Mediacja jako droga do wolności i przestrzeń do rozmowy

Pragniemy, by nasz głos mógł wybrzmieć i być usłyszany. Gdy jednak doświadczamy kryzysów w relacjach, trudno nam słuchać drugiej osoby. Możemy wtedy skorzystać z mediacji, która stwarza przestrzeń do rozmowy i wspólnego poszukiwania rozwiązań, które w danej sytuacji będą najlepsze z możliwych dla skonfliktowanych stron.
Czytaj więcej

Czy stereotypy w relacji synowa – teściowa nadal istnieją?

Katarzyna Kucewicz.: Relacja synowa, teściowa i syn przyprawić może o zawrót głowy. Jak zbudować życzliwą więź w takiej koniugacji i równocześnie pozostać wiernym sobie? O tym rozmawiamy z wybitną psycholożką i psychoterapeutką, autorką bestsellerowych książek, Katarzyną Miller.  Z zaangażowaniem czytałam Twoją i Ani Bimer książkę Być synową i nie zwariować (Rebis 2023), bo temat relacji synowa – teściowa bywa palący, choć badania wskazują, że prawie 80% teściowych pozytywnie wypowiada się o swoich synowych.  W ankietowych badaniach ludzie zawsze mówią to, co wiedzą, że będzie ładnie wyglądało, bo się chcą, nawet anonimowo, dobrze przedstawić i pokazać. Myślę, że nieprzypadkowe są dowcipy na temat teściowych. Często pojawiają się utyskiwania „moja teściowa mnie umęcza, udręcza, mój mąż jest całkowicie podległy swojej matce, ja sobie z tym nie radzę, ona od początku mnie przyjęła niemiło, natychmiast mnie ustawiła w podrzędnej roli, w której ja się okropnie czuję…”. Kobiety czują się czasami niewystarczające. I ponieważ naprawdę ogromna liczba polskich dziewczyn czuje się w domu rodzinnym niedowartościowana, marzą, że jak pójdą do domu rodzinnego swojego faceta, to tam będzie lepiej.  Wreszcie zostaną dostrzeżone? Zostaną polubione, bo „zostały wybrane”. Docenia mnie, kocha i potem mnie przedstawia rodzicom.  Bardzo chcę, by kobiety nie poczuły teraz, że każda relacja z teściową czy synową jest zła, ale zasadniczo to temat dość bolesny, niestety.  Oczekiwania, żeby teściowa była otwarta, miła, ciepła, koleżeńska, mogą boleśnie zderzać się z rzeczywistością Chcemy żeby teściowa była akceptująca. Żeby czasami wzięła naszą stronę, a nie jego, swojego syna. To jest wbrew pozorom bardzo duże oczekiwanie.  W jednym z wywiadów powiedziałaś nawet, że to jest trochę za duże roszczenie pragnąć, by teściowa stawała po naszej stronie w konflikcie z mężem.  Za duże. To się czasem zdarza, ale nie można tego oczekiwać. Myślę, że niektóre fajne kobiety bardzo świadomie pracują nad tym, by być dobrą teściową, że się same też pilnują, aby nie być stronniczą, by nie powiedzieć czegoś za dużo do synowej, by w ogóle się nie wtrącać. Znam takie dojrzałe kobiety, które świadomie pracują, by nie dzwonić do synowych, nie przypominać o czymś, co uważają za ważne. Jest mnóstwo mądrych pań, które z serca lub może bardziej z odruchu chciałyby wejść w to małżeństwo czy związek, ale się bardzo pilnują i to jest mądra postawa.  Ale może być też trudna – zazwyczaj mądre postawy są trudne.  Tak. Mamy dla Was bardzo złą wiadomość, że mądre to zazwyczaj trudne.  I w takiej relacji trzeba też pracować nad sobą. Czytają nas pewnie kobiety, które wchodzą w tę rolę i zastanawiają się, co to znaczy być „dobrą teściową”. Bo wyobrażam sobie, że każda z nas chciałaby być dobrą teściową, nie „zołzą” czy teściową z dowcipów. Myślę, że część kobiet nie myśli o sobie w kontekście roli, tylko raczej: „Kogo też wybierze mój syn, czy ja ją zniosę?”. Ludzie niestety bardziej myślą, co ich spotka, co ktoś im przyniesie, da lub nie da niż o tym, co sami dają. Gdybyśmy myśleli częściej o tym, co się dzieje po drugiej stronie… I nie chodzi, by sobie zasłużyć czy przypodobać się lub być tą najbardziej dobrą na świecie.  Czyli żeby mieć taką perspektywę: „co JA mogę wnieść do relacji?” albo „co JA psuję w relacjach?”. Tymczasem raczej myślimy, co ja mogę wyjąć z relacji dla siebie? Albo co mi ta synowa zrobi, ona będzie pilnowała tego syna, by on do mnie za często nie przychodził. Albo ona będzie mówiła: „Słuchaj, teraz ja jestem ważniejsza niż twoja matka”. I właśnie powinna być ważniejsza, to rozwojowo zdrowe. Teoretycznie to jest rozwojowe i dające ulgę, ale jednocześnie trudne, dlaczego?  Dlatego, że te kobiety są niespełnione, to najbardziej smutny wniosek. W Polsce i chyba na świecie dominuje brak ojców, mężczyźni niby są w domach, niektórzy przynajmniej, ale są nieobecni, wyjeżdżający, pracujący, zajmujący się czymś innym, mężczyźni scedowali na swoje baby dzieci. Przeważnie jest tak, że mężczyźni mówią: „przecież to twoja sprawa – dom, dzieci”. Tysiąc dwieście dziewczyn siedzi na sali i pytam: „Które mają braci?”. Podnosi się dużo rąk. „Czy którakolwiek z waszych mam powiedziała kiedykolwiek: Heniek, idą goście, idź posprzątaj łazienkę” – wtedy dziewczyny śmieją się z goryczą.  Śmieją się, bo to nie jest komunikat do chłopaka, tylko do córki.  Tak! Ma dwóch, trzech synów i sama zasuwa albo sprząta. Lub jednak tych chłopaków uczy, może nawet niektórzy czasem sami się za to biorą, bo są mężczyźni wrażliwsi. Ci, co mają lepszą kobiecą stronę rozbudowaną, są tacy.  Czyli mamy poczucie, że to my same, tych chłopaków tak faworyzujemy?  Zawsze faworyzujemy chłopaków. Siedzi sześć kobiet, przychodzi facet, co najmniej dwie się rzucą od razu: „A herbatki ci zrobić?”. A można by powiedzieć: „Przynieś nam colę, jak przyszedłeś. Tam stoi kawiarka, zrób nam kawę”, a nie „Może głodny jesteś?”. No same mateczki! Bo jesteśmy wychowywane do tego, by być przede wszystkim opiekuńczymi.  Już trochę drażliwie mówię, bo się już na to napatrzyłam. Byłam z moją mamą u jej znajomej, u pani z własną świetną karierą. I ona opowiada: „Byłam u swojego syna i jego dziewczyny i wyobraźcie sobie, on jej robił herbatę”. Pytam: „To coś złego jest?”