Mózg pod wysokim napięciem

„Proszę dokończyć zdanie” – powiedział wykładowca. – „Mam prawo do...”. Następnie kolejno, jedno po drugim, na forum musieliśmy powtórzyć te słowa, dopowiadając zakończenie. Gdy nadeszła moja kolej, czułam, jak krtań odmawia mi posłuszeństwa. W końcu z dającym się słyszeć trudem powiedziałam: „Mam prawo do szczęścia”. Głos drżał mi jak na pogrzebie….
Czytaj więcej

Proszenie o pomoc – siła czy słabość?

„Potrzebujesz na kogoś liczyć? Licz na siebie!” – to zdanie, powtarzane do znudzenia jak mantra, dźwięczało jej w uszach już od najmłodszych lat. Matka nie pozostawiała złudzeń. Wyglądało na to, że każdego dnia sama dźwiga cały świat na swoich ramionach, rozczarowana światem i ludźmi wokół.
Czytaj więcej

Polityka? A po co to komu?

„Nie no, podstawa programowa z matmy to jakaś przesada. Po co komu te wzory, skoro czat mi wszystko zrobi? Ten minister edukacji to jakiś dzban. A tak w ogóle to jak mu tam było?”. Mniej więcej tak wygląda podejście do polityki dzisiejszej młodzieży. Zainteresowanie nią kończy się tam, gdzie nie ma nic do ugrania. Trochę przykre, bo w październiku dwa lata temu to właśnie ona pokazała, że chcieć to móc. Kiedy porównuję sobie elektorat pokolenia moich rodziców czy dziadków do młodych, znajduję więcej różnic niż wspólnych cech. Nasi rodzice i dziadkowie napisali historię ubiegłego wieku i dokonali rewolucji w wielu dziedzinach. Napisali ją własną krwią, kiedy walczyli podczas okupacji niemieckiej lub podczas stanu wojennego. A młodzi? Urodzeni w dobrobycie od najmłodszych lat nie potrafią sobie wyobrazić, jak to było. Ich spojrzenie na rolę polityki ogranicza się do tego, czy zablokują dostęp do TikToka, czy nie. Podejmując decyzje polityczne, kierują się bardziej własnym interesem niż dobrem wspólnym czy rozwojem państwa. Oczywiście, i całe szczęście, są wyjątki z olbrzymią wiedzą i poprawną interpretacją polityki.  Wśród moich znajomych, gdy już się rozmawia o polityce, to przewodnim tematem są prawa równości i zysk dla jednostki. Rozmowy o geopolitycznej przyszłości Polski, rozwoju gospodarki czy poprawa jakości życia w naszym kraju praktycznie nie istnieją. Jeżeli coś nie dotyczy ich bezpośrednio, to po co marnować czas na gdybanie? Inną sprawą jest czerpanie wiedzy o polityce lub o kandydatach. Dla nastolatków polityk to trochę taki influencer, tylko bez charyzmy. Nagrywa śmieszne rolki na Instagrama, czasem pociśnie kolegę z opozycji i w sumie jest całkiem zabawnie. Nie ma sensu się wysilać, oglądać telewizji, czytać gazet, a już na pewno nie warto słuchać opinii z różnych źródeł. Teraz wszystko jest w pigułce, na portalach społecznościowych. Krótki filmik, a może nawet kilka, jak temat jest gorący – wystarczy. Obecnie małolaty nie oglądają wiadomości, nie czytają programów wyborczych, już nie mówią o oglądaniu debat sejmowych. Natomiast memy polityczne czy wtopy polityków znają na pamięć! Zamiast zainteresować się schematami, w jaki sposób działa polityka, nastolatki interesują się jej skutkami. Protesty i marsze to już ich naturalne środowisko. I trzeba przyznać, że całkiem dobrze się w nim odnajdują. Są skuteczni i, jak przychodzi co do czego, potrafią pokazać swoją siłę. Kiedy sześćdziesięciolatek mówi im, co mają robić ze swoim ciałem, nagle się odpalają i wychodzą na ulice. Teraz warto sobie zadać pytanie, czemu tak jest? Polityka dla młodych jest po prostu nudna. Poza śmiesznymi wtopami polityków, które są idealnym materiałem na memy, oraz decyzjami politycznymi, które ograniczają ich w jakimkolwiek stopniu. Żeby było śmieszniej, kiedy dochodzi do takiej wtopy i memy krążą po sieci, zainteresowanie tym tematem jest gigantyczne. A opinie na ten temat są bardzo rzeczowe i często poparte ciekawymi, logicznymi argumentami. Szkoda, że politycy są w stanie zainteresować młodych tylko swoimi błędami, a nie dobrymi decyzjami, które podjęli. Ale czym tu się dziwić – obecnie ławy sejmowe zajmują w większości starsi ludzie o silnie zakorzenionych poglądach. Dla nastolatków rzeczy, które dzieją się w Sejmie na co dzień, to irytujące tło codzienności. Aby było inaczej, potrzebna jest zmiana zasad tej gry. Przede wszystkim polityka musi zacząć być bardziej zrozumiała. Obecnie pełno w niej archaizmów i pustych frazesów. A to nie zachęca do poszerzania wiedzy na jej temat. Aktualnie młodzież potrzebuje zmiany w tej kwestii. Muszą przestać być traktowani jako bezmózga masa. Jeżeli politycy zaczęliby traktować ich oraz ich zdanie na poważnie, zainteresowanie sprawami sejmowymi mogłoby wręcz eksplodować. Polityka zaczęłaby być dla nich, a nie o nich. Przedstawiciele władzy powinni dawać więcej miejsc na listach wyborczych młodym ludziom i nie traktować ich jako zaplecze do zbierania podpisów czy rozdawania ulotek. Jedno jest pewne. Dla młodych ludzi temat polityki absolutnie nie jest obojętny (jeżeli ich dotyczy). Jest to dobre podłoże do tego, aby rozwinąć w przyszłości potencjał polityczny wśród teraźniejszych nastolatków. W przyszłości to właśnie to pokolenie będzie rządzić. Oby ta zmiana zaszła ewolucyjnie, a nie rewolucyjnie, choć łyżeczka rewolucji w polityce czasem też jest potrzebna. Bez wątpienia obecni uczniowie szkół podstawowych i licealnych staną kiedyś u władzy. Mam nadzieję, że będą mieć dobrych „tutorów”, którzy wprowadzą ich w ten świat, oraz dużo wolnego czasu na nadrobienie politycznych zaległości.   
Czytaj więcej

Spektrum autyzmu i ADHD – jak zmienia się życie po diagnozie?

