Przełomowa rola psychologii pozytywnej w przywództwie

O ewolucji psychologii pozytywnej, wyzwaniach związanych z rozwojem tej dziedziny oraz o jej praktycznych zastosowaniach w kontekście realnych problemów współczesnych społeczeństw – z Martinem Seligmanem rozmawiają Michał Łuczewski i Piotr Czekierda.
Czytaj więcej

Jak wykorzystać supermoce osób wysoko wrażliwych w pracy i biznesie?

W świecie VUCA* – zmiennym, niejednoznacznym, złożonym i niepewnym, może się okazać, że warto zrobić więcej miejsca na inne jakości. Tym bardziej że tworząc środowisko biznesowe, w którym będzie więcej przestrzeni i czasu na głębsze przetwarzanie informacji, zniuansowane podejmowanie decyzji i budowanie relacji opartej na empatii, mamy szansę na lepsze wykorzystanie naszych różnorodnych cech i możliwości, a przez to na większą efektywność, motywację, satysfakcję i zaangażowanie. 
Czytaj więcej

Sztuka nasycania się codziennością i doceniania drobnych momentów

Uważasz, że Twoja codzienność jest nudna? Przytłacza Cię proza życia? Chcesz wyrwać się z rutyny i wyjechać na koniec świata? Zanim to zrobisz, zatrzymaj się na chwilę i zobacz, jak zacząć doceniać te zwykłe momenty.
Czytaj więcej

Wabi sabi, czyli japońska sztuka życia w zgodzie z własną niedoskonałością

Prawdziwa magia tkwiąca w każdym człowieku polega na tym, że jest głęboko niedoskonały, ale jednocześnie ma w sobie potencjał, by osiągnąć wszystko.
Czytaj więcej

Patostreaming – niebezpieczne treści w internecie

Internet stanowi znaczący element naszego życia. Dostęp do niego umożliwiają nie tylko komputery, laptopy czy tablety, ale również smartfony, które użytkownicy mają stale przy sobie. Ze smartfonów korzysta dziś aż 42,7% dzieci w wieku 4–9 lat.
Czytaj więcej

Młodzież i sexting. Jak wspierać nastolatków eksperymentujących z seksualnością?

Zauważa się, że w ostatnich latach zjawisko sextingu staje się coraz powszechniejsze wśród nastolatków. Choć dla niektórych wysyłanie nagich czy półnagich zdjęć i treści o charakterze intymnym może wydawać się niewinną formą eksperymentowania z seksualnością, wyrazem wolności czy swobody w decydowaniu o swoim ciele, niesie to jednak za sobą wiele poważnych zagrożeń i konsekwencji, zwłaszcza w kontekście młodego wieku i niewłaściwej edukacji seksualnej.
Czytaj więcej

Sexting - nasze ciała, nasza sprawa

Z raportu „Nastolatki 3.0” opublikowanego w 2023 r. przez Naukową i Akademicką Sieć Komputerową – Państwowy Instytut Badawczy (NASK) wynika, że w Polsce co trzecia niepełnoletnia osoba otrzymała czyjeś nagie lub półnagie zdjęcie za pośrednictwem internetu. Tymczasem jedynie 5,6% rodziców deklaruje, że ich dzieci doświadczyły sextingu.
Czytaj więcej

Żeby coś zyskać, trzeba coś stracić

Wszystko w życiu się kończy – niezależnie, czy tego chcemy, czy nie. Straty zazwyczaj są bolesne, czasem przedwczesne, mogą być jednak impulsem do rozwoju. Na dłuższą metę to nie sama strata, a brak akceptacji tego, że coś się kończy, jest źródłem cierpienia.
Czytaj więcej

W jaki sposób radzić sobie z emocjami w chorobie niepłodności?

Upragnione dwa paski w teście – coraz więcej par co miesiąc daremnie czeka na ten znak. Szacuje się, że z chorobą niepłodności zmaga się około 1,5 mln osób w naszym kraju. Ze względu na globalny rozmiar problemu Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zalicza obecnie niepłodność do chorób cywilizacyjnych XXI w. Co czują pary bezskutecznie starające się o dziecko? Jak mogą zaopiekować się swoimi emocjami?
Czytaj więcej

Syneczek mamusi, czyli czy kobiety mogą nauczyć swych synów męskości?

