Nagrodzona w 2022 r. nagrodą Bookera powieść Siedem księżyców Maalego Almeidy Shenana Karunatilaka (w tłumaczeniu Mariusza Gądka), wyd. Marginesy to połączenie political fiction z folklorem i fantastyką, powieścią detektywistyczną, crime story, miłosną historią, groteską…
Czytaj więcej
Denzel Washington, świetny aktor, powiedział kiedyś takie słowa: „Marzenia bez celów pozostają tylko marzeniami. Do realizacji marzeń potrzebne są dyscyplina i konsekwencja. Dyscyplina, aby zacząć, a konsekwencja, aby zakończyć”. Pewnie można przywołać wiele definicji marzeń, ale ta, przynajmniej dla mnie, jest najbardziej syntetyczna i postaram się ją teraz zilustrować kilkoma przykładami. Moja przygoda z marzeniami rozpoczęła się po diagnozie dotyczącej nowotworu.
Gdy uświadomiłem sobie, że mogę mieć ograniczony czas, przeszedłem do ofensywy. Zawsze chciałem mieć motocykl. Nie mając prawa jazdy kat. A, zdecydowałem się kupić maszynę 125 ccm, na którą zgodnie z przepisami wystarczy mieć kilka lat prawo jazdy kat. B. Szybko się okazało, że nie ma drogi na skróty. W mig znudził mi się ten motocykl. To było leczenie syfa pudrem. Zrozumiałem to, o czym mówi Denzel Washington. Potrzebny jest plan, determinacja i konsekwencja. Plan był prosty. Motocykl minimum 500 ccm. Cel to prawo jazdy kat. A. Pojawiła się determinacja, ponieważ zapisałem się na kurs. Była też konsekwencja. Uczyłem się jazdy dodatkowo sam na 125 ccm. Konsekwencja była ze mną obecna również podczas chwil zwątpienia, upadków na motocyklu. Fizyczny ból przechodził w coś wcześniej niespotykanego pomimo choroby.
Przeobrażał się niczym gąsienica w lęk, potężny strach przed upadkiem i bólem. Wiecie, co wtedy robiłem? Wracałem na początek procesu, czyli do MARZENIA. Oglądałem motocykle na ulicy, w sieci i marzyłem. Cel zrealizowałem, potem kupiłem motocykl i, co bardzo ważne, są moim zdaniem marzenia, które pozostają z nami na długo. Nie są bujaniem w obłokach, tylko faktycznym przeżyciem. Jak odpalam motocykl, to realizuję marzenie. Marzenie o jeździe, gdzie skupienie na drodze i celu, szacunek dla innych uczestników ruchu drogowego, są priorytetem. Adrenalina, wolność wynikająca z bezpośredniej obecności wiatru są drugorzędne. Z jazdą motocyklem jest jak z życiem. Każda prosta przygotuje do zakrętu, a każdy zakręt do prostej. Uwielbiam, wyjeżdżając na prostą, przyspieszać. Jestem jeszcze w zakręcie, ale czuję prostą ścieżkę. Jest ona jak spokojne, dobre życie, o którym marzę. Pamiętam jednak zaraz o kolejnym zakręcie, zaczynam być uważny, zdyscyplinowany. Pisząc o marzeniach, chciałbym, abyśmy realizowali je nieustannie, jak nieustannie w życiu mierzymy się z zakrętami. Moja podróż z marzeniami prowadzi mnie w miejsca, gdzie inni nie chodzą. One są moje, nienegocjowalne.