Martyna Liedke: W doświadczeniach osób ze spektrum autyzmu znaleźć można wspólny wątek. Wiele z nich czuje się społecznie niedopasowana i odrzucona. Czy zgodziłabyś się z taką tezą, że większą trudnością niż sama neuroatypowość jest to, jak osoby w spektrum są traktowane przez społeczeństwo i jak funkcjonują w społeczeństwie? Ola Pflumio: Absolutnie tak. To mówią wszystkie osoby, które udzieliły mi wywiadów i są bohaterami książki. Przytoczę wypowiedzi Ewy Furgał i Anity Wojtkiewicz, które podczas rozmowy opowiadały o tym, że często społeczeństwu wydaje się, że osoby w spektrum to osoby cierpiące. Niektórzy mówią nawet, że ktoś cierpi na autyzm. Natomiast tak naprawdę to cierpienie jest zazwyczaj wtórne, bo osoby rozwijające się trochę inaczej niż większość społeczeństwa nie doświadczają bólu z samego tego faktu. Również sprzężona z autyzmem nadwrażliwość sensoryczna nie musi oznaczać cierpienia, jeśli potrzeby osoby są odpowiednio zaopiekowane. Tak samo jest z występującymi trudnościami społecznymi. Jeśli osoby w spektrum trafią w odpowiednie środowisko, które rozumie tę odmienność i traktuje ją jak przejaw różnorodności, a nie jak coś gorszego, to cierpienie nie musi się pojawić. Cierpienie w kontekście relacji społecznych występuje przez odrzucenie. Niestety często dorastające osoby w spektrum borykają się z przemocą rówieśniczą. To, jak poradzimy sobie z cechami neuroatypowymi, zależy zarówno od nas, jak i od naszego otoczenia – od tego, w jakim środowisku się znajdziemy i jak zostaną one przyjęte. Osoba w spektrum autyzmu czy ADHD zna tylko swój sposób funkcjonowania – tak jak osoba niewidoma nie zna doświadczenia widzenia. Dlatego diagnoza w dorosłości bywa nagłym odkryciem, że inni postrzegają świat zupełnie inaczej. To może przynieść ulgę, ale też rodzić pytania: co to zmienia?  Większość moich rozmówców dostała diagnozę w dorosłości i tylko jeden dostał ją w dzieciństwie. Myślę, że wspólnym doświadczeniem tych wszystkich osób było to, że czuły się inne, odmienne, często niestety przez to gorsze ze względu na to, jak ich odmienność była odbierana i traktowana. Usłyszałam takie słowa od jednej z rozmówczyń, która mówiła, że czuła się „kosmitką” i miała wrażenie, że jest z innej planety. To tak jakby neurotypowi ludzie wokół mieli jakąś wielką księgę prawd o ludziach, instrukcję obsługi ludzi i relacji, a ona sama nie miała dostępu do treści tej książki. Bardzo często słyszałam o poczuciu „jestem inny/inna”. Nie wiem, dlaczego tak jest. Moją pierwszą reakcją jest myślenie, że to ze mną jest coś nie tak. Wielu Twoich rozmówców opowiadało o doświadczeniu maskowania cech autystycznych, czyli staraniach, by dopasować się do społeczeństwa. Jak to wpływa na funkcjonowanie osoby w spektrum? Przede wszystkim to kosztuje dużo energii i zasobów, przez co mało ich zostaje na pozostałe aspekty funkcjonowania. Ponadto osoby w spektrum często tych zasobów mają trochę mniej. Maskowanie sprawia, że te osoby tracą kontakt ze sobą i dochodzą do takiego punktu, że nie są pewne tego, „gdzie ja się kończę, a gdzie zaczyna się moje maskowanie” oraz „czy to, co robię, robię dlatego że chcę być akceptowana(-y) społecznie”. Nie wiedzą, czy robią tak dlatego, że jest to zgodne z nimi, z ich potrzebami i wartościami. W związku z tym, że te osoby bardzo dobrze się maskują, to diagnozę dostają dopiero w późnym wieku, zwykle po jakimś kryzysie i serii innych diagnoz czy różnych zaburzeń wtórnych współwystępujących. Statystyki wskazują, że maskowanie w spektrum autyzmu jest szczególnie silne, zwłaszcza gdy współwystępuje z ADHD – co dotyczy nawet 70% osób. ADHD może „przykrywać” cechy autystyczne, co utrudnia diagnozę. Zdarza się, że osoba najpierw otrzymuje diagnozę ADHD, a dopiero po rozpoczęciu leczenia wyciszającego objawy ADHD ujawniają się cechy autystyczne, pozwalając na właściwą diagnozę. Stałe napięcie, maskowanie i działanie wbrew sobie mogą prowadzić do cierpienia. Jeśli ktoś zmusza się do sytuacji społecznych powodujących przeciążenie sensoryczne, może to prowadzić do wyczerpania. Niestety, unikanie maskowania bywa trudne, bo często wynika z potrzeby akceptacji. ADHD i autyzm zdają się być niczym dwie przeciwstawne siły, z jednej strony taki duży chaos, a z drugiej rutynowość. Jak wygląda połączenie autyzmu i ADHD u osób dorosłych i jak się objawia? Osoby z podwójną diagnozą często mówią, że to jak życie z dwoma wilkami. Jedna z moich rozmówczyń Kari Goldyn w podcaście porównała to do nieustannego dylematu – którego wilka karmić? Gdy ADHD domaga się spontaniczności, zmian i kontaktu z ludźmi, a autystyczna strona pragnie rutyny, spokoju i przewidywalności, trudno znaleźć równowagę. Te potrzeby często się wykluczają – autystyczna potrzeba schematów koliduje z ADHD-owym dążeniem do nowości i dopaminy. A jednak pewne cechy są wspólne, co komplikuje diagnozę. Niektórzy moi rozmówcy uważają, że zamiast je rozdzielać, warto traktować je jako część jednego spektrum neuroróżnorodności. Co dla osoby, która latami maskuje cechy spektrum, znaczy ten moment otrzymania w końcu prawidłowej diagnozy? Większość moich rozmówców w pierwszej chwili czuje bardzo dużą ulgę. To jest taki moment, kiedy żyję 20, 30, 40 lat z myślą, że coś potencjalnie może być ze mną nie tak i widzę, że jestem inny. Po czym nagle się okazuje, że to ma jakąś nazwę, co wcale nie oznacza, że jestem zepsuty. Możliwość opisania swoich trudności przy użyciu konkretnego słownictwa oraz świadomość istnienia innych osób, które mają podobnie, są bardzo uwalniające.  Jedna z moich rozmówczyń, ­która jest terapeutką i prowadzi grupę wsparcia dla kobiet w spektrum autyzmu w wywiadzie wspomina o tym, że często samo znalezienie innych osób, które mają tak jak ja, bywa terapeutyczne i niektórym w zupełności wystarczy.Jednak oczywiście diagnoza bardzo często wiąże się także z przeżyciem żałoby i złością. Zwłaszcza kiedy to jest późna diagnoza. Pojawiają się pytania: „Dlaczego teraz? Dlaczego nikt wcześniej tego nie zauważył? Wtedy mogłoby mi być łatwiej”. Bywa też, że po latach maskowania osoby w spektrum nie dowierzają, że to właśnie neuroodmienność mogła być źródłem ich trudności. Pojawia się syndrom oszusta i dopiero oficjalna diagnoza sprawia, że zaczynają na siebie patrzeć znacznie łagodniej. Sam proces diagnostyczny może bardzo dużo kosztować, bo diagnoza jest często trudniejsza i trwa dłużej niż diagnoza ADHD. Często jednak ulga to dominujące uczucie, które zostaje z osobami, z którymi do tej pory miałam okazję rozmawiać. Przyszło mi do głowy takie badanie, w którym postawiono hipotezę o tym, że osoby będące w spektrum wzajemnie rozumieją się lepiej i potrafią lepiej ze sobą współpracować niż z osobami spoza spektrum. Czy dostrzegasz takie zjawisko?  Tak, to ma bardzo dużo sensu, bo jeżeli my inaczej przetwarzamy informacje i bodźce oraz w inny sposób widzimy i czujemy świat, to my mamy bardzo podobne doświadczenie. Prowadzę taki program grupowy dla osób z ADHD i tam jest bardzo dużo osób, które są też w spektrum autyzmu. Często słyszę, gdy ktoś dołącza do naszego programu, to pierwsze, co mówi: „Jak dobrze jest być wśród swoich, wreszcie nie muszę nikomu tłumaczyć, dlaczego pewne rzeczy robię tak, jak robię albo dlaczego je w ogóle robię, bo wy po prostu rozumiecie bez słów”. Więc zupełnie nie dziwi mnie, że są badania, które pokazują, że tak jest rzeczywiście. Widać to na przykład w relacjach, bo jeżeli mamy relacje osoby w spektrum z osobą neurotypową, to ona może nieść dużo potencjalnych trudności w komunikacji oraz konfliktów wynikających z niezrozumienia tego, że druga strona może widzieć świat inaczej.  Mówisz o trudnościach w relacjach między osobami neurotypowymi i ze spektrum. O jakich trudnościach w życiu zawodowym możemy mówić? Czy w ogóle rynek pracy w Polsce z Twojej perspektywy jest przygotowany na osoby w spektrum autyzmu?  Zrozumienie spektrum autyzmu nie jest takie jak na Zachodzie, a nawet tam wcale nie jest tak dobrze, jak byśmy chcieli.  Po pierwsze bardzo duża część osób w spektrum nie jest zatrudniona, na przykład dlatego, że ma jakąś formę niepełnosprawności intelektualnej, nie jest w stanie pracować i jest uzależniona od pomocy innych osób.  Po drugie osoby, które mogą pracować, bardzo często spotykają się jak w relacjach romantycznych czy przyjacielskich z brakiem zrozumienia. Na pewno są środowiska pracy, które nieco bardziej sprzyjają autyzmowi i pierwsze, co przychodzi mi do głowy to szeroko pojęty świat IT. Bardzo dużo osób w spektrum autyzmu tam się świetnie odnajduje.  Natomiast, na pewno, nadal potrzeba wielu zmian, o które postulują autyści i o które walczą różne organizacje. Często zresztą mowa o spełnianiu dość podstawowych potrzeb, bo w wielu przypadkach może wystarczyć już chociażby możliwość pracy w słuchawkach wygłuszających albo mniej rażące światła w biurze.  Ważne jest też zrozumienie, jak osoby w spektrum się komunikują i jak należy się z nimi komunikować. Jeżeli osoba w spektrum nie ma pełnych informacji na temat tego, co ma robić, to będzie jej bardzo trudno to robić. Jest też potrzeba zrozumienia dla osób neuroatypowych, pracujących w zespołach z osobami neurotypowymi. Osoby w spektrum mogą się komunikować w trochę bardziej bezpośredni sposób. Na przykład ktoś, kto pisze e-maile w bardzo suchy sposób, brzmiący jak rozkaz, wcale nie musi być faktycznie ostry i nieprzyjemny, tylko zadaniowy. Sporo dziś mówimy o tym, jak osoby z autyzmem są postrzegane przez społeczeństwo i przypomniało mi się pojęcie przytoczone przez jedną z Twoich rozmówczyń Coco Mayaki, czyli „truskawkowi ludzie”. Kim oni są? Uwielbiam to określenie. Nie słyszałam go wcześniej. Coco mi o nim wspomniała. „Truskawkowi ludzie” to osoby, które są takimi pośrednikami między osobami neuroatypowymi a światem zewnętrznym. To są często osoby, które mogą same być neuroatypowe, ale mają te cechy na tyle nieprzeszkadzające w życiu codziennym, że nie mają diagnozy albo nie zastanawiają się nad tym, albo po prostu są bardzo empatyczne, otwarte na tę inność i akceptujące. „Truskawkowi ludzie” ułatwiają z jednej strony komunikację, z drugiej strony tłumaczą świat i jego zależności osobom neuroatypowym w spektrum. To dlaczego ludzie zachowują się tak, jak się zachowują i dlaczego robią pewne rzeczy w pewien określony sposób, czyli w pewnym sensie są takimi trochę chodzącymi instrukcjami obsługi tego świata zewnętrznego, neurotypowego świata. Czego byś życzyła osobom, które dopiero odkrywają swoją autystyczną tożsamość lub są w procesie diagnozy? Przede wszystkim dużo samoakceptacji i czułości wobec siebie – bez oceniania. To trudne, bo wymaga odrzucenia komunikatów, które takie osoby słyszały przez całe życie, że „coś jest z nimi nie tak”.  Proces odmaskowywania po diagnozie jest długi i nieoczywisty. Potrzeba cierpliwości, bo jeśli ktoś przez lata żył, oddalając się od siebie, to powrót do autentyczności wymaga czasu. Kluczowe jest zrozumienie własnych potrzeb.  Jak mówi Ewa Grzelakowska-Kostoglu (Red Lipstick Monster), maskowanie sprawiło, że całkowicie ignorowała swoje potrzeby, nie wiedząc nawet, że ma do nich prawo. Równie ważne jest mądre zarządzanie swoimi zasobami – trudności sensoryczne, maskowanie i potrzeba pełnych danych do zrozumienia świata pochłaniają mnóstwo energii. Nauka wsłuchiwania się w siebie to długi, ale kluczowy proces. 
Czytaj więcej