Marcin Capiga: Co się w Pani uruchamia, kiedy słyszy określenie „syneczek mamusi”? Ewa Woydyłło-Osiatyńska: Negatywne skojarzenie. „Syneczek mamusi” to niesamodzielne dziecko, które wypełnia dla mamy rolę towarzysza życia i na którym skupiona jest cała jej uwaga. Taki syn jest jej celem i sensem życia. Wprawdzie rodzicielstwo, kiedy dzieci są małe, skupia się na dziecku, to taka wyłączność jest zwyczajnie niezdrowa. Dla takiego syna oznacza, że jest pępkiem świata, królewiczem i odgrywa w życiu matki wyjątkową rolę. I zatrzymam się przy tym słowie, ponieważ w dorosłym życiu, w różnych kontekstach, a zwłaszcza w takich, które są sytuacjami trudnymi, poczucie wyjątkowości jest na ogół wielką przeszkodą. Ponieważ plasuje nas przeważnie poza zbiorowością. Rozumiem, że taki chłopiec w późniejszych latach jako mężczyzna może mieć problem na przykład ze znalezieniem partnerki, która będzie go traktować jak pępek świata. On będzie się obnosił z tym poczuciem wyjątkowości, ale wątpliwe, aby tym przyciągał ludzi. Raczej odwrotnie, groziłaby mu w końcu samotność. Nie będzie chciał nawet innych osób poznawać. To szalenie syci ego dziecka i prowadzi do wygórowanego mniemania o sobie. Takiemu trzylatkowi, czterolatkowi, pięciolatkowi łatwo w ten sposób przewrócić w głowie. A czterdziestolatkowi? Synusiem mamusi można być bardzo długo... Jeżeli po drodze takiemu chłopcu nie wydarzy się jakaś „rewolucja demokratyczna”, np. nagle nie urodzą się tej mamusi jeszcze trojaczki, to ten pierworodny infant będzie nadal dorastać w przekonaniu wyjątkowości, a to poczucie wywyższa i izoluje od ludzi. Czemu? Ponieważ jak ktoś czuje się wyjątkowy (w domyśle: lepszy), to może być tylko szefem. I przeważne zadziera nosa, staje się nieprzystępny. Do takiej osoby nie można zwyczajnie podejść i powiedzieć: „Słuchaj, zupełnie mi nie pasowało to, co mi wczoraj powiedziałeś”, bo bufon tego nie przyjmie. Bo byle kto – czyli każdy inny – nie śmie zwracać mu uwagi. Znam pewną studentkę, akurat w tym przypadku to córusia mamusi, która właśnie z tego powodu jest odrzucana przez rówieśników. Mimo zdolności, świetnych ocen nie może pozyskać ich sympatii, bo „wyjątkowej” osoby się nie lubi. Wyjątkowej, ale rozumiem, że również zadufanej w sobie. To idzie w parze. A nabiera się takiego wyobrażenia o sobie we wczesnych, tzw. formatywnych latach, przez to, jak traktowali ją dorośli, wpływając na tożsamość i własny wizerunek dziecka. Czy jest to częste zjawisko, że stawiamy chłopców w centrum? Nie zajmuję się badaniami, więc trudno mi na to pytanie odpowiedzieć. Jednak obserwujemy obecnie pewne dość powszechne zjawisko. Mianowicie wiele kobiet decyduje się na macierzyństwo jako singielki lub, nawet pozostając w związkach, zajmują się dzieckiem prawie wyłącznie samodzielnie, bez większego zaangażowania ojców. Gdy na świat przychodzi syn, kobiety te nieświadomie mogą widzieć go jako „swego mężczyznę”. Ale również w tradycyjnych małżeństwach przez pierwsze 2–3 lata życia dziecka rola matki jest silniejsza niż ojca. Ona korzysta z przysługujących jej urlopów wychowawczych, wtedy spędza z dzieckiem niemal cały czas, karmi, zajmuje i opiekuje się, chodzi do lekarza itd. U nas, w Polsce, już nawet nie ze względów obyczajowych, ale finansowych, niewielka liczba ojców decyduje się na urlop. Dziecko w pierwszych latach życia jest więc pod większym wpływem matki i to wystarczy, by nawiązało bardzo silną więź z matką. Nawet wspólnym czasem ojca i dziecka też przeważnie zarządza kobieta, mówi np.: „Zabierz go na basen” czy „Pójdźcie na huśtawkę”. Dziecko słyszy, że to pomysły mamy, że tata jest podporządkowany mamie i nawet… swemu dziecku, bo zaspokaja przyjemności oraz potrzeby dziecka. To nadaje kierunek w myśleniu dziecka. Kto jest ważny, z kim trzeba się liczyć, z kim warto się identyfikować. Kobiety są też przeważnie bardziej emocjonalne, co wynika zarówno z biologicznego wyposażenia hormonalnego, jak i przyzwolenia społecznego – bo dziewczynkom i potem kobietom po prostu wypada odczuwać i okazywać stany emocjonalne. Dziecko częściej widzi mamę, jak się przestrasza, wzrusza, martwi czy płacze. Nawet gdy czyta dziecku