Jak podnieść się po trudnym rozstaniu? I jaką opiekę zapewnić dzieciom? Statystyki pokazują, że liczba rozwodów w Unii Europejskiej podwoiła się w ciągu ostatnich 50 lat. W Polsce w 2024 r. udzielono 136 tys. ślubów i orzeczono 57 tys. rozwodów. W związku małżeńskim spędzamy średnio 14 lat.
Czytaj więcej
Wiele osób zadaje sobie pytanie: „Czy związek powinien trwać do końca życia? Czy rozwód to dowód porażki, czy może świadectwo odwagi i odpowiedzialności? A może niektóre relacje trzeba zakończyć…, by mogły rozpocząć się od nowa?”. W artykule postaram się znaleźć odpowiedzi, a wspólnym mianownikiem będzie ulubione powiedzenie psychologów: „To zależy”.
Czytaj więcej
Przychodzi na świat w 1901 r. jako Aleksander Weissberg. Wychowuje się w Austrii. W powojennych dokumentach podróżnych widnieje nazwisko: Cybulski. Obywatelstwo: polskie. Zawód: inżynier, który teraz zarabia na życie handlem na dużą skalę. Przemieszcza się między Polską, Szwecją, Węgrami. Z pozorną łatwością przekracza wszystkie granice XX w. – fizyczne, polityczne i te, które nie mieszczą się w głowie. Portretuje go Irena Grudzińska Gross w brawurowej biografii Wielka karuzela. Życie Aleksandra Weissberga-Cybulskiego.
Weissberg-Cybulski to Żyd z Krakowa, Austriak z Wiednia, komunista z Charkowa. Więzień z Moskwy, przemytnik z Bochni, Polak z paszportu, Francuz z ostatniego adresu. Nie wiadomo, w którym z tych wcieleń czuł się sobą. I czy w ogóle kiedykolwiek mógł tak się czuć.
Jego biografia jest jak powieść sensacyjna, ale bez jednej cechy charakterystycznej dla tego gatunku: bohater nie triumfuje. Przeżywa – to wszystko. Trafia do Związku Radzieckiego jako idealista. Wierzy, że fizyka i socjalizm zbudują świat lepszy niż ten, który widział w Europie po I wojnie światowej. Ale świat, który spotyka, jest światem oszustwa, głodu i paranoi. Zostaje aresztowany chwilę po swojej żonie, Evie. Sowieci łamią go, ale nie do końca. A potem Stalin oddaje go w prezencie Hitlerowi.
Tu zaczyna się rozdział, którego sam nigdy nie opisał i nie opowiedział: pobyt w okupowanej Polsce. Praca w getcie. Ucieczki i pomoc w ucieczkach. Łapówki. Przerzuty. Milczenie. Przeżycie.
Gdy po wojnie wydaje Wielką czystkę, książkę o stalinowskich więzieniach, którą w tajemnicy przed rodzicami czytała studentka Irena Grudzińska, pisze jak chirurg: precyzyjnie, bez ozdób. Styl przypomina protokół przesłuchania. Brakuje mu jednego – emocji. Może nie zostało ich już wiele.
Nie wiadomo, kim był naprawdę. Czy kochał komunizm, czy tylko się na nim wychował. Czy był bohaterem, czy kombinatorem. Czy był lojalny, czy kierował się wyłącznie instynktem. Ale jedno wiadomo na pewno: był człowiekiem w stanie ciągłej adaptacji. Bez możliwości zatrzymania się, nawet na chwilę.
Z punktu widzenia psychologii to przypadek skrajny. Osobowość uformowana w cieniu wykluczenia, głodu, więzienia, wojny, zdrady. Przetrwanie staje się funkcją tożsamości – człowiek nie wie, kim jest, dopóki nie musi się uratować.
Mówimy dziś dużo o rezyliencji. O odporności psychicznej. O tym, jak ją budować. Bohater biografii Ireny Grudzińskiej Gross był odporny – do bólu. Ale za jaką cenę?
Nie opowiedział całej swojej historii. Może dlatego, że nikt nie chciał słuchać. Może dlatego, że sam nie umiał jej zrozumieć. Bo jak wytłumaczyć, że w jednym życiu można być bohaterem i podejrzanym, ofiarą i graczem, Żydem i obywatelem kilku państw? Czy był człowiekiem złamanym? Czy wręcz przeciwnie: zbudowanym na nowo, z najtwardszych materiałów? Być może sam nie wiedział.
Czytaj więcej
Artykuł autorstwa Susan Krauss Whitbourne prezentuje nowatorskie spojrzenie na terapię przygodową (ang. adventure therapy – AT) jako skuteczną metodę wsparcia psychicznego, nie tylko dla młodzieży, ale również dla dorosłych z zaburzeniami lękowymi
Główne wnioski
Krótka, lecz efektywna interwencja
Metaanaliza obejmująca ponad 2000 uczestników wskazuje, że nawet krótkie formy AT (np. dwugodzinna aktywność na świeżym powietrzu) mogą przynieść znaczącą ulgę w objawach lęku u ok. 90% osób z zaburzeniami lękowymi.
Mechanizmy działania terapii przygodowej
Aktywność fizyczna na świeżym powietrzu mobilizuje ciało i umysł, co może zwiększać poczucie sprawczości i motywację do zmian.
Współuczestnictwo i wspólne wyzwania budują więzi społeczne i poczucie przynależności, co dodatkowo wspiera proces terapeutyczny.
Brak negatywnych skutków ubocznych
Żadne z analizowanych badań nie zgłaszało wpływów niekorzystnych, nawet w grupach osób dorosłych o średniej wieku ok. 43 lata.
Dlaczego warto spróbować?
Artykuł podkreśla, że aktywności w przyrodzie – od lekkiego spaceru do bardziej fizycznych form, takich jak pływanie kajakiem czy wspinaczka – mogą być wartościowym uzupełnieniem tradycyjnej terapii. Warto również skorzystać z momentów, które pozwalają się poruszać i połączyć z naturą, nawet podczas przerwy w pracy czy krótkiego spaceru w parku.