Niedopasowanie seksualne. Czy naprawdę powinniśmy się go obawiać?

Mit miłości romantycznej mówiący o tym, że jest to jedyny słuszny rodzaj miłości i związana z tym przekonaniem wiara w dwie połówki jabłka, które tworzą jedną całość, nierzadko mają wpływ na utrzymywanie satysfakcjonujących i wieloletnich relacji, a w tym w sferze seksualnej.
Czytaj więcej

Ładni ludzie = ładne życie = ładne związki?

Robert: Ładni ludzie, ładne życie, ładne związki. Proste? Otóż nie! Ale tak nam podpowiadają media społecznościowe, z których wynika, że im więcej będziemy inwestować w elementy, które nas upiększają, odmłodzą, tym lepsze życie będziemy wieść.  Magdalena: Oczywiście, sugerują nam to także komedie romantyczne: przecież ładnym ludziom zawsze wszystko się ładnie ułoży, a nawet jeśli mają perturbacje, to chwilowe. Literatura romansowa nie pozostaje w tyle, prawda?  Robert: Efekt aureoli! To skłonność do automatycznego przypisywania pozytywnych lub negatywnych (tu mówimy o efekcie Golema) cech osobowościowych w oparciu o pierwsze wrażenie. Atrakcyjne osoby mogą być postrzegane jako bardziej zdolne, posiadające wyższe kompetencje, ciekawsze i bardziej przyjacielskie. Przynajmniej przez pewien czas, zanim nie zweryfikujemy prawdziwości naszych przekonań.  Magdalena: Cóż, atrakcyjni przestępcy też dostają niższe kary, lepsze wyroki w sądach.  Robert: Nic dziwnego, że tak często jesteśmy uwięzieni w wizerunku. Im bardziej spełniamy kanony piękna, tym efekt aureoli może być silniejszy. Pierwsze wrażenie może nas mocno zmylić. Jeśli dodamy do tego, że osoby atrakcyjne częściej odczuwają akceptację, a nierzadko i adorację ze strony otoczenia, to mamy... Magdalena: …sukces. A sukces to hasło tyleż wyświechtane, co popularne i pożądane. W seksie i w związku też chcemy odnosić sukcesy, najlepiej wyłącznie. Zauważam też takie oczekiwanie społeczne, że piękni ludzie będą razem w parze, bo tylko tacy – hmm, no właśnie – „pasują do siebie”. Wystarczy zerknąć do rubryk towarzyskich: urodziwy aktor czy przystojny książę musi mieć piękną żonę. Selena Gomez i jej podobno mniej atrakcyjny partner (niż ten poprzedni, Justin Bieber) jako para nazywani są w USA „Piękna i Bestia”. On nie spełnia wyśrubowanych standardów urodowych. Co z tego, że jest kochający i wspierający?  Robert: Osoby, które w znacznym stopniu odbiegają od siebie poziomem atrakcyjności czy choćby statusem, bywają przedmiotem wzmożonej uwagi i często… niewybrednych komentarzy. Zaś atrakcyjni partnerzy wręcz powinni (w oczekiwaniu społecznym) budować piękną historię życia, koniecznie we wszech miar estetycznym związku. Niedawno obejrzałem ponownie film Droga do szczęścia z Kate Winslet oraz Leonardo di Caprio, ikoniczną parą kochanków z Titanica. Fabuła Drogi… toczy się w latach 50. XX w. na amerykańskich przedmieściach. Mimo że małżonkowie są piękni, żyją w wiecznej frustracji, niezadowoleni z miałkiej egzystencji. Choć przecież wszystko tam u nich jest „na miejscu”: atrakcyjne oblicza, przyjemny dom, estetyczne wnętrza. I tylko spełnienia brak… Takie emocje przeżywa obecnie wiele par, spotykam je w gabinecie. Są zdrowi, atrakcyjni, mają wymarzone mieszkania, domy, znakomite prace. I czują dojmujący smutek, ustawiczne rozczarowanie. Mają poczucie niespełnienia. I często nawet żal do siebie, że „nie umiem nic z tym zrobić, nie potrafię żyć pełnią życia”, „Dlaczego czegoś mi ciągle brakuje?”. Przecież wokoło jest tak pięknie! Magdalena: Choć równocześnie powiedzmy jasno i wyraźnie, że nie wszystkie piękne pary z pięknymi domami odczuwają braki. Bo czuję, że zaraz się ktoś obrazi.  Robert: Wracając do efektu halo – jest niebezpiecznie złudny, to przecież jeden z podstawowych błędów atrybucji, bo powoduje, że w pierwszych etapach relacji, a często dłużej, lokujemy w bliskiej osobie niezliczoną liczbę oczekiwań. Oczywiście nie jest to tylko konsekwencją wspominanej prawidłowości. Czyli jeśli ktoś jest piękny czy przystojny, automatycznie oczekujemy, że będzie szlachetny w każdym calu. Magdalena: Ale, ale! Trąci uprzedmiotowieniem.  Robert: W naszym przeżyciu możemy to zignorować; ważniejsze, że będzie tworzył z nami śliczne związki. Bajkę! Ta specyficzna mieszanka uwielbienia i oczekiwań może wytworzyć relację przedmiotową. Partner emblematyczny – atrybut, miara sukcesu! Karcony, gdy nie dba o siebie, czy nie spełnia innych oczekiwań. Dlatego wybranek może się poczuć jak atrybut – dodatek, a dosadniej: mebel w czyimś pięknym życiu. Kiedy rozmawialiśmy z Martą Niedźwiedzką w naszej książce Trzeci element, ona pokazywała to zjawisko także na przykładzie power couple – instagramowych prymusów. Magdalena: A piękny mebel to wciąż mebel. Bez prawa głosu albo o głosie całkowicie niesłyszanym. Czasem zawadzający, czasem miły do spoglądania. Jednak z czasem może się okazać, że mebel stał się niepotrzebny, jeśli np. zechcemy zmienić wystrój, lub jeśli pojawi się nowy architekt wnętrz czy chęć przeprowadzki połączona z pozbywaniem się starych mebli.  Robert: Uprzedmiatawianie ludzi odbywa się także na poziomie języka. Zwróćmy uwagę, jak często się mówi o atrakcyjnej, seksownej kobiecie: „Piękna jak lalka” do podziwu i zabawy.  Magdalena: I niech każdy sobie będzie, z kim chce, ale jednak zwracamy uwagę na coraz powszechniejsze, ale mało dyskutowane zjawisko. Przez to, że dobieramy się czasami tylko „wizerunkowo”, a nie dopasowujemy nawzajem swoich cech, systemów wartości, osobowości, ryzykujemy tym, że związek może być pusty. Choć wciąż jakże uroczy z zewnątrz.  Robert: Pojawia się kluczowe pytanie: Na co stawiamy w relacji? Lubię to stwierdzenie, że „ciało przestało być świątynią, a stało się budowlą”. Sami wpadamy w pułapkę, którą na nas zastawiają choćby wszechobecne media społecznościowe. Jeżeli bowiem inwestujemy w tę budowlę jako miarę spełnienia, co nieustająco podpowiada nam kultura, to może być niebezpieczne. Dla nas i dla relacji.  Magdalena: Czasami szkodzą nam wizerunki tych pięknych, znanych, podziwianych par, które na Instagramie czy Tik-Toku śledzą miliony osób. Generując ich milionowe zarobki, ale nie o tym… Obserwujemy idealne poranki, idealne wakacje, idealnie romantyczne wypady do SPA, idealne bukiety z tysiąca róż, idealne samochody z wielką kokardą w prezencie. Oni są piękni i są wiecznie młodzi, regularnie trenują, odsysają tłuszcz, chodzą razem na masaże balijskie i botoks. Ale bywa, że po dwóch czy 15 latach jedna strona pęka. Okazuje się, że w tym ładnym wizerunkowo związku były nałogi albo zdrady, albo przemoc, w tym finansowa i seksualna. Robert: Nie chcemy dopuszczać myśli, że możemy być na usługach szeroko rozumianego wizerunku. I stajemy się więźniami swoich sukcesów: w pracy, na social mediach, w łóżku.  Na koniec, już tradycyjnie, pytanie od nas do Czytelników: Czy kiedykolwiek zgubił Państwa efekt aureoli?
Czytaj więcej

Tata na porodówce – niezwykle istotna rola ojca w aspekcie opieki okołoporodowej

Prace Ministerstwa Zdrowia nad nowelizacją rozporządzenia dotyczącego opieki okołoporodowej w Polsce to świetna okazja do dyskusji o roli ojców w całym tym procesie. Na podstawie rekomendacji Fundacji Share the Care przedstawiamy najważniejsze zagdanienia, jakie naszym zdaniem powinny się zmienić, aby móc lepiej przygotować meżczyzn do roli ojców i zwiększyć ich zaangażowanie w opiekę na dziećmi, a tym samym wpłynąć na poprawę jakości życia nowej rodziny.
Czytaj więcej

Wyobrażenia a rzeczywistość w parze

Gdy ktoś mnie pyta, z czym najczęściej zgłaszają się ludzie na psychoterapię, bez wahania odpowiadam, że z trudnością w budowaniu bliskich, emocjonalnych relacji. Oczywiście pacjenci na wstępie tak tego nie definiują. Przeważnie mówią, że nie mogą znaleźć nikogo sensownego albo że z osobą, z którą są w związku, trudno im się dogadać. Często mówią o konsekwencjach tych trudności w postaci obniżonego nastroju, stanów lękowych albo nadużywania substancji psychoaktywnych.
Czytaj więcej

Co kryje się pod uzależnieniem, czyli gdzie kończy się relacja, a zaczyna nałóg?

Zaczynając rozważania na temat uzależnienia, nie sposób nie zadać sobie pytania, co łączy utratę kontroli nad piciem, hazardem, pornografią czy czasem spędzanym na skrolowaniu? Czym tak naprawdę jest uzależnienie? Jakie mechanizmy biologiczne, psychologiczne i społeczne stoją za tym, że u jednej osoby rozwija się uzależnienie, a u innej nie? A przede wszystkim, co może wspierać wyjście z tego stanu i jaką rolę w tym procesie odgrywają relacje międzyludzkie?
Czytaj więcej

Co nas zabija? Rozmowa z prof. Heino Stöver, dyrektorem Instytutu Badań nad Uzależnie...

