Wszystko o mojej matce Jest tyle pytań, których nie zadałam

W młodości sens dni skupia się na poszczególnych wydarzeniach. Nie rozumiemy swoich rodziców i niewiele chcemy o nich wiedzieć. Zanim zdążymy się zorientować, że rodzinne korzenie mają znaczenie, mamy lat czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt. Bywa, że jest za późno. Bronnie Ware, pielęgniarka paliatywna z Australii, przez wiele lat opiekująca się ludźmi w ostatnich dniach ich życia, założyła zeszyt i zaczęła spisywać rozmowy ze swoimi pacjentami – ich refleksje i wyznania, opowieści z dzieciństwa. Bardzo wielu z nich mówiło o tym, czego żałują. Ware najpierw założyła bloga, a ponieważ wpisy cieszyły się popularnością, wydała książkę Czego najbardziej żałują umierający. Okazało się, że najczęściej braku odwagi, by żyć zgodnie ze sobą, a nie z oczekiwaniami innych. Prawie każdy mężczyzna, którym się opiekowała, żałował, że za dużo pracował. Inni pacjenci i pacjentki wyrzucali sobie, że tłumili uczucia lub nie dopilnowali przyjaźni zaabsorbowani swoimi sprawami. Zauważali, że dopiero zbliżające się odejście uświadamia, iż szczęście jest wyborem. Ja już żałuję, że – gdy był na to czas – nie pytałam. Unikałam dotąd pisania o mojej matce. A gdy już próbowałam, nie wychodziło. Zdania i forma nie te, temat niedający się w żaden sposób spiąć, zbyt bliski. Od jakiegoś czasu nie mogę jednak przestać o niej myśleć. Była drobną kobietą, miała cudowne, gęste włosy i uwielbiała palić papierosy. Palenie było dla niej czystą przyjemnością, frajdą, jakby nie wierzyła, że szkodzą. Równie mocno lubiła pić gorącą herbatę, pasjami wyglądała przez okno. Kochała berety i eleganckie płaszcze. Z wykształcenia była technikiem budownictwa, miała męża księgarza, dwoje dzieci, a dni – od pewnego momentu – niewiele przynosiły jej nieprzewidzianych możliwości. Zachorowała i była to choroba zagarniająca, pochłaniająca.  Miałam dwadzieścia lat, kiedy odeszła. Zdarzały się przebłyski, że może warto ją lepiej poznać, ale interesowały mnie tylko wojenne lub powojenne doświadczenia. Urodziła się w 1938 r. i najbardziej zapamiętała głód. Jako dziecko pochłaniałam ziemniaki w kapturkach, z dużą ilością masła i odrobiną soli. Nie chciała mi towarzyszyć. Mówiła: „Ja się już ich najadłam”. Jeszcze nie tak dawno, gdy jedna z sióstr mamy przy każdym spotkaniu zdawała się czekać na pytania, których wciąż nie zadałam, odczuwałam opór. Historię ojca – urodzonego w Zdołbunowie na Wołyniu – znam dzięki synowi stryja, który postanowił zgłębić rodzinne losy, by kiedyś je opisać. O matce wiem niewiele. Widzę ją oczami nastolatki, trochę nieobecną, oglądającą telewizję, szykującą kolację, doradzającą, w co się ubrać na szkolną uroczystość. Przed snem głaszczącą mnie po plecach. Dom wydawał się inny, kiedy ona w nim była.  Od dziewiętnastu lat kolekcjonuję zawodowo ludzkie życiorysy. Nigdy nie zebrałam tego najważniejszego. Nie chcę już tracić czasu. Jadę, będę pytać. Też nie traćcie. 
Czytaj więcej