bajki, to je przeżywa, co rodzi zażyłość i poczucie bliskości. Można byłoby pomyśleć, że to dobrze, bo uczymy się emocjonalności, której – jak się mówi – mężczyznom brakuje. Owszem, dorośli synusie mamusi nie stronią od romantycznych filmów i lubią przyjaźnić się z kobietami, z którymi łatwo znajdują wspólny język. A gdzie w tym wszystkim jest męskość? Czy ona się tam gdzieś nie gubi? Jeżeli rozumiemy ją w tradycyjnym sensie, a więc jako manifestację siły fizycznej, sprawczości i odwagi oraz „pokerową twarz”, czyli nieokazywanie emocji – to synusiom mamusi takiej męskości raczej brakuje. Ten model, moim zdaniem, zaczyna przechodzić do lamusa. Chłopcy dziś coraz częściej skaczą z najwyższej trampoliny, a jednocześnie wzruszają się na romantycznych filmach. Wyrasta pokolenie nowej męskości. Mam dwóch wnuków – jeden napisał w młodym wieku wybitny doktorat z fizyki kwantowej, a jednocześnie jego dwie córeczki nie schodzą mu z kolan. A drugi, dopiero nastolatek, wrócił niedawno z Zielonej Szkoły i oświadczył: „Fajnie było, dużo tam z naszym panem gadaliśmy. I wiesz co, gdybyś miała kiedykolwiek jakieś zmartwienie, to pamiętaj, zawsze możesz ze wszystkim do mnie przyjść”. Czy nie piękne? Taki będzie nowy typ mężczyzny, tacy będą kiedyś rycerze. Bo dziś wciąż najwięcej jest takich mężów czy synów, którzy na pytanie: „Co się dzieje, misiu? Jesteś smutny…” wykrzykują: „Ale o co chodzi!?”. Cieszę się, że to się zmienia. Na moich publicznych spotkaniach na tematy psychologiczne, np. złości, miłości, czułości, żalu po stracie czy wychowania dzieci, gdzie z reguły sala jest pełna samych kobiet, ostatnio coraz częściej pojawiają się mężczyźni. Czy Pan to sobie wyobraża? To jest dla mnie bardzo miłe zaskoczenie i bardzo mnie to cieszy, bo jak popatrzeć na warsztaty z kompetencji psychospołecznych, to jeszcze nadal głównie spotykamy tam kobiety. Kilka lat temu wszyscy się tak wystraszyli słowa „gender”, że zostało niemal zakazane. A to była wielka okazja, żeby o płci społecznej zacząć rozmawiać i pomóc ułożyć stosunki społeczne bardziej sprawiedliwie. Dobrze by zrobiło zarówno kobietom, jak i mężczyznom, wyjście z tradycyjnych ról, które krzywdzą obydwie strony. Myślę, że krzywdzą bardziej naszych chłopaków. Bo dziewczyny, jak widzę, zdecydowanie lepiej sobie radzą. Kiedyś poprosiłam męża, żeby mi kupił w prezencie wiertarkę. Czy to dlatego, że mój mąż był niemęski albo ja nie jestem kobieca? Skądże! Po prostu lubię wieszać na swoich ścianach oprawione fotografie w nieograniczonych ilościach, a on miał akurat inne hobby. Więc chce Pani powiedzieć, że nasze role społeczne się zmieniają i że kobiecość oraz męskość niekoniecznie muszą kurczowo trzymać się stereotypów? Tak. Od urodzenia obserwujemy swoich dorosłych, ale też obecnie bardzo wcześnie poznajemy inne dzieci i innych dorosłych – w kreskówkach, filmach, internecie, w innych rodzinach, w sąsiedztwie czy przedszkolu, a potem w szkole – i w ten sposób dowiadujemy się o rolach społecznych kobiet i mężczyzn. Dziś role te nie są już wszędzie identyczne. W ten sposób każdy sam dojrzewa do wyboru roli dla siebie. Kiedyś wpływała na uformowanie tożsamości człowieka niemal wyłącznie rodzina. Ale sami otworzyliśmy okno na świat o wielkiej różnorodności, w którym mamy coraz więcej możliwości wyboru. Jest jeszcze dzisiaj coś takiego, czego możemy się nauczyć tylko od naszych mam? Dyplomatycznie odpowiem: to zależy… Od mądrej mamy (ale dlaczego tylko od mamy?), od każdego możemy się nauczyć mądrych rzeczy albo niemądrych. Czy w życiu możemy się nauczyć tego, czego nam zabrakło w dzieciństwie? Do końca życia, a właściwie do Alz­heimera – wszystkiego możemy się nauczyć. Nawet obcego języka. Może to jedynie z wiekiem nieco spowolnieć. Nie nauczy się tylko ten, kto uważa, że wszystko wie lepiej. I jeszcze ten, kto sobie wmówi, że coś jest niemożliwe, nawet nie spróbowawszy. To skąd możemy nauczyć się tych pozytywnych wzorców? Od innych ludzi, także tych, którzy żyją daleko – a więc z podróży po świecie, nawet bez wsiadania do samolotu, tylko poznając światową literaturę, filmy, szperając w podcastach i YouTubach, z radia i telewizji, z tysięcy gazet, tygodników, miesięczników i kwartalników.  