Terapia przygodowa okazuje się skuteczną interwencją również dla dorosłych z lękami, oferując realne korzyści już po krótkiej aktywności. Aktywność fizyczna, wspólne wyzwania i kontakt z naturą mogą wspierać zdrowie psychiczne na wielu płaszczyznach – od zmniejszenia lęku, przez wzrost poczucia kompetencji, po budowanie relacji i motywację do dalszej pracy nad sobą.
Źródło: McLain J.R., Russo G.M., Brown C.L., McKenzie S., Crowson H.M., Ocena skuteczności terapii przygodowej w zaburzeniach lękowych: metaanaliza, „Journal of Counseling Development” 103(3)/2025, https://doi.org/10.1002/jcad.12563.
Czytaj więcej
Leżenie
Sen, odłączenie, pauza, intymny stan, w którym nieruchomi, nieświadomi i całkowicie bezbronni powierzamy nasze bezpieczeństwo innym. Śniąc, regenerujemy siły, niczego aktywnie nie wytwarzamy ani nie konsumujemy, dlatego w książce 24/7. Późny kapitalizm i celowość snu Jonathan Crary stwierdza, że sen to anomalia we współczesnym świecie nastawionym na działanie i rozbudzanie pragnień, a także radykalna przerwa w kradzieży naszego czasu dokonywanej przez kapitalizm. „[W] globalnym paradygmacie neoliberalnym śpią tylko niedojdy”, w rzeczywistości, którą Crary nazywa czasem 24/7, należy być wciąż czymś zajętym, pracować nad sobą i pożądać nowych rzeczy. Wypełnia ją iluzja sprawczości i nieograniczonego wyboru, skrywająca fakt, że ludzkie życie ma być dopasowane do działań i potrzeb rynku. Oczywiście sen także można sprzedawać – nie żadne bezwartościowe rojenia czy przewracanie się z boku na bok w wymiętej pościeli, ale sen jakościowy, który pozwoli nam z większą efektywnością uczestniczyć w produkcji i konsumpcji dóbr na jawie. Czytając książkę Crary’ego, zastanawiałam się nad tym, jak zmieniają się nasze relacje ze snem w ciągu życia, bo przecież na różnych jego etapach śpimy i śnimy inaczej. W moim wypadku wstawanie z łóżka zawsze jest bolesne, a noce wypełniają zazwyczaj wielopiętrowe sny. Na tę intensywność ktoś pewnie mógłby przepisać mi jakąś pigułkę, być może specjaliści od dobrego snu pochwaliliby moje niegdysiejsze upodobanie do drzemek w ciągu dnia (byle nie za długich), ale ta umiejętność szybkiej regeneracji przepadła na dobre wraz z chwilą, gdy zostałam matką. W książce Crary’ego zabrakło uwagi, że niemowlak w zestawie ze smartfonem to wielka nadzieja dla kapitalizmu – gdy miesiącami budzisz się co dwie godziny na nocne karmienia, przeglądasz internet, odpisujesz na zaległe wiadomości i kupujesz rzeczy, których nie kupiłabyś za dnia. Niewyspanie wcale nie sprawia, że gdy możesz, śpisz jak kamień, właściwie określenie „spać jak kamień” wypada z twojego słownika. Senne zwyczaje dziecka sprawiają, że rozważasz wydanie sporych pieniędzy na poradę specjalisty od snu: chciałabyś, aby kilkumiesięczne dziecko, dla którego nie istnieją pory dnia i nocy, zaczęło wreszcie sypiać jak dorosły. Śpimy tak, jak żyjemy – chaotycznie i zmiennie, można strawestować słowa Marlowa z Jądra ciemności.
Z dzieciństwa pamiętam zawiłe sny i lunatyczne przygody; raz mama zawróciła mnie z klatki schodowej, kiedy byłam w drodze do koleżanki z szóstego piętra. Pamiętam także uczucie zdziwienia, gdy dowiedziałam się, że kolega, którego spotkałam na wakacjach w Dolinie Białego, śpi do jedenastej i pod żadnym pozorem nie wolno go budzić, bo rośnie. Codziennie rano nasłuchiwałam pod drzwiami jego pokoju w górskim pensjonacie, w którym się zatrzymaliśmy. Wyczekana wspólna wycieczka nigdy się nie wydarzyła, kolega spał i rósł, a babcia, z którą tam z bratem przyjechaliśmy, nie chciała słyszeć o czekaniu do południa – na szlak wyrusza się przecież skoro świt. Spanie do południa, gdy czeka na nas wyprawa, przygoda i całe życie – co za wspaniała rebelia!
