Pieter Bruegel starszy namalował temperą na płótnie przechowywany w Museo di Capodimonte w Neapolu obraz przedstawiający sześciu niewidomych, którzy wspomagając się, idą wyboistą drogą. Jeden już upadł, drugi właśnie zwala się z nóg. Pozostali zdają się nie zdawać sobie sprawy z grożącego im niebezpieczeństwa. Trzymane w rękach laski służą im do badania terenu dla bezpiecznego kolejnego kroku, jeśli któryś idzie na czele, bądź do utrzymywania rzędu. Trochę tak jak przedszkolaki na spacerze utrzymują rządek, trzymając się sznura. Z tym że maluchy prowadzi sprawna przedszkolanka. U Bruegla nie ma prowadzącej osoby ze sprawnym wzrokiem. Jest natomiast w bajce Ignacego Krasickiego Kulawy i ślepy. Sprawny wzrokowo jest niesprawny ruchowo, a krzepki fizycznie – niewidomy. Wspomagają się więc w ten sposób, że ślepy niesie kulawego, który pełni funkcję nawigatora zespołu. Wzruszający przykład wzajemnego wspierania się osób niepełnosprawnych. Niewidomy o mocnych mięśniach użycza siły słabemu, ale widzącemu, który zastępuje wzrok ślepcowi. Morał bajki księcia biskupa nie gloryfikuje jednak, jak można by się spodziewać, miłości bliźniego. Wskazuje na głupotę dążenia do samodzielności mimo niepełnosprawności. Niewidzący najwyraźniej nie słyszał o obrazie Bruegla i postanowił badać teren kijem. Jego dążenie do autonomii było tak silne, że nie wyciągnął wniosków z kilku bolesnych potknięć. Nadal nie kierował się ostrzeżeniami swojego widzącego towarzysza. W końcu obaj wpadli do głębokiego dołu i zginęli.
Morał Krasickiego wskazuje na głupotę obydwu. I ślepca, bo polegał na kiju. I kulawego, bo polegał na głupim.
O ile metafora Ślepców Bruegla wydaje się odnosić do niekompetencji przywódców, to metafora Krasickiego wskazuje na znaczenie wyborów. Egotyczna ambicjonalność przywódcy jest groźna dla tych, którym przewodzi i dla niego samego.
Książę biskup Krasicki, jak powinien wiedzieć każdy absolwent szkoły podstawowej, jadał we czwartki obiady z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim. Podawano na nich obfitość mięs. Mądry i dbający o zdrowie gości gospodarz podawałby, przynajmniej od czasu do czasu, potrawy jarskie. Takie jak tarta szpinakowa.
TARTA SZPINAKOWA
Dla czterech osób
1 pęczek szpinaku
3 łyżki masła
3 łyżki mąki
1 szklanka śmietanki
3 sztuki jajka
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka ziaren kolendry utłuczonych w moździerzu
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1 opakowanie ciasta francuskiego
do wsmarowania formy masło i bułka tarta
Szpinak dobrze wypłukać. Włożyć do garnka i krótko dusić pod przykryciem, aż zmięknie. Ostudzić na sicie. Można użyć szpinaku mrożonego w liściach, rozmrożonego na sicie. Posiekać go w paseczki.
Masło roztopić, dodać mąkę i usmażyć białą zasmażkę. Wrzucić posiekany szpinak, sól, kolendrę i cynamon. Wlać śmietankę i starannie wymieszać. Ubić jajka i dodać do masy, zostawiając nieco do posmarowania ciasta.
Formę do tarty wysmarować masłem i oprószyć bułką tartą. Wlać masę szpinakową. Przykryć ciastem. Wystające poza formę kawałki ponacinać nożyczkami i ułożyć paski na wierzchu w dowolne wzory (na przykład królewską koronę lub biskupią mitrę!). Posmarować ciasto odłożonym jajkiem.
Piec 20 min w temperaturze 180oC.
