Prosto od fryzjera

Kobieta, którą poznałam, opowiadała mi, jak szukała najlepszego odcienia swoich włosów. Robiła to z pomocą profesjonalisty, w sensie szukali tego koloru wspólnie z fryzjerem. Caffe latte czy bardziej toffi? Sprawa zdawała się poważna i ciągnęła się miesiącami, jeśli nie latami. Brutalnie przerwała ten proces pandemia, odcinając moją koleżankę od możliwości dalszych poszukiwań pod okiem ulubionego fryzjera. Koleżanka, podobnie jak my wszyscy, zaczęła zarastać w oczekiwaniu na otwarcie salonów i powrót do tak zwanego normalnego życia. A to oznaczało, że nieuchronnie pojawiły się odrosty w odcieniu zgoła odbiegającym od caffe latte i toffi.  I wtedy się okazało, że to właśnie te odrosty mają najpiękniejszy kolor. Była to obserwacja, której nie dało się poczynić, regularnie robiąc koloryzację u fryzjera. „Czyli mój własny kolor okazał się najlepszy!” – zakrzyknęła, kończąc swoją opowieść moja koleżanka, wciąż zaskoczona tym obrotem zdarzeń. A kiedy tylko jej opowieść się skończyła, w dalszej części rozmowy stała się kanwą do rozważań o Naturze Życia i o tym, co to jeszcze może oznaczać. W jakiej jeszcze sprawie szukamy daleko, kiedy odpowiedź jest blisko? Gdzie jeszcze kierujemy się tym, co mówią nam „fachowcy”, chociaż możliwy byłby ruch organiczny, zdanie się na to, co podpowiada nam własna intuicja i/lub nasze ciało? Którego z moich usilnych wysiłków mogę jeszcze zaniechać, w czym zdać się na bieg zdarzeń, w zaufaniu, że ów bieg będzie mi sprzyjać? Niedługo po tamtej historii sama poszłam do fryzjera, co prawda nie w sprawie koloryzacji (brakuje mi cierpliwości, która – obok zasobów finansowych – potrzebna jest, żeby przejść ten proces w salonie fryzjerskim, sama sobie włosy farbuję, no chyba że zapomnę). Przyszłam uporządkować swoje od lat nieodmiennie krótkie włosy, które bardzo lubię. Kiedy fryzjerka kończyła już żmudny proces nadawania mojej zwichrowanej głowie kształtu, podniosłam rękę i odgarnęłam jeden kosmyk z grzywki. Wtedy ona, zdecydowanym ruchem, przesunęła go z powrotem na grzywkę. Spojrzałam pytającym wzrokiem. „No bo jednak ma pani zakola, warto je zakryć” – powiedziała. „Zakola?!” – krzyknęłam zdumiona na cały salon. – „Ja mam zakola?” – i zaczęłam się śmiać, bo tak mi zupełnie nie pasowało to słowo do mojej jednoznacznej pochlebnej wizji swoich włosów. Zawsze mi się wydawało, że jeśli miałabym się doszukiwać jakiegoś problemu z włosami, to raczej byłby ich nadmiar, a nie brak. Informacja o jakimkolwiek ubytku była dla mnie nowością.  W ogóle się nie przejęłam. Przynajmniej tak mi się zdało na początku. Ale kiedy opary rozbawienia opadły, zauważyłam, że przyglądam się w lustrze tym swoim rzekomym zakolom. Złapałam się kilkukrotnie na tym, że przykrywam włosami to miejsce na czole, które zyskało dzięki mojej fryzjerce nową nazwę, chociaż przed tamtą wizytą nigdy tego nie robiłam. Do dzisiaj jestem ze sobą w ożywionym dialogu na ten temat – zakrywam, odkrywam, zakrywam, odkrywam.  I znowu kminię, o czym jest ta sytuacja. Jak to jest, że czyjaś ocena tak bardzo nas zaprasza do przyglądania się sobie krytycznym okiem? Dlaczego tak łatwo skupić się na braku, ubytku? Jak to jest, że wbrew tylu książkom, wykładom, piosenkom i rozmowom, tak mocno tkwi w nas odruch nieustannego zakrywania tego, co oddala nas od jakiegoś wzorca (żeby nie powiedzieć „ideału”)? I to być może intryguje mnie najbardziej, jak wiele potrafi zmienić opis tej samej rzeczy, jak ten sam kawałek ciała albo cały człowiek, albo sytuacja mogą poprzez słowa, jakich używamy do ich opisu, zupełnie zmienić swój koloryt? Jak to, co wydawało się wysokim czołem, może nagle stać się zakolem, z miejsca lubianego albo co najmniej neutralnego stać się czymś wstydliwym? To, że wystarczy pójść do fryzjera, by dostać pożywkę dla pytań bez ostatecznej odpowiedzi, które potem krążą po mojej głowie jak fryzjerskie nożyczki, jest równie fajne, co męczące. Dla tych z nas, którzy widzą świat jako wielowarstwowy, nasycony znakami, symbolami, tropami, każde z nim zetknięcie może dawać, chcianą czy niechcianą, pożywkę dla rozwichrzonego umysłu i poszukującego wciąż nowych znaczeń serca.  Od tego nie ma wakacji. I trudno, i świetnie: zależy, jak na to spojrzeć.  
Czytaj więcej