„Lata drugiej wojny i następne były dla mnie złym, ślepym czasem, o którym nawet gdybym chciał, nie umiałbym opowiedzieć” – mówi jeden z bohaterów książki Wyjechali W.G. Sebalda. Po przeczytaniu tego fragmentu pisarka Maggie Nelson przeprowadziła ankietę wśród kilkorga znajomych, „aby sprawdzić, po jakim czasie uznaliby, że »ślepy, zły czas« zmienia się w życie, które stało się po prostu zwykłym depresyjnym marnotrawstwem; zgodzili się, że byłoby to około siedmiu lat. Świadczy to o hojności moich przyjaciół – komentuje pisarka – wyobrażam sobie, że większość Amerykanów dałaby sobie mniej więcej rok, może dwa, zanim zmusiłaby się w jakiś sposób do tego, by stanąć na własnych nogach. Na przykład 21 września 2001 roku George Bush Junior powiedział swoim rodakom, że czas żałoby minął i już najwyższa pora na zdecydowane działanie”. Pozwolenie sobie na siedem lat złego samopoczucia i marazmu zadeklarowane przez przyjaciół Nelson to dużo w świecie, w którym z żałobą należy uporać się w ciągu roku. W Ameryce zawsze wszystko jest „w porządku”, w Polsce możesz czuć się „tak sobie” lub „marnie” i najprawdopodobniej zostanie to przyjęte ze zrozumieniem charakterystycznym dla naszej – naznaczonej melancholią i przez większość roku ponurej – szerokości geograficznej. Ale nawet tutaj smutek, bezradność, brak celu i bezowocne lata stanowią objawy choroby, którą należy leczyć. Tkwienie w smutku za długo oznacza, że nie radzimy sobie z życiem. Wspomniana w poprzednim rozdziale bohaterka Mojego roku relaksu i odpoczynku Ottessy Moshfegh wierzy, że jeśli będzie nieświadoma wystarczająco długo, to prześpi swój smutek. „Nie chce odczuwać żalu związanego z osieroceniem w wieku dwudziestu lat, więc próbuje przespać to uczucie. Teoretyzuje, że jeśli spędzi wystarczająco dużo czasu, śpiąc, jej komórki zregenerują się tyle razy, ile potrzeba, by zapomniały o przechowywanej w nich pamięci traumy. Jeśli żałoba jest chorobą, sen jest lekarstwem” – wyjaśnia pisarka na łamach „The Guardian”. Mgnienie, gdy przez kilka krótkich sekund tuż po przebudzeniu, wciąż jedną nogą we śnie, nie wiemy, gdzie jesteśmy, i dopiero po chwili przypominamy sobie wszystko, co zajmowało nasze myśli, zanim sen nas od nich uwolnił – tego momentu, ale w wersji na stałe pragnie bohaterka powieści. Traktowanie żałoby jako choroby i snu jako lekarstwa na smutek to trafny opis współczesnego sposobu radzenia sobie z cierpieniem. Przepracowywanie żalu stało się dziś niemal formą samozatrudnienia, a bohaterka nie chce tej pracy wykonywać. Zdanie o żalu i samozatrudnieniu to koncept Juliana Barnesa, który w eseju poświęconym żałobie po śmierci żony pisze, że nie radzimy sobie z bezradnością i śmiercią – „z tą banalną, wyjątkową sprawą; nie potrafimy już wpisać jej w szerszy wzór”. „Utraciliśmy dawne metafory i musimy znaleźć nowe”, a zanim nam się to uda, możemy pogrążyć się w snach i w pamięci. I nawet lepiej w snach, bo pamięć bywa zawodna, a sny przynoszą ukojenie: „Wyobrażamy sobie, że z nim walczymy, wykazaliśmy się wytrwałością, pokonaliśmy smutek, oczyściliśmy duszę z rdzy, kiedy tak naprawdę żal przeniósł się w inne miejsce, zmienił obiekt zainteresowań. To nie my sprawiliśmy, że pojawiły się chmury, i nie my możemy sprawić, by się rozwiały”. Dlaczego cierpimy, dlaczego nasz smutek trwa latami i nie zna ukojenia? Widać tak być musi. „Gdyby to nie miało znaczenia, nie miałoby to znaczenia”.
„Jako najbardziej prywatny z doświadczanych przez nas stanów – taki, w którym jesteśmy całkiem bezbronni – sen jest w swoim trwaniu całkowicie zależny od społeczeństwa” – pisze Crary. Co jednak, gdy społeczeństwo zawodzi? Od początku XXI wieku na północy Europy kilkaset dzieci zapadło w letarg, który przypomina śmierć – zdane na opiekę swoich rodzin leżą bez ruchu, nic nie mówią i nie reagują na ból. Stan, w którym się znajdują, nazwano uppgivenhetssyndrom, co tłumaczy się jako syndrom rezygnacji. Dotyka on dzieci uchodźców, którzy bezskutecznie starają się o azyl w Szwecji. Dzieci popadają w przygnębienie, stają się apatyczne, aż pewnego dnia milkną, kładą się na łóżku i nie wstają z niego przez wiele miesięcy, a nawet przez lata. Milczenie i apatia mogą być strategią obronną, wyrazem oporu wobec opresyjnej władzy, choć uważa się, że w wypadku dzieci to raczej oznaki całkowitej bezradności. Szwedzcy psychiatrzy opiekujący się apatycznymi pacjentami mówią, że ich letarg przypomina dobrowolne umieranie, jest całkowitym oddaniem kontroli, rezygnacją w reakcji na prześladowania, które spotkały ich w rodzinnych krajach, oraz groźbę, że będą musiały do tych krajów wrócić. Dzieci tracą kontakt ze światem zazwyczaj po tym, gdy okazuje się, że rodzinie grozi deportacja, wcześniej zdążyły zaaklimatyzować się w nowym kraju, chodziły do szkoły, często jako jedyne w rodzinie mówiły po szwedzku i występowały w roli tłumaczy, kiedy trzeba było skontaktować się z urzędnikami. Do tej pory wszystkie po jakimś czasie otwierały oczy i powracały do życia, ale przeważa opinia, że większą szansę na przebudzenie mają te z nich, których rodziny uzyskają prawo pobytu w Szwecji – gwarancja bezpieczeństwa ma być lekarstwem na syndrom rezygnacji. Uppgivenhetssyndrom wciąż rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. Czemu pojawia się on przede wszystkim w Szwecji, skoro w innych krajach dzieci również doświadczają strachu i tracą grunt pod nogami? Czy to radykalna reakcja obronna, forma wyłączenia się mózgu w obliczu zagrożenia i rozpaczy, czy raczej całkowite poddanie się i rozłożone na miesiące powolne samobójstwo? Co jest nie tak ze światem, w którym dzieci z przerażenia i bezsilności tracą ochotę do życia? A może, zgodnie z założeniem, że pewne przypadłości mają swoje miejsca i swój czas, syndrom rezygnacji to choroba naszych czasów? Nie ma chyba nikogo bardziej bezbronnego od dzieci, które leżą w łóżkach niczym nieumarłe śpiące królewny. Trudno powiedzieć, czy stan, w którym się znajdują, to sen, czy może śmierć przez zaniechanie. Na zdjęciach wyglądają, jakby głęboko spały, i gdyby nie doprowadzające pokarm rurki w ich nosach, można by się nie zorientować, że od dawna niczego nie powiedziały i nie otwierały oczu. „Podczas miesięcy spędzonych w łóżku Georgij czuł się jak w szklanym pudełku o kruchych ścianach, zanurzonym głęboko w oceanie. Bał się, że jeśli się odezwie lub poruszy, szkło się rozbije” – czytamy w reportażu Rachel Aviv poświęconym dzieciom cierpiącym na syndrom rezygnacji. Trudno słuchać opowieści o dobrowolnym zaniechaniu, gdy pozna się historię Georgija, uciekiniera z Rosji. Stwierdzenie „wolałabym nie” nagle przestaje być interesującą formułą o antysystemowym potencjale, umożliwiającą krytyczną rozmowę o współczesnej kulturze, i staje się niemocą zrealizowaną, wyrazem rezygnacji absolutnej. „Cała moja siła woli zniknęła” – mówi chłopiec. Historia tkwiących gdzieś pomiędzy jawą a snem, życiem a śmiercią dzieci przypomina okrutną baśń. Gdy w trakcie pisania natrafiam na informację, że Hans Christian Andersen nigdy nie spał spokojnie, w ogóle mnie to nie dziwi. Pisarz cierpiał na tafefobię – lęk przed pogrzebaniem żywcem. Autor Dzikich łabędzi i Królowej śniegu nad swoim łóżkiem zawsze umieszczał kartkę z napisem: „Ja tylko wyglądam jak umarły”. Zastygłe w pościeli dzieci tylko wyglądają,jakby spały.