Czytaj więcej
Najdroższy wcale nie był mur ani nawet fosa, do której musiałam podciągnąć bieżącą wodę. Najdroższe były krokodyle. Cena samego transportu, nie licząc ceny zwierząt, zwalała z nóg, ale uparłam się. Chciałam krokodyle w fosie. I to nilowe, bo są najgroźniejsze i największe. I żeby było ich tuzin. Nie ufałam samemu murowi.
Nie było to proste. Hodowla krokodyli jest u nas zabroniona, udało mi się je sprowadzić dopiero z jakiegoś podejrzanego sklepu w Turcji. Przyjechały tirem, ledwo żywe, od razu poleciałam do marketu po kurczaki, wykupiłam wszystkie. Odratowałam moje krokodyle.
Teraz nie dostają za wiele jedzenia. Mają być głodne. Mają być gotowe. Gdy przechadzam się po otaczającym warownię murze, czuję na sobie ich uważne spojrzenia. Ponad wodę wystają tylko żółtawe oczy z pionową źrenicą. Chyba się w nich zakochuję.
Muszę być jednak czujna. Teoretycznie przeprawa przez pełną głodnych bestii fosę jest niemożliwa, także wspięcie się po zupełnie gładkiej ścianie muru wydaje się nierealne, ale ja ich dobrze znam, nie takie numery mi wycinali.
Na wszelki wypadek wykopałam wilcze doły. Cały rozległy teren wokół mojej wieży to jedna wielka pułapka: zamaskowane jamy z dnem najeżonym zaostrzonymi palikami. Od bramy w murze do wieży prowadzi bardzo wąska, zagmatwana ścieżka, którą znam tylko ja. Raz czy dwa o mało nie wpadłam we własne sidła, jednak ryzyko jest warte poczucia bezpieczeństwa, jakie mi te pułapki w zestawie z murem i fosą zapewniają.
I chyba to złudne wrażenie, że teraz już się tutaj nie dostaną, mnie zgubiło. A może to przez tę przeklętą flagę? Może ona ich zwabiła? Nigdy się pewnie nie dowiem, w każdym razie, gdy od wielu dni miałam spokój, pomyślałam: tylko jakiejś fajnej flagi mi brakuje na szczycie wieży. Jakiegoś pięknego wyrażenia mojego wnętrza.
I zabrałam się za wyszywanie. Z początku miała być niewielka, ot, metr na metr, ale im więcej haftowałam, tym więcej przychodziło do mnie nieznanych mi z nazw roślin, dziwnych zwierząt, budynków jak ze snów i chmury, mnóstwo chmur.
Zanim wciągnęłam flagę na maszt, jeszcze raz obeszłam warownię, sprawdziłam mury, krokodyle (mijał tydzień od ostatniego karmienia, były więc wyjątkowo niespokojne), pułapki, rygle w drzwiach wieży, kraty w oknach. Wszystko było, jak trzeba.
Flaga załopotała na wietrze, była naprawdę piękna. Wzruszona wciągałam ją niespiesznie, dotarła już prawie do samej góry, gdy usłyszałam ich tuż za plecami. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, że to oni. Już pierwsze echa fal dźwiękowych rozchodzących się w gęstniejącym za mną powietrzu rozpoznałam bezbłędnie: pełne dezaprobaty i rozczarowania chrząknięcie mamy i mlaśnięcie taty, po którym z jego ust wypadnie kąsająca do żywego, cyniczna uwaga.
Nie musiałam się też odwracać, żeby wiedzieć, z jakiej skóry jest kurczowo przyciskana do brzucha torebka matki i perfekcyjnie wypolerowane kowbojki na nogach ojca.
Czytaj więcej
Materiał Krzysztofa Stanowskiego o Natalii Janoszek został wyświetlony w serwisie YouTube już ponad osiem milionów razy. Powiecie: „A co mnie obchodzi jakaś celebrytka?”. Tylko że historia Janoszek to opowieść o nas wszystkich.