Dobroć serca

Oskar Wilde to nie tylko ofiara penalizacji miłości nieheteronormatywnej. To twórca stylu życia. No i, może główne, pisarz. Pisał też bajki. Jedna z nich dała tytuł jego filmowej biografii. To Szczęśliwy książę. Szczęśliwość księcia to jego stan psychiczny. Bajka opowiada o posągu. W bajkach posągi mogą przeżywać uczucia. Posąg księcia był piękny i bogaty. Pokryty listkami złota. Patrzył na świat z wysokiego cokołu oczami ze szmaragdów, wspierając dłoń na rubinowej rękojeści miecza. Miał też oddaną, kochającą go przyjaciółkę – jaskółkę (ale to przekład sugeruje jej płeć – w polskim języku jaskółka jest rodzaju żeńskiego). Ptak siadywał na cokole pomnika i gaworzył z księciem, dotrzymując mu towarzystwa. Z wysokości cokołu, szmaragdowymi oczami książę widział niedolę mieszkańców miasta, którym za życia władał. Wzruszał go ich nędzny los. Postanowił ich wspierać finansowo. Nie wiemy, czy czuł się winny, że nie zrobił nic, aby zmniejszyć różnice społeczne wtedy, kiedy był u władzy. Na jego prośbę jaskółka zdejmowała z posągu złote płatki i drogie kamienie, i zanosiła biednym i chorym. Chorych biedaków było sporo. Miała dużo pracy. Przyczyniała się do filantropii ukochanego, nosząc do beneficjentów rzeczowe wsparcie od księcia. Nie wiadomo, czy z zapracowania, czy z miłości nie odleciała na czas do ciepłych krajów i zamarzła u stóp dobroczyńcy biednych ludzi. Zresztą i tak nie było już złota ani klejnotów. Pomnik stracił urodę i wiosną został usunięty i przetopiony. Podobno nie stopiło się serce.  To wzruszająca opowieść o miłości do ludzi. Takiej formie miłości, która niczego nie zmienia, a prowadzi do zatracenia. Rozdawnictwo, któremu nie towarzyszy dbałość o uzupełnianie zasobów. Kiedy nie ma już niczego do rozdawania, musi nastąpić krach.  Smutny koniec małego zespołu filantropijnego chyba nie ma na celu zniechęcenia Czytelników do dobroczynności. Ani też do dzielenia się z potrzebującymi tym, co się ma. Sugeruje natomiast, że zaniedbanie troski o swoje podstawowe potrzeby prowadzi do likwidacji źródła pomocy.  A jaskółka? Nigdy nie była u władzy. Nie miała niczego, czym mogłaby się podzielić z innymi. Z oddaniem służyła filantropowi, który nie zadbał o jej życiowe potrzeby. To nie ona była podmiotem. Taką relację uważa się dzisiaj za przemoc. Chociaż niektórzy usprawiedliwiają ją jako przemoc strukturalną.  W tej bajce nie wspomina się o jedzeniu. Posągi nie jadają. Ale jaskółki? Owszem, tak. Biedacy również, jeśli mają co do garnka włożyć. Jeśli się nie ma niczego prócz suchego chleba, zeschniętych resztek żółtego sera i kostki bulionowej, żeby zastąpić parmezan i bułkę tartą, wtedy można zrobić pożywną i smaczną zupę.       ZUPA SEROWA (proporcje na osobę) 2 łyżki tartej bułki 2 łyżki utartego parmezanu 1 szklanka bulionu warzywnego szczypta tartej gałki muszkatołowej Zagotować przygotowany wcześniej wywar z jarzyn lub rozpuścić we wrzącej wodzie kostkę bulionową. Suche kawałki bułki i chleba utłuc i przesiać przez sito. Zetrzeć parmezan (lub kawałki zeschniętych serów żółtych). Wymieszać ser z bułką tartą, dodając startą gałkę muszkatołową. Ten dodatek nie jest konieczny. Można też wrzucić szczyptę utłuczonych nasion kolendry. Wsypać mieszaninę do gorącego bulionu, energicznie mieszając. Zostawić na cieple 10–15 min, żeby zupa nabrała gęstości.  
Czytaj więcej