„»Leżę w łóżku z grypą« – cóż takie zdanie może powiedzieć o tym wielkim doświadczeniu: świat zmienił kształt” – Virginia Woolf w pozycji horyzontalnej spędziła miesiące, a może nawet lata życia, można ją z powodzeniem nazwać ekspertką w kwestii leżenia. W 1926 roku T.S. Eliot zamówił u niej tekst o chorowaniu. Rozpoczynając go, Woolf zastanawiała się, czemu nie traktujemy choroby poważnie, dlaczego nie dostrzegamy jej niezwykłego potencjału, dlaczego choroba nie stała się tematem dla literatury i sztuki? Dwa lata przed tym, nim Woolf opublikowała swój esej, ukazała się powieść innego autora, której bohaterowie spędzają sporo czasu, leżąc. „W pierwszym starciu z Settembrinim Castorp mówi: »Sądzi się na ogół, że […] choroba musi czynić człowieka mądrym, subtelnym i niezwykłym«. Sądził tak, a w każdym razie podobne sądy przy różnych okazjach wypowiadał, Tomasz Mann” – pisze Małgorzata Łukasiewicz, podkreślając, że związki między chorobą a poznaniem i samopoznaniem należą do najważniejszych wątków powieści i całej twórczości autora Czarodziejskiej góry. Woolf podzielała przekonanie Manna o wyjątkowym statusie chorującego, którego nie dotyczą panujące „na nizinach” normy i reguły. W swoim teście upominała się o zmysłowy i brutalny język, który bez wstydu i pominięć oddałby bitwy toczone przez ciało. Sama jednak pomijała cierpienie związane z chorobą i skupiała się na możliwościach, które otwierają się przed nami, gdy nagłe osłabienie przykuwa nas do łóżka. W chorobie świat zmienia kształt, stajemy się wyrzutkami wyzwolonymi z więzów poprawności i zdrowego rozsądku, możemy mieć zachcianki, być lekkomyślni, nie musimy trzymać pionu – możemy się rozłożyć. „[W] zdrowiu musimy utrzymywać pozory i nieustannie się wysilać: aby się porozumiewać […]. W chorobie te pozory ustają. Natychmiast chcemy iść do łóżka, albo, zapadłszy się głęboko w poduchy fotela, opieramy nogi na jakimś podnóżku, przestajemy być żołnierzami armii wyprostowanych; dezerterujemy. Oni idą dalej na bitwę. My, wśród patyków, spływamy z nurtem rzeki; rozrzuceni po trawniku wraz z opadłymi liśćmi, nieodpowiedzialni i nieporuszeni, i być może po raz pierwszy od wielu lat zdolni do rozejrzenia się wokoło czy spojrzenia w górę – na przykład do spojrzenia w niebo”. Poddawanie się, porzucanie, rezygnacja mogą być wyzwalające. Choroba umożliwia niezawinione próżnowanie i pozwala bezkarnie patrzeć w sufit albo w niebo, a ktoś przecież musi patrzeć w niebo: „Nie można pozwolić, by tak gigantyczne kino grało na okrągło do pustej sali”. Nie jestem przekonana, czy niebo potrzebuje widzów, takie zdanie pobrzmiewa pychą, która wiąże się z przeświadczeniem, że ludzkie spojrzenie uprawomocnia i dowartościowuje świat. Mimo wszystko popatrzmy jeszcze przez chwilę „w górę”. W powieści Wojna i pokój Lwa Tołstoja jest fragment, w którym książę Andrzej Bołkoński leży ranny na polu bitwy i pierwszy raz od dawna spogląda w niebo: „Jak cicho, spokojnie, uroczyście, całkiem odmiennie, niż kiedym biegł […] – całkiem inaczej suną obłoki po tym wysokim, nieskończonym niebie. Jak mogłem nie widzieć przedtem tego wysokiego nieba? I jaki jestem szczęśliwy, żem je wreszcie poznał. Tak! Wszystko próżność, wszystko kłamstwo poza tym nieskończonym niebem. Nic nie ma, nic – poza nim. Ale i tego nawet nie ma, nie ma nic – poza ciszą i uspokojeniem. I chwała Bogu!