Jeszcze niedawno każda nowa randka napawała Cię ekscytacją. Spędzałeś(-aś) godziny na wybieraniu idealnego zdjęcia profilowego, uważnie dobierałeś(-aś) słowa w opisie, czując ekscytację na dźwięk kolejnego powiadomienia. A dziś? Przewijasz profile bez entuzjazmu, a kolejne „Hej, co tam?” wywołuje u Ciebie napięcie.
Czytaj więcej
Wakacje? Uwaga, kryzys (dla związków)! Romanse wakacyjne, negliż, upał, różnice w sposobach spędzania czasu, konflikty. Niestety, latem czyha na nas wiele raf.
Czytaj więcej
Nie każde dziecko może dorastać w swojej biologicznej rodzinie. W Polsce tysiące dzieci przebywa w placówkach opiekuńczo-wychowawczych lub czeka na dom w rodzinie zastępczej. Te dzieci nie potrzebują cudów. Czasem wystarczy, że ktoś je dostrzeże, wysłucha, da poczucie bezpieczeństwa. Kilka wspólnych chwil potrafi zaszczepić w nich nadzieję i zaufanie.
Czytaj więcej
„No dobrze, to proszę mi powiedzieć, jak mam to zmienić”. „Co mam mu powiedzieć, żeby zrozumiał?”. „Jak do niej dotrzeć?” – znane pytania, prawda?
Czytaj więcej
Rozpoczęcie przygody szkolnej lub powrót do niej po wakacyjnej przerwie przypomina wejście na nieznany górski szlak – początkowo niepewny, pełny nieznanych zakrętów, ale z czasem coraz bardziej przewidywalny. Dla wielu dzieci ten etap to moment wzmożonego napięcia emocjonalnego.
Konieczność adaptacji do szkolnych obowiązków i rutyny może generować znaczny stres, szczególnie u młodszych uczniów lub dzieci o podwyższonej wrażliwości emocjonalnej. Wspomniany okres przejściowy często bywa wyzwaniem nie tylko dla dzieci, ale również dla rodziców, którzy mogą nieświadomie przekazywać napięcie swoim pociechom. Dzieci są jak emocjonalne lustra – z niezwykłą precyzją odbijają nastroje dorosłych. Bywa też, że chłoną emocje jak gąbka wodę, nie potrafiąc ich jeszcze nazwać ani zrozumieć.
Dzieci, zwłaszcza te w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, uczą się poprzez obserwację i naśladowanie. Jeżeli opiekun reaguje na stres impulsywnie, z lękiem bądź rozdrażnieniem, dziecko może przyjąć podobny schemat działania. Z kolei rodzic, który potrafi świadomie regulować swoje emocje i oferuje dziecku wsparcie, programuje w nim strategie adaptacyjne sprzyjające rozwojowi odporności psychicznej.
Jaki jest ten stres?
Stres nie jest z natury zjawiskiem negatywnym. Gdy jest krótkotrwały i adekwatny do możliwości organizmu, może wzmacniać odporność, pomagając nam dostosować się do wymagających sytuacji. W psychologii określa się go wówczas mianem eustresu, który mobilizuje zasoby organizmu, poprawia koncentrację, zwiększa gotowość do działania i wspiera rozwój. Można go porównać do treningu pilatesu: gdy ćwiczymy z umiarem i pełną świadomością, uczymy nasze ciało kontroli i elastyczności. Podobnie umiarkowany stres ćwiczy nasz układ nerwowy i adaptacyjne mechanizmy psychiczne. Jednak gdy stres jest zbyt intensywny lub długotrwały, staje się dystresem – niekorzystnym obciążeniem, które zamiast wzmacniać, zaczyna prowadzić do przeciążenia organizmu, podobnie jak przetrenowanie może wywołać kontuzję. Wówczas reakcja stresowa przestaje służyć adaptacji, a zaczyna działać destrukcyjnie i przekracza zdolność dziecka do samodzielnego radzenia sobie z problemem. W przypadku dzieci źródłem stresu są często zadania rozwojowe, takie jak przejście z przedszkola do szkoły, nauka funkcjonowania w grupie czy dostosowanie się do oczekiwań społecznych. Źródłem stresu mogą być również wydarzenia życiowe, np. separacja rodziców oraz ciągła presja związana z obowiązkami szkolnymi czy oczekiwaniami najbliższych.