O kluczowej relacji w życiu każdego mężczyzny

Ponoć mężczyzna jest jak wino, im starszy tym lepszy. Piątka na początku liczby określającej mój wiek, co zaskakujące, nie ucieszyła mnie aż tak bardzo, jak w czasach maturalnych, gdy wyrażała średnią z ocen. Pewnie dlatego że faktycznie dotyczy już niewątpliwej dojrzałości. Ale wziąłem sobie do serca wieści o winie oraz jego korelacji z męskością i zrobiłem rozeznanie. Wśród moich znajomych szybko zauważyłem takich, którzy mogą być żywą ilustracją najprawdziwszej prawdziwości tego stwierdzenia. Większość znanych mi panów, włączając również mnie, zdaje się o czymś w biegu minionych lat zapomniała, a może nie, nie zapomniała, tylko nikt im jasno nie powiedział o jednej z najważniejszych relacji w ich życiu. Okazuje się, że ta relacja jest właściwie podstawą dobrego męskiego samopoczucia. „Robi robotę”, jak to się współcześnie mówi. Wiadomo nie od dziś, że mężczyźni nie za bardzo „umieją” się poruszać w relacjach. Brakuje wyraźnych wzorców. A te, które są, raczej nie pomagają. Spodziewam się, że Czytelnik, a raczej Czytelniczka, bo wiadomo, że mężczyźni też z tym czytaniem mają kłopot (ja sam założyć musiałem inne okulary, aby mi się litery w tekście nie sklejały), gdy czyta o tej tajemnej relacji, to staje przed oczami jej/jemu przedstawicielka płci pięknej. Niewątpliwie, kiedy w męskich kręgach rozmawiamy o ważnych dla mężczyzn aspektach życia, kobiety pojawiają się niemal za każdym zdaniem… Można by rzec, nie ma męskości bez zaangażowanej kobiecości. Ale.. tym razem nie do końca o tej relacji myślę. Myślę o relacji ze swoim „teściem”. Tak potocznie mówi się o męskim hormonie płciowym, który – parafrazując slogan dawnej reklamy – „wpływa na wszystko”, jeśli jesteś mężczyzną. Ta męska chemia, jak mówią powszechnie znane badania, determinuje nie tylko to, jak wygląda męskie ciało, ale także w jakim nastroju jest mężczyzna. W dobie szalejącego spadku nastroju mieszkańców naszego pięknego kraju, dość często mam okazję spotkać się w gabinecie z mężczyzną, który zgłasza się z objawami depresji. W trakcie pierwszej konsultacji pytam o różne aspekty życia pacjenta, aby lepiej poznać kontekst jego funkcjonowania. Zwykle zadaję też pytanie o to, kiedy badał poziom swojego testosteronu (szczególnie kiedy rozmawiam z mężczyzną po czterdziestym roku życia). I wówczas 9/10 razy słyszę, że… nigdy. A zatem kolejna po relacjach i czytelnictwie lekcja do odrobienia – zainteresowanie swoim zdrowiem. No, ale wiadomo: „Prawdziwy mężczyzna nie będzie sobie wyszukiwał chorób poprzez takie marnotrawstwo czasu, jak raz w roku wizyta w laboratorium i pobranie krwi… (No nie! Waham się, czy z tą krwią to też jest tak, jak mówią ludzie na mieście, że patrzenie na nią jest niemęskie i można zasłabnąć… hmm). A tymczasem ten „teść” to jest naprawdę fajny „gość”. Nie dość, że on „dobrze robi”, to też – o czym się dowiedziałem od mojej znajomej lekarki specjalistki medycyny męskiej – „budowanie relacji z nim jest naprawdę spoko”. No bo, jak się okaże, że poziom testosteronu szoruje brzuchem po dnie (faktycznie brzuch zwykle jest skorelowany z poziomem), to nie trzeba wcale od razu dać się kłuć i pogłębiać tylko swoją męską frustrację. Okazuje się, że są dość dobre i całkiem skuteczne metody chałupnicze, które szerzej omawia Ewa Kempisty Jeznach w swojej znakomitej książce Testosteron. Klucz do męskości. Można je streścić do zasady 3S+C. A zatem dobrą relację z teściem buduje się poprzez sen, sport, seks i zajadanie czerwonego mięsa. To ja życzę wszystkim Panom i Paniom też, aby dbanie o teścia stało się nową pasją prawdziwego mężczyzny. A i jeszcze jedno na koniec… Z tym winem to nie tak do końca prawda. Albo męskość, albo wino… Jakoś tak mi wychodzi z tych moich kalkulacji. 
Czytaj więcej