Chodzi o to, że możemy te wzorce czerpać z różnych źródeł, tak? A dlaczego by nie? Możemy też sobie wyobrazić sytuację, w której mężczyzna chce się zajmować dziećmi, ale kobieta mówi: „Jak ty zakładasz tę czapkę? Nie umiesz czapki zakładać?”. A czy on nie umie jej wytłumaczyć, że lubi właśnie tak tę czapkę zakładać? Albo odwrotnie, może faktycznie nie umie i wtedy niech poprosi: „Kochanie, to pokaż mi, jak się to robi, bo ja faktycznie pierwszy raz zakładam jakiemuś dziecku czapkę…”. Wróćmy jeszcze do tej relacji syna z matką. Rozumiem, że obserwując rodziców i to, jak na siebie reagują i jakie wzorce prezentują, uczymy się, jak nasze relacje w przyszłości powinny wyglądać. Hola, może być akurat inaczej… Na przykład układanie własnych relacji tak, żeby były kompletnie inne niż te, jakie widzę w domu. Niezależnie od własnych doświadczeń, istnieje wiele czynników decydujących o tym, jak zechcemy urządzić własne życie. Czasem dom rodzinny bywa najgorszym wzorem, a nie najlepszym. Jak odkryć swój „ideał” rodzicielstwa? Kiedy pracowałam w ośrodku terapii uzależnień, dawaliśmy pacjentom rozmaite pisemne zadania. Wśród nich było także pytanie o to, jakiego chciałbyś mieć ojca. Potem odczytywano te prace w grupie. Zawsze słyszeliśmy: „Chciałbym, aby był wzorem, przytulał mnie, zabierał na basen, gadał ze mną o moich sprawach, nie reagował na wszystko złością”. Zalecaliśmy, aby pacjent tę kartkę zachował i gdy wróci po leczeniu do domu, by sprawdził ze swoimi dziećmi, czy sam był takim właśnie ojcem. Świetne i dla ojców, i dla matek. Uczy dobrego ojcostwa. Anglicy mają takie powiedzenie, że to nie rodzice wychowują dzieci, tylko dzieci wychowują rodziców. Kiedy dziecko ma trzy lata, rodzice powinni wyłącznie przytulać, dbać o komfort dziecka, opowiadać bajeczki, rozbawiać i sprawiać same przyjemności. Jak dziecko ma osiem lat, to już trzeba dojrzeć do zupełnie innych potrzeb dziecka. Dowiedzieć się, w czym potrzebuje wsparcia, pomocy, niekiedy interwencji. A wśród naszych rodziców wciąż pokutuje czarna pedagogika, czyli surowość, kary, zawstydzanie, skupienie na niedociągnięciach, wymuszanie posłuszeństwa. Uważa się, że dobry ojciec to taki, który ma autorytet, czyli sieje postrach.  A co Pani myśli o sytuacji, kiedy matki uczą swoich synów męskości na wzór tego, jakie cechy chciałyby, by spełniał ich partner? Jeżeli bym chciała, żeby mój partner był kulturalny, wrażliwy, by zauważał, że ktoś inny obok niego coś przeżywa, i by nie był niecierpliwy i poirytowany, tylko żeby się odzywała jego empatyczna strona i żeby umiał jak mój czternastoletni wnuk powiedzieć: „Możesz do mnie zwrócić się o pomoc” – to oczywiście pragnęłabym tak wychować swego syna. I córkę też. Przecież to najlepsze, czego można pragnąć dla człowieka. Uczymy chłopców wrażliwości, a w badaniach wychodzi, że mężczyźni okazujący emocje, np. bezradność czy smutek, są mniej atrakcyjni dla kobiet. Czy nie mamy do czynienia z paradoksem? Jakoś nie słyszałam o żadnym przypadku, żeby przyczyną rozwodu było okazywanie przez męża smutku czy bezradności. Chyba że jest chory na depresję, ale odmawia pójścia do lekarza… Ale to zupełnie inny temat. Dodam jeszcze dla jasności – wrażliwość to nie jest okazywanie wyłącznie bezradności czy smutku! Wrażliwość to troskliwość, zdolność do wczuwania się w czyjeś przeżycia, to delikatność i gotowość do wspierania słabszych. Nie wiem, skąd taki pogląd, że kobiety lubią mężczyzn, którzy trzymają innych w ryzach i nie dają nikomu dojść do głosu, łatwo wpadają w furię i chętnie używają pięści na słabszych, np. na kobietach i dzieciach. Osobiście nie znam ani jednej takiej kobiety. Spotykam ich za to mnóstwo w moim gabinecie, dokąd przychodzą leczyć rany i szukać ratunku z powodu takich towarzyszy życia. Co chciałaby Pani powiedzieć matkom, które wychowują synów? Niezależnie od płci dziecka, nauczmy je przyjaźnić się, kochać i szanować innych, nauczmy pracowitości i wytrwałości, poczucia humoru i dbania o zdrowie, nauczmy odwagi i sprawczości, wiary w siebie, dobrego wychowania i kultury osobistej. Dziękuję za rozmowę. 
Czytaj więcej