Stanowski – kiedyś dziennikarz, dziś biznesmen i prowadzący wściekle popularne konto Kanał Sportowy, po raz kolejny przekroczył granice. Upokorzył, wyśmiał, zasugerował swojej bohaterce zaburzenie. Wmawianie komuś, że jest chory, to przemoc psychiczna i emocjonalna. Stanowski zachował się, jak ktoś, kto nie tylko chce zdemaskować oszustkę, ale też za wszelką cenę zniszczyć. Jednak coś mnie w tym materiale zatrzymało.
Natalia Janoszek to trzydziestotrzyletnia celebrytka, która zmyśliła swoją karierę. Na tyle skutecznie, że poważne media zapraszały ją do swoich programów i przedstawiały jako gwiazdę Bollywood, a nawet Hollywood. Role, nagrody, akcje charytatywne – wszystko to bujda. Ba, o tym, że podbija Indie, napisała nawet książkę. Przypieczętowaniem jej celebryckiej kariery w Polsce był występ w programach Taniec z gwiazdami i Twoja twarz brzmi znajomo. Nie będę Państwu streszczać wszystkich szczegółów, bo może się skusicie. Napiszę tylko, że materiał Stanowskiego trwa blisko trzy godziny i jest to dobrze udokumentowany fact-checking. Weryfikacja, której nikomu nie chciało się zrobić. Albo było inaczej: machina się rozpędziła, a przecież tak dobrze sprzedaje się opowiadanie o Polce z zagranicznymi sukcesami.
Żyjemy w czasach, kiedy bardziej liczy się nie to, kim jesteśmy, tylko jak się przedstawiamy. Dzięki temu mitokarierę mógł przez lata realizować zespół Bayer Full, wciskając kit, że w Chinach sprzedali 67 mln płyt. A Belle Gibson, australijska blogerka, udawać chorą, by zarobić miliony. Najpierw wyznała, że zostały jej cztery miesiące życia, a następnie dzięki zdrowym nawykom udało jej się powstrzymać zmyślonego raka mózgu. Ładne zdjęcia, atrakcyjne wnętrza, joga. Setki tysięcy followersów na Instagramie patrzyło na dobrze wyglądającą blondynkę i chciało żyć tak jak ona. Lubimy oglądać świat, który jest dla nas niedostępny.
Gdy zaczęły się pojawiać pierwsze materiały o konfabulacji Janoszek, jedni pytali, po co zajmować się celebrytką, skoro wydarza się tyle ważniejszych rzeczy. Inni krytykowali media lub ruszyli do obrony. Bo przecież, jak ktoś przyznał, wielu koloryzuje. STOP. Wielu? To ilu celebrytów, aktorów czy aktorek, muzyków nabija nas w butelkę? I dlaczego? Czyżby spryt wciąż był ważniejszy niż uczciwość?
Historia z Janoszek ukazała jedną z najstarszych prawd: kłamstwo ma krótkie nogi. Wymyślanie życiorysu to spacer po linie na dużej wysokości. A im wyżej wejdziesz, tym szybciej ktoś może powiedzieć: „Sprawdzam”.
Trzydziestotrzylatka mogła funkcjonować, bo kombinowanie zakończone sukcesem jest zakorzenione w naszej mentalności. I premiowane. Być może dlatego nie słychać, by jakikolwiek dziennikarz poniósł konsekwencje powielania bzdur celebrytki. Ale jestem pewna, że istnieją osoby, które właśnie prostują swoje napompowane CV. Dlatego dobrze, że powstał materiał o pseudogwieździe Bollywood.
Czytaj więcej
Dlaczego warto pielęgnować w sobie dziecięcy entuzjazm? Zakaz „Nie bądź dzieckiem!” wymaga od dziecka odpowiedzialności, rozsądku, pomocy w formie przekraczającej jego dziecięce zasoby. Od teraz musi też radzić sobie z emocjami, powstrzymywać swoje reakcje i potrzeby, wyzbyć się tego, co „dziecięce”. Tylko po co?