Majowa słodycz

W większości bajek ich bohaterowie, a przynajmniej jeden z nich, zmienia się. Nie traci przy tym tożsamości. Jeżeli przez tożsamość rozumieć poczucie ciągłości w czasie i zachowanie właściwości konstytuujących ją. Można zatem wnosić, że kultura, w której te opowieści powstały, nie traktuje ulegających zmianie cech za istotne dla tego, kim się jest. Bliźniacy z bajki O dwóch takich, co ukradli księżyc pozostali tymi samymi chłopcami, zyskując empatię i serdeczność dla innych. Kaj z Królowej śniegu nadal był Kajem, kiedy okruch zła zamroził jego serce, i wówczas gdy na powrót stało się ciepłe, bo zło wypłynęło. Bezuczuciowy Pinokio pozostawał Pinokiem, gdy wydłużał mu się nos, bo kłamał. Ale był nadal Pinokiem, przestając być drewnianą marionetką i stając się chłopcem. Te bajki w różny sposób obrazują proces stawania się dorosłym. Idea dorosłości, do jakiej się odwołują, opiera się na empatycznym postrzeganiu innych i poczuciu zobowiązań. Niektórzy bohaterowie bajek nie zmieniają się w opowieści o ich losach. Kubuś Puchatek jest taki sam ze wszystkimi swoimi słabościami: łakomstwem, naiwnością i „małym rozumkiem”. Nie jest przy tym egocentryczny, a mały rozumek wydaje się ważniejszy dla jego tożsamości niż imię i nazwisko. Zauważa innych i jest wobec nich ciepły i serdeczny. Nie zmienia się też Piotruś Pan. O ile Kubuś zdaje się nie rozważać możliwości zmiany, to Piotruś programowo zabiega o to, żeby nie nastąpiła. Robi tylko to, co sprawia mu przyjemność, i nie przyjmuje żadnych zobowiązań.  Kubuś Puchatek przyjmuje bliski codziennej rzeczywistości świat jako bezpieczny i przyjazny. Spotykają go niepowodzenia i zawsze znajduje jakieś rozwiązanie – nawet wtedy, gdy pada śnieg i marzną mu paluszki. Czeka, aż przestanie padać. Tak, jakby zaznał bezpiecznego przywiązania, a nie doznał żadnej traumy. Świat Piotrusia pełen jest dziwów i niebezpieczeństw. Tym ostatnim dzielnie stawia czoła. Jakby istniały tylko po to, żeby mógł wykazać się dzielnością. A to sprawia mu przyjemność. Przyjemność jest dla niego najważniejsza. Wszystko go ciekawi, ale tylko na chwilę. Ludzie też. Kiedy powstawała ta bajka, nie było jeszcze koncepcji ADHD ani spektrum autyzmu. Bajki i ich bohaterowie, o których wspomniano, powstały w dwudziestym wieku. Uzmysławia to, że idea rozwoju i zmian jest w kulturze Zachodu stosunkowo młoda.  A pokusa zachowania niefrasobliwości i swobody od zobowiązań nadal jest silna. Wszyscy lubimy Kubusia Puchatka albo Piotrusia Pana. Prawda? Przysmakiem niezbyt pracowitego Puchatka jest miód. Zapewne lubi go także z truskawkami. Bardziej niż te polewane czekoladą.  TRUSKAWKI Z MIODEM AKACJOWYM Składniki: świeże, dojrzałe truskawki, płynny miód majowy, akacjowy.   Przygotowanie: Starannie umyte truskawki razem z szypułkami osuszyć papierową ściereczką. Przełożyć do salaterki (lub w porcjach do miseczek). Do małych miseczek wlać po łyżce miodu. Jeść, trzymając w palcach za szypułkę i maczając w miodzie.  
Czytaj więcej