…«”. Osłabienie ciała wymusza zmianę sposobu patrzenia, pozwala na uprawomocnioną dezercję. Zmagająca się z grypą pisarka i ranny Bołkoński leżą na wznak i unieruchomieni tracą świat z oczu, spojrzenie w górę objawia im niebo, nieskończoną pustkę pełną wydarzeń. Marek Bieńczyk pisał, że melancholia skłania do patrzenia; ale melancholijne spojrzenie błądzi na próżno, przenika rzeczy, pozostając na nie obojętnym. W wypadku melancholii „na próżno” wydaje się ważniejsze od „obojętnie”, w melancholijnym spojrzeniu zawsze wyczuwalne jest niespełnienie. „Pomiędzy mną a życiem jest cienkie szkło. Choćbym nie wiem jak wyraźnie widział i rozumiał życie, nie mogę go dotknąć” – opisywał to odczucie Fernando Pessoa, autor znanej definicji melancholii: „nic, które boli”. Zaniechanie często definiuje się poprzez brak – działania, ruchu, chęci, jeśli jednak miałabym wybrać jakąś aktywność bliską zaniechaniu, to byłoby nią właśnie patrzenie, gapienie się w sufit, w ścianę, w okno, w niebo, spoglądanie w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Zaniechanie odwraca się od świata lub przygląda mu się z boku bez żalu. Porzucając armię wyprostowanych, zyskujemy nową perspektywę, uziemieni, zrezygnowani, w bezruchu, leżymy na wznak i patrzymy wzwyż, w dal, ponad siebie. Ci, co leżą, widzą i wiedzą coś więcej. Leżenie przywraca nas naturze, leżąc, bardziej czujemy ziemię pod sobą. W końcu, jak pisała Ursula K. Le Guin w swojej parafrazie Księgi Drogi i Dobra Lao Tzu:
W tym, co bez imienia, bez kształtu,
nie buzuje żądza.
W niepożądaniu jest bezruch.
Wszystko na tym świecie jest – tak! – nieruchome.
W 1858 roku Gustave Flaubert donosił z Croisset w liście do Ernesta Feydeau: „Ledwie widuję światło dzienne […]. – Rzecz wstrętna zimową porą. Toteż nie potrafię już rozróżniać dni w tygodniu ani dnia od nocy. Żyję w sposób dziwaczny i dziki, który mi się bardzo podoba, bez żadnego wydarzenia, bez żadnego zmącenia ciszy. Jest to nicość obiektywna, kompletna”. Jedenaście lat później opublikował Szkołę uczuć, pierwszą powieść w całości poświęconą zaniechaniu. Jeszcze przed jej ukazaniem się zapewniał znajomych, że „[b]ędzie to książka o miłości i namiętności, jedynej, jaka teraz może istnieć, to znaczy niezdolnej do czynu”. W chwili wydania powieść nie wzbudziła entuzjazmu, czytelnikom nie podobały się nijakość i bierność bohaterów, nuda niespełnionego romansu i brak odautorskiego komentarza, który ujawniłby, że pisarz dystansuje się od swojego dzieła. Szkoła uczuć była niezrozumiała dla współczesnych Flauberta, bo wyprzedzała swoją epokę; nikt tu się nad niczym nie zastanawia i nie wyciąga żadnych wniosków z przeszłości, bohaterowie są powierzchowni i skupieni na sobie – twierdził tłumacz powieści Ryszard Engelking. Bohater książki, Fryderyk Moreau, żyje w tak zwanych ciekawych czasach, jest świadkiem rewolucji 1848 roku, na jego oczach Francja z monarchii staje się republiką. Tylko że to nieprawda – Fryderyk jest zawsze obok życia, na jego oczach nie dzieje się nic, w kluczowych z punktu widzenia historii zdarzeniach nie uczestniczy – albo jest akurat poza miastem, albo nie wychodzi z domu. Tym, co najbardziej bulwersowało pierwszych czytelników powieści, było jej zakończenie – po latach Fryderyk i jego przyjaciel Deslauriers podsumowując swe życie, dochodzą do wniosku, że je zmarnowali, i z nostalgią wspominają pewien zaniechany czyn. Julian Barnes widzi w tym fragmencie pochwałę wyobrażonej rozkoszy: „Ostatnie, ulubione wspomnienie to wizyta w burdelu w czasach, kiedy byli jeszcze uczniami. Zaplanowali wyprawę ze wszystkimi szczegółami, specjalnie ufryzowali włosy na tę okazję i nawet ukradli kwiaty dla dziewcząt. Ale kiedy weszli do burdelu, Fryderyk stracił zimną krew i uciekli. To był najlepszy dzień w ich życiu. Czyż najbardziej godną zaufania formą rozkoszy, sugeruje Flaubert, nie jest zatem rozkosz antycypowana? Czyż koniecznie trzeba wtargnąć na opustoszały strych spełnienia?” – nawet jeśli Flaubert nie do końca tak to zamierzył, to Barnes trąca tu właściwą strunę, bo żywiołem Szkoły uczuć jest potencjalność. Dewizą Fryderyka mogłoby być zdanie z wiersza Johna Burnside’a:
Nie doświadczyłem niczego ważniejszego
od tego, co się nie zdarzyło.