Joanna Strzałko: Żyjemy w stresie, w ciągłym biegu, pod presją czasu. Mało śpimy, źle jemy. Wiele osób ukojenia szuka w alkoholu czy narkotykach. Czy można w tym upatrywać, Pana zdaniem, źródeł współczesnych uzależnień? Prof. Heino Stöver: Nasze życie wpisane jest w określone ramy kulturowe. Sięgamy po alkohol nie tylko wtedy, gdy przydarza nam się coś złego, jesteśmy zestresowani i mamy zbyt dużo problemów na głowie. Pijemy także, gdy jest nam dobrze, odnosimy sukcesy, świętujemy powodzenia. Alkohol obecny jest również w określonych sytuacjach – przy nawiązywaniu kontaktów z płcią własną lub przeciwną, podczas wesel czy pogrzebów. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale u nas sporo pije się na stypach. Może to nawet i dobrze, bo atmosfera się rozluźnia i ludzie znów zaczynają ze sobą rozmawiać. Tak, smutek i szczęście w oprawie alkoholowej są w nas kulturowo głęboko zakorzenione. I stykamy się z tym od najmłodszych lat. Naszą reakcją na niektóre wydarzenia mógł­by być przecież taniec, medytacja, milczenie. Nie robimy tego. Pijemy. Jest to wyuczone zachowanie. Dlaczego w takim razie jedni się uzależniają, a drudzy nie?  Wśród prekariatu palenie i picie jest dużo powszechniejsze niż w klasie średniej czy wśród zamożnych ludzi. Co nie oznacza, że klasa średnia czy bogaci nie piją. Jednak pieniądze zapewniają im dostęp do informacji, edukacji, coachingu czy terapeutów. Nikt, kto pracuje w fabryce na linii montażowej, nie wyskoczy do terapeuty w porze lunchu. Ale już sędzia pomiędzy dwoma rozprawami, tak. Stać go też, by za swoją terapię zapłacić. Co również istotne, terapia zorientowana jest na komunikację werbalną. A ludzie z niższych klas społecznych często nie mają takich umiejętności i nie potrafią w szczegółach rozmawiać o swoich uczuciach. Wymagałoby to sporego wysiłku ze strony terapeutów. Ale wielu z nich nie chce się aż tak poświęcać. W każdym razie psychoterapia w Niemczech nastawiona jest na białą klasę średnią.  A co do narkotyków. Jeśli do niemieckiego terapeuty zgłosi się osoba z uzależnieniem, usłyszy: „O, nie, najpierw proszę się udać do poradni antynarkotykowej. Narkotyki, uzależnienia, przykro mi, ale to nie dla mnie”. Wiem, oskarżam w ten sposób psychoterapię w Niemczech, ale tak to właśnie moim zdaniem wygląda.  Poszczególne grupy społeczne mogą też zupełnie inaczej przeżywać uzależnienia – jedni są wystawieni na widok publiczny, inni ukrywają się w domu. I tak jak nierówna jest dystrybucja zdrowia w Niemczech, tak nierównomiernie rozłożone jest ryzyko uzależnienia. Proszę sobie wyobrazić, że w moim mieście, w Bremie, w północnych Niemczech, mężczyźni w jednych dzielnicach żyją średnio dziesięć lat krócej niż w innych. Nie trzeba być geniuszem, by się domyślić, że dłużej żyją zamożni, których stać na dodatkową opiekę, fizjoterapię, protezy czy trenerów.  Według statystyk hazard jest dużym problemem w Niemczech. Uzależnionych od niego jest ponad 4,5 mln osób. To więcej niż od tytoniu czy narkotyków?  Ależ skąd! Od palenia uzależnionych jest w Niemczech 17 mln osób!  28% miesz­kańców kraju! A 127 tys. umiera przedwcześnie na skutek powikłań związanych z konsumpcją nikotyny. Co roku! To nasz największy problem narkotykowy! Tylko nikt go nie nazywa. Przemysł tytoniowy jest niesamowicie silny, wpływowy i bogaty. Lobbuje, sponsoruje polityków i ucisza ich sumienia. Hazard z kolei dotyka około 5% niemieckiego społeczeństwa. To ludzie, którzy mają patologiczne lub problematyczne zachowania hazardowe. Nie jest to mała liczba, ale konsekwencje zdrowotne nie są aż tak daleko idące, jak w przypadku alkoholu, tytoniu, cracku czy heroiny. Nie prowadzą do śmierci i ciężkich chorób. Jest to uzależnienie psychiczne. Choć oczywiście skutki społeczne są ogromne, gdy w rodzinie zaczyna brakować pieniędzy na jedzenie czy na pieluchy dla dzieci, bo mężczyzna wszystko roztrwonił w salonie gier.  Wspomniał Pan o wielkich koncernach. W ich interesie są uzależnienia od alkoholu, cukru, tytoniu, gdyż zarabiają na sprzedaży tych produktów?  Na liście Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) na 37 europejskich krajów Niemcy są na trzecim miejscu od końca, jeśli chodzi o postęp w walce z paleniem. Bylibyśmy na ostatnim, ale dodano Bośnię i Hercegowinę oraz Chorwację. Swoją drogą – ciekawe, na którym miejscu jest Polska. Tak, mamy w kraju bardzo słabą politykę antynikotynową. Ma to związek z lobbingiem przemysłu tytoniowego. Niemcy były ostatnim krajem w Europie, który zakazał zewnętrznej reklamy wyrobów tytoniowych. Na naszych ulicach stoi 340 tys. automatów z papierosami. Dzięki temu palacze mogą je kupić o każdej porze dnia i nocy, 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. I każdy może to zrobić. Dziesięć lat temu wprowadzono co prawda obowiązek wczytywania podczas zakupu dowodu osobistego lub karty bankowej, by udowodnić, że jest się pełnoletnim, ale jeśli ma się starsze rodzeństwo czy znajomych, to zakup papierosów w automacie nie jest problemem dla dzieci i młodzieży. Tak, potężny przemysł nikotynowy w dużym stopniu determinuje zachowania konsumentów. A Pan pali? Od 40 lat, 6 miesięcy i 42 dni już nie. Czyli tęskni Pan za papierosem? Nie, ale wtedy urodziła się moja córka, dlatego tak łatwo mogę to policzyć. Tego dnia pożegnałem się z paleniem.  Dlaczego zajął się Pan uzależnieniami? Przez przypadek. Miałem różne etapy podczas studiów. Myślę też, że nie bez znaczenia były pewne moje życiowe doświadczenia. Gdy byłem młody, z powodu heroiny zmarł mój przyjaciel. Pod wpływem alkoholu mój ojciec popełnił samobójstwo. Dużo pił.  Ma Pan w pracy kontakt z osobami uzależnionymi?  