Szlachetna materia

O uczuciach można opowiadać różnie, rzadko jednak używa się do tego złotej nitki tworzącej na jedwabiu misterny ornament. Tak właśnie, w sposób wyrafinowany i niebezpośredni, film Turkusowa suknia wyraża erotyczne napięcie, a w końcu też najczystszą miłość. Jesteśmy bowiem w Maroku, gdzie w kwestiach obyczajowych ciągle obowiązują surowe kody. Związki pozamałżeńskie nie są tam mile widziane, co dopiero tej samej płci. Reżyserka Maryam Touzani przełamuje jednak tabu i podąża dalej, tworząc jedną z piękniejszych filmowych historii miłosnych ostatnich lat. Z trojgiem emocjonalnie uwikłanych bohaterów, z berberyjską muzyką w tle i zachwytem nad krawieckim rzemiosłem.  W małym warsztacie szyjącym ozdobne kaftany rozgrywa się cichy dramat z udziałem mistrza igły Halima, jego ciężko chorej żony Miny i młodego praktykanta Youssefa. Kobieta udaje, że nie widzi rodzącego się pomiędzy mężczyznami uczucia, oni zaś próbują ukryć je przed całym światem. Touzani tka więc swoją opowieść z szeptów, przemilczeń, muśnięć i półcieni. Żeby skomplikować i tak już trudną sytuację, tworzy portret bezdzietnego małżeństwa w średnim wieku, które mimo skrywanych problemów bardzo się kocha. Dlatego cała trójka bierze udział w subtelnej grze, w której ostatecznie nie chodzi o to, by zdobyć kogoś na wyłączność. Ale jak tu nawzajem się nie ranić i jednocześnie nie zakłamywać swoich uczuć? Tylko częściowo jest to opowieść o żyjących w opresji homoseksualnych mężczyznach – ukrywających się w „białych małżeństwach”, pogardzanych przez innych mężczyzn, skazanych na pokątny seks w publicznej łaźni. Zresztą utarte podziały na męskie i żeńskie zostają w tym filmie podważone, choćby w wykonywanej przez bohaterów profesji, nie mówiąc o postaci Miny, chętnie łamiącej rozmaite konwenanse. I choć pracochłonne ręczne krawiectwo powoli odchodzi do lamusa, w wielu innych dziedzinach tradycja miewa się całkiem dobrze, na przykład w piętnowaniu tego co inne. I w filmie dochodzi do osobliwego połączenia otwartości na zmianę ze staroświeckim idealizmem. Widać ową dwoistość chociażby wtedy, gdy dyskretna wymiana męskich spojrzeń odbija się w spojrzeniu kobiecym, z początku niecierpliwym i zazdrosnym. Lecz Turkusowa suknia powoli odsłania przed nami różne odcienie kochania. Albowiem ten nieoczywisty „trójkąt” mieści w sobie tłumione pożądanie, ale i głęboką więź, troskę, czułość. Nad wszystkim zaś unosi się aura kobiecej mądrości.   Ktoś powie, że marokańska reżyserka operuje materią nazbyt szlachetną. W końcu Turkusowa suknia jest nie tylko o uczuciach, ale także, przynajmniej pośrednio, o prawach człowieka. Touzani woli jednak pozostać w kameralnej przestrzeni, wystrzegając się zarówno publicystyki, jak i tanich melodramatycznych chwytów. Zamiast tego dostajemy niespieszną, zmysłowo filmowaną opowieść, chwilami wręcz zaskakującą swoją odwagą i zarazem daleką od dosłowności. To film o tęsknocie i niespełnieniu, szukający sensu na przekór nim. Mówiony po arabsku i obsypany nagrodami na całym świecie łamie nasze serca i skleja je na nowo, zachęcając do przemyślenia wytartych miłosnych zaklęć. A także do przedefiniowania takich pojęć, jak akceptacja czy poświęcenie.  Być może dałoby się zrobić to dużo mocniej, wyostrzając cały tragizm ukazanych relacji, lecz twórczyni tego filmu unika drapieżnych, konfrontacyjnych tonów. Jej „suknia” delikatnie muska, tkliwie otula i przede wszystkim niesie za sobą nadzieję. Pewnie dlatego to intymne kino zanurzone w obcej kulturze, pachnące mandarynkami i tadżinem wydaje się chwilami tak bardzo bliskie.  Turkusowa suknia – reż. Maryam Touzani. Prod. Francja/Maroko/Belgia/Dania 2022. Dystryb. Aurora Films. W kinach od 22 września.
Czytaj więcej