Chciałem zawsze robić coś wyjątkowego, ale nie wiedziałem, co miałoby to być. Okazało się, że pisanie felietonów tym czymś jest i to marzenie spadło mi z nieba. Wyjątkowa to dla mnie podróż, prowadząca właśnie w miejsca niedostępne dla wszystkich. Ktoś może pomyśleć „narcyzm” i ma do tego prawo, ale marzenia są moje, nie krzywdzę nikogo i będę w nich trwał. Odnosząc pisanie felietonów do słów Denzela Washingtona, widzę to tak: Marzeniem jest opublikowanie felietonu. Cel to sam felieton. Determinacja prowadzi do momentu, w którym zacznę przelewać myśli, ubierać je w słowa i przelewać na papier (lub na plik w laptopie). Konsekwencja uaktywnia się głównie w momencie oceny teksu przez zespół „Charakterów”. Tutaj ważna uwaga. Fundamenty determinacji mogą zostać zniszczone przez „krytyków”, a nie recenzentów. Potrzebna jest konstruktywna informacja zwrotna, a nie krytyka. Łatwo jest wymyślić sobie marzenie. Trudniej jest rozłożyć je na czynniki pierwsze, zwane celami. Jeszcze większe wyzwanie to determinacja, a najtrudniej pozostać konsekwentnym. Życzę wszystkim takich recenzentów, jakich ja spotykam na swojej drodze. Motywują, dają konstruktywną informację zwrotną i zwyczajnie są.
Czytaj więcej
Z bajek wynika, że w zamierzchłej przeszłości strapienie przynosiły ludziom istoty pokaźnych rozmiarów: smoki, ifryty albo inne potwory. Pobudzana lękiem wyobraźnia nadawała im przerażające formy i zazwyczaj ogromne rozmiary. Kiedy powstawały bajki, nie znano jeszcze mikroskopów elektronowych ani nawet optycznych. Nikomu nie przychodziło do głowy, że trwogę może budzić maleńka, widoczna tylko w mikroskopii elektronowej istotka, która kształtem przypomina choinkową bańkę – koronawirus. Łatwo uwierzyć, że jest tylko wymysłem naukowców. Tak jak łatwo uwierzyć, że nie ma żadnych dżinów, bo przecież nikt ich nie widział.
W bajkach pojawiają się też budzące lęk małe stworzenia. Na przykład myszy. W legendarnych prapoczątkach polskiego państwa to myszy zjadły króla! Polanie nie lubili króla Popiela i wydelegowali myszy, żeby się go pozbyć. Król zapewne nie miał kota.
W bajce E.T.A. Hoffmanna Dziadek do orzechów pojawiają się groźne i mściwe myszy. Przepędzone z książęcego zamku przez utalentowanego zegarmistrza i mechanika szukają na nim zemsty. Do boju z mściwymi myszami rusza tytułowy dziadek do orzechów. Miał postać żołnierzyka i był prezentem gwiazdkowym dla córki przyjaciół zegarmistrza. To ta dziewczynka ostatecznie rozwiązała kwestię myszy, tłukąc ich przywódcę pantoflem. Bajeczne rozwiązanie. W dzisiejszej rzeczywistości kobiety także rozstrzygają problemy, jeśli wezmą sprawy w swoje ręce.
Bajka Hoffmana otrzymała francuską wersję pod piórem Aleksandra Dumasa, a z tej wersji Marius Petipa ułożył libretto do baletu Piotra Czajkowskiego. W baletowej wersji wystawiana jest przez wszystkie teatry operowe, zwłaszcza w okresie świątecznym. Choinkowe spotkanie jest częścią fabuły. Bajka i balet powstały w dziewiętnastym wieku, zanim Freud opublikował swoją pracę o seksualności dziecka. A na długo przed tym, zanim w drugiej połowie ubiegłego wieku został ostro skrytykowany za niedostrzeganie wykorzystywania seksualnego dzieci. Pozycja wpływowego przyjaciela rodziny i traktowanie małej bohaterki przez zegarmistrza przypominają sytuację pacjentki opisanej przez Freuda. W oryginalnej wersji Hoffmanna zegarmistrz opowiada dziewczynce bajkę w bajce. Jest w niej wiele motywów z innych bajek: Królowa Śniegu, chora księżniczka uzdrowiona przez księcia, odzyskanie przez księcia utraconej urody, wędrówki do dalekich krajów. W libretcie baletu jest inaczej. Cukrowa wróżka, śnieżynki, kwiaty, a nawet Chińczycy przeciwdziałają zgubnym efektom uwodzicielskiej akcji zegarmistrza. Dziadek do orzechów zmienia się w urodziwego księcia, rówieśnika panienki. Wszystko kończy się szczęśliwie. Jak w kinie. Tyle że cukrowe wróżki tylko w bajkach albo w kinie wyręczają tych, którzy znajdują się w opresji.