Tak, sporo pracowałem u podstaw z ludźmi, którzy byli w bardzo złym stanie, zarówno jeśli chodzi o zdrowie, jak i obciążenia. I muszę Pani powiedzieć, że zawsze byłem pod wrażeniem ich walki o zachowanie abstynencji lub zmniejszenia ilości zażywanych narkotyków. Ludzie wykazują się niezwykłą wytrwałością w próbach odstawienia uzależniających substancji. To imponujące. Spotkałem wiele osób, które zerwały z nałogiem i są zadowolone z abstynencji. Miałem również do czynienia z ludźmi, którzy dzięki programom prewencyjnym uzyskały większą kontrolę nad konsumpcją używek. Oczywiście zdarzają im się nawroty, choćby do opiatów. I wiele osób umiera, gdyż przyjmuje dawkę sprzed abstynencji, która okazuje się po okresie odstawienia za silna. Tak, straciłem wielu znajomych z powodu przedawkowania. Ta niewystarczająca wiedza społeczeństwa o skutecznych strategiach sprawowania większej kontroli czy też całkowitego odejścia od narkotyków stanowiła dla mnie duży impuls i motywację do zaangażowania się w problem uzależnienia. Zależy mi, by tę wiedzę szerzej rozpowszechniać. Chociażby lekarstwo na przedawkowanie opiatów – nalokson. To antidotum, które działa natychmiast, w ciągu kilku minut, a nawet sekund. Jeśli ktoś przedawkuje, możemy podać nalokson w formie aerozolu do nosa i dana osoba natychmiast odzyska świadomość. Nalokson jest również skuteczny w przypadku fentanylu, o którym jest ostatnio głośno? Wtedy musimy podać podwójną dawkę. W przypadku heroiny wystarczy jedna. Spray jest sprzedawany z dwiema dawkami. Drugiej dawki należy więc używać tylko w nagłych wypadkach. Jeśli mieszkamy z osobą uzależnioną od opiatów, musimy mieć w domu nalokson. W przypadku przedawkowania ten spray może uratować komuś życie.  Chciałabym również zapytać Pana o pandemię. Wiele osób zostało wtedy mocno dotkniętych izolacją. Czy miała ona również wpływ na wzrost liczby uzależnień, choćby od mediów społecznościowych czy narkotyków?  W czasie pandemii zaobserwowaliśmy przede wszystkim wzrost konsumpcji alkoholu, marihuany i tytoniu. Wskaźnik spożycia tytoniu skoczył do 33%! A wszystko to przez brak kontroli społecznej, która podczas izolacji zupełnie zniknęła. Ludzie pracowali z domu i popalali przed komputerem. W biurze nie byłoby to możliwe. Albo otwierali sobie butelkę piwa już o drugiej po południu, ponieważ nikt ich nie sprawdzał. Wytyczne dotyczące tego, gdzie, kiedy i jak można spożywać alkohol czy nikotynę, przepisy zabraniające palenia w firmach, pociągach, samolotach – okazało się, że ta cała kontrola społeczna spełnia ważną funkcję, jeśli chodzi o walkę z nałogami. Widać to dobrze na przykładzie ściśle regulowanego prawa dotyczącego konsumpcji konopi indyjskich w Niemczech. Bardzo precyzyjnie określa ono, że w odległości mniejszej niż stu metrów od szkół, przedszkoli, obiektów sportowych nie wolno palić czy posiadać marihuany. Jesteśmy w tej kwestii bardzo surowi. I to działa. No właśnie, marihuanę zalegalizowano w Niemczech w zeszłym roku. Uważa Pan, że to zwiększy, a może zmniejszy liczbę osób uzależnionych?  Myślę, że zmniejszy, gdyż o marihuanie możemy teraz bez stresu rozmawiać, a młodzi ludzie bez strachu pójdą do poradni antynarkotykowej. Przed legalizacją musieli się tam przyznawać do popełnienia przestępstwa – zakupu i posiadania marihuany. Teraz mogą o paleniu zioła otwarcie powiedzieć, zaś terapeuci bez strachu udzielą im porad i dadzą wskazówki, by na przykład nie mieszać zioła z tytoniem, bo można przy okazji uzależnić się od nikotyny. Wcześniej pracownicy poradni byli zobowiązani prawem, by nazywać marihuanę „diabłem wcielonym”. Dziś przekazują informacje bliższe prawdziwemu życiu.  Chyba już znam odpowiedź, ale spytam na koniec. Które z uzależnień uważa Pan za największe zagrożenie dla ludzi? Oczywiście te od alkoholu i tytoniu. Dlaczego nie od heroiny i metamfetaminy, choć w przestrzeni publicznej najczęściej się o nich mówi? Owszem, narkotyki z czarnego rynku stanowią zagrożenie, gdyż pochodzą z nielegalnych, niekontrolowanych źródeł i często są zmieszane z nitazenem i fentanylem. A dilerzy, grupy przestępcze nie ostrzegają klientów, by uważali, bo mają mocny towar i heroina jest szczególnie silna. Jednak to alkohol i tytoń powodują największą śmiertelność ludzi. Tytoń na pierwszym miejscu, alkohol na drugim. Każdego roku 450 tys. osób jest z ich powodu hospitalizowana. W ubiegłym roku 1,4 mln Niemców leczyło się od uzależnienia od alkoholu,  a 90% osób cierpiących na przewlekłe obturacyjne choroby płuc (POChP)* było palaczami. Z epidemiologicznego punktu widzenia to właśnie tutaj leży najpoważniejsze zagrożenie. Tak, alkohol i tytoń są naszym największym wrogiem. * Zespół chorobowy charakteryzujący się postępującym i niecałkowicie odwracalnym ograniczeniem  przepływu powietrza przez drogi oddechowe. Około 10 mln Polaków pali regularnie 15–20 sztuk papierosów dziennie.  39% mężczyzn i 19% kobiet w Polsce w wieku 16 i więcej lat jest palaczami tytoniu. Prawie 5 mln z tych osób pali dłużej niż 20 lat. Każdego dnia rozpoczyna palenie około 500 nieletnich chłopców i dziewcząt, co daje rocznie 180 tys. dzieci. Szacuje się, iż dzieci w Polsce wypalają co roku 3–4 mld sztuk papierosów. 70% palących Polaków chciałoby rzucić palenie.  Każdego roku 100 tys. zgonów w Polsce ma bezpośredni związek z negatywnymi skutkami palenia tytoniu, przy czym 60% dotyczy osób w wieku 35–69 lat.  Na świecie co 10 sekund umiera ktoś na chorobę wywołaną paleniem tytoniu. (źródło: Towarzystwo Profilaktyki i Przeciwdziałania Uzależnieniom) Wpływy podatkowe z sektora tytoniowego w Polsce w 2023 r. stanowiły 8% całkowitych dochodów podatkowych budżetu państwa i wyniosły 38,6 mld zł; w Niemczech 14,7 mld euro. (Źródło: PAP)
Czytaj więcej