Szersza perspektywa

Nic nie jem, a tyję. Wydaje się to niemożliwe, a jednak – przybieram na wadze, teraz już właściwie z dnia na dzień. Kilogram do dwóch. Raczej dwóch. Zaczęło się, powiedzmy, normalnie. Kilka miesięcy temu zauważyłem, że jestem trochę większy. Cóż, pomyślałem, słuszny wiek, to i waga słuszna, ale na wszelki wypadek ograniczyłem białe pieczywo.   Nie pomogło. Mało tego, zostały mi trzy dziurki w pasku. Postanowiłem się za siebie wziąć. Zrezygnowałem z cukru i chleba, zacząłem nawet jeść jakieś warzywa. Dwie dziurki. Z bólem serca rzuciłem mięso, owoce i smażone. Jedna dziurka! Zaniepokoiło mnie to nie na żarty. Bo jak to tak? Odmawiam sobie właściwie wszystkiego, jem jakieś wafle, sojowe kiełbaski, liczę kalorie, a nie wchodzę we własne spodnie!? Poszedłem do lekarza, właściwie pobiegłem, bo nawet sportu się chwyciłem w desperacji. Wyniki miałem dobre, serce jak dzwon, cholesterol w normie. Tylko dlaczego dobijałem do 130 kg? Lekarz pytał, co jem, a ja, że właściwie nic. Pokiwał głową, nie wierzył. Pokazałem mu paragon ze sklepu i mówię, tym się żywię od kilku tygodni. Na jego twarzy malowała się zgroza połączona z podziwem. Pan to je?  No jem. I tyję!  Dostałem skierowanie do gastrologa, potem do neurologa, potem do psychiatry. No i zrobiłem się dość znany, na początku w kręgach medycznych, potem szerzej, w naukowych. Badali mnie różni specjaliści, mierzyli, prześwietlali, kroili i zszywali. I nic. Tyłem. Kilo, dwa dziennie. Zdecydowanie dwa. Temat podchwyciły media, musiałem rzucić pracę, bo byłem już pod stałą obserwacją, 24 h na kamerach, pół świata mnie oglądało, czy nie podjadam. A ja tylko wodę i to gruntownie przebadaną.  Kilo, dwa dziennie, jak w mordę.  A konsylium badające mój przypadek się rozrastało, jacyś nobliści, jacyś nobliwi fizjoterapeuci, fizyk kwantowy, antropolodzy, politolodzy, wróżbita nawet. I przewodniczący: stary, przeraźliwie wychudzony zrzęda. Zasuszony piernik. Wyszczekany cherlak. Gdaczący patyczak. Rachityczny mamrot. Przeklęty szkieletor!  Przepraszam, ale musiałem wygarnąć, bo mnie wkurza – co jakaś ciekawa teoria się pojawia, pomysł na leczenie, jakiś promyk nadziei, to on, że nie, że to trzeba z szerszej pespektywy. I zaprasza do zespołu badawczego teologa. A ja puchnę! Na co on zaprasza meteorologa. Metalurga. Dziennikarza śledczego. A ja przekraczam 190 kg! A on, że spokojnie, musimy osiągnąć szerszą perspektywę.  Tylko że on jeszcze nie wie, że ja sam sobie osiągnę szerszą perspektywę. Nikt jeszcze nie wie. Prawie. Bo na razie nie widać. Nie widać, że przestałem dotykać ziemi. W sensie podłogi. Poprosiłem o długie spodnie, dzwony, żeby to ukryć. Bo jeszcze obliczam, pomaga mi jeden fizyk, ten od kwantów, równy gość. Moja wysokość zwiększa się wykładniczo i jeśli się nie mylimy, za jakieś 230 kg osiągnę orbitę. Wtedy stanę się drugim naturalnym satelitą Ziemi.  I żaden przemądrzały chudzielec nie powie mi, że nie mam wystarczająco szerokiej perspektywy. 
Czytaj więcej

