Neuroróżnorodny umysł. Jak odnaleźć siebie po diagnozie ADHD i spektrum autyzmu

Syndrom oszusta nie pojawia się nagle, on wyrasta z lat kamuflowania, dostosowywania się i tłumienia tego, co autentyczne – mówi psycholożka specjalizująca się we współpracy z dorosłymi osobami z ADHD -  Kaja Tomczyk.
Czytaj więcej

Wypalenie. Jak uspokoić układ nerwowy, obniżyć stres i uleczyć traumę

Ludzie odznaczający się niezdrowym poziomem perfekcjonizmu, z tendencjami do zadowalania innych lub trudnościami z tolerowaniem emocji często uważają, że samowspółczucie jest trudne, i nie udaje im się dostrzec prawdziwej wartości, jaka z ­niego płynie. Badanie z 2016 roku wykazało, że ludzie, którym niełatwo przychodzi okazywanie sobie współczucia, zwykle w wysokim stopniu okazują troskę innym, a w niskim poszukują jej dla siebie. Samowspółczucie zwykle wymaga przestrzeni na obie te rzeczy: świadczenie opieki oraz zdolność otrzymywania takiej samej opieki od siebie samych. (...) Każda z naszych reakcji emocjonalnych ma być wskazówką dla naszego zachowania, będącą w zgodzie z ważnymi motywacjami wewnętrznymi – takimi jak sprawowanie opieki nad sobą nawzajem (motywacja opiekuńcza) oraz dostęp do ważnych skończonych zasobów, jak żywność, status i wsparcie społeczne (motywacja rywalizacyjna). Oto jaka jest w tym rola emocji: lęk ostrzega przed potencjalnym niebezpieczeństwem, dlatego odczuwamy silny impuls do ucieczki; złość pojawia się, kiedy ktoś przekroczył naszą granicę i czujemy się zmotywowani, by ją przywrócić; smutek skłania do poszukiwania wsparcia społecznego po doznanej stracie; radość występuje, kiedy robimy coś, co nam służy w perspektywie długoterminowej, na przykład zabawa albo spotkania towarzyskie – dobre uczucia zachęcają nas do poszukiwania i powtarzania takich przeżyć. Nic nie poradzimy na swoje początkowe reakcje emocjonalne. Te zaprogramowane odpowiedzi pomogły naszym przodkom przetrwać i odnieść sukces, ale obecnie mogą wydawać się nam mniej istotne. Przykładem jest wybuch irytacji, kiedy muszę wyjść do toalety podczas spotkania, a po powrocie okazuje się, że na moim miejscu siedzi ktoś inny – dochodzi tu do głosu pierwotna reakcja terytorialna, mimo że mój bardziej rozwinięty mózg racjonalny jest w stanie wydedukować, że mogę zająć inne krzesło. Oznacza to, że niektóre reakcje emocjonalne jak najbardziej mają sens w danej sytuacji, ale niekiedy możemy się im dziwić, ponieważ mogą się wydawać nieadekwatne. Właśnie one mogą mieć źródło w przeszłości. A zatem – zachowanie wyrażające samowspółczucie wiąże się najpierw ze słuchaniem mądrości naszych emocji, następnie polega na zatrzymaniu się, by sprawdzić, czy konkretna reakcja emocjonalna jest uzasadniona w obecnej sytuacji, a później na podjęciu decyzji, jak się zachować. JAK ODZYSKAĆ RÓWNOWAGĘ Istnieje błędne przekonanie, jakoby samowspółczucie nas osłabiało, a samokrytyka zachęca nas do cięższej pracy. Tymczasem dowiedziono naukowo, że jest wręcz przeciwnie. Samowspółczucie poprawia zdolność regulacji układu nerwowego, a dzięki temu – radzenia sobie ze stresem. Usprawnia naszą zdolność do podnoszenia się po porażce i realizacji celów długoterminowych. Kiedy układ nerwowy jest przeciążony, silne emocje mogą znaleźć się w centrum uwagi, a napięcia wewnętrzne napędzają krytyka wewnętrznego. Samowspółczucie przywraca równowagę, sprawia, że na stres reagujemy życzliwością, zrozumieniem i pragnieniem poprawy aktualnego stanu rzeczy. Samowspółczucie to coś więcej niż układ kojący. To wsłuchiwanie się w mądrość płynącą ze wszystkich naszych emocji – co, jak i kiedy nam komunikują – a następnie opracowanie skutecznego planu działania zamiast odruchowej reakcji. Samowspółczucie to wyregulowanie i ukojenie układu nerwowego, a także nauka reagowania na wewnętrznego krytyka albo zamartwianie się. Dobrostan ma tutaj znaczenie priorytetowe. CO MOŻE BLOKOWAĆ DOSTĘP DO TWOJEGO WSPÓŁCZUJĄCEGO JA? Oto trzy powszechne zmagania w sytuacji, w której w grę wchodzi nasze współczujące ja. Może się okazać, że utożsamiasz się z wszystkimi albo że nad którymś należy popracować bardziej niż nad innymi. Niedostrojenie do swoich emocji Oznacza to, że ich nie zauważasz. Wykazujesz nadmierny perfekcjonizm, zadowalasz innych lub wpadasz w wir obowiązków, nim zdasz sobie sprawę z tego, co sprowadziło cię na tę wydeptaną ścieżkę. Być może ignorujesz lub lekceważysz silne emocje? Wewnętrzny krytyk przejmuje kontrolę Odczuwasz emocje, ale brak ci kompetencji, by inaczej na nie zareagować. Potrafisz dostrzec swoje emocje i wiesz, że potrzebna ci jest alternatywa dla zadowalania innych, perfekcjonizmu lub unikania, ale twój wewnętrzny krytyk (który sprowadza cię na manowce) jest tak wymagający, że ogranicza twoją zdolność do zrobienia czegokolwiek w inny sposób i wyjście poza znane wzorce. Odcinanie się od współczucia innych Nie dopuszczasz do siebie innych ludzi i trudno ci albo poprosić o pomoc, albo ją przyjąć, gdy ktoś ją oferuje. Zamiast tego masz tendencję do rozwiązywania wszystkich problemów na własną rękę i ukrywasz fakt, że toczysz walkę.
Czytaj więcej