Czytaj więcej
Czy ma Pani bogatą wyobraźnię? – Tak… Myślę, że tak… – Doskonale, więc kolejne pytanie na pewno się Pani spodoba. Proszę sobie wyobrazić – kontynuował terapeuta – że wraca dziś Pani do domu. Potem nadchodzi wieczór, idzie Pani spać. I kiedy Pani śpi, dzieje się cud. Ten cud polega na tym, że problem, z którym Pani przyszła na terapię, zupełnie znika, ale Pani śpi, więc nie wie, że ten cud się wydarzył. Po czym Pani pozna, że ten cud miał miejsce?
Czytaj więcej
J.J.-D.: Jakie kłody ludzie sami sobie rzucają pod nogi na drodze do szczęścia?
P.Ś.: Ludzie w obecnych czasach bardziej chcą kupić szczęście, zamiast próbować je odnaleźć w sobie. Trwałego i bogatego szczęścia nie da się jednak nabyć, trzeba je zatem wypracować, tworząc dobry plan i przekuwając go w czyn. Często wzorujemy się na influencerach lansujących komercyjny dobrostan. Popadamy w tzw. hedonistyczny kołowrót, sukcesem staje się kolejna nabyta rzecz, która cieszy tylko chwilowo. Pomijamy przy tym relacje – te z samym sobą oraz innymi. Rządzą nami toksyczne emocje, pokonuje nas stres. Z braku czasu dla siebie sięgamy po tzw. śmieciowe jedzenie, odpuszczamy kolejny czas na zdrowy ruch. Obecnie człowiek staje się trybikiem w maszynie pędzącego świata.
J.J.-D.: Jakie sposoby na rozwiązywania problemów proponuje Pan w swojej książce?
P.Ś.: W mojej książce staram się pokazać to, czego człowiek naprawdę potrzebuje i jednocześnie czego powinien unikać. Wskazuję na wagę pozytywnych relacji przede wszystkim z samym sobą. To swoista, naturalna droga, jaką gubimy, próbując dogonić pędzący świat. Droga, która pomaga odnaleźć każdemu swoje prawdziwe „ja”. Każdy jest niepowtarzalny, powinien zatem wypracować swój indywidualny styl życia. Jednak by zbudować siebie, musimy uwolnić się od tego, co nas niszczy – negatywnych emocji, toksycznych ludzi i pozornych wyznaczników dobrostanu. Budowanie indywidualnego „ja” to zadbanie o dobre relacje, zdrowy organizm i jasny umysł. Książka proponuje dwanaście rozdziałów (przygód), zawierając w każdym z nich kluczowe kwestie psychologii pozytywnej, propozycje zdrowej diety, lekkiego treningu i zaproszenie do obcowania z przyrodą samodzielnie, a także w formie integracji.
J.J.-D.: Jakie pułapki mogą się kryć w podejściu, które proponuje psychologia pozytywna? Czy wystarczy myśleć pozytywnie, żeby tak się poczuć?
P.Ś.: Przede wszystkim warto odnaleźć w sobie prawdziwe i szczere przekonanie, że istotnie chcemy coś zmienić w swoim życiu. Praca nad sobą to wartościowe wyzwanie, jednak musi być ono oparte na szczerych chęciach, a nie wynikać z przymusu. Żadna wiara nie ma sensu, jeśli nie jesteś do niej przekonany. Wiara w siebie i swoje możliwości również. Twoje budowane szczęście ma szansę powodzenia, jeśli otoczysz się pozytywnymi ludźmi, którzy dadzą Ci wsparcie i motywację. Musisz też uzbroić się w cierpliwość i zmierzyć się z tzw. odroczoną gratyfikacją – szczęście to nie aplikacja, nie da się go po prostu włączyć. Pozytywne zmiany w Twoim stylu myślenia, budowanych relacjach czy też poprawie sylwetki będą widoczne po dłuższym czasie. Każda zmiana niech zatem będzie Twoim celebrowanym, małym sukcesem – napędem do Twojego zwycięstwa.