Nie wiadomo, jaką rolę w ratowaniu dziewczynki przed zakusami zegarmistrza odegrali Chińczycy. Wymyślili nie tylko proch strzelniczy, ale także sos sojowy i przyprawę typu „trzy smaki”.
PIERŚ Z KACZKI TRZY SMAKI
Na jedną osobę:
1 pierś kaczki
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżeczka przyprawy „trzy smaki”
1 łyżka mąki ryżowej lub ziemniaczanej
100 ml białego wina
1/2 szklanki drylowanych wiśni
1 jabłko
Opłukać i osuszyć mięso. Włożyć do foliowego woreczka i stłuc tłuczkiem. Wsypać sól i mąkę i staranie obtoczyć mięso, potrząsając woreczkiem. Wino wymieszać z sosem sojowym i przyprawą „trzy smaki”. Zalać marynatą mięso i trzymać w chłodzie dobę lub dwie.
Mięso wyjąć z marynaty, poczekać, aż obeschnie, i przesmażyć na teflonowej patelni około 5 min z obu stron. Przełożyć do naczynia żaroodpornego, wlać marynatę, dodać owoce, przykryć pokrywką i piec 2 godz. w temperaturze 1001C. Podawać pierś pokrojoną w cienkie plasterki z ugotowanym na sypko ryżem oraz sosem z wiśni.
Czytaj więcej
Wiadomo, że Facebook to nic dobrego, ale historia Joanny i tak porusza.
Pewnie nie zauważyłabym, że portale społecznościowe szkodzą, gdyby nie pandemia i lockdown. Tęskniąc za ludźmi, częściej niż zwykle zaglądałam na Facebooka. Rosła niepewność, złe samopoczucie, problemy z koncentracją. Większość informacji pojawiających się w aktualnościach dotyczyła COVID-19. Ograniczyłam social media i skupiłam się na tym, co w domu.
Joanna, bohaterka badania Fundacji Panoptykon „Algorytmy Traumy 2” przeprowadzonego we współpracy z Piotrem Sapieżyńskim z Northeastern University, zauważyła zły wpływ FB w 2021 r.
Pandemia szalała, a ona została młodą matką. Macierzyństwo poprzedził nowotwór i śmierć jednego z rodziców. Pojawiły się zaburzenia lękowe, obawy o życie synka. Odpowiedzi na różne pytania szukała w internecie. Facebook to wiedział, jest w końcu maszyną do zbierania informacji na nasz temat, i ten lęk podsycał.
Wiedząc, co może Joannę zaangażować, podrzucał jej reklamy związane ze zdrowiem. Na początku te wywołujące najsilniejsze emocje (np. zbiórka na leczenie walczącego z białaczką chłopca). Przez dwa miesiące zaproponował ponad 400 tego typu postów. Później informował o nagłych wypadkach czy o zniżce na badania genetyczne w kierunku nowotworu. Stres u Joanny się zwiększał, doszły dolegliwości psychosomatyczne. Poszła na terapię, na FB dołączyła do grup wsparcia.
Facebook twierdzi, że mamy wpływ na to, co pokazuje nam w aktualnościach. Wystarczy, że oznaczymy niechciane treści. Tylko że to bujda, co wykazał Panoptykon, próbując okiełznać newsfeeda Joanny.
Przycisku „Ukryj post – wyświetlaj mniej postów podobnych do tego” użyła 122 razy tylko w terminie od 23 czerwca do 2 lipca 2023 r. W następnych tygodniach monitorowano posty jej proponowane. Toksycznych materiałów tylko przybyło.
Facebook wpisał się w tkankę społeczną, trudno zupełnie z niego zrezygnować. Wiele badań wykazało, że ma na nas zły wpływ. A teraz już wiemy, że portal chce, by tak było.
Gdy w 2021 r. ograniczyłam social media, samopoczucie poprawiło się, ale nadal szwankowała koncentracja. Przyjaciółka poleciła mi książkę Cala Newporta pt. Praca głęboka.
Newport, profesor informatyki, nauczył mnie odcinać się od rozpraszaczy, czyli aplikacji, internetu, stron społecznościowych. Nasz mózg nie jest w stanie pracować intensywnie dłużej niż 4–5 godz. (choć tego trzeba się najpierw nauczyć), dlatego kluczowe jest planowanie dnia. Gdy zapytacie kogokolwiek, kogo podziwiacie, jak pracuje, okaże się, że jego priorytetem jest intensywność skupienia.