Przez większość czasu czuje on, że ma talent, ale jeszcze nie wie, do czego, rozpiera go duma z własnych przyszłych czynów i dokonań, roi o nadchodzących sukcesach („Wracał do pokoju; kładł się na kanapie i snuł bezładne myśli: o planach dzieł, o wzięciu się do pracy, o swojej przyszłości. Wreszcie, aby wyzwolić się od siebie, szedł na miasto”). Nieustannie, w najmniejszych detalach wyobraża sobie życie u boku ukochanej pani Arnoux („Wcale nie starał się jej zdobyć, był pewien, że każda próba spełzłaby na niczym”). Fryderykowi wystarczą antycypowane rozkosze, spełnia się w wyobrażaniu sobie zdarzeń i przeżyć. „Flaubertowski bohater nie działa, ale patrzy; nie wpływa na świat, lecz go jedynie percypuje; nie robi nic, tylko pragnie” – Michał Paweł Markowski nazywa powieść fabularnym traktatem o zjawach i znikaniu, w którym rzeczywistość nie istnieje, ale zjawia się w wyobraźni: „rytm percepcji Fryderyka wyznaczony jest przez zjawianie się (apparaissait) i znikanie (disparu), a dokładniej jeszcze – przez zastępowanie rzeczywistości (która znika) obfitymi obrazami rzeczy (które się pojawiają). Ten rytm także określa życie Flauberta i główne tematy jego twórczości”. W książce Ręka Flauberta Renata Lis notuje, że pisarz, nim zasiadł do pisania, najpierw tygodniami nie pisał. Wizualizował sobie każdy najmniejszy szczegół przyszłej książki. Pracując, „marzył i żył marzeniem”. „Zgłębiając wnętrze innych, zapominał o własnym, to pewno jedyny sposób, by nie cierpieć z jego przyczyny” – pisał o Fryderyku w Szkole uczuć, a jednocześnie chyba sam o sobie.
Styl był obsesją Flauberta, o czym znawcy jego twórczości napisali sporo i zaryzykuję tu tezę, że pewnie potrafiliby wykazać, że zaniechanie to nie tylko temat Szkoły uczuć, ale i główny element jej kompozycji i języka – niezdolność do czynu wyznacza rytm słowom, kryje się w pauzach, niedopowiedzeniach, w układzie rozdziałów, w tym, o czym się nie wspomina, i w sposobie, w jaki przedstawiony jest upływ wypełnionego niedziałaniem czasu. Proust za najpiękniejszą rzecz w tej książce, będącej „długim raportem z całego życia, pozbawionym, by tak rzec, czynnego udziału bohaterów w akcji”, uważał narracyjny odstęp, lukę obrazującą pustkę egzystencji, fragment, w którym pisarz w zaledwie paru zdaniach streszcza kilkanaście lat życia bohatera:
Podróżował.
Poznał melancholię parostatków, chłód świtów pod namiotem, szum w głowie od ruin i pejzaży, gorycz urywanych nagle przyjaźni.
Powrócił.
Wiódł życie towarzyskie, przeżywał nowe miłości. Ale nieustanna pamięć pierwszej odbierała im cały smak; zresztą nie odnajdywał już w sobie wieńczących uczucie porywów pożądania. Przygasły również jego ambicje duchowe. Minęły lata; przywykał do bezczynności umysłu i martwoty serca.
A gdyby tak, idąc tropem Barnesa, zastanowić się nad zaletami niespełnionych czynów? W niepodejmowaniu działania jest coś kuszącego i pociągającego, po co narażać się na rozczarowanie sobą i światem, na ogrom przykrości, które mogą nas spotkać, gdy możemy bez konsekwencji halucynować, przeżywając życia wyobrażone? Cóż bardziej pociągającego od snucia alternatywnych scenariuszy i rojenia o nieprzebytych ścieżkach, nienapisanych książkach i nieprzeżytych miłościach? „Żyjemy w erze powszechnego zakazu marzeń innych niż te dotyczące zdobywania rzeczy, kapitału i władzy wyłącznie dla siebie” – przekonuje Crary – w takiej rzeczywistości sny na jawie i błądzenie myślą bez celu mają wywrotowy potencjał. „Nic lepszego nie było nam dane”, nic od tego, co się nie zdarzyło – zdanie, które kończy powieść, kiedyś oburzało, dziś brzmi rewolucyjnie. Ile oszczędności przyniosłoby światu ludzkie przestawienie się z działania na marzenie, gdyby zamiast posiadania i doświadczania wystarczyły nam antycypowane rozkosze! Ćwiczenie dla wyobraźni: świat, w którym zadowalalibyśmy się niespełnieniem, a na spełnienie patrzylibyśmy podejrzliwie.
Roland Barthes nazwał łóżko „meblem nieodpowiedzialności” (w przeciwieństwie do stołu), John Lennon z łóżka agitował za pokojem, w 1969 roku razem z Yoko Ono przeprowadzili słynną akcję Bed-in for Peace – tuż po ślubie przez tydzień leżeli w łóżku w pokoju hotelowym w Amsterdamie w proteście przeciwko wojnie w Wietnamie. Dziennikarze pytali, co ich leżenie ma wspólnego z walką o pokój na świecie, a oni tłumaczyli, że jeśli leżąc razem w łóżku, mogą agitować za pokojem na pierwszych stronach światowych gazet, to chętnie to robią… Ubrani w piżamy nowożeńcy przez wiele godzin dziennie udzielali wywiadów, w których wykładali swoje antywojenne poglądy. Muzyk wspominał, że było to przezabawne doświadczenie. Lennon to interesujący przypadek kpiarza branego na serio. W książce All You Need is Love Jerzy Jarniewicz pisze, że to wywrotowiec, obrazoburca, prowokator i outsider, któremu nie po drodze było z żadną ideologią, indywidualista, z którego na siłę robi się idealistę i wizjonera. Wśród mniej znanych piosenek The Beatles znajduje się I’m Only Sleeping z wydanego w 1966 roku albumu Revolver. Niektórzy uważają, że to utwór o narkotykowym odlocie, ale Lennon śpiewał w nim o tym, że przyjemnie jest spać, leżeć w łóżku i spod przymkniętych powiek obserwować, jak świat goni własny ogon. Piosenek o nicnierobieniu powstało w tamtych czasach więcej, na przykład (Sittin’ On) The Dock Of The Bay Otisa Reddinga ze słynnym końcowym beztroskim gwizdaniem, czy Lazy Sunday grupy The Small Faces.