Dlatego śnimy. Jak śpiący mózg wpływa na nasze życie

Dlatego Śnimy   Sny pomagają nam zmagać się ze stresem emocjonalnym Prawie każdy z nas śnił w jakimś momencie, że nie dotarł na czas na egzamin, że jest nagi w miejscu publicznym albo że spóźnia się na samolot lub autobus. W snach nic nie powstrzymuje nas przed wyrażaniem naszych najgorszych lęków czy okazywaniem prawdziwych emocji albo najbardziej odrażających myśli. Tym samym oferują nam wolną od ryzyka metodę zmagania się z rozpaczą, kiepskim zdrowiem i innymi poważnymi okolicznościami. Weź pod uwagę sny i rozwód. Rozwód jest bez wątpienia jednym z największych wstrząsów dorosłego życia, stresującym wydarzeniem, które kończy główny związek w życiu danej osoby i ma głęboki wpływ na zdrowie. Szczegółowe badania dowodzą, że rozwód – średnio – ma taki sam wpływ na długość życia jak otyłość czy nadmierne spożywanie alkoholu. Niektórzy rozwodnicy potrafią radzić sobie z rozpadem małżeństwa całkiem dobrze, podczas gdy inni znacznie gorzej. Różnica między tymi, którzy szybko odzyskują równowagę, a tymi, którym się  to nie udaje, wykracza poza ich stan umysłu. Jak sny mogą pomóc otrząsnąć się po tym potencjalnie dewastującym wydarzeniu życiowym i przywrócić zdrowie? Jedno dogłębne badanie dotyczące kobiet w trakcie rozwodu ujawniło, że te, które poradziły sobie najlepiej w tej sytuacji i zajęły się po prostu swoim życiem, wciąż śniły o byłych partnerach – ale nie reagowały negatywnie na te sny. Stawały się emocjonalnie neutralne, kiedy byli mężowie pojawiali się w ich snach. Ta emocjonalna obojętność była wyzwalająca i pozwalała tym kobietom poradzić sobie z rozwodem. Sny nie były oznaką tęsknoty czy żalu. To odczucia, nie treść snów, stanowiły klucz do zrozumienia takich myśli. Co ciekawe, badacze stwierdzili, że ci, którzy radzili sobie dobrze z rozpadem małżeństwa, lepiej zapamiętywali swoje sny. Możliwe, że przywołanie snu podnosi potencjalną wartość terapeutyczną, pozwalając ludziom rozważać treść marzeń sennych za dnia. Uczestnicy tych badań próbowali radzić sobie z emocjonalnymi i bezprecedensowymi zdarzeniami w swoim życiu. Wspomnienie odczuwanej w snach obojętności wobec byłego partnera mogło mieć walor oczyszczający. Mógłbym wysunąć argument, że terapia polegająca na rozmowie naśladuje sny, zapewniając bezpieczne środowisko dla wyrażania siebie, przedyskutowania różnych scenariuszy „a jeśli” i zgłębiania emocji. Treść snów też może stanowić istotny temat rozmowy terapeutycznej, nie dlatego, że ujawniają one tłumione pragnienia, jak domniemywał Freud, ale dlatego, że ujawniają prawdziwe emocje. Clara Hill, wpływowa i obecnie emerytowana profesorka psychologii na University of Maryland, dowodziła, że sny pomagają ludziom głębiej zrozumieć samych siebie, zważywszy na to, że są one osobiste i mogą być „zagadkowe, przerażające, kreatywne i powracające”. Hill przyznawała jednak, że terapeuci czują się często nieprzygotowani do tego, by omawiać z pacjentami ich sny, ponieważ w trakcie swojego szkolenia zawodowego nie mieli z tym do czynienia. Pomijając możliwą terapeutyczną wartość samych snów, chemia mózgu przechodzi korzystne zmiany, gdy doświadczamy najbardziej emocjonalnych marzeń sennych. Podczas fazy REM mózg wyłącza adrenalinę, substancję chemiczną wywołującą niepokój. W żadnej innej porze dnia tak się nie dzieje. Tym samym sny mogą służyć jako rodzaj terapii ekspozycyjnej – łagodząc emocjonalną ostrość przeżyć sennych. W efekcie ludzie notują mniej negatywnych emocji po wypoczynku nocnym i snach. Dzielenie się swoimi snami tworzy zażyłość Sny oferują intymny obraz życia wewnętrznego, więc dzielenie się nimi bywa oznaką zaufania, wrażliwości i intymności emocjonalnej. Może właśnie dlatego badania dowodzą, że dzielenie się swoimi snami z partnerem jest doskonałym narzędziem scalania związku. Sny mają też tę zaletę, że są bardziej symboliczne niż dosłowne, dzięki czemu uczucia i kwestie rodzinne można omawiać otwarcie, bez wstydu, nie uciekając się do defensywności, szukania winnego i walki o władzę. Zażyłość emocjonalna i satysfakcja w związku idą ze sobą w parze, wydaje się więc naturalne, że dzielenie się swoimi snami ma pozytywny wpływ na tenże związek. Niewiele doświadczeń jest tak osobistych i ujawnia tak wiele. W pewnym badaniu porównywano pary małżeńskie, w których partnerzy dzielili się ze sobą przeżyciami dnia trzy razy w tygodniu przez pół godziny, z parami, w których partnerzy dzielili się swoimi snami trzy razy w tygodniu przez pół godziny. Obie grupy zyskiwały pod względem małżeńskiej intymności i satysfakcji, ale wyniki w drugiej grupie były znacznie lepsze. W jednym, niezwykle wymownym przypadku partnerzy w małżeństwie o ponad dziesięcioletnim stażu odczuwali większą potrzebę bliskości. Mąż uważał, że jest całkowicie otwarty wobec swojej żony, ona