Dlaczego chcemy być dla kogoś najważniejsi na świecie?

Chcę być dla niego najważniejsza. Chcę mieć absolutną pewność, że jestem wyjątkowa, ta jedyna. Czy te pragnienia można zaspokoić w związku? Czy są one w ogóle adekwatne, użyteczne?
Czytaj więcej

Gdyby nie Ty… To wszystko przez Ciebie. Co kryje się pod grami interpersonalnymi?

Dorota Krzemionka: 60 lat minęło od ukazania się książki Erica Berne, a wciąż wydaje się aktualna, wciąż wikłamy się w różne gry interpersonalne, może nawet bardziej niż kiedyś. Jak Pan Profesor myśli?  Bogdan de Barbaro: Mam wrażenie, że wiedza psychologiczna upowszechniła się w przestrzeni społecznej i przybyło nam umiejętności rozumienia tego, co się dzieje z nami i między nami. W efekcie jesteśmy bardziej świadomi, jak się porozumiewamy z innymi ludźmi. Podoba mi się ta myśl, choć jestem bardziej sceptyczna. Wiele bowiem z tego, co sobie komunikujemy, dzieje się nieświadomie. W filmie Pawła Łozińskiego, w którym brał Pan Profesor udział, podczas terapii matka mówi do córki: „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham”. Na pozór jest to zapewnienie o miłości. Jak jednak córka może je odebrać?  Terapeuci powiedzieliby, że jest to podwójny komunikat, gdzie między wierszami ukryte są dodatkowe treści, które rodzą niepokój u odbiorcy. Córka może go odczytać jako zarzut: „Ja Cię tak bardzo kocham, a Ty co?” albo jako sugestię: „Skoro ja Cię tak kocham, to czuj się zobowiązana do wzajemności”. Mamy tu do czynienia z pewnym rodzajem pułapki.  To ukryte dno w komunikacji jest charakterystyczne dla gier. Czym jest gra i do czego prowadzi?  Z założenia ma prowadzić do zwycięstwa. Ale zwycięstwo w grze według Berne’a sprowadza się zwykle do wykazania drugiemu, że: „Ja jestem okej, a Ty nie”. Albo w wersji soft: „Może ja nie jestem okej, ale Ty jeszcze bardziej”. Nie ma tu przestrzeni na dialog.  Czy ktoś, kto inicjuje grę, robi to świadomie? To ciekawy wątek. Zwykle dzielimy myśli czy przeżycia na świadome i nieświadome. A tutaj mamy do czynienia z obszarem pośrednim, który można by określić jako przedświadomy. Ten, kto ma wgląd, być może zorientuje się w niejednoznaczności i podwójności tego komunikatu. Ale jeśli chce przede wszystkim pokonać drugiego, to nie będzie zaciekawiony tym, co tam jest pod spodem. Raczej skupi się na planowaniu dalszych posunięć w grze.  Bohaterowie dramatu Edwarda Albee’ego Kto się boi Virginii Woolf, Martha i George, od lat prowadzą między sobą gry małżeńskie. Ona zachowuje się jak zbuntowane dziecko i ciągle go atakuje: „Gdyby nie Ty”. On wciąż pije, dając jej do zrozumienia, że to ona go do tego zmusza. Ranią się oboje, a jednocześnie nie potrafią przestać. Na pozór Dorosły rozmawia z Dorosłym. A co się dzieje w ukrytej warstwie?  Często w grach Rodzic wewnętrzny jednej osoby atakuje Dziecko drugiej osoby. Według analizy transak­cyjnej sformułowanej przez Erica Berne’a, każdy z nas ma w sobie trzy stany ego: Rodzica, Dorosłego i Dziecko. Rodzic mówi nam, co jest odpowiednie i dobre, a co nie. Dorosły kontaktuje się z realnością, Dziecko zaś jest obszarem popędów, emocji, pragnień, lęków, nadziei. Jeżeli zatem jedna osoba mówi drugiej: „Znowu zawiodłeś” albo „Nigdy nie można na Ciebie liczyć”, to można przypuszczać, że do głosu dochodzi jej wewnętrzny Rodzic, który krytykuje, karze, obwinia albo unieważnia. A druga osoba odpowiada poczuciem winy, płynącym z jej wewnętrznego Dziecka. Albo kontratakuje. I dochodzi do sprzężenia zwrotnego. Atak wywołuje atak i w pewnym momencie nie ma już znaczenia, kto zaczął. Toczy się destrukcyjny taniec wzajemnych obwinień, który terapeuci systemowi nazywają mechanizmem cyrkularnym.  Ta cyrkularność wciąga niczym wir. Jakie korzyści partnerzy czerpią z tego tańca? Dzięki grze w „Ja jestem okej” każdy z jej uczestników dba o swoje samopoczucie. Doraźnie można poczuć się ważnym, zyskać uwagę, poczucie wyższości i inne „głaski”. A z drugiej strony atakowany może utknąć w pułapce poczucia krzywdy. Na poziomie nieświadomym czy przedświadomym też przynosi mu to pewne profity.  