J.J.-D.: Jakie są według Pana kluczowe wartości życia szczęśliwego człowieka?
P.Ś.: Dla mnie wszystko, co chcemy zbudować, musi zacząć się od marzeń. Ale nie możesz na nich poprzestać. Trzeba zbudować dobry plan ich osiągnięcia i zacząć realizować bez odkładania „na potem”. Dla realizacji marzeń warto znaleźć szczerych kibiców – ludzi, którzy będą Cię wspierać, budować Twoje pomysły i wspólnie świętować sukcesy. Usuń więc ze swojego grona ludzi, którzy są hamulcem zamiast napędem dla realizacji marzeń i planów: pesymistów, malkontentów, sceptyków. Kieruj się najważniejszymi wartościami, dzięki którym może być budowane szczęście: optymizm, wiara w siebie, kreatywność, wytrwałość, umiejętność podjęcia wyważonego ryzyka. Zwróć uwagę na pozytywne uczucia: miłość, empatia, pomoc, zaangażowanie dla innych. To sprawdzone elementy budowy trwałego dobrostanu.
J.J.-D.: Aktualnie mamy do dyspozycji mnóstwo książek i poradników o tematyce szczęśliwego życia. Czym różni się od innych Pana książka pt. Ruszaj po szczęście?
P.Ś.: Ruszaj po szczęście podejmuje kwestię polepszenia dobrostanu bardziej holistycznie niż inne pozycje książkowe. To połączenie psychologii pozytywnej, dietetyki i umiejętności kulinarnych, pracy nad zdrowiem ogólnym i sylwetką, poprawą samooceny. Znajdziesz tam oryginalne pomysły na spędzanie wolnego czasu. Książka oprócz treści proponuje także interaktywne zadania, które podniosą wiarę w sukces poprzez rozwinięcie kreatywności. Ty sam wybierasz propozycje i dostosowujesz je do siebie. To zawsze będą Twoje decyzje, by wypracować indywidualny styl życia.
J.J.-D.: Czy szczęście może być celem naszego życia? Czy też raczej jest efektem ubocznym życia pełnego sensu, zgodnego z wartościami?
P.Ś.: Wszystko (w tym poziom szczęścia) zależy od tego, jakie życie prowadzimy. Jeśli pozytywne życie jest naszym naturalnym wyborem lub owocem wychowania, to istotnie promieniujące z nasz szczęście możemy uznać jako pozytywny efekt uboczny. Jako coś naturalnego, w czym chcemy żyć i co dalej pragniemy pielęgnować. Jeśli zaś chcemy zmienić nasze życie na szczęśliwe, budując swój prawdziwy dobrostan nawet od początku (całość tej przygody przewidzianej w książce na dwanaście miesięcy), wówczas warto potraktować szczęście jako prawdziwy, ważny, życiowy cel.
Czytaj więcej
Sarek, najstarszy w Europie park narodowy, to prawie 2 tys. km² gór, lodowców, dolin i płaskowyżów. Teren przecinają jedynie ścieżki wydeptane przez wilki, renifery, niedźwiedzie i nielicznych ludzi. Myślę o Andreasie. Już wiem, dlaczego chciał tu być.
Czytaj więcej
Życie nastolatków nie jest ciężkim kawałkiem chleba, tylko pajdą. To taki dość stresujący okres próbny na stanowisku dorosłego. Uczysz się życia, rozwiązywania konfliktów. W tym samym czasie szukasz drogi, która będzie dla Ciebie najbardziej odpowiednia już na pełnym etacie bycia dorosłym. Ta droga jest często wyboista, a pogoda nie zawsze Ci dopisuje. Co się dzieje w takim razie, kiedy na tej trasie nastolatek „złapie kapcia” albo pojawi się jakaś inna usterka?