jednak nie czuła się z nim emocjonalnie związana. Kiedy dzielił się z nią swoimi snami, ujawniał inną stronę swej osobowości. Za dnia był pełen rezerwy i powagi, a w snach wylewny i buntowniczy. Te sny ekscytowały oboje partnerów i tchnęły niejako nowe życie w ich związek. Pracownik socjalny w kobiecym więzieniu o zaostrzonym rygorze w Stanach Zjednoczonych zorganizował cotygodniowe spotkania grupy relacjonującej sny i stwierdził, że dzielenie się nimi wzmacniało poczucie zaufania, wspólnoty i więzi między osadzonymi. Możliwość dzielenia się swoimi snami pomogła im też wyrażać emocje bez zażenowania i radzić sobie lepiej z trudami odbywania kary. Jedna z kobiet wyznała, że grupa pomogła jej zrozumieć, jak wydarzenia z przeszłości doprowadziły do jej skazania. Inna powiedziała: „Podoba mi się, że można się tu bezpiecznie dzielić wszystkim. Ludzie są otwarci i nikogo nie oceniają. Wspierają cię i rozumieją twoje sny”. Badacze ze Swansea Univeristy w Wielkiej Brytanii przestudiowali korzyści związane z funkcjonowaniem takich grup. Ustalili, że dzielenie się snami i ich omawianie prowadzi do ważnych spostrzeżeń dotyczących życia na jawie – spostrzeżeń, których nie dałoby się uzyskać bez pomocy grupy. Efektem jest także wzajemna empatia i więzi społeczne między osobą relacjonującą swój sen i słuchaczami. Montague Ullman był psychiatrą, który założył laboratorium snów w Maimonides Medical Center na nowojorskim Brooklynie i propagował korzyści płynące z funkcjonowania grup dzielących się swoimi snami. Opracował z myślą o nich określony program; może być on stosowany także przez partnerów w związku. Pierwszy krok polega na tym, że dana osoba relacjonuje swój sen w pełni, bez jakiejkolwiek interpretacji. Jeśli we śnie występują jakieś postaci, określa się, czy są to prawdziwi ludzie, czy nie, a jeśli tak, to jaki mają związek z osobą śniącą. Następnie każdy członek grupy zadaje sobie pytanie: „Gdyby to był mój sen, czułbym się...” i „Gdyby to był mój sen, symbole przypominałyby mi...”. Robią to, nie patrząc na osobę relacjonującą sen ani też nie rozmawiając z nią bezpośrednio. Według Ullmanna pokazuje to, że członkowie grupy traktują sen poważnie, a także mogą poczynić spostrzeżenie, które osoba śniąca uzna za odkrywcze. Następnie to ona zabiera głos. Na koniec członkowie grupy mogą zadawać osobie śniącej pytania i pomóc jej znaleźć związki między jej snem i życiem na jawie, a także możliwe znaczenie snu. Ullman sugeruje, że najważniejsze umiejętności w przypadku grupy to słuchanie i zadawanie pytań, których rezultatem są istotne informacje. Takie grupy dają okazję zbudowania społeczności i zrozumienia, jeśli chodzi o najbardziej osobiste akty – sny. Dzielenie się nimi pozwala innym zrozumieć nas w odmienny sposób, tak jak zrozumienie własnych snów oznacza poznanie samych siebie. Jedno i drugie jest w moim przekonaniu częścią życia przeżywanego w pełni. Jak sny pozwalają ocenić depresję i uzależnienie Depresja wpływa na nasze postrzeganie świata, motywacje i, oczywiście, nastrój. Za dnia depresja może przyprawić o głębokie poczucie rozpaczy, pustki i beznadziejności. Nocą ten potencjalnie przygniatający ciężar przenika czasem do życia we śnie. Co nie dziwi, obrazy w snach ludzi, którzy odczuwają przygnębienie, mają na ogół mroczny charakter. Nawet ludzie, którzy są smutni na jawie, ale nie mają zaburzeń depresyjnych, doświadczają w swoich snach więcej negatywnych emocji. Podobnie sny ludzi, których nastrój za dnia nie jest najlepszy, oznaczają się agresywną treścią, negatywnymi emocjami i atmosferą nieszczęścia. Sny mogą też służyć jako miernik psychicznego samopoczucia, będąc złowróżbnym ostrzeżeniem pod adresem ludzi z poważną depresją. Ktoś cierpiący na głębokie zaburzenia tego rodzaju doświadcza koszmarów dwukrotnie częściej niż osoba, u której nie zdiagnozowano depresji. Mechanizm molekularny w tym przypadku jest niejasny. Bardziej niepokojące jest jednak to, że koszmary u ludzi z depresją zdają się zwiększać ryzyko popełnienia samobójstwa albo podjęcia jego prób. Badanie dotyczące osób, które nie cierpiały na depresję, pacjentów z depresją i pacjentów z tendencjami samobójczymi wykazały, że fabuły snów stanowią wskaźnik przyszłych zachowań o charakterze samobójczym. W snach tych znacznie częściej pojawiały się przemoc, makabra, morderstwo. Wśród nastolatków częste koszmary są wiązane z późniejszymi próbami samobójczymi i samookaleczeniami bez intencji samobójczej, co stanowi oczywisty powód do wczesnej interwencji. Depresja w zaskakujący sposób zmienia też to, jak śpimy i śnimy. U ludzi z depresją architektura snu jest odmienna. Faza snu głębokiego trwa krócej przed wystąpieniem fazy REM, a także wydłuża się i zwiększa intensywność emocjonalną w fazie REM. Wykorzystując nieinwazyjne techniki obrazowania, takie jak rezonans