SHELTIE

Podobno są ludzie, którzy rodzą się przywódcami, są też tacy, którzy dla swojego dobra nie powinni decydować nawet o tym, co jedzą na śniadanie. Nie podzielam tych opinii, uważam, że każdy, absolutnie każdy, ma potencjał, by poprowadzić ludzi w wybranym przez siebie kierunku. Ażeby tam ludzi! Śmiem twierdzić, że moja świnka morska, gdyby nad nią popracować, byłaby w stanie pokierować średniej wielkości firmą.  Tak mniej więcej brzmiał mój wywód na ostatniej imprezie integracyjnej. Mniej więcej, bo nie pamiętam dokładnie słów, nie pamiętam nawet, co właściwie miałem na myśli. Tym bardziej że nie posiadam żadnego gryzonia. Ale słowo się rzekło. Potrzebowałem świnki.  Łatwizna, myślałem, jedna wizyta w zoologicznym, a potem już z górki. Nic bardziej mylnego! Po pierwsze nie świnka morska, a kawia domowa, po drugie: która? Self z rodziny czerwonej, czarnej? Krótkowłosa z teksturą? Długowłosa prosta czy kręcona? A może łysa? Pierwszą z brzegu poproszę. Klatkę ma? A nie wystarczy pudełko po butach? Dobra, dobra, daj pani klatkę, co tam jeszcze trzeba? Podłoże, poidło, pudełko na pokarm, jasne. Dezynfekować codziennie!? Jaki wybieg? Ściółkę też wymieniać codziennie? Co jeszcze!? Opieka dentystyczna, szampon, odżywka. To są jakieś żarty?  Nie były. Ze sklepu wyszedłem znacznie bogatszy w wiedzę o gryzoniach z rodziny kawiowatych i ze znacznie lżejszym portfelem. Oraz z małym włochatym stworkiem rasy sheltie. Dla ułatwienia tak postanowiłem ją nazywać. To znaczy go, bo to był samiec, co odkryłem przy pierwszym czesaniu bujnych atramentowych włosów.  Potem długo w noc siedziałem przed klatką, przyglądając się, jak sheltie rąbie jabłko. Jaką ty, chłopie, możesz prowadzić firmę? IT? Catering? Nieruchomości? I w jaki sposób? Nie mówisz, nie piszesz, trochę łazisz, sporo wcinasz i fuj! Wyjadasz sobie bobki z tyłka! Nic nie wymyśliłem. Widmo porażki zamajaczyło mi przed oczami z porannym światłem. Wziąłem wolne na żądanie, wyłączyłem telefon wibrujący od niewybrednych memów o świnkach przysyłanych przez kolegów z pracy i poszedłem spać.  I przyśniło mi się. To znaczy przyśniła. Firma mojej świnki morskiej. To znaczy kawii domowej, wiem, wiem. Dokupiłem jeszcze jeden pojemnik na pokarm, prosty sygnalizator i założyłem dom maklerski. Kluczowe decyzje podejmuje sheltie, wybierając między identycznymi porcjami z jednego lub drugiego pojemnika na pokarm. Chyba że wyżera bobki z tyłka, wtedy wszystko sprzedajemy. Gramy na giełdzie od roku i jak to na giełdzie, raz na górce, raz na pazurki, ale bilans zamykamy z dwoma milionami zysku. Można? Można! Jedno mnie tylko martwi: mówiłem o średniej wielkości firmie, a nie da się ukryć, apetyt nam rośnie. Zatrudniamy siedem osób, planujemy jednak wejść na rynek azjatycki, zespół nam się powiększy. Może powinniśmy przystopować? Tylko właściwie, nad czym ja się zastanawiam? Niedługo sheltie wróci od dentysty, potem manicure i wreszcie obiad – zapytam go, co robimy. A sheltie rzadko się myli. 
Czytaj więcej

Niech podróżują zmysły!