Rodzice nie zawsze dostrzegają, kiedy ich dziecko jest przeciążone psychicznie, ponieważ stres u dzieci często manifestuje się w postaci objawów somatycznych. Regularne skargi dziecka na bóle brzucha, głowy, nudności, wymioty czy zaburzenia snu powinny zaalarmować opiekuna. Badania wskazują, że dziewczynki zwykle reagują wycofaniem, a chłopcy impulsywnością.
Dziecięcy stres
Niestety stres emocjonalny dziecka nie kończy się tylko na poziomie głowy. Coraz więcej badań wskazuje, że jego skutki sięgają głębiej – aż do jelit.
Podczas stresu mózg aktywuje reakcję „walki lub ucieczki”, uwalniając adrenalinę i kortyzol. Choć początkowo w stresie działanie kortyzolu jest pomocne, jednak długotrwałe może negatywnie wpływać na sen, apetyt, a nawet prowadzić do otyłości i zaburzeń nastroju. Kortyzol wpływa negatywnie na jelita i układ odpornościowy, sprawia, że dzieci mogą „odchorować” długo trwające napięcie emocjonalne. Dystres zaburza też funkcjonowanie układu pokarmowego, w tym jego niezwykłych mikromieszkańców, czyli mikrobiotę jelitową. To fascynujące połączenie układu nerwowego z jelitami nazywamy osią jelitowo-mózgową. Jelita i mózg prowadzą ze sobą cichy, subtelny dialog – gdy jedno z nich milknie lub mówi zbyt głośno, drugie przestaje się orientować w emocjach. Zadbane jelita są jak matczyna intuicja – czują, zanim zdążymy pomyśleć. Zaburzenia równowagi mikrobioty (dysbioza jelitowa), spowodowane m.in. niezdrową dietą, przewlekłym stresem czy antybiotykoterapią, mogą wpływać na obniżenie produkcji istotnych neuroprzekaźników. Bakterie jelitowe są zaangażowane w rozwój mózgu i przez całe życie wpływają na zdolność koncentracji, odczuwania, nastrój i podatność na stres. Badania wskazują, że mikrobiota jelitowa wpływa na produkcję serotoniny w jelitach, która wykorzystywana miejscowo uspokaja jelita. Wiemy też, że niektóre bakterie z rodzaju Lactobacillus i Bifidobacterium wytwarzają kwas gamma-aminomasłowy, który działa uspokajająco na układ nerwowy. Dlatego też zubożała mikrobiota jelitowa może wpływać na odczuwanie lęku i stresu u dzieci oraz zdolność koncentracji.
Mikrobiota jelitowa jest jak przydomowy ogródek – pielęgnowany z czułością, różnorodny, tętniący życiem. Różnorodna dieta, troska o emocje i spokój działają jak podlewanie i nawożenie – pozwalają rozkwitać nie tylko zdrowiu, ale też emocjonalnej odporności dziecka. Rośliny strączkowe, orzechy i produkty pełnoziarniste dostarczają błonnika i polifenoli, odżywiając korzystne drobnoustroje.
Obiecującym kierunkiem we wspieraniu odporności psychicznej dzieci są psychobiotyki, czyli specyficzne szczepy bakterii probiotycznych, które oddziałują na oś jelitowo-mózgową i wykazują działanie przeciwlękowe oraz przeciwdepresyjne. Psychobiotyki można porównać do osobistych trenerów psychicznej odporności – udowodniono, że łagodzą objawy zmęczenia psychicznego, poprawiają nastrój, zwiększają odporność organizmu na stres czy wpływają korzystnie na jakość snu. Suplementacja psychobiotyków, jako uzupełnienie zbilansowanej diety, może stanowić element wspierający dzieci w trudnych momentach życia szkolnego i emocjonalnego, a rodzice mogą zaobserwować pozytywne zmiany w zdrowiu trawiennym, a także w mniejszej podatności na stres i stabilności emocjonalnej swoich pociech.