. „No to ona jemu powinna”. Odpowiadam: „Może Pani go tak fajnie wychowała, że on potrafi”. Ona odpowiedziała, że wcale tego nie chciała. I potem mamusia do syna: „Dlaczego ona ci nie robi herbaty?”, jeżeli on jest mądry, to odpowie: „Mamo, robię jej herbatę, bo ją kocham, o nią dbam, ona mi też czasem robi”.  Czy to nie jest zazdrość?  Oczywiście, że jest. To jest też ubezwłasnowolnianie syna jako swojego mężczyzny. Słyszałaś, ile razy kobiety mówią i cała rodzina: „Jesteś mężczyzną mamusi teraz”. On jest dużym mężczyzną mamusi.  No tak. To krzywdząca parentyfikacja – czyli bardzo obciążająca rola, wielki plecak na barkach dziecka, które czuje się odpowiedzialne za mamę i musi w mig dorosnąć. Wszyscy nosimy jakieś plecaki, nie da się wychowywać dzieci, by nic nie nosiły. W ogóle nie chodzi o to, że my chcemy, żebyście zaczęli się ciągle pilnować, trzeba zwyczajnie żyć. Ale kobiety przez to, że są tak wychowywane, później sobie bardzo dobrze radzą w życiu, co jest jednak plusem dla kobiet. Minusem tego jest to, że mężczyźni, którzy zostają sami, kompletnie sobie nie radzą.  Są bardzo sfrustrowani. Tak, mają pretensje do całego świata, i mogą dużo krzywdy zrobić.  Czasem słyszę od swoich pacjentek, że chcą zerwać kontakt z teściową, nie chcą jej odwiedzać, mówią” „niech on jeździ sam, a najlepiej niech też się odetnie, bo teściowa jest niedobra, toksyczna”. Czy mamy prawo oczekiwać od partnera, żeby się odciął od swojej matki? Powiem tak do dziewczyny: „Masz prawo nie jeździć, jeśli już naprawdę wykorzystałaś wszystkie swoje moce psychiczne. Natomiast nie masz żadnego prawa mówić jemu, czy ma jeździć, czy nie”. To jest oczywiście też trudna sytuacja. Ale wiesz, mogę to powiedzieć ze swojego doświadczenia, bo pierwszą teściową miałam taką, że ją lubiłam i świetnie sobie z nią radziłam, za co mój pierwszy mąż był mi bardzo wdzięczny, bo go też udręczała, mamisynkowała go bardzo. Natomiast druga teściowa była taką dziewczyneczką, która wszystko zawsze dostawała od męża, który dużo wcześniej umarł i później nieustannie był potrzebny jej synek. Codziennie były telefony, że dzisiaj się czuje dużo gorzej niż kiedykolwiek i że syn musi przyjechać. On oczywiście codziennie nie jeździł, bo gdy słyszał ten telefon, był zły. Ja mu naprawdę w pewnym momencie bardzo zaczęłam współczuć, bo miał bardzo dużo poczucia winy w sobie. W dodatku myślę, że nie dostał od swojej matki prawdziwej macierzyńskiej opieki, bo ona ciągle wymagała. W związku z czym on był ubrany w to ubranko, takie samo jak ojciec, że nią się trzeba zajmować. Miał to tak silnie wpojone, że gdy udało mu się dwa dni przetrzymać, to trzeciego już musiał pojechać, bo by go to zjadło.  Też mam takie poczucie, że jak się buntujemy przeciwko teściowej, to tym samym niezwykle ranimy partnera. Bywają takie sytuacje, że mężczyzna między młotem a kowadłem może instynktownie ustawiać się po stronie swojej mamy a od nas odsuwać.  Niekoniecznie, ale czasami tak. To zależy, często matki biorą synów w to podwójne wiązanie, z jednej strony jesteś cudny i w ogóle wszystko, co robisz, jest wspaniałe, z drugiej strony cała zależę od tego, co ty robisz. Jest taka książka, którą nieustannie polecam, niestety wydana tylko raz w Polsce i to dawno, zatytułowana Mężczyzna pozwala kochać. Głód kobiety. Wilfrieda Wiecka, niemieckiego terapeuty. Cudowna. Pierwszy facet, który napisał uczciwie o swoim życiu, swoich rodzicach, matce i swojej pierwszej żonie, która była bardzo patriarchalna, a druga, która go wzięła, jakby to powiedzieć, w garść, ale w sposób pełen miłości. I pisze: „Uratowała mnie mądra kobieta, która była dla mnie tak czysta, tak prosta w swoich przekazach, ja wiedziałem, co jej pasuje, co jej nie pasuje, czego ona nie chce. Wspierała mnie, a jednocześnie było wiadomo, czego ona sobie nie życzy”. Mam wrażenie, że w tej relacji teściowa – syn – synowa istnieje bardzo dużo stereotypów. Część kobiet doświadcza, np. lęków, „czy ona mi nie zagrozi, czy ona nie będzie kością niezgody, nie zaburzy mojej relacji?”. Wyobrażam też sobie, że są pewnie synowe, które są toksyczne.  Toksyczna synowa będzie też toksyczną teściową, gdy będzie miała swoje dzieci. Przepraszam, prawie każda. Przy okazji dowcip na temat: siedzą dwie damy z szampanem i mówią: „Wypijmy za to, że przynajmniej seks nie wychodził naszej teściowej lepiej”. Ile jest takich dowcipów o synowej? Ja nie znam.  O teściach też nie ma.  Właśnie, bo teściowie są nieobecni. Ale znałam takich facetów, którzy mówili: „Moja teściowa jest boska i chciałbym, żeby moja żona była taka jak moja teściowa”.  W Twojej książce znajdziemy typologie, które pokazujesz, jakie mogą być teściowe i jakie mogą być synowe. Myślę, że można się w nich przejrzeć jak w krzywym zwierciadle. Bawiłyśmy się z Anią, gdy je tworzyłyśmy. Czy jest jakaś złota rada, gdy się wchodzi w rodzinę?  Ta złota rada dotyczy w ogóle wchodzenia w nową grupę ludzi, w pracy, w przyjaźni czy gdziekolwiek. Najpierw trzeba popatrzeć, w co wchodzę. Nie po to, żeby się trzymać strasznie daleko i udawać, że mnie tu nie ma, tylko po prostu uważnie popatrzeć. Co to za ludzie, co tu się dzieje, w jaki sposób się ze sobą kontaktują, w jaki sposób na mnie reagują? Trzeba mieć taki rodzaj świadomości i umieć go w sobie wypracowywać.  Uważność? Uważność, którą jako terapeuci polecamy nieustannie. Jak będziesz w dobrym kontakcie, jak wejdziesz z uwagą bez nastawienia pod tytułem, że tu będzie na pewno niefajnie, albo, przeciwnie, cudownie, to przynajmniej część się uda. A z teściową, słuchajcie, podstawowa rzecz – to jest matka waszego wybranka. Gdyby nie ona, to by nie było miłości.  To by go nie było i nie byłby taki. Może częściowo go zepsuła, może go częściowo upiększyła. Jakaś ogromna część tego faceta jest taka dlatego, że miał tę mamę. 
Czytaj więcej