Na służbowe e-maile odpowiadam o wyznaczonych porach (każda wiadomość to koszt 15 min powrotu do koncentracji), pracę kończę o 17:30–18:00. Chodzi o to, by mózg mógł odpocząć.
Co jakiś czas się rozluźniam i na nowo uczę tych rytuałów. Ale wciąż w moim telefonie nie ma „społecznościówek”. A gdy piszę, nie zaglądam do internetu, nie odbieram telefonów. Gdyby nie „praca głęboka”, nie skończyłabym książki, której pisanie musiałam łączyć z codzienną reporterską pracą. A może borykałabym się z podobnymi problemami jak miała Joanna?
Czytaj więcej
Kiedyś starsza aktorka powiedziała mi: „Słuchaj, jak będziesz tak dużo grała, to się nie zestarzejesz, nie będziesz miała na to czasu”. Jest w tym zawodzie coś takiego, że aktorzy, nawet ci starsi, mają w sobie pierwiastek młodości, bo nieustannie coś się dzieje, wciąż jesteśmy z ludźmi, wśród ludzi, w dialogu z nimi i ze sobą.
Czytaj więcej
To się dzieje nagle. Rzucasz wszystko i jedziesz w przysłowiowe Bieszczady. Pakujesz się szybko, nie szkodzi, że czegoś brakuje w bagażu podręcznym. Finanse? Byleby było na bilet, benzynę, nocleg, jakieś jedzenie. Na jak długo? Bywa, że wystarczy na weekend, tydzień lub miesiąc urlopu, czasem pół roku jest mało, więc czasem wyjeżdżasz na całe życie. Wyjeżdżasz bez ostrzeżenia lub oznajmiasz „muszę, bo się uduszę”.
Czytaj więcej
Choroba otyłościowa dotyczy aż 25% społeczeństwa1. Jej powikłania stanowią globalny problem medyczny, wpływający na kondycję psychofizyczną kobiet i mężczyzn w każdym wieku. Kłopot stanowi też piętrząca się fatfobia, czyli ostracyzm, z jakim osoby dotknięte otyłością zmagają się na co dzień. Ataki, niewybredne komentarze, ośmieszanie i poniżanie to codzienność osób ważących powyżej normy BMI. Niestety fatfobia dotyka ludzi także ze strony profesjonalistów, w tym psychologów.
Czytaj więcej
Kiedy zadzwoniłem do moich dziesięciu znajomych z pytaniem: „Czy nastolatki chcą być uznawane za starszych, niż są?”, usłyszałem dziesięć odpowiedzi: „Tak”.
Czytaj więcej
Wielu pacjentów w procesie psychoterapii doświadcza wglądu w siebie, uczy się rozpoznawania własnych emocji, wyrażania ich, stawiania granic. Rozumieją, w jaki sposób historia życia ukształtowała ich sposób reagowania. Potrafią dbać o swoje potrzeby. W dłuższej perspektywie jednak doświadczają poczucia samotności. Dlaczego tak się dzieje?
Czytaj więcej
Wiele kobiet podczas porodu ma poczucie, że to wszystko jest nie do wytrzymania. Nikt im nie mówi: „To naturalne, Twój organizm się mobilizuje. Potrzebujesz adrenaliny, by wydać dziecko na świat”. To nawet nie muszą być słowa. Wystarczy, że ktoś obok jest, widzi ją. A jego twarz mówi: „Przejdziesz przez to, będzie dobrze. Jestem obok i nie zostawię cię samej”.
