport lub aktywne spędzanie czasu było priorytetowe. Od kilku lat widzę, że coraz częściej młodzi ludzie wolą spotykać się w wirtualnej rzeczywistości. Bo po co mam iść na przystanek, potem jechać do kolegi, witać się z jego rodzicami, aby wspólnie pograć w grę? Już nie wspomnę, że trzeba jeszcze wrócić. Zamiast tego lepiej zostać przed komputerem i po prostu połączyć się online. To jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Ale leżenia w łóżku i oglądania Tik-Toka przez cały dzień nie zrozumiem nigdy.
Ta aplikacja ma to do siebie, że czas płynie w niej znacznie szybciej niż w rzeczywistości. Połączenie rozrywki z treściami edukacyjnymi daje nastolatkom poczucie relaksu, ale też złudzenie zdobywania wiedzy. Bo oprócz głupich memów można tam znaleźć sporo mądrych treści. W rezultacie stajesz się „specem” od wszystkiego i niczego jednocześnie. Kolejne godziny spędzone na przeglądaniu krótkich filmików sprawiają, że trudno przyznać przed samym sobą, iż jest to zwykła strata czasu.
Dzisiejsze nastolatki funkcjonują w dwóch światach: internetowym i rzeczywistym. Kiedyś nie było takiego podziału – był tylko jeden świat. Żeby się z niego wyrwać, trzeba było użyć wyobraźni lub skorzystać z cudzej: czytając książki, idąc do kina czy teatru. Dziś wystarczy jedno kliknięcie, by zanurzyć się w podobnej, lecz sztucznej rzeczywistości. Niestety, bardzo łatwo można w niej utonąć. Znam osoby, które tak bardzo wciągnęły się w świat internetu, że przeniosły tam niemal całe swoje życie – pracę, relacje i czas na odpoczynek.
Z jednej strony brzmi to dobrze – zarabianie dużych pieniędzy na tworzeniu treści do internetu wydaje się kuszącą opcją. Ale czy przy takim stylu życia łatwo przełączyć się z trybu online na realny świat? Coraz trudniej. Ja i moi znajomi już mamy z tym kłopot. Odbija się to na relacjach, które stają się coraz bardziej skomplikowane i toksyczne.
Najbardziej ciekawi mnie, jak poradzą sobie młodsze roczniki. Mam dopiero 21 lat, a już nie rozumiem trendów obecnych nastolatków. Poziom głupoty, która zawładnęła internetem w ciągu kilku lat wzrósł do nieprawdopodobnej skali. Za moich nastoletnich czasów, o ile było się jednym z tych „fajniejszych”, można było bez problemu pogadać z kimś o kilka lat starszym. Teraz? O czym mamy rozmawiać? O sztucznie napompowanych dramach patoinfluencerów? Jeśli dzisiejsi studenci nie rozumieją licealistów, to jak mają ich zrozumieć właśni rodzice?
Mam nadzieję, że dożyję jakiejś rewolucji i że młodsze pokolenia w końcu przejrzą na oczy. Zwyczajnie zaczynam się bać, kto się zaopiekuje mną, gdy dopadnie mnie starość. Gdybym był rodzicem, za wszelką cenę starałbym się pokazać nastolatkowi świat, w którym świeci słońce, a nie tylko ekrany. Nastały czasy, w których dziaderskie powiedzenie „Ach, te stare dobre czasy” przestało być dziaderskie.
Czytaj więcej
„To tylko problem komunikacyjny”, mówi wielu pacjentów. Większość par twierdzi podobnie – uważają, że jedynie nie potrafią się komunikować. O co zatem chodzi z tą komunikacją i czy rzeczywiście rzecz tkwi w umiejętnościach lub ich braku? Czy wystarczy nauczyć się sztuki komunikacji, aby żyć w szczęśliwym związku, podtrzymywać przyjaźnie, a w pracy nie mieć trudności z ludźmi?
Czytaj więcej
Rozwój sztucznej inteligencji (SI) przyspiesza w zawrotnym tempie. Znaczenie tego procesu podkreśla tegoroczna Nagroda Nobla w dziedzinie fizyki dla profesorów Geoffreya Hintona i Johna Hopfielda, dwóch kluczowych postaci stojących za rozwojem sztucznych sieci neuronowych. Czy jednak jesteśmy gotowi, by żyć obok sztucznych tworów coraz lepiej imitujących zachowania człowieka? Jak układać sobie z nimi relacje, by mądrze i odpowiedzialnie korzystać z dobrodziejstw cyfrowego świata?
Czytaj więcej
Dlaczego niektórzy z nas dostosowują się do innych i ich oczekiwań, ignorując przy tym to, co sami czują i czego potrzebują? Czemu rezygnują z siebie, chowając się za maskami grzecznej uczennicy, bezwolnej lalki czy miłego Jasia? Jaką cenę za to schronienie płacą? Czy można inaczej?
Czytaj więcej
Słowo niesie ulgę w cierpieniu, może być znakiem bliskości, daje pocieszenie, wydobywa z bolesnej samotności. Zdarza się, że terapeuta pracuje dosłownie nad słowem. Na przykład mówi do jednego ze zwaśnionych małżonków: „To, co pani powiedziała, brzmi jak oskarżenie. Proszę znaleźć takie słowa, proszę tak to opowiedzieć, żeby nabrało charakteru zwierzenia”. W gruncie rzeczy to jest „do-słownie” praca nad słowem.
Czytaj więcej