Między ojcem a synem – jak budować zdrową relację?

Marcin Capiga: Żyjemy w dobie ciągłego dyskursu o równouprawnieniu oraz dążeniu do wyrównania dostępu do zawodów czy ról społecznych kiedyś zarezerwowanych tylko dla mężczyzn. Zacznę więc od kontrowersyjnego pytania: Czy w dzisiejszych czasach dzielenie ról na ojca i matkę ma jeszcze sens? Może rola ojca nie jest nam już potrzebna? Jacek Masłowski: Rola ojca jest równie ważna jak rola matki. Tak było, jest i będzie. Najlepszym na to dowodem są tysiące mężczyzn, których spotykam na prowadzonych przez siebie warsztatach. Mężczyzn, którzy mają olbrzymie problemy relacyjne, zdrowotne i zawodowe, wynikające mniej lub bardziej bezpośrednio z braku ojca albo z zaburzonej z nim relacji. Ojciec jest więc rolą równie ważną jak matka, tylko niestety bardziej niedocenianą. Niedocenianą przez samych ojców czy przez resztę społeczeństwa? Niedocenianą społecznie. W dalszym ciągu w naszym społeczeństwie dominuje mit Matki Polki. Matki, która gra pierwszoplanową rolę. Taki stereotyp jest nam przekazywany między innymi przez media. Chociażby niedawno widziałem reklamę, w której kobieta wypowiada zdanie: „Ja jako matka wiem najlepiej, co jest dobre dla mojego dziecka”. Na szczęście ten stereotyp dostaje kontrę od zaangażowanych ojców, którzy zaczynają dostrzegać swoją rolę w wychowaniu. Kiedy słyszę zdanie: „Ja jako matka wiem najlepiej, co jest dobre dla mojego dziecka”, zastanawiam się, w jakim miejscu w systemie rodzinnym ustawiony jest dzisiaj ojciec. Cały czas patriarchalnie. Jako dostarczyciel dóbr i sędzia. Z narracji, którą w olbrzymich ilościach wysłuchuję między innymi podczas pracy jako terapeuta, dominuje obraz tego, że nasi ojcowie byli głównie skupieni na zarabianiu pieniędzy, więc albo ich nie było, bo byli zajęci pracą, albo ich nie było, bo byli zajęci odpoczywaniem po pracy. Moi pacjenci wspominają też swoich ojców jako egzekwujących wyroki zasądzane przez matkę, np. „Poczekaj, niech no tylko ojciec wróci, to on ci pokaże. Zrobi z tobą porządek!”. W dalszym ciągu te wzorce srogiego ojca oraz ojca poza domem są aktualne. Na szczęście zaczyna się to powoli zmieniać. Widzimy to między innymi w tym, jak dzisiejsi ojcowie podchodzą do relacji ze swoimi dziećmi, oraz w tym, że spotyka się to z coraz większą akceptacją matek. Czy jesteśmy lepszymi ojcami niż nasi ojcowie? Tak. Chociażby z tego powodu, że mamy dostęp do narzędzi, do których nasi ojcowie nie mieli dostępu. Na przykład? Psychoterapii, warsztatów skierowanych do mężczyzn czy chociażby tego wywiadu, który ze mną dzisiaj prowadzisz. Nasi ojcowie uczyli się, jak być ojcem od swoich ojców, którzy byli często straumatyzowani na przykład wojną i co za tym idzie, część tych traum przenieśli na nas. My natomiast, będąc coraz bardziej świadomym konsekwencji tych zranień, ruszyliśmy do pracy nad sobą. Moje doświadczenia pokazują, że jednym z głównych powodów, dlaczego mężczyźni zgłaszają się na psychoterapię, jest właśnie chęć bycia lepszym ojcem. Wybitny pedagog Jesper Juul powiedział kiedyś, że ojcostwo jest często zaproszeniem do osobistej transformacji. Ten moment refleksji „Chcę być lepszym ojcem” automatycznie zaprasza nas do pracy nad byciem lepszym mężczyzną czy po prostu człowiekiem. Tak, ojcostwo jest zaproszeniem do transformacji. Niestety nie zawsze jeszcze przyjmowanym. Na szczęście mamy dzisiaj dużą grupę mężczyzn odważnie wchodzących w tę rolę. Przykładowo, spotykam coraz więcej ojców, sam zresztą do nich należę, którzy redukują swoje zaangażowanie w budowanie kariery zawodowej na rzecz obecnego ojcostwa. Zaznaczę tylko, że ojcostwo nie ma polegać na spędzaniu ze swoim dzieckiem czasu 24 godzin na dobę w pełnym zaangażowaniu. Jest to niemożliwe i niezdrowe. Część ojców przegina dzisiaj bowiem wahadło oczekiwań w drugą stronę – stawiając sobie nierealne oczekiwania. Czy zostając ojcem, boimy się, że popełnimy błędy naszych ojców? Mamy tutaj dwie skrajne postawy. Są tacy, którzy się nie boją i nie zwracają na to większej uwagi – o nich tutaj nie rozmawiamy – bo ciągle kontynuują wspomnianą patriarchalną linię. Druga grupa jest świadoma i boi się, że zafunduje swoim dzieciom podobny los. Ci świadomi częściej podejmują drogę do osobistej zmiany. Czy mężczyźni, którzy nie mieli odpowiednich wzorców ojcostwa, zaczynają wychowywać swoich synów na wzór tego, jak wychowywała ich matka? Często tak. To zjawisko spotykamy pod terminem „tacierzyństwo”. A jak inaczej nazywasz opiekę czy wychowywanie przez ojca? Ojcostwem. Tacierzyństwo to neologizm od słowa macierzyństwo. Zaś wychowanie dziecka przez ojca nie ma polegać na tym, byśmy naśladowali zachowania matki. Jeśli z taką sytuacją mamy do czynienia, w pewnym momencie życia staje się do dla dziecka trudne i może powodować wiele problemów. Na przykład jakich?  Im dziecko robi się starsze, tym rola ojca staje się bardziej istotna. Przykładowo, dla chłopca w wieku dziewięciu lat matka przestaje być atrakcyjnym „partnerem” do spędzania czasu. Częściej zaczyna być kontestowana. Za to ojciec staje się wręcz Marvelowskim bohaterem. Wynika to z tego, że świat kobiet przestaje chłopca interesować. Wewnętrznie czuje on potrzebę kształtowania się w kierunku bycia mężczyzną i jest to utrudnione, jeśli ojciec nieświadomie naśladuje zachowania matki. Do poprawnego rozwoju potrzebujemy różnorodności. Nie chodzi też oczywiście o to, żeby uczyć jakiś stereotypowych wzorców typu: mężczyzna nie sprząta domu. Chodzi o to, byśmy pokazywali dziecku, kim jako ojciec czy matka naprawdę jesteśmy. Wydaje się proste, ale odkrycie tego, kim jesteśmy, to duży proces. Tak i kiedy dziecko zaczyna dorastać, wielu mężczyzn wpada w panikę. „O rany, ja przecież nie mam żadnej pasji!”, to co ja teraz temu mojemu synowi pokażę. Nie szukajmy na siłę czegoś, co nie jest nasze. Jeśli Twoją pasją jest gotowanie, bądź ze swoim dzieckiem podczas gotowania. Nie musimy być wszyscy komandosami GROM-u. Kiedy mamy pomysł na siebie, nasze dzieci naturalnie będą chciały w tym uczestniczyć. Przynajmniej do pewnego momentu. Wykorzystajmy więc ten czas na wspólne rozmowy i bycie razem. Czyli w dużym skrócie – wspólny czas. Jeśli nie chcemy powielać wzorca nieobecnego ojca, potrzebujemy mieć wizję swojego ojcostwa. I ta wizja nie musi być spektakularna. Musi być natomiast ugruntowana. Jeśli jesteś komandosem, fajnie, że potrafisz zrobić dzieciakom tyrolkę w lesie, ale tak naprawdę to Twoim dzieciom jest wszystko jedno, jaki rodzaj aktywności macie, nie jest im jednak wszystko jedno, że ją macie. Wróćmy jeszcze na chwilę do ról i wspólnego czasu. Kiedyś podczas jednej z rozmów o męskości usłyszałem zdanie, że w zasadzie prócz porodu i karmienia piersią w wychowaniu jesteśmy w stanie zrobić wszystko to, co robi nasz partner lub partnerka. Zgadzasz się z tym? Średnio. Technicznie jest do zrobienia, ale będzie to miało konsekwencje rozwojowe. Jaka jest więc unikalna rola ojca w trakcie etapów rozwoju dziecka? Zaraz po porodzie naturalnym „środowiskiem rozwojowym” dla dziecka jest matka. Przez pierwsze trzy miesiące życia dziecko ma z nią symbiozę fizjologiczną. Naturalne jest, że to kobieta jest w ciąży, rodzi dziecko i jest w połogu oraz w większości przypadków może karmić piersią przez około dwa lata po urodzeniu. Często jest bardzo zmęczona i bardzo sfrustrowana. Ponieważ ma wiele potrzeb, które nie są zaspokajane – chociażby sen. Rolą ojca w tym czasie, prócz naturalnych aktywności przy dziecku, takich