W pachnącym nastroju

Jakie aktualnie zapachy kobiety i mężczyźni kupują sobie najczęściej?  Kobiety od kilku lat najczęściej wybierają zapachy gourmand (z języka francuskiego ozn. łasuch), apetyczne, gdzie odnajdziemy nuty wanilii, karmelu czy czekolady, albo te w akordzie białych kwiatów z jaśminem czy tuberozą. Mężczyźni z kolei sięgają po zapachy rześkie, dodające energii w ciągu dnia (akord morski, cytrusowy), wieczorem stawiają na bardziej zmysłowe i silne wonie: kompozycje drzewne z oud, wetiwerem, cedrem albo korzenne, gdzie wybrzmiewa pieprz, bób tonka albo wanilia. Czy można mówić o tym, że konkretny typ kobiet lub mężczyzn kupuje konkretne zapachy? Kiedyś ten podział był mocno widoczny. Typ sportowy sięgał po zapachy rześkie, prawnicy, lekarze po wonie orientalne itp. Dzisiaj wybór jest przeogromny, ale również nasze gusta sięgają coraz szerzej, więc posiadamy z całą pewnością więcej niż jedne perfumy w swojej garderobie zapachowej. Teraz dobieramy je bardziej do nastroju, ubioru. Wiele marek niszowych posiada zapachy do dzielenia się – dla niej i dla niego, więc już nawet nie mówimy o podziale perfum ze względu na płeć.  Które z zapachów są delikatniejsze, a które mocniejsze? Do subtelniejszych możemy zdecydowanie zaliczyć musujące cytrusy, zapachy morskie z dużą dozą powietrza i słoności, wytrawne kompozycje aromatyczne z szałwią czy lawendą oraz kwiatowe z nutami róży, frezji, piwonii, dające aurę dziewczęcości. O mocy można mówić przy zapachach drzewnych z paczulą, wetiwerem czy ambrowych (dawniej nazywanych orientalnymi), gdzie znajdziemy wanilię, kadzidło, mirrę…  Czy istnieje podział na zapachy dzienne lub wieczorowe?  Ten podział coraz bardziej się zaciera. Ja rekomenduję w ciągu dnia nosić zapachy toaletowe, gdyż mają szerszą projekcję, bardziej się za nami ciągną. Natomiast wody perfumowane, esencje, wody intense wybierać na wieczór, gdy zapach chcemy dzielić tylko z bliską nam osobą. Na co należy zwrócić uwagę przy zakupie perfum dla siebie? Przede wszystkim czy dobrze się w nim czujemy. Zapach to rodzaj wewnętrznego kosmetyku, niewidzialnej biżuterii… Perfumy są dla naszej duszy, więc jeśli coś nas w nich ujmuje, to warto wybrać właśnie te. Mamy czuć się komfortowo, wygodnie i nic nie może nam w tym przeszkadzać.  A na co zwrócić uwagę, kiedy kupujemy zapach dla kogoś? To zależy, czy znamy gusta osoby, którą chcemy obdarować. Jeśli tak, bezpiecznie celować w coś podobnego. Jeśli nie wiemy, co lubi i czego używa, warto postawić na klasyki, bestsellery bądź wybrać taką wodę, o której mówimy „bezpieczna”, mam na myśli zapachy, które podobają się prawie wszystkim.   
Czytaj więcej

Jak zapachy karmią nasz mózg i wpływają na emocje?