Daje masochistyczną przewagę… Poczucie moralnej wyższości. Ofiara z założenia jest niewinna. Co więcej, jako skrzywdzonej należy jej się jakieś zrozumienie od świata, jakaś opieka, zadośćuczynienie. Przy czym potrzebne jest zastrzeżenie: jeśli ktoś doświadczył przemocy, to zaiste jej doświadczył, a sprawca zaiste jest winien, nawet jeśli był prowokowany przez ofiarę. Ale niektórzy hodują swoje poczucie winy jako strategię życiową. Mam pacjenta, który został w dzieciństwie skrzywdzony; ten krzywdziciel już nie żyje, a pacjenta wciąż krzywdzi opowieść, jaką ma o sobie. Berne pisze, że gry są substytutem życia, namiastką intymności. Dlaczego wybieramy namiastkę, a nie intymność?  Ponieważ intymność czy też bliskość dla wielu jest zagrażająca. Dotyczy to osób, które w dzieciństwie doświadczyły zranienia w sytuacji bliskości, zwłaszcza w relacji z matką czy ojcem. Inaczej mówiąc, były w pozabezpiecznej więzi z opiekunem. Paradoks polega na tym, że odtwarzają potem to bolesne doświadczenie w kolejnych relacjach. Z jednej strony pragną bliskości, tęsknią za nią, a z drugiej strony lękają się, że jeśli dopuszczą kogoś blisko, to znów zostaną zranione, unieważnione, opuszczone.  Z lęku budują fasady, na przykład narcystyczne, za którymi się ukrywają. A gry pozwalają im te fasady zachować.  Tak, tylko że w efekcie te osoby nie dostają tego, czego bardzo potrzebują. Nie dość, że nie doświadczają bliskości, to jeszcze czują się sfrustrowane. To jakby ktoś głodny zwracał się o pokarm, ale robi to w taki sposób, że ten, kto miałby go nakarmić, po prostu ucieka. Gdyby tę grę zdekonspirować, można zobaczyć motywy, które są pod spodem. I pokazać, że pokonanie drugiej osoby w gruncie rzeczy się nie opłaca, bo co z tego, że pokonamy kogoś, kogo kochamy? To nie będzie moje czy twoje zwycięstwo, ale porażka naszej relacji. Przecież w bliskości nie chodzi o to, by być silniejszym, ważniejszym, lepszym, ale o partnerstwo, wzajemną otwartość.  Berne pisze, że gry pozwalają uzyskać chwiejną równowagę w związku. Wydaje się, że niektóre pary, gdyby przestały grać, to by się rozstały. Trudno by im było bez gier być ze sobą.  Paradoksalnie bowiem gra mimo wszystko jest związkiem, choćby jego raniącą namiastką. Niekiedy jako terapeuta zadaję parze pytanie: „Wyobraźmy sobie, że Państwo się nie kłócicie, co by wtedy było?”. I okazuje się, że dochodzą do wniosku, że w nich pozostałaby wtedy pustka. I dlatego ich nieświadoma część dąży do kłótni, bo wtedy są przy sobie, są w jakiejś wymianie emocjonalnej. Pytam więc dalej: „Co by się musiało stać, żeby się Wam ta kłótnia nie opłaciła? A skoro czerpiecie z niej jakąś korzyść, to czy nie dałoby się jej uzyskać inną, mniej kosztowną, drogą?”.  W ten sposób możemy zdekonspirować grę, zobaczyć, o co tu tak naprawdę chodzi?  Tak. Na przykład, gdy ktoś mówi: „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham”, to odbiorca tego komunikatu może być poproszony, by powiedział, co usłyszał. Jakie emocje ten tekst w nim wzbudził? Wydaje się, że jest to wyznanie miłosne, a tymczasem zawiera różne podteksty. I tych podtekstów podczas terapii poszukujemy.  Jak usłyszeć to drugie dno? Wyobraźmy sobie, że żona mówi do męża: „W ogóle nie masz dla mnie czasu, zawsze tylko praca”. Będzie to przez niego odebrane jako pretensja. Podczas terapii powiedziałbym: „Czy mogłaby Pani zamienić to, co jest pretensją, na coś, co byłoby zwierzeniem. Albo Pani pragnieniem”. Jeśli dobrze pójdzie, to ona powie: „Tęsknię za Tobą”. Albo: „Obawiam się, że coraz mniej mnie kochasz”. Czyli mamy przetłumaczenie tekstu wewnętrznego Rodzica na wewnętrzne Dziecko. Często mąż reaguje tylko na to, co słyszy w warstwie werbalnej. I odpowiada żonie: „Daj mi święty spokój, zawsze masz tylko pretensje. Nie chce mi się wracać do takiego domu”. Wtedy terapeuta sugeruje: „A czy mógłby Pan to powiedzieć w trybie zwierzenia?”