jak przewijanie, kładzenie spać itp., jest więc odstresowanie partnerki i już tutaj mężczyźni średnio sobie radzą, ponieważ odbierają ten stres matki bardzo osobiście. Jednym z najważniejszych zadań mężczyzny w tym czasie jest też klinowanie dziecka od matki. Klinowanie? Klinowanie to coraz większe dystansowanie dziecka od matki i jest szczególnie ważne w przypadku chłopców. Klinujemy po to, aby w przyszłości mężczyzna nie był petentem w świecie kobiet oraz nie był w zależności. Był natomiast kimś, kto daje oparcie i jest w stanie odpowiedzialnie funkcjonować w relacji. To zjawisko jest dzisiaj niezwykle trudne, ponieważ – jak wspomniałem na początku – mamy do czynienia z przekonaniem, że to matka wie lepiej. Mężczyzna spotyka się więc tutaj z krytyką, np.: „Nie jestem zadowolona, jak opiekujesz się naszym dzieckiem” i jeśli połączymy te dwa zjawiska – eksperymentowanie oraz krytykę, to mężczyźnie łatwiej jest abdykować. Rezygnacja zakończy się opuszczeniem dziecka i powtórzeniem starego schematu naszych ojców. Jak sobie w związku z tym radzić? Z pomocą przychodzą inni ojcowie i męskie grupy, np. kręgi, gdzie mężczyźni wymieniają się między sobą doświadczeniami w realizacji swojego ojcostwa i dają sobie wsparcie. Jak wygląda rola ojca w kolejnych etapach rozwoju? Kolejnym etapem ważnym w życiu dziecka jest budowanie tożsamości seksualnej. W tym czasie chłopcy zaczynają utożsamiać się z ojcami, którzy stają się dla nich matrycą. W przyszłości będzie ona albo powielona, albo kontestowana. To tutaj właśnie zaoferowanie synowi udziału w świecie ojca, w gronie innych mężczyzn jest czymś, czego matka nie jest w stanie zrobić. Choćby z tego względu, że nie jest mężczyzną. Z drugiej strony syn w procesie separacji musi w pewnym momencie udowodnić sobie, że jest mężczyzną. Poczuć, że nie jest już zależny od ojca i wygrał swoją męskość. Jeśli przypomnimy sobie różne rytuały przejścia, to zwykle polegają one na tym, że chłopiec odprowadzany jest ze świata kobiet do świata mężczyzn. Później ten chłopiec uczony jest przez mężczyzn różnych aktywności, np. w środowisku Aborygenów jest to wędrówka z dziadkiem przez tzw. linię śpiewu, gdzie dziadek uczy wnuka czytania gwiazd, polowania, przeżycia na pustyni, a potem jest egzamin, który zawiera element zranienia, które, jeśli młody człowiek zintegruje, kończy się tym, że chłopiec dostaje od swojego plemienia insygnia męskości. Rytuał przejścia ma przygotować chłopca do bycia mężczyzną, czyli przejścia z fazy zależności do niezależności, by ostatecznie dojść do fazy współzależności – umiejętności rozumienia, że moje życie nie należy tylko do mnie, a moje działania wpływają także na innych, np. społeczność, w której żyję. Żeby dotrzeć do tego miejsca, muszę mieć jasno zarysowaną swoją sprawczość, wiedzieć, kim jestem, oraz umieć okiełznać swoje popędy. Niestety dzisiaj to raczej popędowość zarządza naszymi chłopakami, bo zamiast uczyć się twórczo nią kierować albo ją rozwijamy i stajemy się egocentrykami, albo ją tłamsimy i stajemy się „grzecznymi chłopcami”. Najgorsze w tym wszystkim jednak jest to, że nie mamy kontroli nad samym sobą. Czyli rozumiem, że mężczyzna, który w wyniku między innymi nieobecnego ojca nigdy nie przeszedł rozdzielenia z matką, nie będzie potrafił w życiu dorosłym zbudować dojrzałej relacji współzależnej ze swoją partnerką. Dokładnie tak. Badania Looking at the Man – Mężczyźni o mężczyznach realizowane w 2023 r. przez Kantar Polska, IRCenter oraz Adres Media pokazują, że polscy mężczyźni na pytanie o źródło swojej siły i mocy na pierwszym miejscu (45% mężczyzn) wymieniają miłość partnerki, kolejno 33% wymienia umiejętność odnalezienia się w każdej sytuacji oraz tyle samo – zarobione pieniądze. Następnie plasują się hobby i pasje (32%) oraz rozwój osobisty (31%). A jak odpowiadają kobiety?  U kobiet na pierwszym miejscu w 42% wymieniana jest umiejętność odnalezienia się w każdej sytuacji, 39% ogarnianie rzeczywistości, 37% su­kcesy mojego dziecka, a w 36% docenienie przez innych oraz porządek w domu. W pierwszej piątce nie ma nic o relacji z mężczyzną. Te wyniki są dla mnie ewidentnym opisem konsekwencji braku ojca w domu. Ze strony kobiet mamy postawę „Muszę sobie poradzić sama”, ponieważ dziewczynki często nie widziały mężczyzn, którzy wspierali ich matki. Widziały raczej matki porzucone przez ojców. Chłopcy również nie widzieli ojców. Przez co nie mieli okazji odseparować się od matki i przejść proces odpępowienia. W efekcie mamy dzisiaj dużą część mężczyzn zależnych od kobiet. Jak w związku z tym nie popełnić błędu naszych rodziców? Po pierwsze, jeśli jesteś ojcem, angażuj swojego syna w swoje życie. Ja na przykład gram z moimi synami w hokeja, jeżdżę z nimi na ryby, organizuję wspólne wieczorki, czyli czas jeden na jeden. Niedługo zabieram jednego z synów na „Obóz ojców z synami”, podczas którego będzie moim asystentem. Spędzamy czas w męskim gronie, a dodatkowo oddaję im podczas tych aktywności sprawczość. Problem polega bowiem na tym, że część z nas nieświadomie traktuje dzisiaj swoje dzieci jak kaleki, a mamy je przecież przygotować do wspomnianej niezależności, by mogły osiągnąć współzależność. Po drugie, skoro wiem, że moi synowie będą mnie kiedyś kontestować, dbam o to, by mieli zdrową społeczność mężczyzn wokół siebie. Taką, do której sięgną, kiedy ja będę już dla nich tylko „dziadkiem”, który na niczym się nie zna. Przebywanie w dojrzałym męskim gronie daje szansę na czerpanie wzorców z różnych źródeł. Poza tym tworzy to także młodemu mężczyźnie okazję, by dostrzec swojego ojca z innej perspektywy – w relacji z innymi mężczyznami. A co doradziłbyś matkom samodzielnie wychowującym swoich synów? Szukać wzorców męskości w innych miejscach. Pamiętajmy, że jeśli z jakiegoś powodu ojciec jest nieobecny w życiu syna, to młody chłopak może zacząć szukać wzorców w ekranie smartfona lub grupie rówieśniczej, np. w starszym koledze, który spuszcza lanie słabszym. Pytanie więc, skąd wziąć takich mężczyzn, którzy stworzą alternatywę. Ja też, aktywnie zapisując swoje dziecko na karate lub szachy, poszukuję instruktorów mężczyzn. Bo pomiędzy tym mężczyzną szachistą a karateką jest w ich postawach bardzo duża przestrzeń. Dzięki temu moi synowie mogą odnaleźć wzorzec, który najbardziej im pasuje. Bycie w gronie innych mężczyzn będzie chronić ich też przed samotnością. Samotność jest bowiem źródłem lęku, a lęk źródłem przemocy. Jeśli większość mężczyzn nie ma głębokich relacji z innymi mężczyznami, możemy się domyślić, do czego to prowadzi. A co ze zjawiskiem matek, które intencjonalnie ograniczają kontakt ojca z dzieckiem, np. w trakcie rozwodu. Jeśli nie mówimy o patologicznych sytuacjach, uważam, że takie ograniczanie kontaktu, żeby odegrać się na partnerze, powinno być penalizowane. Co powiedziałbyś matce, która ma taki pomysł? Powiedziałbym, żeby się głęboko zastanowiła, ponieważ jej syn kiedyś dorośnie i dowie się, że to była jej wina, a wtedy obróci się to przeciwko niej. Jest to ewidentnie myślenie tylko o sobie, które jej syn będzie musiał potem latami spłacać. Spotykam to często na warsztatach, kiedy już dojrzały mężczyzna odkrywa, że to matka stała za tym, że nie miał kontaktu z ojcem. Jeśli mógłbyś wysłać na koniec jedno przesłanie skierowane do polskich ojców, co byś im powiedział?  Róbcie męskość i pracujcie nad tym, by być aktywnym i zaangażowanym mężczyzną. Bo mężczyzna to „mąż czynu”, czyli człowiek działający. 
Czytaj więcej