Czytaj więcej
„Nie umiem stawiać granic”, „Nie potrafię wymagać”, „Brak mi stanowczości”, „Nie jestem konsekwentny”. Mimo ogromnej liczby poradników, blogów i podcastów na temat asertywności i stawiania granic, wiele osób wciąż tego nie potrafi. W czym zatem tkwi problem?
Czytaj więcej
Swoje kosmetyczne imperium zbudowała w oparciu o takie wartości, jak szacunek do klientów i zamiłowanie do życia w zgodzie ze swoją pasją.
Czytaj więcej
Mikrobiota człowieka
Mikrobiota określa zbiorowisko mikroorganizmów zamieszkujących określoną przestrzeń. Mimo że mikrobiota bardzo często utożsamiana jest z bakteriami, warto mieć na uwadze, że w jej skład wchodzą też inne mikroorganizmy. Obejmują one różne gatunki grzybów, archeonów, protistów i wirusów. Jednak najliczniej reprezentowane i najlepiej poznane jest właśnie królestwo bakterii. Określenie, które również bardzo często pojawia się w literaturze, to „mikrobiom”. Mikrobiom jest stosowany zamiennie z mikrobiotą, jednak z genetycznego punktu widzenia oznacza on całość genomów danego zbiorowiska. Mikrobiota człowieka to zbiór wszystkich mikroorganizmów znajdujących się w ludzkich tkankach i płynach biologicznych. Ich rozmieszczenie umożliwia wyodrębnienie konkretnych zbiorowisk. Do najlepiej poznanych należą: mikrobiota przewodu pokarmowego, w tym szczególnie jelita grubego, a także skóry, układu oddechowego oraz moczowego. Cechują się one odmiennymi zbiorowiskami organizmów ze względu na panujące warunki, funkcje czy interakcje pomiędzy poszczególnymi mikroorganizmami.
Funkcje mikrobioty człowieka
Ze względu na lokalizacje drobnoustroje mogą różnie wpływać na zdrowie oraz funkcjonowanie człowieka. Warto zaznaczyć, że bakteria pożyteczna w jednej lokalizacji może wywoływać dolegliwości w drugiej (np. bakteria Escherichia coli w jelicie grubym wspomaga rozkład pożywienia, a w układzie moczowym prowadzi do zakażenia). Mikrobiota jelita grubego jest uznawana za niezbędną do trawienia pokarmu, ale także prawidłowego funkcjonowania całego organizmu. Zaangażowana jest w przemiany białek, tłuszczów oraz węglowodanów. Dzięki zdolności fermentacji błonnika drobnoustroje dostarczają energii dla komórek jelit i wpływają na metabolizm. Biorą też udział w syntezie witamin z grupy B
oraz K. Mikroorganizmy odgrywają też ważną rolę w funkcjonowaniu układu odpornościowego, wspierając go w obronie przed patogenami. Co więcej, dzięki połączeniu na osi jelito-mózg mikrobiota jelitowa wpływa na funkcjonowanie układu nerwowego. Warto wspomnieć, że układ pokarmowy jest również siedliskiem mikrobioty jamy ustnej, żołądka czy jelita cienkiego. Ich liczebność jest znacznie mniejsza, jednak stanowią dodatkowy etap w trawieniu pokarmu oraz ochronie przed patogenami. Mikrobiom skóry wspomaga funkcje ochronne i zapewnia jej równowagę. Enzymy wydzielane przez drobnoustroje skórne biorą udział w procesie złuszczania i odnowy warstwy rogowej naskórka. Co więcej, mikrobiota zapobiega inwazji i kolonizacji skóry przez patogeny oraz ogranicza wystąpienie stanów zapalnych. Choć jeszcze do niedawna uważano, że płuca są sterylne, to jednak drogi oddechowe mają swoją własną, wyjątkową mikrobiotę. Mikrobiom płuc odgrywa ważną rolę w regulacji odporności błon śluzowych i utrzymaniu równowagi pomiędzy odpowiedzią immunologiczną a stanem zapalnym. Mikrobiota układu moczowego wspiera zdrowie pęcherza moczowego dzięki utrzymaniu spójności nabłonka, ochrony przed infekcjami, przekazywaniu sygnałów pomiędzy komórkami nerwowymi i wspomaganiu funkcji układu odpornościowego.