Zapachy mają moc wpływania na nasze emocje, przenoszą nas w czasie, przywołują najgłębsze wspomnienia. Wielu z nas zapach pieczonego ciasta przypomina wspólny czas z babcią, a zapach letniego popołudnia kojarzy się z beztroskimi wakacjami w dzieciństwie.
Czytaj więcej

Dlaczego w relacjach warto być szczerym?

Na randkę umówił go brat jego nieżyjącej żony. Całe otoczenie, mając świadomość, jak głęboko Tony przeżył odejście ukochanej, usiłowało wesprzeć go w procesie żałoby, choć wydawało się, że wszystko i tak na marne. Opowiadając swojej znajomej Anne o planowanej randce, stwierdził, że nie zamierza wysilać się na bycie czarującym i prosto z mostu powie nowo poznanej kobiecie, jak bardzo jest mu ciężko i że nie chce żyć bez zmarłej żony.
Czytaj więcej

Przepis na życiowe rewolucje. Jak pracować z oporem przed zmianą?

Jadę taksówką. Toczy się zwyczajna rozmowa o życiu między pasażerem a kierowcą. I trochę też o tym, że dobrze robić w życiu to, co się lubi. Na przykład prowadzić warsztaty czy jeździć taksówką. Aż nagle słyszę: „Ale gdybym tylko mógł, to bym chciał żyć inaczej. Mieć domek w górach, kominek, ciszę za oknem. Chciałbym rąbać drzewo i pielić przydomowy ogródek”. Wtedy pytam, szukając oczu kierowcy w lusterku: „A właściwie, co stoi temu na przeszkodzie?”.
Czytaj więcej

Slut-Shaming czyli zawstydzanie. Czy własna seksualność to powód do wstydu?

Czy slut-shaming to kara dla kobiet za życie w zgodzie ze swoją seksualnością? Te, które nie spełniają oczekiwań narzuconych przez społeczeństwo i system, są niechlubnymi bohaterkami tego przykrego i niesprawiedliwego traktowania. Jak sobie radzić z narzuconymi wobec kobiet standardami?
Czytaj więcej

Strata nowym początkiem

Kilka miesięcy temu dostałem wiadomość, że mój przyjaciel jest na leczeniu paliatywnym. Wtedy zdałem sobie sprawę, że strata nadejdzie niebawem. Będzie bolesna i nieunikniona w perspektywie miesiąca, maksymalnie dwóch. Już wcześniej wiedziałem o jego ciężkiej do wyleczenia chorobie. Nadziei na lepsze jutro i kurczowo zaciśniętych kciuków nie dało się puścić, bo szanse na powrót do zdrowia niewielkie, ale były.
Czytaj więcej

Co nam daje lęk?

Kilka dni temu wybrałem się do sklepu ze sprzętem AGD, aby kupić nową sokowirówkę. Sprzedawca omówił ze mną podstawowe parametry nowego sprzętu i szybko przeszedł do propozycji ubezpieczenia. Od niedawna ochroną ubezpieczeniową objęte są również uszkodzenia mechaniczne, wspomniał. Jeśli pęknie panu obudowa, kontynuował, albo złamie się jakaś część, wymienimy ją na nową. Poczułem, że podczas kilku chwil konwersacji moja radość z nowego nabytku zaczęła szybko ustępować miejsca innemu uczuciu: lękowi.
Czytaj więcej

Życie jest sztuką budowania relacji

Każda pracująca kobieta, która jest mamą, ma prawo iść własną drogą i ma prawo realizować się zawodowo. Nie musi rzucać wszystkiego i poświęcać ważnej części siebie, bo na pewno ze swojego poziomu serca robi wszystko, żeby jak najlepiej połączyć te role. Ta droga do siebie bywa trudna, żmudna i samotna, ale warta jest wszystkich poniesionych kosztów.
Czytaj więcej