O korzyściach płynących z pomagania, czyli jak pomaganie pomaga nam samym?

W psychologii mówimy o zachowaniach pomocnych w odniesieniu do działań ukierunkowanych na wyświadczenie jakiejś korzyści drugiemu człowiekowi. Udzielając pomocy, koncentrujemy się na tym, aby komuś pomóc, aby czyjaś sytuacja uległa poprawie. Jednak moc pomagania jest przemożna. Koncentrując się na korzyściach osoby, której pomagamy, również jako pomagający odnosimy korzyści z pomagania.
Czytaj więcej

Czas na zmianę? Jak się odnaleźć w kulturze nastawionej na rozwój?

Często słyszymy: „Czas na zmianę. Dalej tak nie można!”. Bywamy obligowani do zmian w swoim postępowaniu, czasem zaś sami je inicjujemy. „Nic się nie zmieniłeś(-aś)” – czy to komplement, czy zarzut?
Czytaj więcej

Dlaczego warto pielęgnować swoją wewnętrzną dziką naturę i słuchać głosu serca?

Edyta Żmuda: Czy można w życiu być dorosłym, dojrzałym i szczęśliwym człowiekiem bez tego nieoswojonego pierwiastka dziecięcej spontaniczności i elementu zabawy? Natalio, co Ty ostatnio spsociłaś? Natalia de Barbaro: Dwie rzeczy mi przychodzą do głowy. Jak wiesz – mieszkam pod Krakowem, a byłam jakieś dziesięć dni temu w Katowicach. Kilka dni po tym wyjeździe dostałam wiadomość na Messengerze, że jakiś pan znalazł moje prawo jazdy w Katowicach. Byłam zaskoczona, bo nie zorientowałam się, że go nie mam i miałam taką perspektywę, że potrzebuję pojechać do tych Katowic, wziąć to prawo jazdy i wrócić do domu. Postanowiłam z tego zrobić coś na kształt przygody. Mój mąż chętnie się zgodził pojechać ze mną i zrobiliśmy z tego wycieczkę do Katowic. I zobaczyłam tam zupełnie przepiękną dzielnicę Nikiszowiec. To odebranie prawa jazdy stało się takim dodatkiem do tej małej wycieczki. Nie wiem, czy mi zaliczysz to jako psotę, ale byłam zadowolona, że tak siły dobra zgromadziły się wokół mnie, tej mojej jakiejś nieostrożności, że odzyskałam dokumenty, a przy okazji zrobiła się z tego super wycieczka.  Jak rozumiesz to, co nieoswojone, spontaniczne, dzikie?  No właśnie nie rozumiem, nie wiem. Dla mnie dzikość serca to jest coś, czym było, i mam nadzieję, że nadal jest, moje serce poza ramami. To jest taki moment, kiedy puszczasz albo słyszysz piosenkę i Twoje ciało zaczyna tańczyć, zaczyna się ruszać. To jest dzikie. Nie wiem, tak czuję.  Dało się oczarować.  No tak, jak dzikie serce coś postanowi, to trochę nie ma dyskusji z tym.  Jest mi bliskie, kiedy mówisz – „nie wiem”. Dla mnie dzikość to otwartość na to, co jest niepewne, tajemnicze, właśnie niezdefiniowane.  Tak. Wiesz, przypomina mi się taka historia z pracy na moich warsztatach „Własny Pokój”, że mamy taki kawałek, że kobiety robią swój autoportret i wydzierają z kolorowych magazynów metodą kolażu to, co je woła. I w pewnym momencie, podczas tego zadania, powiedziałam do uczestniczących dziewczyn takie zdanie: „Jeżeli nie rozumiesz, dlaczego to wyrywasz, to tym bardziej to wyrywaj”. Czasami to, że coś rozumiem, staje się takim kryterium, że to jest dopuszczone do obiegu. Jeżeli to rozumiem, mogę to zobaczyć w sobie, mogę to zakomunikować światu. A bardzo intrygujące dla mnie są właśnie te rzeczy, które idą z tego „nie rozumiem”.  Czy budowanie relacji z tym, co w nas nieujarzmione, jakoś niedopowiedziane to pewnego rodzaju alternatywa, czy to jest historia o wzajemnym przenikaniu się przeciwieństw? Ja właśnie bardzo myślę, że to jest „i”. Natomiast pojawia się pytanie, czy chcemy otworzyć się na tajemnicę życia i czy w ogóle chcemy patrzeć na życie, doświadczać życia jako coś, co jest tajemnicą i my też jesteśmy tajemnicą. To znaczy, że poza tym, że mam konto w banku, PESEL i CV, to jestem też kimś, komu śnią się szalone sny, kto się w kimś zakochuje, kto nagle czuje, że jakieś miejsce go woła, że jestem wielowymiarowa. Że tutaj pojawia się pytanie, czy ja chcę doświadczać swojego życia w takiej wersji wypracowanej. Czy mogę żyć pełnią życia, jeśli nie mam dostępu do dzikości swojego serca? Wydaje mi się, że nie.  Niepewność jest codziennym mieszkańcem naszego życia. Masz zgodę na odczuwanie niepewności w swoim życiu?  Raz tak, innym razem nie. Chcę ją mieć, bo i tak niepewność będzie mi towarzyszyć. Pamiętam takie momenty, może nawet okresy, kiedy smakowała mi ta zgoda i to, że byłam taka. Dopracowałam się czegoś na kształt przyjemności wobec tej niepewności, braku planów – „może się zdarzy, może się nie zdarzy, no zobaczymy, poczekamy te dwa dni”. Kalendarz bez terminów.  Jest taka piosenka Skubasa, zatytułowana Co i tak nadejdzie. W pierwszej zwrotce są takie słowa: „Przecież wiem, że nie ucieknę od tego, co i tak nadejdzie”. A w ostatniej zwrotce jest: „Mam ramiona szeroko otwarte na to, co i tak nadejdzie”. I ta różnica między „przecież i tak nie ucieknę”, a „mam ramiona szeroko otwarte” to jest dla mnie przestrzeń do pracy nad sobą. Czy umiem się zgodzić? Czasami nie umiem i wtedy idę w tak zwane zachowanie zabezpieczające: „Powiedz mi, że będzie dobrze, ale na pewno będzie dobrze?”. Ktoś może nawet z uprzejmości powiedzieć: „No będzie dobrze”, ale skąd mamy to wiedzieć.   Jak czujesz, co Ci bardziej służy?  Ramiona szeroko otwarte. Pewna buddystka powiedziała kiedyś, nawet z ironią, że gdy się filiżanka Twojej mamy stłucze i płaczesz nad tym, to nie jest o filiżance. Naturą filiżanki jest to, że się tłucze, to jest o naszej niezgodzie na to, że rzeczy są nietrwałe.  No i czasami do naszych drzwi puka lęk, czasami uporczywie skrobie w okno paluszkiem. O czym jest ten lęk, który do nas przychodzi? Naturalnym odruchem jest, by przed lękiem to okno szczelnie zamknąć. Ale wtedy lęk najczęściej znajduje sobie inne szczeliny, żeby jednak wleźć. Co robisz, kiedy on skrobie w okno?  Mówisz o takiej nieśmiałej wersji lęku, że „skrobie paluszkiem”, ale znam takie doświadczenia, że lęk potrafi zalać. Doświadczałam tego i słyszę historie o tym. Dużo pracowałam wokół tego, by nauczyć się żyć z faktem, że czasem doświadczam lęku. Czytałam o tym w książkach, spotykałam się z tym na macie jogi, rozmawiałam z przyjaciółmi i z mężem. I doszłam do takiego miejsca, że gdy jest trochę lęku albo średni poziom lęku, wtedy pomagają mi techniki oddechowe. Z kolei gdy się pojawia sytuacja, która budzi duży lęk, czasami zdarza mi się, że zaleje mnie ta fala. Wtedy przyjacielem jest czas.  Tak. Bo dużo mówisz o podejmowaniu działania. Rozmowa z kimś, książka, joga, medytacja, to wszystko jest o działaniu. A przecież czasami warto po prostu poddać się biegowi czasu. Myślę o tym, ile w lęku potrzebujemy odwagi, by go przyjąć, by posłuchać, o czym mówi, by wierzyć, że przejdę przez ten czas lęku cało.  Czasem mam coś takiego, że łapię się na jakimś zdziwieniu, że ktoś się czegoś boi, czego ja się zupełnie nie boję. W ogóle złapałam się na tym, że jest bardzo dużo rzeczy, których się nie boję, a inni się boją. Jednocześnie mogę być obiektem tego samego zdziwienia, gdybym zrobiła swoją listę, czego się boję, a dla kogoś to może być niezrozumiałe. I też nie wiemy, jaką cenę ktoś za to płaci. Najważniejsze jest to, by mieć współczucie do siebie, bo czasami widzę, że ludzie i też ja mają uwewnętrzniony taki głos oceny w momencie, kiedy się boją. Że się sami na siebie złoszczą o fakt, że doświadczają lęku, a przecież to doświadczenie nie jest wyborem. Ta pierwsza energia lęku, która przychodzi, to nie jest, że to robię sobie na złość albo w kategoriach ocennych, moralnych. Wtedy jakiś poziom współczucia może być drogą, która pomaga się lękowi rozpuścić. W ogóle uczciwe jest mieć poczucie, że ogarnia nas lęk.  