POMÓŻ DZIECKU BUDOWAĆ ODPORNOŚĆ NA STRES
Zadbajcie o wspólną aktywność fizyczną. Regularna aktywność fizyczna pomaga obniżać poziom kortyzolu i uwalnia endorfiny. Wspólny spacer czy jazda na rowerze poprawiają nastrój, wspierają też sen, apetyt i odporność. Co ciekawe, umiarkowany ruch korzystnie wpływa również na mikrobiotę jelitową.
Zaopiekuj emocje. Dziecko potrzebuje przestrzeni, by wyrażać uczucia, także te trudne. Staraj się słuchać bez oceniania. Pokaż, że jesteś obok – niezależnie od tego, co się dzieje. Pomocnym narzędziem może być wspólne stworzenie „pudełka emocji”:
przygotujcie razem pudełko i ozdóbcie je według pomysłu dziecka,
wrzucajcie do środka rysunki, karteczki z emocjami i małą przytulankę, która przyniesie ukojenie.
podczas tworzenia pudełka rozmawiajcie o emocjach: „Co cię ostatnio ucieszyło?”, „Co robisz, gdy się złościsz?”,
sięgajcie po pudełko w trudniejszych momentach i nazywajcie emocje oraz uczucia z nimi związane.
Pielęgnuj przyjazne bakterie w jelitowym ogrodzie. Opowiedz dziecku o niezwykłym ogrodzie, który znajduje się w jego brzuszku – mikrobiocie jelitowej. Wyjaśnij, że bakterie jelitowe są jak maleńkie nasionka. Tak jak rośliny w ogrodzie potrzebują podlewania i nawożenia, tak i one wymagają troski oraz odpowiedniego pożywienia.
Wytłumacz, że ich ulubionym pokarmem jest błonnik – ukryty w orzechach, warzywach i owocach. Zachęć dziecko do wspólnego przygotowania sałatki prebiotycznej, która nie tylko będzie pyszna, ale też sprawi radość jego jelitowym przyjaciołom. Dzięki temu dziecko zrozumie, że codziennie dba nie tylko o własne zdrowie, ale również o miliardy malutkich mieszkańców swojego brzuszka.
Wytłumacz, że czasami, na przykład podczas leczenia antybiotykami lub w wyniku silnego stresu, te pożyteczne bakterie mogą słabnąć. W takich chwilach warto sięgnąć po probiotyki, czyli żywe „superbakterie”, które pomagają odbudować równowagę w mikroskopijnym miasteczku jelit oraz wspierają odporność, zarówno immunologiczną, jak i psychiczną.
Czytaj więcej
Coraz częściej dzwoniąc do firmy czy urzędu, kontaktujemy się z botem, który odpowiada na nasze pytania, informuje, wyjaśnia itp. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, z kim rozmawiamy, kto lub co jest po drugiej stronie telefonu czy skrzynki e-mailowej. Czy relacje z AI zastąpią nam te z ludźmi? Jakie wiążą się z tym zagrożenia?
Czytaj więcej
Rodzice coraz więcej czasu spędzają z telefonem w ręku, także w obecności dzieci. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Dafny Lemish na placach zabaw w 2015 r. 59% rodziców korzystało z telefonów w czasie opieki nad dzieckiem. Natomiast w 2018 r. odsetek ten wynosił już 79%, co więcej – przez jedną trzecią czasu spędzanego z dzieckiem na placu zabaw rodzice mieli wzrok utkwiony w ekranie swego telefonu.
Czytaj więcej
Potrzebujemy nowego spojrzenia na otaczający nas świat. Przed nami wyzwania ekologiczne i społeczne, jakich dotąd nie znaliśmy. Musimy się z nimi zmierzyć. Problem w tym, że ewolucyjnie nie jesteśmy „zaprogramowani” na zajmowanie się problemami wykraczającymi poza horyzont czasowy naszych wnuków. Dlatego czeka nas praca nad zmianą własnej świadomości i rozpoznanie, w jakich stanach świadomości chcielibyśmy żyć i jak rozwijać solidarność z przyszłymi pokoleniami.
Czytaj więcej
Pamiętam doskonale tę sesję. Kaja po raz pierwszy przyszła do mnie tuż po nagłej śmierci swojego psa, Kimbo. „Wiem, że to może brzmieć dziwnie, ale mam nadzieję, że chociaż Pani mnie zrozumie” – zaczęła, z trudem powstrzymując łzy – „Ale ja naprawdę nie wiem, jak mam teraz żyć”.