. Mąż może się żachnąć: „O czym Pan w ogóle mówi!”. Na co terapeuta: „To ja spróbuję. Gdybym był w Pana butach, to bym powiedział do żony, że »tęsknię za bliskością, tylko jakoś nie potrafię jej z Tobą budować«”. W ten sposób ujawniamy podteksty schowane pod grą. Okazuje się, że pod wzajemnymi pretensjami można usłyszeć, jak ona mówi: „Kocham Cię, brakuje mi Ciebie”, a on: „Tęsknię za Tobą, ale boję się Ciebie”. Dlatego dekonspiracje różnych gier są tak potrzebne, żeby ludziom, którzy kochają się, ale nie potrafią być ze sobą, pomóc odzyskać relację. Jeśli stwierdzenie bliskiej osoby jakoś nas dotyka, to warto sięgnąć do swojego wewnętrznego Dziecka, a także spytać drugą osobę, co tak naprawdę czuje, mówiąc to. A jeśli będzie chciała kontynuować grę, warto powiedzieć jej: „Słyszę od Ciebie pretensje, a jednocześnie mam nadzieję, że pod nimi kryje się tęsknota”.  To wytrąca drugą osobę z gry. Czy można dekonspirować gry bez pomocy terapeuty?  Myślę, że aby tak się stało, potrzebne są określone warunki. Po pierwsze, musimy na wstępie założyć, że oboje jesteśmy osobami dobrej woli. I nie sądzimy, że ten drugi chce nas zniszczyć, bo przy takim założeniu to można się tylko bronić, atakować albo uciec. Po drugie, pojawia się pytanie, co jest przeciwieństwem gry? Myślę, że jest nim twórczy dialog, a ten wymaga dbałości, by drugiej osoby nie zranić ani nie unieważniać. Jestem nią zaciekawiony; tym, co ma w sobie i co warte jest wpisania w mój obraz. A efekt? Ująłbym to, nieco prowokacyjnie, jako wzór matematyczny:  1 + 1 = 3. Przy obustronnym zaciekawieniu partnerzy wzajemnie się sobą wzbogacili. Natomiast w wersji gry to równanie można zapisać jako 1 + 1 = 0.  Partnerzy wzajemnie się unieważnili.  Skoro zaś zostałem unieważniony przez drugą osobę i sam ją unieważniłem, to nie zostaje już nic.  Taki jest koszt gier – pozwalają ochronić się przed lękiem, zachować chwiejną równowagę w związku, ale zostajemy z niczym. Niektórzy z nas są bardziej nieustępliwymi graczami. Berne opisuje dwie takie postawy – Skwera i Ponuraka. Pierwszy z pozycji wewnętrznego uległego Dziecka gra w: „Przecież tak bardzo się starałem”. A drugi uruchamia w sobie zbuntowane Dziecko i atakuje: „Popatrz, do czego mnie zmusiłeś!”. Komu trudno przestać grać?  Myślę, że tym, którzy nie zasmakowali bezpiecznej bliskości. Pytanie, jak głęboka jest ich rana z dzieciństwa? I czy nie sprawia, że później dzieją się różne sytuacje, które ją pogłębiają. Na przykład, jeżeli dziecko w wieku przedszkolnym było unieważniane przez rodziców, to w szkole może się zachowywać tak, że stanie się kozłem ofiarnym w klasie. W ten sposób wczesnodziecięca trauma produkuje kolejne i utrwala się. Dlatego tak ważne jest, by spojrzeć na siebie, czy przypadkiem nie utkwiliśmy w jakiejś koleinie, która determinuje kolejne porażki. Unieważnianie przez innych może prowadzić do samounieważniania. Jeżeli nie mamy odwagi na bycie otwartym i podjęcie dialogu, jeśli uciekamy w gry, to nie tylko tracimy szanse na bliskość z kimś, ale też z samym sobą. Grając, nigdy się nie dowiemy, kim jesteśmy – czy tak? Pytanie tylko, czy ktoś chce zrozumieć siebie, swoje odruchy i reakcje. Czy też mówi sobie: „Jestem, jaki jestem, niech żyje autentyczność, najważniejsze być sobą!”.  Czy płeć wpływa na to, w co i jak gramy? Weźmy na przykład grę w udręczoną, która daje do zrozumienia: „Tyle mam na głowie, dołóż mi jeszcze” i patrzy z bólem na partnera. Czy w to nie grają głównie kobiety? A w co częściej grają mężczyźni? Gdy czytałem nowe wydanie książki W co ludzie grają, to miałem poczucie, że jednak przez te 60 lat wiele się zmieniło. Dzięki feminizmowi kobieta dziś już jest w stanie powiedzieć „stop” komuś, kto ją unieważnia czy obsadza w pozycji służki. Natomiast wzorce kulturowe nadal są wyraźne, co częściowo wiąże się z hormonami. W kobiecie jest więcej empatii, a w mężczyźnie więcej agresji. I albo się mężczyzna zatrzyma i powie hormonom: „Nie przeszkadzajcie mi w intymności”, albo będzie swoją męskość rozumiał jako prawo do agresji i wyższości, co skłaniać go będzie do gier typu: „Skoro ja pracuję, to Ty przynajmniej posprzątaj”.  