Czy życie przecieka Ci czasem przez palce? Jak się wkręcę w jakieś scrollowanie w sieci, to chyba wtedy. Wiem, że jest to bez sensu, ale nadal to robię. Ale na przykład w tym roku mam tak, że bardzo dobrze mi się czyta książki i postanowiłam sobie uczynić z tego przedmiot ambicji, by przeczytać dużo książek w tym roku. Póki co dobrze mi idzie, wtedy to jest taka odwrotność tego przeciekania.  Jest w Twoim życiu miejsce na ambiwalencję? Dla mnie odpowiedź na to pytanie jest niejednoznaczna. Przez zdecydowaną większość czasu żyję w stanie otwartości. Otwartości na to, że codziennie patrzę na świat, codziennie dodaję do swojej rutyny jakąś piosenkę, która mnie akurat tego dnia zachwyciła. Codziennie wchodzę w spotkania, które mnie poruszają, więc w tym sensie jestem nienażyta, jestem bardzo głodna codziennie życia.  Czy być nienażytą, to być głodną?  Dla mnie to jest o pragnieniu życia. Pamiętam taki moment, gdy byłam w jakimś trudzie. Pamiętam, że zrobiłam dla siebie kolaż wtedy i tam było dużo jakichś ciemnych obrazów, ale potem znalazłam i wyrwałam kawałek nieba, takiego popołudniowego nieba, z takim szczególnym kolorem światła. I to było tak, jakbym znalazła wewnątrz tego stanu przesmyk, że jednak chcę żyć, że jeszcze dajcie mi więcej życia, chcę żyć. Więc to jest ta niesytość, że chcę jeszcze.  Wiesz, pytam też, czy głos serca, dzikość lub głód serca potrafi prowadzić na manowce?  Dla mnie to jest pytanie: czy nie wydaje Ci się wtedy, że te niszczące zachowania to jednak są z lęku, a nie z dzikości serca? Że na przykład ktoś, kto doświadczył odrzucenia w dzieciństwie, poszukuje związków, w których też będzie doświadczał odrzucenia. Bo to jest schemat, jak powiedziałaś, ścieżka jakoś rozpoznana, chociaż niedająca szczęścia. Nie wiem, czy można z dzikości serca, takiej czystej, pójść na manowce. Wiesz, przypomina mi się taki wątek z mojej pracy z kobietami, że słyszę historie kobiet, które mają rozsądne zawody, dobrze płatne i wiele doświadczenia, są ekspertkami. Nagle ta dzikość serca po czterdziestce zaczyna bardziej uparcie do nich stukać i mówi im co rano, że to nie to. One próbują wtedy w pierwszym momencie uciszyć hałas, żeby tego nie słyszeć.  I szukają racjonalnych argumentów na potwierdzenie tego, że to jest jednak to, że nie pomyliły się.  Tak. A co rano to dzikie serce bije w twojej piersi. Albo czujesz taki uparty supeł w brzuchu. I jedne w tym trwają, drugie wychodzą po prostu w nic, nie widząc na początku żadnej alternatywy, trzecie od razu przeczuwają coś bardziej swojego. Co to znaczy „wychodzą w nic”?  Wiele takich kobiet spotkałam, które już któryś miesiąc albo rok mówią: „Miałam dobrą pracę, myślałam, że nie mogę, nie chcę już tam być i wyszłam i dalej nie wiem. Jestem w nie wiem i czekam”. Popatrz, ile w tym jest zaufania, co się okaże. Oczywiście poza taką romantyczną wersją tej opowieści, jest też wymiar bardzo praktyczny, że trzeba mieć za co żyć, żeby móc sobie siedzieć w tym „nie wiem”.  Nie wiem. Tak. Albo mieć swoje oszczędności.  Albo wyruszają w świat, chcą inaczej. To jest jakiś kolejny tryb, że jednak decydują się usłyszeć to pukanie do drzwi i porozmawiać ze swoją wolną, wewnętrzną naturą i zmienić swoje życie.  To też a propos tego, co czuję, że tak pilnujesz takiego rozsądku w wejściu do dzikości serca, we wszystkie te decyzje, że można źle rozpoznać ten głos.  Można źle rozpoznać?  To nie jest tak, że te historie kończą się, zawsze tym, że po trzech miesiącach ona odnalazła swoją prawdziwą pasję i że codziennie wstaje z uśmiechem na twarzy i radością, że się jej będzie mogła oddać, a przy okazji zarabia pieniądze. Czasami może coś się nie udać. Można mieć talent, który nie zostanie rozpoznany przez świat. Początkowy entuzjazm tej nowej drogi może ustąpić jakiemuś kryzysowi i ten  kryzys może długo trwać. To wszystko jednak nie znaczy, że warto było trwać w miejscu duchowo obcym. To jest cały czas o rozwidlających się ścieżkach.  Tak. I świat też nie jest pewnym miejscem.  W tym momencie w naszej głowie pojawia się uporczywa myśl, co jeżeli popełnię błąd, a co jeżeli nie mam racji, a co jeżeli będę żałowała i będę chciała zawrócić.  Tak, nie zawsze można zawrócić. Tutaj wracamy do tego, że nie wiemy, co nadejdzie. Można oczywiście jakoś zminimalizować ryzyko porażki czy tej wewnętrznej, zewnętrznej, czy jednej i drugiej, ale też nie wiemy. Z drugiej strony albo trzeciej, albo sześćdziesiątej trzeciej, jeżeli ktoś spędza osiem godzin w pracy, która jest niszcząca dla niego i na różnych innych poziomach, która jest rozczytywana przez serce jako jakiś rodzaj niewierności sobie i przeczuwana przez tę osobę jako codzienna niewierność sobie, to czy taka zła jest alternatywa w postaci tego, że na przykład nie masz roboty albo zarabiasz dwa raz mniej, albo masz takie dni, które polegają na tym, że gotujesz zupę, gadasz z dziećmi i patrzysz, czy już główki narcyzów się otwarły, czy nie? Czy to jest gorsze życie niż tamto, które na papierze wyglądało lepiej?  Prowadzisz warsztaty „Dzikie dziewczynkowanie”. Tak – i widzę jak niezwykle łatwo kobietom przychodzi kontakt z tą wewnętrzną dziką dziewczynką. To jest tak dostępne, oczywiście mówię o osobach, które przyjechały na warsztat, ale często słyszę w pierwszej rundce rozmowy: „A co, jak jej nie znajdę?”. Już się nawet ostatnio złapałam na takim zachowaniu, że gdy usłyszałam, jak kobieta tak mówi, to dostałam ataku śmiechu, bo wiem, że to nieprawda, że za chwilę, zaraz ona ją znajdzie.  W codzienności też? Jednak przestrzeń warsztatu jest bardziej wysublimowana.  Warsztaty mogą pomóc wydeptać sobie zarośniętą przez lata ścieżkę. Ale potem często się okazuje, że kontakt z tą Dziewczynką, jeśli się postaramy, jest dostępny codziennie. Postaramy się albo zatrzymamy.  No tak, okazuje się, że dla wielu kobiet to spotkanie z wewnętrzną dziką dziewczynką jest łatwiejsze, jeśli obie strony chcą i praktykują tę znajomość czy przyjaźń, to będzie ten związek.  Piękne jest to, co powiedziałaś: „Dzika dziewczynka czeka”. Pytanie brzmi, czy zdecydujesz się wyjść na to spotkanie.  Poza tym wiesz, jak nie wyjdziesz, to ona się jakoś – w cudzysłowie – mści. Bo codzienność się robi smutna bez niej. Jest po prostu smutno, może nie jakoś strasznie smutno, ale dość smutno. Bo skąd bym miała mieć radość, nie mając kontaktu właśnie z tą dziką dziewczynką.  Myślę, że jest jałowo.  Jałowo, tak.  O spotkaniu mam pewien wiersz Obraz przygląda się obrazowi*. Brzmi on tak:  Obraz przygląda się obrazowi*. Brzmi on tak: „I martwą naturę z czasem namalujesz i na obrazie będzie martwa natura z czasem Tylko czy zobaczy nas chociaż przeciwny brzeg skoro ten na którym stoimy nie dotyka rzeki”. Bardzo polecam poezję Wydawnictwa Warstwy. Dziękuję. Wrócę do tego wiersza. * Wiersz Obraz przygląda się obrazowi, Anny Beaty Hablovej pochodzi z tomu Sąsiadki. 10 poetek czeskich.
Czytaj więcej