magnetyczny, które mierzą zmiany w przepływie krwi związane z aktywnością mózgu, badacze stwierdzili różnice między emocjonalnymi limbicznymi ośrodkami mózgu u osób z depresją i u tych, którzy nie cierpią na to schorzenie. Ośrodki te były w przypadku wszystkich badanych osób bardziej aktywne w fazie REM niż za dnia. Aktywność emocjonalna była najwyższa u osób z depresją. Sny w fazie REM, u tychże osób, stają się zwykle bardziej negatywne wraz z każdym dziewięćdziesięciominutowym cyklem, być może dlatego, że skupiają się na negatywnych wspomnieniach, przybierając postać pętli niepokoju i strachu. Tłumaczy to zapewne, dlaczego pacjenci z depresją miewają problemy z porannym wstawaniem, nie z powodu przerwanego wypoczynku nocnego, ale negatywnego emocjonalnego środowiska ostatniego snu przed przebudzeniem. Okazuje się, że niektórzy ludzie z depresją czują się w rzeczywistości lepiej, kiedy nie śpią – w każdym razie przez jedną noc. Rosalind Cartwright postanowiła zbadać, czy skrócenie fazy REM pomoże ludziom, u których zdiagnozowano depresję. Większość ludzi, gdy wybudzi się ich w środku wyrazistych snów, kiedy wstają następnego dnia, są zmęczeni i poirytowani. Jeśli przerwie się sen w fazie REM u ludzi z depresją, to ich nastrój i poziom energii będą w rzeczywistości lepsze rankiem. Jak sobie przypomnisz, u ludzi, którzy nie cierpią na depresję, sny mogą służyć jako swoisty nocny terapeuta tłumiący negatywne emocje. Ta funkcja marzeń sennych nie sprawdza się u pacjentów z depresją. Cartwright doszła do wniosku, że w takim przypadku przerwanie emocjonalnych snów może zapobiec doprowadzeniu do ich negatywnego zakończenia. Ustalenia Cartwright nie dostarczają recepty na leczenie depresji poprzez samą modyfi kację snu. W praktyce, w warunkach domowych, skrócenie jedynie fazy REM byłoby bardzo trudne. Poza tym, kiedy jesteśmy tej fazy pozbawieni, mózg odczuwa jej głód. W chwili, gdy mamy okazję zaznać pełnego snu, zrekompensujemy utraconą fazę REM i utracone sny, które jej towarzyszą. Sny mogą też przekazać ważne informacje o uzależnieniu. Sny o piciu alkoholu i narkotykach są powszechne wśród uzależnionych na wczesnym etapie ich powrotu do zdrowia, zwłaszcza u tych z poważniejszym i dłuższym problemem alkoholowym czy narkotykowym. Rzeczywiście na początku abstynencji sny o alkoholu czy narkotykach są zazwyczaj częstsze niż wtedy, gdy pacjent faktycznie pije alkohol albo zażywa narkotyki. Tak jakby ich sny wypełniały potrzebę, której nie zaspokaja się już w życiu na jawie. Sny te mogą być niepokojące i wywoływać intensywne uczucie strachu i winy, a także wyrzuty sumienia – dopóki wracający do zdrowia nałogowiec się nie obudzi. Sny o piciu i narkotykach zazwyczaj zanikają w miarę jak ustępuje głód alkoholowy czy narkotykowy. Można by zakładać, że sny o powrocie do nałogu to zły znak, ale prawdą jest coś przeciwnego. Sny o piciu alkoholu albo zażywaniu narkotyków są uważane za dobry prognostyk dla nałogowców w trakcie leczenia. Doznawanie ulgi, że zażywanie narkotyków i picie alkoholu było jedynie snem, sygnalizuje zmianę nastawienia, zwłaszcza wtedy, gdy powracający do zdrowia pacjent odmawia w swoich snach narkotyków albo alkoholu. Brazylijczyk wychodzący z nałogu narkotykowego (kokaina) opisał to następująco: „Wiedziałem, że mogę zażyć w swoim śnie narkotyk. Wziąłem go do ręki, ale dałem komuś innemu. Więc to wspaniałe, że moja podświadomość zmienia mój sposób myślenia i postępowania. Obudziłem się nawet zadowolony, że nie zażyłem we śnie kokainy”.   Powyższy fragment pochodzi z książki Dlatego śnimy. Jak śpiący mózg wpływa na nasze życie autorstwa Rahul Jandial (przełożył Jan Kabat). Opowieść o jednej zajważniejszych funkcji ludzkiego mózgu – i przewodnik po tym, jak może ona radykalnie odmienić nasze życie. Autor zabiera czytelnika w fascynującą podróż po krajobrazie podświadomości, prezentując najnowsze odkrycia z dziedziny badań nad snem i neurobiologii. Pokazuje, dlaczego zdolność do śnienia przetrwała przez tysiące lat i jak dziś możemy świadomie korzystać z jej niezwykłych możliwości, by poprawić jakość zarówno snu, jak i codziennego życia. Śnienie ma zdecydowanie większe znaczenie niż nam się wydaje. Pomaga ono regulować emocje, utrwala wspomnienia, wzmacnia kreatywność i wspiera procesy uczenia się. Ułatwia przetwarzanie traumy i przygotowuje nas na przyszłe zmiany. Co więcej – może ostrzegać przed chorobami psychicznymi i neurologicznymi, takimi jak choroba Parkinsona czy Alzheimera. Sen to również narzędzie, z którego możemy aktywnie korzystać. Doktor Jandial tłumaczy, jak praktykować świadome śnienie, by doskonalić umiejętności przydatne w rzeczywistości, jak przezwyciężać koszmary i jak interpretować sny, by zrozumieć swoje najgłębsze pragnienia. Nigdy nie zapominaj – sny to twoja dawka niezwykłości.
Czytaj więcej