Czytaj więcej
W życiu każdego z nas nierzadko towarzyszy nam niepewność. Dotyczy ona wyborów i decyzji, których dokonywać musimy codziennie. Chociaż w życiu dorosłym waga i odpowiedzialność wyborów wzrastają, to te kluczowe dla naszej przyszłości podejmujemy, będąc jeszcze młodymi ludźmi. Kim będziemy w przyszłości, na jaką uczelnię wyższą się wybierzemy lub priorytety życiowe i relacje między pracą a wypoczynkiem zależą tylko od nas. Pech chciał, że kiedyś łatwiej podejmowało się te kluczowe dla przyszłości decyzje, za to więcej pracy trzeba było włożyć, aby cel był dopięty. Dzisiaj mam wrażenie, że jest odwrotnie. Dużo ciężej podjąć nam decyzję, ale gdy już ją podejmiemy, warunki wręcz nas pchają, aby iść za ciosem i realizować swój plan.
Skrolując Tik-Toka czy inne media społecznościowe, nastolatki widzą wyłącznie ludzi sukcesu, często młodych. Garstkę wybrańców, którzy od zawsze wiedzieli, jaką drogą pójdą. Doskonałym przykładem jest Lamine Yamal – nastolatek, który dzień po swoich siedemnastych urodzinach otrzymał jakże zasłużony prezent, jakim był puchar Euro 2024. Albo przykład z naszego podwórka – raper Mata, świeżo upieczony absolwent warszawskiego liceum, który wydał album, który okazał się wielkim hitem – tak, że autor nie musi się troszczyć o przyszłość. Do tego dochodzą nasi kochani rodzice, którym zależy, abyśmy zostali kimś. Praca w supermarkecie, która jest potrzebna, to jednak nie jest miejsce wymarzone, w którym chcieliby nas widzieć za dwadzieścia lat. A my, nastolatki z trudem wybieramy przedmioty, jakie chcieliśmy rozszerzać na maturze. Nie wspominam już o ogromnym odsetku uczniów wybierających się na studia, nie mając pojęcia, kim chcieliby być i co można robić po kierunku, jaki wybrali. Tak jakby studia miały nam odpowiedzieć na to pytanie.
W internecie obecnie panuje kult sukcesu i produktywności. W odpowiedzi na to młodzież nakłada sama na siebie presję, by jak najszybciej wybrać ścieżkę kariery i często iść po trupach do celu, bo na końcu tej ścieżki czekają sukces, sława i pieniądze. Rodzice nierzadko dolewają oliwy do ognia, pchając nas w różne ścieżki, czy to sportowe, czy naukowe. Nie mam nic do oliwy ani rodziców, jednak trzeba wiedzieć, kiedy należy ją dolać. Bo w piecu, w którym wszystko płonie, a przynajmniej tak się nastolatkom wydaje, nie potrzeba więcej ognia. Czasami robi się aż za gorąco, warto wtedy cofnąć się trzy kroki, spokojnie popatrzyć na ogień i pomyśleć. Dodatkowo często słyszy się opowieści ku przestrodze o ludziach, którzy w wyniku jednego błędu stracili wszystko. Prawda jest taka, że na popełnianych błędach możemy się wiele nauczyć. Nie działa tu zasada: im więcej, tym lepiej, w żadnym wypadku. Po prostu młodzi ludzie za bardzo boją się popełniać błędy, choć w rzeczywistości nie ma się czego bać, bo wiele z nich da się naprawić, będąc młodym.
Zatem jak dorośli mogą pomóc nastolatkom w odkryciu, kim chcą zostać w przyszłości i lekko pokierować ich w tym kierunku? Więc przede wszystkim trzeba przyjąć odpowiednią narrację. Taką, która zaciekawi, a nie przerazi, ale też bez owijania w bawełnę. Młodym ludziom brakuje w tych czasach mentora – kogoś, kto mógłby być realnym wzorcem do naśladowania. Bo aktualnie jedynymi wzorcami są ci nieliczni, którym się „udało”.
Opowiedz swoją historie, ale nie z pozycji człowieka sukcesu. Nastolatki potrzebują usłyszeć, że czasami się błądzi, popełnia błędy i nie ma w tym nic strasznego. To naturalny proces, który musi przejść większość z nas. Zadawaj pytania i nie oceniaj odpowiedzi. Może to właśnie dzięki Twojemu pytaniu Twoja córka lub syn odpowie sobie na pytanie, kim chce zostać w przyszłości.