W książce o wojnie, którą kapitalizm wespół z neoliberalizmem toczą ze snem, Crary interesująco pisze o związkach konsumpcjonizmu z pasywnością – żyjąc w poczuciu wszechmocy, mamy pozostawać jednocześnie w stanie obojętności i odrętwienia, skupiać się na własnych korzyściach, pod żadnym pozorem nie oddawać się snom na jawie, nie zatrzymywać nad niczym na dłużej i nie myśleć kategoriami wspólnotowymi. Gloryfikacja aktywności, dopominanie się o więcej energii i działania służą tak naprawdę utrzymaniu nas w stanie pasywności, podtrzymaniu inercji i status quo. Dlatego spanie, lenistwo i gapienie się w sufit są zagrożeniem dla systemu. Gdy leżysz i nic nie robisz, twoja myśl biegnie wolno i nieskrępowanie, masz czas na odpoczynek i wyobrażanie sobie innego życia, a co za tym idzie – na bycie aktywną uczestniczką życia społecznego. Śnienie, marnowanie czasu, wycofywanie się na margines to sposoby na wypisywanie się ze wspólnotowego przeżywania rzeczywistości, które jest wspólnotowe tylko z pozoru, a tak naprawdę bardziej przypomina zbiorowe otępienie. Kontrkultura wyrosła ze sprzeciwu wobec tego otępienia.
W 2009 roku José Esteban Muñoz opublikował książkę Cruising Utopia. The Then and There of Queer Futurity, w której analizował przejawy queerowego myślenia utopijnego jako sposobu na uzyskanie wolności i rozwalenie systemu. Używając terminu Herberta Marcusego, Muñoz opisywał estetykę queer jako „Wielką Odmowę” funkcjonowania w heteronormatywnym społeczeństwie i podporządkowania zasadzie wydajności. Niechęć do zakładania rodziny, zawierania małżeństwa, katorżniczej pracy, gromadzenia dóbr i uczestnictwa w konfliktach zbrojnych – to elementy składowe „Wielkiej Odmowy” ruchów kontrkulturowych. Odmowa ta wynikała z fundamentalnej niezgody na zastany porządek, który kontestowano, najczęściej tłumnie i żywiołowo, w czasie demonstracji, koncertów, happeningów czy protestów. Odpowiadając na pytanie dziennikarza z „Le Nouvel Observateur” o to, dlaczego ruch kontestatorski się nie udał, Roland Barthes mówił, że z chwilą, gdy jednostki łączą się w stada, kontestacja staje się niemożliwa, „ponieważ w każdym stadzie panuje konformizm”. Prawdziwe bycie na marginesie francuski filozof utożsamiał z indywidualizmem – tyle że zdefiniowanym na nowo. W zaproponowanym przez Barthesa ujęciu indywidualizm „nie miałby drobnomieszczańskiego charakteru, lecz byłby radykalniejszy i bardziej tajemniczy” i prowadziłby do jedynej kontestacji, „której władza nigdy nie toleruje”, czyli „kontestacji poprzez wycofanie”. W końcu – jak zapewniał Barthes – wycofanie się jest czymś, czego społeczeństwo nie akceptuje. Dla wszelkiej władzy wygodniej jest, abyśmy żyli w przekonaniu o nieuchronności pewnych mechanizmów. Wycofanie się tę nieuchronność podważa, łączy się z rewidowaniem poglądów, zmianą zdania, wątpliwościami i wahaniem.
W 1969 roku, wpuszczając świat do swojego łóżka, Lennon i Yoko Ono zapowiadali współczesną rolę tego mebla, który nie służy już tylko do odpoczynku – za sprawą rozwoju gospodarki neoliberalnej i pandemii koronawirusa stał się naszym biurem. W rzeczywistości, w której złowieszcze zdanie z Makbeta Shakespeare’a „Nie zaśniesz więcej” zmieniło się w slogan reklamujący wydajność i aktywność 24/7, łóżko powinno na powrót stać się meblem niezbędnej nieodpowiedzialności.
W scenie otwierającej powieść Austerlitz „dręczony bólami głowy i niedobrymi myślami” narrator krąży po Antwerpii, by w końcu znaleźć wytchnienie na ławce w ogrodzie zoologicznym, a potem trafić do noktoramy, gdzie w półmroku przygląda się zwierzętom aktywnym nocą. Miejsca opisywane przez Sebalda (pisarza czułego na wszelkie zbiegi okoliczności) nigdy nie są przypadkowe, więc to także nie jest zwyczajne zoo. To jeden z pierwszych takich ogrodów w Europie. W czasie, gdy odpoczywa w nim narrator powieści, zoo świętuje sto dwudziestą piątą rocznicę swego istnienia. Noktorama, w której żyją wielkie nietoperze, malutkie nocne małpy, sowy, kuny i mysikróliki, to oszukana noc w obrębie fałszywego ogrodu, bo przecież zoo jest nim tylko z nazwy, tak naprawdę to miejsce, gdzie zamykamy i więzimy dzikie zwierzęta w klatkach dla własnej przyjemności. „[O]gród zoologiczny, do którego ludzie chodzą, by spotkać zwierzęta, obserwować je i przypatrywać się im, […] jest pomnikiem niemożności takiego spotkania. Współczesne ogrody zoologiczne to epitafia dla związku, który jest równie stary jak sam człowiek” – pisał John Berger w eseju Po cóż patrzeć na zwierzęta (cytat ten w kontekście obrazów zwierząt w twórczości Sebalda przywołuje Katarzyna Kończal w książce Sygnatury Sebalda. Zwierzęta – Widma – Ruiny). Koncepcja noktoramy wyjątkowo wyraźnie uwidacznia przemoc leżącą u podstawy idei ogrodów zoologicznych oraz przekonania, że człowiek może dowolnie ingerować w świat przyrody. Tworzymy dla stworzeń nocnych fałszywą noc, abyśmy my – stworzenia dzienne – mogli się im w półmroku przyglądać (czytałam, że odwiedzający spędzają w antwerpskiej noktoramie średnio siedem