Kot Oskar i inni

Z podcastowego tsunami wyławiam dla Państwa prawdziwą perłę, dzięki której obcowanie z bieżącymi wiadomościami, będzie dla Was mniej bolesne i stresujące. Nabierzecie dystansu.  Podcast nazywa się HiP, czyli Historia i Przyszłość. Tworzą go trzej historycy, w tym dwaj profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego – Błażej Brzostek i Piotr Majewski, prowadzeni przez Macieja Łubieńskiego.  Twórcy odbijają się od tego, co za oknem: marszów za i marszów przeciw, demonstracji klasycznych, wojen bratobójczych i nie tylko, nowo stawianych i świeżo obalonych pomników, aby zastanowić się, czy któreś z tych wydarzeń będzie miało znaczenie dla przyszłości.  Mają argumenty, bo znają historię. Czy historia zatacza koła? Czy jest szansa, że się czegoś z tej historii nauczymy? Czy wiecie Państwo, że postawiony w 1979 r. z inicjatywy pierwszego sekretarza PZPR Edwarda Gierka pomnik Bolesława Bieruta i nowiutki pomnik Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, oba w Lublinie, wyglądają niemal tak samo? Przedstawiają samotnego mężczyznę w opiętym, długim płaszczu na tle smutnej ściany. Jak mówił książę Fabrizio Salina, bohater powieści Lampart Giuseppe Tomasi di Lampedusa: „Trzeba wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”. Często wydaje się, że to, co się dzieje za oknem, ma znaczenie. Albo bardzo byśmy chcieli. Mamy kolejne „historyczne wybory” oraz setną w ostatnim miesiącu „najbardziej skandaliczną wypowiedź” lub też „niebywałą aferę”. Czy październikowy Marsz Miliona Serc, którym żyliśmy trzy miesiące temu, będzie godny wzmianki w podręcznikach przyszłości? Czy ktoś o nim w ogóle pamięta? Ależ mieliśmy odtąd jeszcze kilka kolejnych marszy i pomniejszą bitwę pod Sejmem.  HiP twórcy, sugerują nam, by powściągnąć konie emocji. Nasza polska wojna plemienna jest w istocie malutkim odcinkiem wojen toczonych od zarania dziejów. Sytuacja, kiedy nagle okazuje się, że ktoś, kto był bratem jeszcze wczoraj, dziś jest najgorszym wrogiem, to chleb powszedni. Wojny religijne rozrywały Europę – dla francuskiego protestanta bratem był protestant niemiecki, a nie francuski katolik. A więc nihil novi.  Na zakończenie opowiem Państwu o Oskarze, jednym z bohaterów odcinka o zwierzętach w historii świata. Historia zwierząt jest niekompletna i nieobiektywna, ponieważ podobnie jak historię chłopów pisali ją ich właściciele i to dopiero od końca XIX w. Wtedy zaczęto zwierzęta zauważać, a następnie przejmować się ich tragicznym zwykle losem, zwłaszcza gdy żyły blisko człowieka. Dzięki temu dowiedziałam się o istnieniu niemieckiego kota o imieniu Oskar, który w czasie drugiej wojny światowej podróżował na okręcie wojennym Bismarck i w maju 1941 r. przeżył storpedowanie tej jednostki. Wyłowili go z morza marynarze brytyjskiego okrętu HMS Cossack. Niestety Cossack został storpedowany w październiku 1941 r., ale Oskar wypłynął na powierzchnię i wyłowił go HMS Legion, storpedowany w grudniu. I tym razem Oskar przeżył, Anglicy zobaczyli, jak dryfuje na kawałku pokładu. Oskar dożył w Royal Navy do 1955 r. Bądźmy twardzi jak Oskar. 
Czytaj więcej

Jak przestać odkładać (pracę) na później?