Czytaj więcej
Klaudia Przyłucka-Janasik: Skąd pomysł na taki tytuł książki Kim jesteś, kiedy nikt nie patrzy?
Michał Brzegowy: Na początku książka miała nosić tytuł W głąb siebie, ale w ostatnim momencie zdecydowałem się go zmienić na Kim jesteś, kiedy nikt nie patrzy. Myślę, że w jakiś sposób chciałem zaintrygować czytelników – tych, którzy sięgną po tę książkę, by spotkać się ze sobą właśnie w tych chwilach, kiedy nikt nie patrzy, kiedy można zdjąć wszystkie maski. Zależało mi na tym, żeby tytuł już na wstępie był zaproszeniem do konfrontacji z tą częścią siebie, która bywa wstydliwa, trudna, niewygodna. Dla tych, którzy są na tyle odważni i ciekawi, by wejść w obszary, które nie zawsze są przyjemne czy pozytywne, jak to bywa w wielu popularnych poradnikach. Ta książka zaprasza również do spotkania się z tym, co niełatwe.
Czy kiedy jesteśmy sami ze sobą, łatwiej jest nam dotrzeć do własnych emocji i potrzeb? Czy wręcz przeciwnie – zamykamy się raczej na te odczucia?
To zależy przede wszystkim od tego, jaki mamy kontakt ze swoimi emocjami i na ile jesteśmy ich świadomi. Dla niektórych momenty samotności są właśnie szansą, żeby spotkać się ze sobą i swoimi emocjami – smutkiem, złością, lękiem i zaopiekować się nimi. Ale są też osoby, które zrobią wszystko, żeby tego nie czuć. Uciekną w social media, w gry, w kompulsywne oglądanie seriali albo rzucą się w wir pracy i produktywności tylko po to, żeby uniknąć kontaktu z samym sobą. To, jak reagujemy, zależy też od tego, jak zostaliśmy nauczeni przeżywania emocji. Jeśli od dziecka uczono nas tłumienia uczuć, spychania ich na bok, to w chwilach samotności będziemy robić wszystko, żeby się z nimi nie spotkać. Czasem będą to uzależnienia, innym razem właśnie przesiadywanie w mediach społecznościowych, pracoholizm czy wymuszone spotkania towarzyskie nawet wtedy, gdy jesteśmy już zmęczeni. Wszystko po to, żeby nie czuć, co się w nas dzieje, gdy zostajemy sami.
Czy to wiąże się w jakiś sposób z pojęciem cienia psychologicznego, o którym wspomina Pan w swojej książce? Jak możemy rozpoznawać te części siebie, których się wstydzimy albo które w jakiś sposób wypieramy?
Cień to pojęcie wywodzące się z psychoanalizy, szczególnie spopularyzowane przez Carla Gustava Junga. Najprościej mówiąc, chodzi o te wszystkie aspekty nas samych, których nie akceptujemy, które uznajemy za niepożądane, niewygodne, czasem wręcz zagrażające naszej wizji siebie.
Żeby się z nimi nie konfrontować, uruchamiamy różne mechanizmy obronne – mniej lub bardziej świadome strategie, które mają nas chronić przed bólem, jaki mogłoby wywołać zetknięcie się z tym, co trudne. Robimy wiele, by nie czuć tego, czego nie chcemy czuć. Może to być tłumiona złość wobec osób, które przekraczają nasze granice. Może to być lęk, który ujawnia się np. przez prokrastynację, czyli odkładanie spraw na później. Albo wstyd za coś, co zrobiliśmy, albo za to, że nie jesteśmy tacy, jacy „powinniśmy” być, bo jesteśmy zaprogramowani na dążenie do jakiegoś ideału. Wtedy możemy próbować udowadniać – sobie i innym – że jesteśmy silni, kompetentni, wyjątkowi. A to, co się tak naprawdę dzieje, to ucieczka od konfrontacji ze swoją słabością. I właśnie to jest przejaw działania cienia – nieakceptowana część mnie zaczyna kierować moimi zachowaniami.