Nie tylko anoreksja i bulimia – jak dziś wyglądają zaburzenia odżywiania?

Klaudia Przyłucka-Janasik: Jak obecnie wyglądają zaburzenia odżywiania? Czy zmieniły się one w związku z rosnącą świadomością społeczną? A może są to wciąż te same jednostki, które od lat występują u pacjentów? Katarzyna Kucewicz: Zaburzenia odżywiania, które wszyscy dobrze znamy i kojarzymy z tym terminem – takie jak anoreksja czy bulimia – nadal funkcjonują w przestrzeni społecznej i nie znikają. Dzieje się tak, ponieważ wciąż istnieje kult idealnego ciała i pogoń za jego osiągnięciem. Te dwa główne zaburzenia mają się więc „dobrze”, ale jednocześnie pojawia się coraz więcej nowych form zaburzeń odżywiania. Oprócz anoreksji i bulimii w klasyfikacjach diagnostycznych wyróżnia się także napadowe objadanie się, zaburzenie PICA (spożywanie produktów niejadalnych), zaburzenie żucia czy ARFID, czyli jadłowstręt związany z niechęcią do jedzenia określonych pokarmów. Łącznie dotykają one ok. 10% populacji, co jest stosunkowo stałym wskaźnikiem. Specjaliści zauważają też podtypy zaburzeń. Mówi się o alkoreksji, czyli celowym głodzeniu się po to, aby móc spożywać większe ilości alkoholu podczas imprez, oraz o pregoreksji polegającej na redukowaniu masy ciała w trakcie ciąży. Pojawia się także ortoreksja będąca obsesją na punkcie zdrowego odżywiania i stanowiąca formę anoreksji ukrytą pod pozorem troski o zdrowie. Innym niepokojącym zjawiskiem jest diabulimia, czyli manipulowanie lekami stosowanymi w leczeniu cukrzycy w celu kontroli masy ciała. Z kolei bigoreksja, charakterystyczna zwłaszcza dla mężczyzn, wiąże się z obsesyjnym dążeniem do uzyskania idealnej muskulatury. Opowiedziałaś o nowych podtypach zaburzeń odżywiania. A czy oprócz nich standardowe zaburzenia odżywiania mają dzisiaj inne objawy niż kiedyś? Czy stoją za nimi jakieś nowe mechanizmy?  Każde zaburzenie odżywiania ma inną genezę, tak samo jak każdy pacjent ma swoją indywidualną historię. Łączy je to, że zaburzenia nigdy nie są jednoczynnikowe. Nie można więc stwierdzić, że chorobę wywołuje wyłącznie zła atmosfera w rodzinie czy śledzenie pokazów mody. Aby zaburzenie się rozwinęło, potrzebny jest podatny grunt. W grę wchodzą zarówno czynniki biologiczne, jak i środowiskowe – na przykład przekazy dotyczące sylwetki, które dziecko otrzymuje od rodziców. Istotną rolę odgrywa osobowość pacjenta, jego indywidualne potrzeby oraz dominujące kanony idealnej szczupłości, które mimo upływu lat wciąż rządzą społecznym postrzeganiem ciała. Niestety, choć czasy się zmieniają, smukła sylwetka wciąż pozostaje wzorcem, do którego ludzie dążą za wszelką cenę. Ta „wszelka cena” oznacza nie tylko głodzenie się, ale także coraz bardziej wyrafinowane metody redukcji wagi. Pacjenci sięgają po tradycyjne sposoby, takie jak herbatki przeczyszczające, tabletki czy prowokowanie wymiotów, ale również po bardziej ekstremalne rozwiązania, np. połykanie tasiemców czy stosowanie „porad” z TikToka, które podpowiadają, jak szybko pozbyć się jedzenia zalegającego w organizmie. Często to pomysły bardzo niebezpieczne. Albo zwyczajnie nieskuteczne, za to kosztowne. Jak wygląda odsetek pacjentów, którzy zgłaszają się z problemami związanymi z zaburzeniami odżywiania? Czy są to głównie młodsze osoby, czy raczej osoby w średnim wieku lub starsze? Jak to wygląda w dzisiejszych czasach? Trend dotyczący zaburzeń odżywiania pozostaje stosunkowo niezmienny – na anoreksję częściej zapadają osoby młode, bulimia natomiast dotyka zarówno młodszych, jak i starszych. Kompulsywne jedzenie może występować w każdym wieku, zwłaszcza u osób, które nie potrafią opiekować się swoimi emocjami i nie znają zbyt wielu skutecznych metod radzenia sobie z dużym pobudzeniem.  Anoreksja często zaczyna się już w okresie dojrzewania. Coraz częściej mówi się nawet, że zaburzona relacja z jedzeniem pojawia się u kilkuletnich dzieci. Sama spotykam się z historiami siedmio- czy ośmioletnich dziewczynek, które patrząc w lustro, mówią: „Jestem za gruba”, „Nie mogę tyle jeść”. Jest to przerażające, ponieważ te dzieci nie mają jeszcze w pełni ukształtowanego obrazu własnego ciała, a już odczuwają jego „wadliwość”. Źródło takich przekonań jest dość oczywiste – dzieci chłoną komunikaty z otoczenia. Słyszą, jak mama krytykuje swoje ciało, jak starsze koleżanki rozmawiają o dietach, jak w telewizji mówi się o tym, kto „powinien schudnąć”. W ten sposób kształtuje się świat, w którym bycie szczupłym staje się wartością nadrzędną. Czy istnieją jakieś mity na temat odżywiania i zaburzeń odżywiania, które wciąż funkcjonują i mają się dobrze? Wokół zaburzeń odżywiania narosło wiele mitów, które często prowadzą do mylnych wniosków. Powszechnym stereotypem jest przekonanie, że zaburzenia odżywiania dotyczą wyłącznie kobiet. Tymczasem mężczyźni również mogą zmagać się z anoreksją czy bulimią. Choć częściej mówi się o bigoreksji, czyli obsesyjnym budowaniu masy mięśniowej, to także wśród mężczyzn występują klasyczne zaburzenia odżywiania. Dotyczy to choćby sportowców, dla których niska masa ciała jest kluczowa, np. skoczków narciarskich, biegaczy, ale także osób pracujących w modelingu. Największym mitem jest przekonanie, że zaburzenia odżywiania to problem z jedzeniem. W rzeczywistości mają one głębsze podłoże i są sygnałem zaburzonej relacji ze sobą. Objadanie się, restrykcje czy emocjonalne jedzenie to reakcja na problem, za którą często kryją się niskie poczucie własnej wartości, trudności w radzeniu sobie ze stresem, brak akceptacji siebie, nierozwiązane traumy czy silne przekonanie, że wygląd jest najważniejszą wartością w życiu. To wszystko prowadzi do błędnego koła, w którym te zaburzenia są nie tyle przyczyną, co konsekwencją głębszych trudności emocjonalnych. Zaburzenia odżywiania wiążą się z wieloma problemami, zarówno fizycznymi, jak i psychicznymi, które mogą współwystępować lub pojawić się w związku z nimi. Jakie są najczęstsze choroby, które współwystępują z zaburzeniami odżywiania, a także problemy psychiczne, które mogą być u ich podłoża lub pojawić się równocześnie? One często współwystępują z innymi trudnościami psychicznymi. W przypadku anoreksji nierzadko można zauważyć powiązanie z zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi oraz ogólną skłonność do stanów lękowych.  