„Cisza w rodzinie, krzyk w sieci. Jak młodzi Chińczycy wołają o pomoc”

XinLi, chińska psychiatra z dwudziestoletnim doświadczeniem na wspólnej kolacji opowiada o pracy w państwowym szpitalu w mieście Cangzhou w prowincji Hebei. Jako lekarz psychiatra i terapeuta, przyjmuje 80 pacjentów miesięcznie, pracując od poniedziałku do piątku. Każda sesja to standardowe pięćdziesiąt minut pracy - głównie z młodymi pacjentami. XinLi specjalizuje się w terapii rodzinnej, przyjmuje młodzież w kryzysie. Wśród najczęstszych problemów, z którymi zgłaszają się nastolatkowie, XinLi wymienia samookaleczenia, myśli samobójcze oraz problemowe zachowania online – granie w gry komputerowe i nadmierne korzystanie z aplikacji mobilnych.
Czytaj więcej

„Ketoza to naturalny stan organizmu" - rozmowa z dietetykiem Grzegorzem Klonkiem o di...

Grzegorz Klonek (KetoDietetyk.pl) to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich specjalistów żywienia ketogenicznego. Dietetyk z wieloletnim doświadczeniem, współautor książki "Zdrowa ketoza. 97 przepisów" oraz ambasador aplikacji MyTrela dla dietetyków. W rozmowie z Charaktery opowiada o tajnikach diety keto, korzyściach płynących z ketozy i rozwija mity związane z tym sposobem żywienia.
Czytaj więcej

Uważność zamiast liczenia owiec

Problemy ze snem są często cichym sygnałem, że coś w naszym życiu wymyka się spod kontroli.  Zamiast szukać szybkich rozwiązań, warto przyjrzeć się temu, jak funkcjonujemy na co dzień. Jon Kabat-Zinn w książce Życie, piękna katastrofa pokazuje, że droga do lepszego snu może prowadzić przez uważność – prostą, ale wymagającą praktykę obecności.  
Czytaj więcej

Taniec na receptę

Jeszcze niedawno kojarzył się głównie z parkietem i zabawą, dziś coraz częściej wraca jako metoda terapeutyczna. Taniec – niezależnie od stylu i formy – okazuje się mieć moc większą, niż przypuszczaliśmy – łagodzi objawy depresji, poprawia nastrój, sprzyja uważności i wzmacnia więzi z innymi. Badania naukowe potwierdzają, że ruch w rytmie muzyki może być nie tylko przyjemnością, ale i realnym wsparciem w procesie zdrowienia.
Czytaj więcej