Czytaj więcej
Często zastanawiamy się nad tym, jakie motywy kierowały postępowaniem drugiej osoby. Wiele zależy od tego, czy podjęła ona zachowanie społecznie akceptowalne, czy też negatywne. Ciekawe, że jeśli ktoś podejmuje zachowania aprobowane, to z reguły nie przywiązujemy do tego specjalnej wagi. Wyjątkiem są te bardzo pozytywne, takie jak bohaterskie czyny, np. uratowanie tonącego czy wyniesienie kogoś z pożaru. W innych sytuacjach nie poświęcamy specjalnie uwagi pozytywnym postawom. Natomiast w wypadku zachowań nieaprobowanych nasza aktywność atrybucyjna jest zdecydowanie większa. Zastanawiamy się nad tym, co takiego mogło spowodować, że jakaś osoba zaatakowała inną czy też doniosła na kogoś. Wtedy zwykle stwierdzamy, że takie działania wynikały z wewnętrznych cech tej osoby. Mówimy, że ktoś jest agresywny i ma kłopoty z kontrolą emocji albo że ktoś jest donosicielem. Pomija się tutaj fakt, że osoba agresywna została przez kogoś sprowokowana albo że donosiciel stara się ratować własną skórę podczas przesłuchania. Można zatem stwierdzić, że w takiej sytuacji chętnie odwołujemy się do cech osobowości, które mogły doprowadzić do negatywnych zachowań.
Zupełnie inaczej jest wtedy, kiedy mamy do czynienia z własnymi zachowaniami. Nasze zachowania pozytywne oceniamy, odwołując się do przypisywanej sobie wspaniałomyślności, chęci pomagania innym w potrzebie. Uważamy siebie za miłosiernego Samarytanina. Natomiast zupełnie odmiennie wyjaśniamy nasze zachowania negatywne. Potrafimy podać wiele czynników sytuacyjnych, które niejako zmusiły nas do podjęcia takich zachowań. Wracając do wcześniejszych przykładów, możemy stwierdzić, że nasze agresywne zachowania były całkiem usprawiedliwione. Przecież osoba, którą zaatakowaliśmy, jest agresywna i należy się jej nauczka albo nie mamy innego wyjścia, by na przykład ukarać ją za jakieś działania.
Takie asymetrie w wyjaśnianiu własnych i cudzych zachowań od dawna znane są w psychologii i noszą nazwę efektu aktor-obserwator. Zazwyczaj własne zachowania wyjaśnia się za pomocą czynników sytuacyjnych, zaś zachowania innych, sięgając po czynniki dyspozycyjne. Autorzy, którzy jako pierwsi opisali ten efekt – Jones i Nisbett, przedstawiają różne wyjaśnienia tego zjawiska, odwołując się do różnej dostępności rozmaitych czynników dla aktora i obserwatora. Aktor widzi przede wszystkim rozmaite czynniki wpływające na jego zachowanie, dostrzega, że może być ono wyjaśnione oddziaływaniem tych właśnie czynników. Natomiast w wypadku, kiedy mamy do czynienia z wyjaśnianiem zachowania innej osoby, czyli z pozycją obserwatora, nasze myślenie trochę przypomina działania psychologa osobowości. Poszukujemy cech, które mogą być źródłem takiego zachowania. Nie znamy historii życia tej osoby ani też nie wiemy, co mogło poprzedzać pewne działania. Takie myślenie wydaje się łatwiejsze niż poszukiwanie wyjaśnień sytuacyjnych. Co więcej, te wyjaśnienia mogą zostać zinterpretowane jako usprawiedliwienie jakiegoś zachowania.
Jednak propozycja Jonesa i Nisbetta koncentrowała się na wyjaśnieniach zachowań poszczególnych osób. Dużą rolę – jak twierdzą Christakis i Fowler – mogą odgrywać sieci społeczne. Sieci to grupy osób wyróżnionych ze względu na jakąś cechę – mogą to być poglądy polityczne, ale też wskaźnik BMI. W sieciach społecznych nasze zachowania mogą być wyznaczone przez różne czynniki, których nie musimy sobie uświadamiać. Jednym z nich jest nasze położenie w sieci – sieć na nas oddziałuje tym silniej, im bardziej centralne miejsce w niej zajmujemy. Jeśli w mojej sieci znajduje się wiele osób sympatyzujących z pewną partią i z tymi osobami mam bliskie relacje, to moje zachowanie będzie wyznaczone zachowaniem osób, z którymi jestem związany. Także wtedy, kiedy jesteśmy w sieci osób wychudzonych, zachowujemy się tak jak inni członkowie tej sieci. W tej sytuacji większą rolę może odgrywać konformizm, a nie efekt aktor-obserwator.
Czytaj więcej