Bulimia natomiast częściej współwystępuje z depresyjnością oraz impulsywnością. W przeciwieństwie do anoreksji, gdzie dominuje obsesyjna kontrola, w bulimii kluczową rolę odgrywa trudność w utrzymaniu stałych schematów działania, co sprzyja kompulsywnym epizodom objadania się i późniejszym mechanizmom kompensacyjnym. Jeśli chodzi o zespół kompulsywnego objadania się, to często idzie on w parze z depresyjnością, która bywa tłem dla różnych problemów związanych z jedzeniem. Warto w tym kontekście wspomnieć o chorobie otyłościowej, która często jest mylnie oceniana jako zaburzenie odżywiania. W rzeczywistości większość osób zmagających się z nadmierną masą ciała nie cierpi na zaburzenia odżywiania, o czym ciekawie pisze T. Walsh (i inni) w książce Zaburzenia odżywiania, którą osobiście bardzo cenię. Kiedy powinniśmy być czujni i ostrożni? Co może budzić niepokój w naszych zachowaniach lub zachowaniach bliskich? Kiedy powinna zapalić się czerwona lampka, że coś może być nie tak? Nadmierne skupienie na jedzeniu – zarówno na jego spożywaniu, jak i unikaniu – może być sygnałem ostrzegawczym. Jeśli myśli o jedzeniu zajmują dużą część dnia, jeśli podporządkowujemy mu codzienne funkcjonowanie, np. obsesyjnie licząc kalorie, kompensując każdy „większy” posiłek ćwiczeniami, herbatkami przeczyszczającymi czy lekami, to warto się zatrzymać i zastanowić. Niepokojącym sygnałem jest również codzienne ważenie się – zwłaszcza jeśli wynik na wadze bezpośrednio wpływa na nasz nastrój i samoocenę. Gdy nawet niewielki wzrost masy ciała wywołuje poczucie winy, frustrację lub obniżenie nastroju, może to świadczyć o problematycznej relacji z jedzeniem. Wspólnym mianownikiem wielu zaburzeń odżywiania jest niemożność wyjścia z błędnego koła – obiecywanie sobie, że to „ostatni raz”, że „od jutra przestanę się objadać” lub „przestanę obsesyjnie liczyć kalorie”, a potem powrót do tych samych schematów. Jeśli utrata kontroli nad jedzeniem lub myślami o jedzeniu staje się dominującym elementem codzienności, warto się temu uważnie przyjrzeć – to znak, że problem nie dotyczy już tylko jedzenia, ale ma głębsze podłoże psychologiczne. Co może wspierać osoby, które zauważają u siebie początki zaburzeń odżywiania albo które już są w procesie zdrowienia? Co jest najskuteczniejsze w takim wsparciu? Domyślam się, że terapia jest kluczowa, ale czy są inne działania, które mogą wspierać pacjentów w tym procesie? Ważnym krokiem w leczeniu zaburzeń odżywiania jest skorzystanie z pomocy specjalisty – psychoterapeuty, a czasem także psychiatry, który może wspomóc proces leczenia poprzez farmakoterapię. W przypadkach, gdy BMI jest skrajnie niskie lub jeśli objawy, takie jak wymiotowanie czy stosowanie środków przeczyszczających, są bardzo nasilone, najlepszym rozwiązaniem może być hospitalizacja i intensywna terapia. Decyzja o tym, czy pacjent kwalifikuje się do leczenia ambulatoryjnego czy wymaga leczenia szpitalnego, zależy od ogólnego stanu zdrowia i poziomu zagrożenia życia, ponieważ zaburzenia odżywiania niosą za sobą wysoką śmiertelność, często przez długotrwałe zaniedbanie. W Polsce często stosowaną metodą leczenia zaburzeń odżywiania jest psychoterapia oparta o techniki poznawczo-behawioralne. Kluczowym elementem leczenia tych zaburzeń jest początkowe skupianie się na opanowaniu kompulsji, a więc na zaopiekowaniu się podstawowymi aspektami zdrowia pacjenta, uczenie go regularnego jedzenia i kontrolowania ilości spożywanego pokarmu. Dopiero później, po ustabilizowaniu stanu zdrowia, zasadne jest przejście do głębszej pracy nad emocjami, przekonaniami i doświadczeniami z dzieciństwa pacjenta. Niezwykle istotne jest zapewnienie pacjentowi poczucia akceptacji, nieoceniania. Jak ważne jest wsparcie bliskich osób? Czy rzeczywiście ma to wpływ na proces zdrowienia i wychodzenia z tych zaburzeń? Rodzina ma ogromny wpływ na proces leczenia zaburzeń odżywiania. Kluczowe jest, aby pacjent czuł się uszanowany i zaopiekowany niezależnie od tego, ile waży. Niestety, czasami rodziny zamiast pomóc mogą pogłębiać problem. Przykładem może być sytuacja, w której anoreksja jest traktowana jako wyraz atrakcyjności, co oczywiście demotywuje pacjenta. Inny przypadek to rodzinne komentarze fatfobiczne, które mogą sprawić, że pacjent zamknie się w sobie, jeszcze bardziej pogłębiając problem. Właściwe wsparcie ze strony rodziny polega na zrozumieniu, czym są zaburzenia odżywiania, i na tym, by nie umniejszać problemu pacjenta, ale okazywać wyrozumiałość. Często rodziny mówią osobom z anoreksją: „po prostu zacznij jeść” lub osobom z otyłością: „po prostu przestań jeść”, co pogłębia osamotnienie i poczucie niezrozumienia – w żadnej z tych chorób nie da się „tak po prostu” wyzdrowieć, na tym polega ich istota. Warto pamiętać, że pod tymi zaburzeniami kryje się głęboki ból, czasem depresja. Wsparcie rodziny, która nie ocenia, a stara się zrozumieć istotę zaburzeń, jest naprawdę cenne. Co jako społeczeństwo możemy zrobić, aby poprawić profilaktykę zaburzeń odżywiania i zwiększyć świadomość, że te zaburzenia są rzeczywiście poważnym problemem, który, jak mówisz, bardzo często zagraża życiu?  Moim zdaniem brakuje w Polsce szeroko zakrojonych kampanii społecznych na temat zaburzeń odżywiania. Podczas gdy inne tematy, takie jak depresja czy ADHD, są dobrze zaopiekowane, zaburzenia odżywiania wciąż są traktowane po macoszemu. Jako społeczeństwo powinniśmy dążyć do normalizacji różnorodnych sylwetek i ciał. Media powinny pokazywać prawdę, a nie retuszowane obrazy, i zachęcać do pokazania, że zdjęcia mogą być przefiltrowane. Niestety wciąż panuje przekonanie, że osoby szczupłe są traktowane lepiej, mają większą atrakcyjność i są bardziej kompetentne. To wpływa na społeczną presję, by dążyć do „idealnej” sylwetki, co może prowadzić do zaburzeń odżywiania. Chociaż w ostatnich latach widać zmiany, takie jak odejście od promowania idealnych ciał, wciąż widać wpływ kultu szczupłości, zwłaszcza w mediach i reklamach.
Czytaj więcej