Czy kiedy jesteśmy sami ze sobą, łatwiej nam dotrzeć do tych automatycznych myśli, które się pojawiają – takich, przez które obwiniamy siebie za wszystko – niż wtedy, gdy jesteśmy z bliskimi czy w wirze codziennych obowiązków?
Znów odpowiem: to zależy. Zależy od tego, z kim rozmawiamy i na czym polega ta rozmowa. Na przykład w rozmowie z psychologiem albo z bliską osobą, która daje nam przestrzeń i otwartość na dzielenie się emocjami i myślami, może być łatwiej niż w samotności. Ale jeśli jesteśmy w sytuacji, w której trzeba skupić się na zadaniach, to wtedy nie ma miejsca na refleksję, bo jesteśmy „zadaniowi”, nie emocjonalni. W takich momentach samotność może nam pomóc, pozwala się zatrzymać, zadać sobie pytanie: „Co ja właściwie czułem? Co myślałem?”. I dać sobie czas na przeanalizowanie tego, co się wydarzyło. Samotność może być więc przestrzenią do autorefleksji i uporządkowania myśli.
Ale z drugiej strony czasem dużo łatwiej jest dotrzeć do tych automatycznych, często krytycznych myśli z pomocą drugiej osoby – zwłaszcza jeśli to ktoś, kto potrafi słuchać, nie ocenia, tylko daje nam uwagę i zrozumienie. Taką osobą najczęściej jest terapeuta, ale niekoniecznie – może to być także bliski przyjaciel, ktoś, kto ma gotowość do rozmowy o uczuciach. W codziennym życiu jednak rzadko mamy przestrzeń na takie rozmowy. Dlatego bywa, że dopiero kiedy wracamy do domu i zostajemy sami, możemy usiąść, pomyśleć i poskładać sobie wszystko w głowie.
W jaki sposób możemy radzić sobie z tymi „niechcianymi” częściami siebie? Jak je oswajać?
Zanim coś oswoimy, musimy najpierw wiedzieć, co chcemy oswajać. To znaczy potrzebujemy wglądu w siebie: w swoje myśli, uczucia, potrzeby. W nurcie poznawczo-behawioralnym, w którym pracuję, jednym z podstawowych narzędzi, jakie stosujemy, jest dzienniczek myśli i emocji. Może mieć różne nazwy – dzienniczek uczuć, dziennik ABC, ale zasada jego działania jest podobna.
Polega on na tym, że zapisujemy konkretne sytuacje, w których poczuliśmy się gorzej. Pierwsza kolumna to opis tej sytuacji, np. „obudziłem się rano”. Druga kolumna dotyczy emocji – co czułem w tamtym momencie. Jeśli ktoś ma trudność z nazwaniem emocji, pomagamy mu, np. używając tzw. koła emocji. Dzięki temu może określić, że np. czuł smutek, niepokój, rozdrażnienie.
Trzecia kolumna to myśli, które pojawiły się w tej sytuacji, i tu kluczowe jest nauczenie się odróżniania myśli od emocji. Bo w naszym podejściu to właśnie nie sama sytuacja wywołuje złe samopoczucie, lecz jej interpretacja. Czyli automatyczne myśli, które się pojawiają. Kiedy człowiek zaczyna je zauważać i rozumieć, może zobaczyć, jak bardzo jego nastrój zależy od sposobu, w jaki postrzega daną sytuację. I dopiero wtedy przechodzimy do czwartej kolumny, czyli do tzw. zdrowej myśli, inaczej: reinterpretacji. Przykład: ktoś budzi się rano i czuje niepokój oraz smutek. Towarzyszy temu myśl: „Ten dzień będzie beznadziejny”. Ale czy mamy na to jakiekolwiek dowody? Nie. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości. Może po prostu źle spałem, miałem koszmar albo się nie wyspałem – to też wpływa na nastrój. I teraz – zamiast trzymać się tej automatycznej myśli – można zapisać zdrową interpretację: „Nie wiem jeszcze, jaki będzie ten dzień. Może będzie trudny, ale mogę spróbować zrobić coś, co mi sprawi przyjemność. To ja decyduję, jak go przeżyję”. I kiedy zaczynamy pracować z takimi myślami w oparciu o fakty, uczymy się lepiej rozumieć siebie, akceptować swoje emocje, a przede wszystkim odzyskiwać wpływ na to, jak się czujemy.