Ciałożyczliwa joga, czyli praktyka wolna od presji i ideałów

Klaudia Przyłucka-Janasik: Co w ogóle oznacza pojęcie „ciałożyczliwa joga”? Zuzanna Bućko: „Ciałożyczliwa joga” pojawiła się u mnie, kiedy szukałam określenia na jogę, którą praktykuję – jogę, która dostosowuje się do nas, a nie my do niej. W Stanach funkcjonuje pojęcie „joga adaptacyjna” albo „joga inkluzywna”, ale jest ono bardzo szerokie i moim zdaniem nie zawsze do końca zrozumiałe. Dlatego zaczęłam używać tej nazwy i tak już zostało. Czym się ona różni od „standardowej” praktyki jogi? Wydaje mi się, że nie ma „standardowej” praktyki jogi. Bardzo trudno odpowiedzieć, czym ona właściwie jest, bo istnieją różne tradycje i w zależności od tego, gdzie się szkolimy i poznajemy jogę, mamy jej inny obraz. Odnoszę się raczej do wyobrażenia jogi, do tego, jak bywa przedstawiana w social mediach. Bardziej sprzeciwiam się pewnym komunikatom, które są zawłaszczane przez świat fitnessu i kulturę diety. „Ciałożyczliwa joga” jest w pewnym sensie rewersem tego. Mogłaby Pani podać jakieś przykłady takich sformułowań czy zawłaszczeń przez świat fitnessu w kontekście jogi? Chociażby popularność różnego rodzaju detoksów w środowisku jogowym. Mówię to również na swoim przykładzie – stosowałam detoksy, bo nauczyciel powiedział mi, że dzięki temu pogłębię skręty. W efekcie bardzo to mojemu ciału zaszkodziło. A jednak taka moda funkcjonuje, przyjmowana bezkrytycznie jako coś dobrego dla wszystkich, choć wcale tak nie jest. Kolejny przykład to obraz bardzo szczupłej, super sprawnej joginki – obraz, do którego wiele osób dąży albo słyszy, że powinno dążyć. Z tym wiąże się też przekonanie, że trzeba robić skomplikowane asany, by w ogóle móc myśleć o sobie w kategorii jogina czy joginki. Stąd bierze się przeświadczenie, że ktoś „nie nadaje się” do jogi, bo jest za mało rozciągnięty, za słaby, za mało sprawny albo ma „nieodpowiednie” ciało. Wspomniała Pani o inkluzywności. Co to oznacza w kontekście ciała i praktyki jogi?  Dla mnie inkluzywność w radykalnym rozumieniu oznacza włączanie każdego ciała – naprawdę każdego. Jako nauczycielka jogi to ja muszę się dostosować i doszkolić, by dostosować praktykę do różnych osób. Ta różnorodność może przyjmować wiele kształtów. To może być kwestia budowy czy proporcji ciała, ale też sprawności. Joga często jest postrzegana jako praktyka dla osób super sprawnych albo przynajmniej od pewnego poziomu sprawności. Tymczasem osoby z niepełnosprawnościami ruchowymi również mogą praktykować, trzeba tylko wiedzieć, jak to dostosować. Kolejna kategoria to neuroróżnorodność. Popularne obrazy czy praktyki jogi w studiach mogą nie być przyjazne osobom z ADHD czy w spektrum autyzmu. Bliskie jest mi też pytanie, jak dostosować praktykę do osób z historią zaburzeń odżywiania – tak, by nie wywoływała niepokoju ani trudnych myśli. To ważne, zwłaszcza że joga bywa zawłaszczana przez kulturę diety, w której często pojawiają się rozmowy o tym, co jeść, a czego nie jeść. Dochodzi też kwestia dostępności ubrań czy samej przestrzeni. W sierpniu organizowałam kurs jogi adaptacyjnej z nauczycielem Rodrigem Souzą, który porusza się na wózku. W Warszawie było nam bardzo trudno znaleźć miejsce, w którym mógł­by swobodnie funkcjonować. Takich rzeczy zwykle się nie bierze pod uwagę. Podobnie jest z szatniami, które są podzielone wyłącznie na damskie i męskie. Jeśli przychodzi osoba niebinarna, nie ma komfortowego wyboru. O takich barierach często się nie mówi, dopóki nas nie dotyczą.  Czy można w jakiś sposób odłączyć praktykę jogi od presji wyglądu i rywalizacji? Myślę, że tak i to jest w ogóle mój cel w praktyce jogi. Staram się dążyć do oderwania praktyki od toksycznych wpływów, które narzucają nam, jak mamy kontrolować nasze ciała. Uważam, że joga jest praktyką uwalniania i można to interpretować na różnych poziomach: duchowym, fizycznym czy w sensie wolności od nakazów, które narzuca kultura. To temat obecny także w filozofii jogi – część tekstów mówi, że joga jest praktyką kontroli ciała, a inne, że praktyką uwalniania. Według mnie współczesna interpretacja kontroli jest problematyczna, bo w dzisiejszym świecie mamy jej już bardzo dużo. Dla mnie praktyka jogi to spotkanie z samą sobą – odkrywanie, gdzie mam myśli, które wcale nie są moje, i sprawdzanie, co mogę puścić, a co uwolnić. Czy joga może być narzędziem wspierającym regulację emocji? Czy ruch, asany, oddech i uważność na ciało mogą wspierać naszą odporność psychiczną? Na pewno mogą wspierać – tak, jak Pani powiedziała. Ale zawsze podkreślam, że joga nie zastępuje terapii. Może być świetnym uzupełnieniem, wsparciem, przestrzenią, w której praktyką i uważnością na ciało, myśli i emocje możemy pracować z tym, co pojawia się w terapii. Trzeba jednak uważać, by nie uznać, że joga „załatwi” wszystko. W książce piszę o zjawisku zwanym spiritual  bypassing – to wykorzystywanie duchowości do przykrywania problemów psychicznych. I to jest realne zagrożenie, jeśli postawimy wyłącznie na jogę. Joga nie jest złotym środkiem ani magicznym plastrem, który nagle sprawi, że wszystko będzie wspaniałe. Wręcz przeciwnie – często pokazuje, że pewne rzeczy są bardzo trudne, że nie wszystko da się zmienić, bo życie to nie tylko pozytywne wibracje i brak bólu. Oczywiście praktyka ma poprawiać nasz komfort psychiczny i fizyczny, ale nie jest cudownym remedium. Dlatego ważne jest znalezienie balansu i szerokie spojrzenie. To ważne, że są takie praktyki jak joga czy kontakt z naturą, które mogą uzupełniać dbanie o zdrowie psychiczne i wspierać proces terapeutyczny. Warto jednak pamiętać, że gdy w naszym życiu pojawiają się trudności, z którymi sami nie jesteśmy sobie w stanie poradzić, to warto skorzystać z pomocy specjalisty. Tak, dokładnie. Uważam, że joga może być świetnym narzędziem w radzeniu sobie z zaburzeniami odżywiania, ale tylko wtedy, gdy praktykujemy ją w środowisku wolnym od uprzedzeń, np. fatfobicznych. Jeśli trafimy w miejsce, gdzie wszyscy rozmawiają o dietach, o tym, ile schudli, a nauczycielki i nauczyciele mówią, że trzeba zrzucić kilka kilogramów, żeby coś osiągnąć – to nie będzie wspierające. Dlatego tak ważne jest, z kim i w jakim klimacie praktykujemy. A jakie elementy ciałożyczliwości są w tym podejściu kluczowe? Jak w ogóle zacząć praktykować ciałożyczliwą jogę?   Najtrudniejsze są oczekiwania, z którymi przychodzimy na jogę. Dlatego powtarzam: spróbujmy praktykować bez oczekiwań, bez celu. Łatwo to powiedzieć, trudniej zrobić. Dlatego najlepiej małymi krokami – nie oczekiwać, że po tygodniu pokochamy swoje ciało i życie. Gdy mówię komuś: „Twoje ciało może być takie, jakie jest, nie musisz go zmieniać”, to może pojawić się lęk. To trudne pozwolić sobie być takim, jakim się jest. Ważna jest więc otwartość i gotowość na to, że proces może być wymagający i nie wydarzy się od razu. Nie warto się zniechęcać – lepiej dać sobie szansę i wprowadzać zmiany krok po kroku. Trzeba też uważać, by praktyka nie stała się kolejnym narzędziem kontroli, np. narzucaniem sobie, że muszę ćwiczyć pięć razy w tygodniu. Dla wielu osób już raz w tygodniu to ogromny krok. Kluczowa jest wyrozumiałość wobec siebie – jeśli coś się nie uda dziś, można spróbować jutro. To właśnie postawa życzliwości i otwartości sprawia, że proces ma sens. Pozwolenie sobie na potknięcia i wyrozumiałość wobec siebie, że jeśli mi się nie uda, to to jest w porządku. To przecież też element procesu. Nie chcę zabrzmieć górnolotnie, ale joga jest takim zwierciadłem pokazującym, jak reagujemy w życiu na różne sytuacje. Jeśli wiem, że danego dnia nie dam rady praktykować, mam dwie ścieżki: mogę się za to dołować i źle o sobie myśleć albo podejść do tego z wyrozumiałością. To następnie przekłada się na wiele innych sytuacji. Bo przecież często zdarza się, że nie mamy na coś siły. Dlatego tak ważne jest szukanie równowagi i wsłuchiwanie się w swoje potrzeby. O to właśnie chodzi w jodze, żeby odnaleźć to, czego naprawdę pragniemy, a nie spełniać oczekiwania innych. W dzisiejszym świecie jest naprawdę niewiele przestrzeni na własne potrzeby.   
Czytaj więcej