Czy wystarczy być?

Najstarsi Mohikanie pamiętają jeszcze czasy, kiedy nikt nie mówił człowiekowi, że powinien być sobą. Mówił raczej, żeby się ogarnął, wziął się w garść albo żeby był cicho. Te czasy już minęły. Obecnie stawiamy na bycie: autentycznym, pełnym uzewnętrznionej prawdy wewnętrznej, życie w zgodzie ze sobą. Nie jesteś sobą? O rany, zacznij być, na razie jakbyś nie istniał.  Żyjemy w świecie, gdzie rozwój osobisty staje się obowiązkiem obywatelskim, autentyczność zajmuje pierwsze miejsce na podium pożądanych cech. Tuż przed asertywnością i umiejętnością oddychania przeponą. Media społecznościowe pełne są ludzi, którzy „przestali się bać być sobą”. Najczęściej po kursie u coacha z miękkim głosem i własnym podcastem. Problem w tym, że „bycie sobą” rzadko wygląda dobrze na Instagramie. Nie jest czyste, zrównoważone i w pastelach. Jest niekonsekwent­ne, rozchwiane, pełne sprzeczności. A tego nikt nie lajkuje.  Moja młodsza przyjaciółka Marta z warszawskiego biura telewizyjnej korporacji, która siedzi w open space z widokiem na inne open space’y jest na przykład zmęczona byciem sobą. Bycie sobą było przedmiotem korporacyjnego szkolenia, które najprawdopodobniej miało dohumanizować proces śrubowania wyników. Teraz zadaje się Marcie ciągłe pytania o to, czy decyzje, które podejmuje w pracy i życiu osobistym są zgodne z jej „prawdziwym ja”. Czy jest w nich autentyczna, czy czasami na siłę nie zadawala innych? Natomiast Marta ma czasami ochotę być nieautentyczna. Uśmiechnąć się do nudnego klienta, zapytać o ostatni weekend, nawet jeśli nie interesuje jej jego życie. Zagrać rolę bez analizowania, czy to w zgodzie z tym, czym powinno. Mówi, że jest wykończona koniecznością pracy nad sobą. Psychologowie nazywają to podobno „presją autentyczności” – nową formą społecznego przymusu, która wymusza spójność tam, gdzie jej siłą rzeczy nie ma. Bo czy naprawdę jesteśmy jedną osobą? Czy tą, która po południu rozmawia z fryzjerką o chłopakach z Tindera, czy tą, która wieczorem pisze na forum dla introwertyków? A może tą, która słucha podcastów o uważności i jednocześnie scrolluje TikToka w kiblu? Marta stoi na stanowisku, że jej prawdziwe ja jest trudne do ustalenia. Przez pół życia była córką, potem żoną i matką, teraz jeszcze specjalistką od marketingu i osobą w poszukiwaniu partnera. Jej prawdziwe ja to mozaika. Trochę z kawałków cudzych oczekiwań, trochę z buntu, trochę z przypadku. Marta zaryzykowałaby twierdzenie, że im bardziej próbujemy być sobą, tym bardziej jesteśmy kimś innym. Ulepionym z poradników, algorytmów i nieustannego lęku, że coś robimy nie tak. Że jesteśmy nie dość sobą. A może warto czasem przestać próbować? Zamiast się „odnajdywać” – po prostu pobyć. Nie zawsze w zgodzie ze sobą. Czasem z kimś innym. Czasem dla świętego spokoju. I może właśnie wtedy – gdy na chwilę przestaniemy analizować – będziemy najbliżej siebie. 
Czytaj więcej