Gdy życie lub jakiś jego element – choćby trudne zadanie w pracy – wydają się przytłaczające, pojawia się w nas pragnienie odwlekania. Jako ludzie mamy skłonność do unikania kontaktu z tym, co powoduje dyskomfort. Jeśli danej trudności towarzyszy lęk, to wzmaga on postawę odwlekania. Dlatego unikając, możesz wpaść w błędne koło strachu i unikania, ponieważ lęk sprawia, że chcesz to trudne zadanie odłożyć na później, a przez to wzrasta poziom odczuwanego lęku. Kiedy mobilizujesz się do działania, Twój mózg aktywuje obszar zwany grzbietową częścią przedniego zakrętu obręczy, co pomaga Ci w sytuacjach stresujących podejmować właściwe decyzje. Badania wykazały, że osoby, które często odkładają zadania na później, mają większe ciało migdałowate i słabsze połączenia między nim a grzbietową częścią przedniego zakrętu obręczy. To może prowadzić do większego lęku i nadmiernego skupienia się na dyskomforcie podczas wykonywania zadań. Ponadto osoby te częściej doświadczają niskiego poziomu energii, braku pewności siebie i objawów depresji. Unikanie działań może prowadzić do kolejnych uników, w tym sytuacji, które kiedyś sprawiały przyjemność i nie powodowały trudności.  Na odkładanie zadań na później często wpływają lękowe wzorce myślenia, które wiążą się z wysokim poziomem napięcia emocjonalnego w wypadku konieczności podjęcia działania. Jeśli mamy skłonność do myślenia typu „wszystko albo nic”, wykazujemy perfekcjonistyczne podejście do wykonywanych zadań albo nie tolerujemy niepewności w działaniu, częściej możemy doświadczać unikania.  Czy jesteśmy raz na zawsze skazani na błędne koło strachu i unikania? Dzięki neuroplastyczności mózgu możliwe jest wzmocnienie połączenia między ciałem migdałowatym, korą przedczołową a grzbietową częścią przedniego zakrętu obręczy. Możemy tym samym skuteczniej mobilizować się – planować, rozumować, organizować sposób radzenia sobie ze stresującymi sytuacjami, czyli tymi, których wolelibyśmy unikać. Dobra wiadomość jest też taka, że systematyczne mobilizowanie się ułatwia wykonywanie różnych trudnych zadań w przyszłości. Można także w obliczu pojawiania się lękowych wzorców myślenia wykorzystać praktykę uważności, by skierować swoją uwagę z powrotem na bieżącą chwilę. Żeby zwiększyć swoje szanse na wykonanie zadania, warto wybrać dla siebie odpowiedni czas i miejsce do pracy oraz usunąć ze swojego otoczenia czynniki rozpraszające, takie jak telefon czy powiadomienia z aplikacji. Na naszą skuteczność wpływają również elementy mądrego planowania, np. stworzenie listy najważniejszych zadań, spisanie harmonogramu z przewidywanym czasem ich wykonania. Warto przy tym pamiętać, by wyznaczone cele były jasne, precyzyjnie zdefiniowane i realne do osiągnięcia.  Badania pokazują, że jesteśmy bardziej zmotywowani do wykonywania działań, które są zgodne z naszymi wartościami. Kiedy wskazujesz, dlaczego dane zadanie jest dla Ciebie ważne i zgodne z Twoimi wartościami, w ośrodkach nagrody i motywacji kory przedczołowej mózgu pojawia się „zastrzyk” dopaminy i łatwiej o wykonanie zadania. Ponadto praca zgodna z wartościami zwiększa motywację, uelastyczniając jednocześnie mózg w przezwyciężaniu wzorców unikania. Dodatkowo odczuwamy mniej lęku i więcej satysfakcji z życia. Chętniej przeznaczamy energię na zadania, które przybliżają nas do życiowych celów. Warto także zaplanować nagradzanie się za podejmowanie wysiłku, bo to zwiększa naszą skuteczność w przyszłości. Źródło: Kissen D., Kendall A.D., Lozano M., Ioffe M., Przeprogramuj swój mózg, przeł. A. Sawicka-Chrapkowicz, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2021.
Czytaj więcej

Rozśmieszaj mózg

Śmiech ma duży wpływ na nasz dobrostan psychiczny, a jego codzienna dawka pomaga redukować stres. Czy są inne powody, dla których powinniśmy otaczać się humorem i próbować dobrze się pośmiać każdego dnia? Doktor James Goodwin, profesor fizjologii na Loughborough University i kierownik katedry w Exeter Medical School, podaje kilka propozycji. Śmiech wzmacnia relacje międzyludzkie głównie dlatego, że jest zaraźliwy, a ludzie lubią dzielić wspólne doświadczenia. W medycynie znane są również przypadki „epidemii śmiechu” występujące w różnych kulturach na całym świecie. Czynnikiem „zakaźnym” jest w nich oczywiście śmiech. Okazuje się również, że średnio 30 razy częściej śmiejemy się w sytuacjach społecznych, niż gdy przebywamy w pojedynkę.  Śmiech pomaga uniknąć konfliktów. Komu z nas nie zdarzyło się być w sytuacji o wysokim potencjale wybuchu, który został szczęśliwie rozładowany przez salwę śmiechu?  Śmiech jest integralną częścią relacji romantycznych, szczególnie na ich początku. Jak podaje James Goodwin, osoby, które więcej śmieją się na pierwszej randce, wskazują na wyższe zainteresowanie potencjalnym partnerem. Śmiech staje się również wrażliwym wskaźnikiem stanu relacji na dalszym etapie jej trwania. Wreszcie: śmiech rozwija połączenia w mózgu i wpływa na dobre samopoczucie. Gdy w płatach czołowych powstaje percepcja tego, że coś jest dla nas śmieszne, w dodatkowej korze ruchowej aktywują się wspomnienia związane ze śmiechem. Następnie jądro półleżące w układzie limbicznym ocenia odczuwaną przez nas przyjemność. Przychodzi czas na reakcję z ciała: serce przyspiesza, wybuchamy śmiechem, a mózg uwalnia neuroprzekaźniki, które wpływają na dobre samopoczucie: serotoninę, dopaminę i endorfiny. Te wszystkie procesy są oczywiście skomplikowane i zachodzą bardzo szybko.   Jak zatem zainwestować w swój dobrostan, zapewniając sobie codzienną dawkę śmiechu? Zabawne lektury, filmy, ludzie – niech każdy znajdzie dla siebie coś rozbawiającego. Źródło: Goodwin J., Doładuj swój mózg. Jak zwiększyć sprawność i efektywność swojego mózgu, Muza S.A., Warszawa 2022.
Czytaj więcej

XXX Ogólnopolska Konferencja Aktualności Psychologicznych – Aktualia

W dniach 15-19.04.2024 r. na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II odbędzie się XXX Ogólnopolska Konferencja Aktualności Psychologicznych – Aktualia. W tym roku pod hasłem: ,,Ukształtowani przez doświadczenia’’. W trakcie wydarzenia będzie można posłuchać wykładów naukowców z całego kraju. Będzie to między innymi prof. Bogdan de Barbaro z UJ. prof. Piotr Oleś z KUL, prof. Tomasz Grzyb z SWPS, prof. Katarzyna Schier z UW. Szansę na zaprezentowanie swoich zainteresowań naukowych będą mieli także studenci i doktoranci. Podczas konferencji będzie można wziąć udział także w łamigłówkach psychoterapeutycznych, gdzie doświadczeni praktycy spróbują rozwiązać dylematy etyczne w pracy psychoterapeuty. Konferencja jest bezpłatna i ogólnodostępna, nie trzeba być studentem, aby móc uczestniczyć w wykładach oraz wydarzeniach towarzyszących. Zapraszamy każdego miłośnika psychologii do spędzenia czasu razem z nami! Zapisz się: https://www.facebook.com/events/1350143805669266  
Czytaj więcej

Zaproszenie na I Konferencję Metodologii Badań Psychologicznych

Studenckie Koło Metodologiczne TABELKA, działające na Uniwersytecie Zielonogórskim zaprasza na I Konferencję Metodologii Badań Psychologicznych “MYŚLI W LICZBACH - O PROBLEMACH I PERSPEKTYWACH POMIARU W PSYCHOLOGII”. Kiedy? 22 maja 2024 Gdzie? Aula Biblioteki UZ, al. Wojska Polskiego 71 w Zielonej Górze (oraz online za pośrednictwem Google Meet) Celem Konferencji jest wielowymiarowa eksploracja i dyskusja na temat nowoczesnych metod i narzędzi pomiarowych w psychologii. Pragniemy zgromadzić naukowców, studentów i entuzjastów, by wspólnie dzielić się wiedzą, doświadczeniami oraz innowacyjnymi podejściami w zakresie pomiaru prowadzonego w badaniach empirycznych. Zaprosiliśmy Gości z imponującym dorobkiem naukowym, którzy poprowadzą inspirujące wykłady oraz praktyczne warsztaty. Swoją obecnością zaszczycą nas m.in. prof. Jerzy Brzeziński oraz prof. Czesław Nosal! Udział w Konferencji jest bezpłatny, a wydarzenie ma charakter hybrydowy. Serdecznie zapraszamy! Na wydarzenie obowiązują zapisy, a liczba miejsc zarówno na część wykładową, jak i na warsztaty jest ograniczona! Formularze zapisowe znajdziesz na naszej stronie na Facebooku - https://www.facebook.com/profile.php?id=61558150074008  
Czytaj więcej

Nastolatek w sieci: czy nasz powody do obaw?

Uzależnienie od internetu – niektórzy uważają je za realne zagrożenie, inni sprawę bagatelizują. W którą stronę skłaniasz się Ty? A może problem wydaje się właśnie dotyczyć Twojego dziecka?
Czytaj więcej