Mózg superbohatera

„Pozwól mi odejść, nie chcę być już twoim superbohaterem. Nie chcę być wielkim człowiekiem. Po prostu chcę walczyć z kimkolwiek innym”. To pierwsze wersy wielkiego przeboju Hero (Bohater) amerykańskiej grupy Family of The Year. Utwór ten stał się soundtrackiem jednego z najbardziej niezwykłych filmów w historii kina. O zwykłym życiu i bohaterstwie skrytym w czterech ścianach.
Czytaj więcej

Dobrostan pracowników to dobrostan firmy

Czy biznes potrzebuje dobrostanu? To pytanie pada coraz  częściej w kontekście myślenia o skutecznym rozwoju firm.  Od pewnego czasu zauważamy wyraźny trend, zgodnie z którym sukces organizacji nie ogranicza się tylko do jej ekonomicznych wyników, ale również do tego, że ludzie, którzy tam pracują, czują, że dba się o ich potrzeby i zdrowie psychiczne. 
Czytaj więcej

Fular, czyli o mansplainingu słów kilka

Eleganckie mieszkanie w starej kamienicy, jedwabny fular pod szyją gospodarza i ton rozmowy, w którym od pierwszych słów czuć było protekcjonalność. Tak zaczęło się spotkanie, które miało być wywiadem o uzależnieniu, a przerodziło się w lekcję o tym, jak działa mansplaining. To doświadczenie – z pozoru osobiste i jednostkowe – odsłania mechanizm dobrze znany wielu kobietom: sytuację, w której mężczyzna, powołując się na swoją płeć, stawia się w roli eksperta od naszego życia, emocji i kompetencji. Dlaczego wciąż pozwalamy się w to wciągać? I co możemy zrobić, by odzyskać głos na własnych zasadach?  
Czytaj więcej