Albo „Nic nie robisz cały dzień”. To się chyba trochę zmienia. A może inaczej gramy, ale nadal gramy, bo wciąż się boimy bliskości.  Mam poczucie, że jednych koszmarów, na przykład męskiego szowinizmu, ubywa, ale pojawiają się inne koszmary, jak na przykład popularyzacja nienawiści i przyzwolenie, by ją okazywać w przestrzeni publicznej. Ludzie pozwalają sobie na wylewanie pomyj i nie złapią się przy tym za głowę czy serce, nie powiedzą: „Rany, w co ja gram!”. W dodatku nienawiść nazywa się teraz hejtem, a słowo hejt nie wydaje się groźne, przypomina inne słowa, jak gem czy serw.  Słowa z gier sportowych. Hejt jako gra? A powinno być to przetłumaczone jako wypowiedź nienawistna. Więcej mamy tu sylab i trzeba się namęczyć, by je wypowiedzieć. A hejt to tylko jedna sylaba. Mamy do czynienia z nienawiścią i przybywa jej, a w zasadzie więcej jest eksportowania nienawiści.  Łatwiej ją rozprzestrzeniać na masową skalę przez internet. Trudno uniknąć pewnych gier, choćby autoprezentacyjnych czy uwodzicielskich, na przykład na Tinderze czy Facebooku...  Nie mam doświadczeń z tych obszarów, ale wyobrażam sobie, że takie gry uwodzicielskie mogą mieć swój urok. Długo przed nastaniem Tindera, jeśli dżentelmen chciał uwieźć pannę, to stosował jakieś triki językowe, które pozwalały mu zaistnieć w całej swojej krasie. Ale więcej w tym było wzajemnego uwodzenia i życzliwości, a nie obrażania. Berne opisuje grę Stodoła. On mówi do niej zalotnie: „Chodź obejrzymy stodołę”. Ona na to z błyskiem w oku: „Uwielbiam stodoły”. I wiadomo, o co chodzi.  Jak widać, pojęcie gry ma zastosowanie nie tylko w wersji wojennej, lecz także pokojowo-uwodzicielskiej. Czasem, gdy rozmawiam z małżeństwem w kryzysie, po 20 latach wspólnego życia, to pytam ich: „Czy nie miałby Pan ochoty, by uwieść tę kobietę?” albo: „Czy nie ma Pani ochoty uwieść tego mężczyzny?”. Zwykle oboje są zdziwieni: „Jak to, przecież od tak dawna jesteśmy małżonkami!?”. A przecież gra w uwodzenie mogłaby bardzo ożywić ich relację i zastąpić grę w unieważnianie.  Nie wszystkie gry są zatem szkodliwe. Te naprawdę destrukcyjne, jak pisze Berne, „Kończą się na sali operacyjnej, w sądzie albo w kostnicy”. Ale oprócz nich są też gry łagodne. Wśród nich Berne wymienia grę w Filantropa, czyli ktoś pomaga innym, bo chce, by go doceniono. Albo „Ja wam pokażę”, ale nie w sensie groźby, lecz pragnienia osiągnięć: jeszcze mnie docenicie, będziecie ze mnie dumni. Warto w to grać? Pytanie, czy w efekcie danej gry przybywa dobra, czy ubywa. Jeżeli przyjąć takie kryterium, to trzymam kciuki za Filantropa, który – nawet z powodu własnego narcyzmu – sprawia, że innym będzie lepiej. Dobra przybywa. Ale już nie w przypadku Udręczonej, która obnosi się ze swym poświęceniem dla bliskich (i dalszych), ale tylko po to, by wzbudzać w nich poczucie winy.  Berne kończy swoją książkę mało optymistycznym zdaniem: „Nie ma nadziei dla gatunku ludzkiego, a tylko dla niektórych jego przedstawicieli”. I wylicza trzy warunki, które pozwolą tym niektórym przetrwać. Po pierwsze świadomość, czyli bycie „tu i teraz”, ciałem i psychiką. Po drugie spontaniczność, czyli swobodę w ekspresji siebie i swych emocji. Oraz intymność, czyli bycie gotowym do bliskości, nawet gdyby miała ranić.  Zrobiłbym pewną poprawkę do tezy Berna. Spontaniczność kojarzy mi się jako wolność, ale nie ta rozumiana ponowocześnie jako swawola, lecz ta połączona z odpowiedzialnością i z umiejętnością współpracy. Yuval Noah Harari, izraelski historyk twierdzi, że istotą człowieczeństwa jest umiejętność współpracy. O to warto by uzupełnić dzieło Berna – o odpowiedzialność i współpracę, pozwalającą na tkanie tej sieci, bez której nie da się żyć. A nie można jej utkać, udając i grając. 
Czytaj więcej