Piękne krajobrazy, ciekawe atrakcje turystyczne, nowe smaki, pamiątki, zdjęcia – to pierwsze rzeczy, które przychodzą nam do głowy, kiedy myślimy o podróżach. Jeśli jednak chcemy tak naprawdę poznać klimat danego miejsca, poczuć je wszystkimi zmysłami, warto podjąć wyzwanie bardziej świadomego podróżowania. Jak to zrobić?
Czytaj więcej

Jedzenie na pocieszenie

Pociesza, daje poczucie bezpieczeństwa, zapełnia pustkę i nudę. Pomaga odsunąć od siebie wewnętrzny ból. Dla niektórych jest przyjacielem, a nawet największą miłością. O czym mowa? O jedzeniu. Są domy, w których tylko dzięki niemu wyraża się miłość i troskę.
Czytaj więcej

Zgoda na niedoskonałość - Jak wspierać siebie w procesie akceptacji własnych słabości...

Wkraczając w dzieciństwo, dowiadujemy się, że społeczeństwo próbuje odzwierciedlać naszą wartość w ocenach i punktach. Następnie przychodzi dorosłość, w której każdego dnia musimy nieustannie pracować nad wizerunkiem i coraz bardziej przekraczać swoje granice, żeby wypracować coś, na co inni będą chcieli zwrócić swoją uwagę. Kto i dlaczego ma prawo oceniać, ile naprawdę jesteśmy warci? O czym nam mówią nasze słabości i niedoskonałości? I jak dostrzec i docenić siebie za to, co mamy i jacy jesteśmy?
Czytaj więcej

Jak porzucić nierealne oczekiwania i otworzyć się na bycie sobą?

Oczekiwania – stały element naszego wewnętrznego krajobrazu. Najczęściej zamieszkują nieświadome zakamarki naszej głowy. Dają znać o sobie znienacka, gdy coś idzie nie po naszej myśli. Wtedy ujawniają się pod postacią rozczarowania. A przecież gdyby nie było oczekiwań, nie byłoby zawodu z powodu ich niespełnienia. Niby proste! A takie nie jest… Bo oczekiwania bywają potrzebne. Tylko jak karmić się nimi mądrze?
Czytaj więcej

Big Mother

Chyba nie znam nastolatka, którego nie wyprowadzałoby z równowagi traktowanie go jak słabego i nieporadnego. Tak właśnie się czuję, kiedy ktoś jest wobec mnie nadopiekuńczy.
Czytaj więcej

Będę cię gryzł, a ty mnie przytulaj

Od początku sesji, z dużym napięciem w głosie, pan Adrian opowiadał o relacji z żoną: – Kiedy mówię jej o moich sukcesach, to słucha mnie z uwagą. Lubi, jak opowiadam o rozmowach z klientami, negocjacjach, podpisywaniu kontraktów. Ale jak jestem słaby, smutny albo denerwuję się czymś, to na to w naszych rozmowach nie ma zbyt wiele miejsca. Często po chwili rozmowy ona mi mówi, że już nie może tego słuchać. Czuję się wtedy zlekceważony, odrzucony. W naszym domu nie ma miejsca na moją słabość.
Czytaj więcej

Kultura świadomości, czyli w drodze ku dobremu życiu. Prof. Sascha Fink w rozmowie z...

Kultywowanie świadomości musi być stałą misją, dynamicznym projektem społecznym, którego kształt i kierunek należy ustalać wciąż na nowo. Przy czym nie chodzi o osiągnięcie konkretnego celu, tylko o nieustającą refleksję nad ludzkim umysłem i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, czym właściwie jest dobre życie.
Czytaj więcej

Obojętni świadkowie

Pewne zdarzenia mają duże konsekwencje dla badań psychologicznych. Jednym z nich było zabójstwo Kitty Genovese przez Winstona Moseleya. Kitty Genovese była barmanką. Po zakończonej pracy wracała do domu i zaparkowała swój samochód na parkingu położonym około stu metrów od jej domu. Moseley podążał za nią i uderzył ją sztyletem. Ofiara krzyczała i wzywała pomocy. Moseley oddalił się od miejsca ataku, ale po pewnym czasie wrócił i zgwałcił Genovese, a potem zasztyletował ją ostatecznie. Krzyki Genovese były słyszane przez dość dużą liczbę jej sąsiadów, jednak nikt z nich nie interweniował ani też nie zadzwonił po policję. Morderstwo było szczegółowo opisywane przez ówczesną prasę. 
Czytaj więcej