Chłopaki nie płaczą?*

Magdalena: Największe muzyczne przeboje dotyczące męskości to jednak „pieśni przeszłości”. James Brown w kultowym kawałku It’s a man’s, man’s world śpiewał o świecie stworzonym przez mężczyzn, choć niepełnym bez kobiet, a Lynyrd Skynyrd w Simple Man przekazywał rady na temat bycia dobrym mężczyzną.   Tymczasem trzymam w rękach książkę, którą od Ciebie otrzymałam, Męska rzecz. Wszystko, co mężczyzna musi wiedzieć, by żyć długo i aktywnie. Tytuł sprowokował temat naszego felietonowego dialogu. Bo zastanawiam się, czy współcześnie w ogóle trzeba pisać książki o mężczyznach? Czy w czasach, kiedy walczymy wciąż nie tylko o wyrównanie płac i szans, o równouprawnienie, o pozbycie się wielu sztywnych kategorii, to ma sens?  Robert: To zagadnienie dotyka kilku płaszczyzn, bo biologicznej, psychologicznej, kulturowej i społecznej. A odpowiedź jest zależna od tego, o jakim podziale dyskutujemy. „Męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać” – śpiewała Alicja Majewska: tutaj mamy rzeczywiście myślenie sprzed kilku dekad, ujęte kulturowo, ale i społecznie. Wspominasz o książce Męska rzecz, którą napisaliśmy wraz z dr. Piotrem Świniarskim we współpracy z Dawidem Krawczykiem, ujmując temat z wielu dziedzin, które reprezentujemy.  Kiedy mówimy o płci, zazwyczaj myślimy w kategoriach kobieta–mężczyzna. Tymczasem biologia pokazuje większą różnorodność – różne konfiguracje chromosomów, hormonów czy budowy ciała. To ma praktyczne, medyczne uzasadnienie: wpływa na dawkowanie leków, ryzyko chorób czy metabolizm.  Z psychologicznego punktu widzenia płeć to także tożsamość i sposób, w jaki rozumiemy siebie, co silnie oddziałuje na zdrowie psychiczne. A jeśli dodamy do tego gender, czyli kulturowe role i oczekiwania wobec kobiecości i męskości, widać, że płeć to zjawisko dużo bardziej złożone. Magdalena: A jednak regularnie bywa spłaszczane. Spłycane. W mediach społecznościowych znajdziemy tysiące wpisów, testów, analiz typu: „5 cech dobrego partnera, mężczyzny”, „Jak być bardziej kobiecą”, „Męskość w XXI wieku: jaka jest?”, „Jak poznać, że on jest męski?”. Tak łopatologiczna narracja silnie kategoryzuje i zaburza obraz męskości (ale też, co istotne, kobiecości).  Robert: Irytuje mnie takie ujmowanie tematu i wszystkie stereotypowe podziały, w tym „męskie” cechy i określenia. „Męskie” jako odpowiedzialne, racjonalne, silne. A „żeńskie” najczęściej oznacza emocjonalne, opiekuńcze, podporządkowane… Tego typu kategorie, w obliczu współczesnej wiedzy, budzą rzeczywiście wiele zastrzeżeń.  Magdalena: Jestem wyczulona na język. Kiedy słyszę od działaczek, celebrytek czy aktorek – a to nadal się zdarza w wywiadach oraz publicznych wypowiedziach znanych kobiet, w tym wykształconych – określenia typu „ona ma jaja”, ręce mi opadają. Czyli jednak męskość jako nadrzędna cecha, jako synonim siły, mocy, sprawczości. Dlaczego nie „ona ma jajniki”, jeśli już?  Robert: Cechy, które wymieniasz, przez wieki były przypisywane tylko jednej płci – męskiej. Odwaga, siła, niezależność miały być domeną mężczyzn, podczas gdy kobietom przypisywano delikatność, emocjonalność czy troskę. Dziś wiemy, że taki podział jest uproszczeniem. Postrzegamy płeć jako zróżnicowany wachlarz doświadczeń – mężczyzna może być wrażliwy, empatyczny, potrafi mówić o emocjach, a kobieta może być stanowcza, ambitna, decyzyjna. Badania, m.in. nad androgynią psychologiczną Sandry Bem czy nad koncepcją hegemonicznej męskości Raewyn Connell, pokazują, że rozwój społeczny i kulturowy otworzył przestrzeń do wyrażania całej palety cech bez względu na płeć.   Tradycyjny podział na cechy męskie i żeńskie historycznie pomagał nam organizować życie społeczne, ale też – niestety – utrwalał nierówności i ograniczał wolność jednostek. Obecnie w krajach o wysokim wskaźniku równości płci wszystko przesuwa się w stronę neutralności płciowej, która pozwala ludziom dobierać sobie rolę społeczną czy zawód. Liczy się styl życia zgodny z preferencjami, a nie ze stereotypami. No bo powiedzenie dziewczynce: „Słuchaj, powinnaś się nauczyć gotować, aby móc robić obiady swojemu partnerowi” słusznie budzi kontrowersje. A gdyby u dziewczynek wzmacniać cechy dotyczące sprawczości, siły i mocy, z pewnością przełożyłoby się to na więcej noblistek niż Maria Curie-Skłodowska i Wisława Szymborska.  Magdalena: I nie mielibyśmy tylu „kryzysów”. Bo tym, co mnie zaskakuje od wielu lat, jest regularnie ogłaszany i dyskutowany w mediach, click-baitowy „kryzys męskości”. Tymczasem, jak podaje  Słownik Języka Polskiego PWN, męskość ma trzy znaczenia. Więc po pierwsze to: „cechy typowe lub uchodzące za typowe dla mężczyzny”, po wtóre: „potencja płciowa mężczyzny” i po trzecie: „(euf.) narządy płciowe mężczyzny”.  Robert: Skoro jesteśmy w psychologicznym magazynie, pomówmy o tożsamości płciowej. Psychologów od lat fascynuje ten temat, bo już wiemy, że nie zawsze tożsamość płciowa pokrywa się z płcią przypisaną przy urodzeniu. Dla wielu osób prosty podział na kobiece i męskie okazuje się zbyt wąski. I właśnie w tym kontekście pojawia się pojęcie „kryzysu męskości”. Jeśli trzymamy się dawnych schematów, w których męskość musi oznaczać siłę, niezależność czy brak emocji, to każda zmiana społeczna podważająca te wzorce wydaje się kryzysem. Jak pokazuje Raewyn Connell w koncepcji hegemonicznej męskości, a Michael Kimmel w badaniach nad współczesnymi mężczyznami, dawne ideały męskości nie przystają do rzeczywistości społecznej i kulturowej XXI w. Kryzys nie jest więc ani dobry, ani zły. To naturalny etap zmiany, który burzy status quo i otwiera drogę do bardziej elastycznych, autentycznych sposobów rozumienia męskości i kobiecości. Magdalena: Jeśli mówić o kryzysie w kontekście zmiany, męskość jest w zmianie od tysięcy lat. Panowie szli na wojny, emigrowali, znikali, potem się pojawiali lub nie; ginęli za ojczyznę, za rodzinę, za honor.  Robert: I oczywiście kryzys przyjmuje też oblicze współczesne. Sprawia, że zadajemy sobie pytania, jak ponownie zintegrować się wokół kategorii, jaką jest męskość. Bez kryzysu nie znaleźlibyśmy odpowiedzi na wiele pytań i nie nauczylibyśmy się równoważyć nowych zjawisk społecznych. Współczesna męskość ma stać się modelem bardziej optymalnym, bliższym rzeczywistym potrzebom mężczyzn. Ale nie wszyscy są gotowi, by go przyjąć. Robert: Unikajmy więc fantazji rodem z końca XIX i początku XX w.,  kiedy z jednej strony pojawiały się skrajne wizje emancypacyjne o „świecie bez mężczyzn”, a z drugiej konserwatywne koncepcje, sprowadzające kobietę wyłącznie do roli żony i matki. Takie narracje tworzyły obraz płci jako stron wojny zamiast wspólnoty. Dziś naprawdę nie potrzebujemy kolejnych opowieści opartych na konflikcie. Potrzebujemy języka, który pozwala rozumieć różnice, ale nie czyni z nich amunicji.  Magda: Szczególnie że nie powinno być w ogóle rozmów o męskości i kobiecości bez wątku człowieczeństwa. Hej, wróćmy do bazy! 
Czytaj więcej