Czy przekonania, które mamy nie tylko na swój temat, ale także o innych ludziach i świecie, mogą przyczyniać się do tego, że coraz bardziej izolujemy się od innych?
Zdecydowanie tak. Tego typu przekonania to inaczej schematy, głęboko zakorzenione prawdy, które tworzymy na temat siebie, świata i innych ludzi. Kluczowe, czyli rdzenne przekonania, powstają najczęściej we wczesnym dzieciństwie, w oparciu o relację z najbliższymi opiekunami. Co ważne, zazwyczaj są one nieuświadomione. Jeśli ktoś uważa, że świat jest niebezpiecznym miejscem, to niekoniecznie wie, skąd wzięło się to przekonanie. A ono przecież nie pojawiło się znikąd, zostało ukształtowane przez konkretne doświadczenia, nagrody, kary, sygnały emocjonalne ze strony otoczenia.
I teraz: jeśli głęboko wierzę, że świat jest niebezpieczny, to naturalnie trudniej będzie mi zaufać innym. Będę podejrzliwy, bardziej negatywnie nastawiony do ludzi, zwłaszcza obcych. Oczywiście nie chodzi o to, by być naiwnym i ufać wszystkim, ale o to, by mieć zdrowy dystans zamiast patrzeć na świat zero-jedynkowo.
Problem pojawia się wtedy, gdy przekonania są sztywne i skrajne. Przykłady? „Wszystkie kobiety ranią”, „Mężczyznom nie można ufać”, „Jestem beznadziejny”, „Cokolwiek zrobię, robię źle”. Takie przekonania potrafią generować ogromne cierpienie, prowadzą do lęku, depresji, a w skrajnych przypadkach mogą stać się podstawą do rozwoju zaburzeń osobowości, jeśli utrzymują się przez lata i nie podlegają refleksji ani zmianie.
Czym różni się samotność od osamotnienia?
To dwa pojęcia, które często bywają używane zamiennie, ale z psychologicznego punktu widzenia znacząco się różnią. Samotność sama w sobie nie jest czymś negatywnym, to stan bycia samemu, który może być zarówno pozytywny, jak i negatywny, w zależności od tego, jak go przeżywamy. Samotność może być wyborem, przestrzenią do regeneracji, wyciszenia, twórczości. Możemy na przykład pójść sami do kina, w góry czy na spacer i cieszyć się z tej obecności samych ze sobą. Mamy wtedy świadomość, że jeśli tylko zechcemy, potrafimy nawiązać kontakt z innymi – ta samotność nie wiąże się z lękiem ani poczuciem odrzucenia.
Natomiast osamotnienie to stan przewlekły, bolesny. To wtedy, gdy bycie samemu nie jest wyborem, lecz źródłem cierpienia. Czujemy się odizolowani, niewidzialni, a nasze myśli o sobie i innych stają się negatywne. Osamotnienie często wiąże się z poczuciem braku bliskości i bezradnością. Nie wiemy, jak wyjść z tej sytuacji, jak do kogoś się zbliżyć. To właśnie wtedy samotność staje się obciążeniem emocjonalnym i zaczyna wpływać na nasz dobrostan.
Czyli samotność wcale nie musi być czymś złym, może wręcz pomóc nam lepiej poznać siebie, o ile, oczywiście, mamy do niej zdrowe podejście?
Zdecydowanie tak. Gdyby nie to, że lubię być sam, przynajmniej przez część czasu, to ta książka, o której dziś rozmawiamy, prawdopodobnie w ogóle by nie powstała. Napisałem ją właśnie w chwilach samotności, kiedy miałem przestrzeń, żeby się wyciszyć, zatrzymać i naprawdę zastanowić, co chcę powiedzieć, co jest dla mnie ważne. Gdybym nie cenił tych momentów sam ze sobą, pewnie szybko bym to porzucił, uznał, że to nie dla mnie, że źle się czuję, że nie dam rady. A właśnie ta dobra, świadoma samotność stała się warunkiem do stworzenia czegoś wartościowego i autentycznego.