minut, co jest zdecydowanie zbyt krótkim czasem, by ludzkie oko przystosowało się w pełni do panujących tam warunków). Na wyjątkowo ambiwalentny charakter tego miejsca wskazuje zresztą narrator powieści: „zaprzątało mnie wtedy pytanie, czy gdy Zoo zamyka się dla publiczności z chwilą zapadnięcia prawdziwej nocy, w noktoramie włącza się światło elektryczne, aby mieszkańcy tego opacznego miniaturowego uniwersum mogli w miarę spokojnie o brzasku dnia zapaść w sen”. Fałszywa noc – sen sprowadzany za pomocą leków, ciemność uzyskiwana poprzez wieszanie w oknach specjalnych nieprzepuszczających światła zasłon, i fałszywy dzień – dwudziestoczterogodzinna aktywność i praca, ignorowanie naturalnych pór dnia i nocy, to nasza codzienność. W Austerlitz czytamy: „Naprawdę utkwił mi w pamięci tylko szop pracz, którego długo obserwowałem, jak z wyrazem powagi siedział nad strużką wody i bez ustanku prał ten sam kawalątek jabłka, jak gdyby w nadziei, że dzięki temu gruntownemu, ponad wszelki rozsądek praniu zdoła wymknąć się z fałszywego świata, dokąd trafił poniekąd bez własnego udziału”. Obraz zapamiętałego w swym działaniu zwierzęcia jest często przywoływanym fragmentem tej książki, stanowi bowiem atrakcyjną metaforę ludzkiej kondycji w świecie, w którym często odczuwamy niepokojącą nieprawdziwość i przypadkowość naszej egzystencji i wypełniających ją zdarzeń. Choć jest to projektowanie ludzkiego doświadczenia na doświadczenie zwierząt, o którym prawie nic nie wiemy, kusi, aby w obrazie oszalałego szopa pracza, uwięzionego w fałszywej nocy i nieprawdziwym dniu, zobaczyć analogię do naszego losu.
Fragment książki Zofii Zaleskiej pt. "Zaniechanie" opublikowany za zgodą wydawcy.
Tę i inne książki Karakteru znajdziesz w dobrych księgarniach oraz na www.karakter.pl
Zapraszamy do skorzystania z kodu rabatowego: Karaktery
Rabat 30% obowiązuje od 1.08.2025 do 30.09.2025.
Czytaj więcej
Wydawnictwo Charaktery zaprasza na bezpłatną konferencję online Mind & Body Online: Zaburzenia snu u dzieci i dorosłych – Edycja 2025, która odbędzie się 28 sierpnia 2025 roku w godzinach 17:00-21:00. Konferencja jest dedykowana wszystkim, którzy chcą lepiej zrozumieć, jak brak snu wpływa na zachowanie i emocje, a także poznać narzędzia i techniki, które przerwą błędne koło bezsenności.
Czytaj więcej
Publikacja „Dzieciństwo, dorastanie i dorosłość kobiet z ADHD” łączy najnowszą wiedzę naukową z doświadczeniami życiowymi konkretnych jednostek. Ukazuje, jak wyglądają różne etapy ich życia – dzieciństwo, okres dojrzewania, macierzyństwo, menopauza i inne. Poniżej prezentujemy fragment książki.
Czytaj więcej
Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, dlaczego niektóre z najlepszych pomysłów przychodzą Ci do głowy tuż przed zaśnięciem lub zaraz po przebudzeniu? Nie jest to przypadek, lecz fascynujący mechanizm naszego mózgu, który podczas odpoczynku przetwarza informacje i generuje nowe połączenia neuronowe. Jakość snu ma ogromny wpływ na nasze zdolności twórcze, efektywność w rozwiązywaniu problemów oraz ogólną produktywność w ciągu dnia. Odpowiednio dobrany materac stanowi fundament zdrowego snu, a ten z kolei może stać się nieoczekiwanym sprzymierzeńcem w realizacji Twoich życiowych celów.
Czytaj więcej
Wprowadzając do codziennej rutyny Skinny Greeny, masz szansę zmniejszyć ciągłe uczucie głodu i zadbać o bardziej świadome nawyki żywieniowe. Formuła oparta na składnikach roślinnych wpływa na kontrolę apetytu, dzięki czemu łatwiej Ci utrzymać regularność posiłków i ograniczyć chęć sięgania po niezdrowe przekąski. Działanie preparatu opiera się na mechanizmach wspierających utrzymaniu prawidłowego poziomu glukozy oraz regulacji hormonu głodu, co przekłada się na realne zmniejszenie apetytu i większe poczucie panowania nad dietą.
Czytaj więcej
Alkoholizm to przewlekła, postępująca choroba, która wymaga profesjonalnego leczenia. Wiele osób wyobraża sobie terapię uzależnień wyłącznie jako rozmowy z psychologiem lub udział w spotkaniach grup wsparcia. Tymczasem farmakoterapia – czyli leczenie uzależnienia za pomocą leków – odgrywa kluczową rolę, szczególnie u osób z dużym ryzykiem nawrotu. W tym kontekście często pojawia się pytanie: czy wszywka alkoholowa może być skuteczną formą leczenia farmakologicznego?
Czytaj więcej
Świat owadów naprawdę potrafi zadziwić. Szczególną uwagę warto zwrócić na mrówki, które mimo niepozornego rozmiaru, nierzadko odznaczają się niespotykanym zachowaniem i wyglądem. Co sprawia, że są aż tak wyjątkowe? Przeczytaj poniższy artykuł i sprawdź!
Czytaj więcej
Zdrowe odżywianie to trend, który z roku na rok staje się coraz silniejszy. Kupujemy i gotujemy z większą świadomością, co jest pozytywną zmianą i wynikiem pracy naukowców dostarczających nam nowych informacji na temat tego co nam pomaga, a co szkodzi. Informacji jest dużo i wciąż pojawiają się nowe, a przy okazji narasta mnóstwo mitów wokół tematu funkcjonalnej i zdrowej żywności. Obalimy te najczęściej powtarzane i najbardziej szkodliwe.
Czytaj więcej