Dysbioza
Kompozycja mikrobioty człowieka jest w stałym przepływie pod wpływem wielu czynników, takich jak wiek, zdrowie, stan fizjologiczny, dieta, styl życia, stosowane leki itp. Jest to całkowicie naturalny proces. Jednak w przypadku, gdy dochodzi do trwałego obniżenia różnorodności, liczebności oraz rozrostu gatunków patogennych, mówi się o dysbiozie. Jest to stan, który coraz częściej wiązany jest z wieloma chorobami czy dolegliwościami. Nie jest jednak do końca wyjaśnione, czy jest przyczyną czy skutkiem występujących chorób. Dysbioza jelitowa wiązana jest nie tylko z chorobami układu pokarmowego, ale też otyłością, cukrzycą typu 2 oraz chorobami neurodegeneracyjnymi. Zaburzenia kompozycji mikrobioty skóry łączone są z zapaleniem skóry, trądzikiem i łuszczycą. Istnieje też związek między zaburzoną mikrobiotą płuc a mukowiscydozą, astmą, grypą, a nawet zakażeniem wirusem SARS-CoV-2. Nieprawidłowe działanie mikrobioty układu moczowego może zwiększać ryzyko infekcji dróg moczowych czy kamicy nerkowej.
Mikrobiota a świadomość społeczna
Patrząc na istotność mikrobioty, wydawać by się mogło, że jest to temat znany i szeroko omawiany społecznie. Niestety, jest zupełnie inaczej. Międzynarodowe Obserwatorium Mikrobioty, powstałe przy pomocy Biocodex Microbiota Institute oraz Ipsos, pokazało, iż jedynie 1 na 5 osób (z 6500 badanych) twierdzi, że dokładnie wie, co oznacza słowo „mikrobiota”. Określenie to łączone jest w świadomości respondentów przede wszystkim z jelitami, natomiast o mikrobiocie płuc wie tylko 13% ankietowanych. Co więcej, jedynie 28% badanych słyszało o dysbiozie jako braku równowagi mikrobioty. Tylko 1 na 2 osoby twierdzi, że zachowuje się w sposób wspomagający utrzymanie zrównoważonej mikrobioty, najczęściej jednak robiąc to „czasami” (42% badanych). Zatrważające, że jedynie 44% ankietowanych osób potwierdziło, że zostało poinformowane przez lekarza o sposobach dbania o mikrobiotę. Badanie potwierdziło, jak niewielka jest świadomość społeczna w tematyce mikrobioty człowieka. Świadomość ta jest niezbędna, ponieważ ma ona bezpośredni wpływ na nasz organizm. Wraz z kolejnymi badaniami odkrywającymi zawiłości wpływu drobnoustrojów na zdrowie człowieka świadomość ta staje się coraz bardziej cenna zarówno dla indywidualnych osób, jak i pracowników ochrony zdrowia.
Czytaj więcej
Na to pytanie różnie odpowiadają pojedyncze osoby, myśląc o własnym życiu, a zupełnie inaczej osoby zatrudnione w administracji i organizacji służby zdrowia. Jeszcze inna odpowiedź może paść ze strony osób będących w kryzysie psychicznym lub planujących samobójstwo. W tej ostatniej grupie mogą znaleźć się osoby depresyjne bądź terminalnie chore, które wiele dałyby za skrócenie ich cierpień.