W swojej książce pisze Pan o paradoksie, który bardzo do mnie przemawia – żyjemy w czasach, które oferują nam niemal nieograniczone możliwości komunikacji, a jednak wiele osób czuje się bardziej osamotnionych niż samotnych. Co możemy zrobić, by budować bardziej autentyczne relacje i sprawić, by na co dzień było między ludźmi więcej empatii?
To ważne pytanie. Tyle że, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, świata jako całości nie zmienimy. Nie mamy wpływu na to, jak funkcjonuje cała rzeczywistość, w której żyjemy. Ale mamy wpływ na swój własny świat, na to, jak my sami funkcjonujemy i jak reagujemy na innych ludzi. Nie zmusimy nikogo do większej empatii, do otwartości czy wrażliwości. Ale możemy wyznaczać granice, mówić o swoich potrzebach i decydować, z kim chcemy budować relację, a z kim nie.
A jeśli pytamy, co możemy konkretnie zrobić, to przede wszystkim warto dawać innym to, co sami chcielibyśmy otrzymać. Oczywiście, dobrze jest nie przywiązywać się zbyt mocno do oczekiwania, że zawsze dostaniemy w zamian to samo. Ale jeśli widzimy, że relacja jest bardzo jednostronna, że dajemy i dajemy, a w zamian nie dostajemy nic, mamy prawo się wycofać. I to nie z żalu czy złości, tylko z troski o siebie. Na świecie jest naprawdę wiele osób, które będą chciały dać nam tyle samo, ile my dajemy im – tylko musimy się na te relacje otworzyć.
Jak możemy wspierać te najprawdziwsze części siebie, bez masek, właśnie wtedy, gdy nikt nie patrzy?
Nazywam to praktyką samowspółczucia i autoempatii. Wszyscy wiemy, czym jest empatia czy współczucie, prawda? Ale kiedy pytam pacjentów: „A jak tam u was z autoempatią?”, robią wielkie oczy i mówią, że nigdy czegoś takiego nie praktykowali. A to jest właśnie klucz. Zachęcam do tego, żeby nauczyć się być dla siebie tak samo dobrym i wyrozumiałym, jak jesteśmy dla swoich przyjaciół, bliskich, dzieci. Bo w codziennym biegu bardzo często zapominamy o sobie, o tym, by rozmawiać ze sobą z troską, czułością. Pocieszanie innych mamy często opanowane do perfekcji, ale wobec siebie jesteśmy niezwykle surowi.
Dlatego proponuję, żeby chociaż raz dziennie znaleźć chwilę, usiąść z zeszytem i pobyć przez moment ze sobą. Zauważyć, jakie myśli się pojawiają, zwłaszcza te negatywne, które obniżają nastrój, i spróbować zamienić je na coś bardziej życzliwego. Jak to zrobić? Najprościej zadać sobie pytanie: „Co powiedziałbym przyjacielowi, gdyby powiedział to samo, co ja teraz o sobie myślę?”. Jeśli mój przyjaciel powiedziałby: „Jestem beznadziejny, bo nie udało mi się zrealizować tego projektu”, to nie powiedziałbym mu przecież: „No tak, jesteś beznadziejny”. Tylko: „Ej, nie bądź dla siebie taki surowy, każdemu zdarzają się trudniejsze momenty. Nie możesz zapominać o wszystkich rzeczach, które już ci się udały”.
I dokładnie taką myśl warto zaadresować do samego siebie. Ćwiczyć to codziennie. Na początku może się wydawać dziwne, nienaturalne, ale z czasem to, co kiedyś wydawało się sztuczne, stanie się bliskie i prawdziwe. A to, co wcześniej było naturalne, czyli ciągłe krytykowanie siebie zacznie tracić moc.
Czytaj więcej
Być może znasz ten moment, gdy ktoś, kto przez lata był jedną z najważniejszych osób w Twoim życiu, nagle znika. Czasem to milknące wiadomości, coraz rzadsze spotkania, aż wreszcie cisza. Innym razem to gwałtowne zakończenie – bolesna kłótnia, zawód, utrata zaufania. Niezależnie od scenariusza, doświadczenie to bywa trudne do uniesienia. Zwłaszcza gdy dotyczy przyjaciela lub przyjaciółki – osoby, z którą dzieliłaś codzienność, przełomowe momenty, lata wzajemnego towarzyszenia.
Czytaj więcej