Ludzie nie myślą o własnej śmiertelności. Odsuwają od siebie myśl, że w pewnym momencie będą musieli nieuchronnie pożegnać się z tym światem. Wprawdzie mogą wokół siebie widzieć wiele śmierci, ale traktują to jako coś, co przydarza się innym, a nie im samym. Ludzie oddalają od siebie takie myśli i zajmują się różnymi działaniami, które silnie angażują ich uwagę. Mam tu na myśli nie tylko oddawanie się różnym pasjom, lecz także kupowanie nowych wrażeń. Ostatnio spędzałem trochę czasu w kolejkach w dużym centrum medycznym. Osoby, które tam czekały na kolejne badania, często rozmawiały o czekających ich podróżach zagranicznych. A były to osoby bardzo chore, które mogły nie znać ani dnia, ani godziny własnej śmierci.
Wróćmy jednak do początkowego pytania. Gdy rozpoczynała się pandemia COVID-19, nikt nie wiedział, jak długo będzie trwała, ile czasu zajmie wynalezienie szczepionki, ile osób się zaszczepi, jak skuteczne będą różne metody zapobiegania szerzeniu się choroby itd. Różne kraje przyjmowały odmienne rozwiązania. Niektóre – jak Polska – wprowadzały silne ograniczenia, natomiast inne – czego przykładem może być Szwecja – liczyły w większym stopniu na dyscyplinę obywateli i oficjalnie ograniczenia były niewielkie. W każdym z tych krajów można obliczyć wielkość kosztów związanych z wprowadzaniem lockdownu oraz kosztów związanych ze zwiększoną śmiertelnością, a także kosztów leczenia szpitalnego.
W Stanach Zjednoczonych, jak pisze znany amerykański psycholog Richard Nisbett, podejmowano próby określenia wartości życia. Wyniki tych prób były bardzo zróżnicowane. Pierwsze z nich miały charakter arbitralny. Administracja ds. Żywności i Leków wyceniła je na 7,9 mln dolarów. Suma jest niebagatelna. Natomiast Departament Transportu podał, że ludzkie życie jest nieco „tańsze”, gdyż warte jest około 6 mln dolarów. Obie kwoty są bardzo wysokie, ale zauważmy, że różnią się o 1,9 mln dolarów. Natomiast inne próby miały charakter niearbitralny. Agencja Ochrony Środowiska oceniła wartość życia na 1,9 mln dolarów. Ta ocena z kolei oparta była na sumach, jakie ludzie są gotowi zapłacić, by uniknąć rozmaitych zagrożeń.
W większości krajów rozwiniętych przyjmuje się, że życie warte jest około 50 tys. dolarów, biorąc pod uwagę koszt procedur medycznych. Nisbett zwraca uwagę na to, że żadne z powyższych oszacowań nie ma charakteru naukowego. Co więcej, w krajach słabo rozwiniętych życie oceniane jest jeszcze niżej. Te liczby wskazują, że dla celów administracji można oceniać wartość życia, jednak oceny te są bardzo różne i opierają się na odmiennych kryteriach. Z tego też względu określenie bazalnej wartości jest bardzo trudne.
Wiemy, że zagraża nam katastrofa klimatyczna. Trudno dokładnie określić to, w jakim momencie nadejdzie. Na pewno będzie to znacznie więcej aniżeli wynosi jedna kadencja parlamentu. Politycy czasami deklaratywnie twierdzą, że walczą z ocieplaniem się klimatu, ale często są to puste obietnice. W pewnym momencie będzie trzeba podjąć zdecydowane działania, byśmy się tu nie ugotowali. Działania te będą wymagały olbrzymich środków w skali całej planety. Im później zostaną podjęte, tym ich wartość będzie wyższa. By ocalić wszystkich ludzi, trzeba będzie zapłacić olbrzymią cenę – tu również będzie można ocenić wartość ludzkiego życia. Czy wszyscy zdecydujemy się na ten krok?
Czytaj więcej