Nauczyciele mają kłopoty z radzeniem sobie z niewłaściwymi zachowaniami uczniów. Większości z nich nikt nigdy tego nie nauczył, więc czują się bezradni, zestresowani i sfrustrowani. I być może dlatego chętnie wymierzyliby niesfornemu podopiecznemu klapsa albo kuksańca.
Dział: Wstęp
Co się kryje za nagannymi zachowaniami uczniów? Rozpaczliwe próby zwrócenia na siebie uwagi, wołanie o zrozumienie i uczucia, prośba o chwilę szczerej rozmowy. Nauczyciele mogą im pomóc – tyle tylko, że nieliczni wiedzą o istnieniu odpowiednich metod i potrafią je wykorzystać.
Nauczyciele koncentrują się zwykle na planowaniu rozkładu materiału dydaktycznego i wychowawczego. Rzadko uwzględniają w nim pracę nad dyscypliną. A przecież od pierwszego kontaktu z klasą uczymy ją dyscypliny. Aby nasze działania były skuteczne, należy wiedzieć czego i jak uczyć.
Rozwijajmy swoje mocne obszary, zamiast ciągle eliminować luki i słabości, bo można je poprawiać w nieskończoność. Szkoda energii na działanie, które koncentruje nas na niedociągnięciach i wbija w negatywne myślenie o sobie.
Metapamięć decyduje o tym, jak szybko i ile zapamiętujemy. Dzięki niej możemy regulować działanie własnej pamięci, dobierać odpowiednie strategie zapamiętywania. Bez niej nie zapamiętamy nic.
Stereotyp grzecznej, pracowitej i uczynnej dziewczynki wydaje się tak sympatyczny, że nie zastanawiamy się, jak duże koszty psychiczne płaci ona w wyniku powszechnych wobec niej oczekiwań. Jeżeli dziewczynka spełnia te oczekiwania, to spotyka się z aprobatą. Ale tym samym utrwala w sobie przekonanie, że powodem sukcesu nie jest jej inteligencja czy zdolności, tylko pilność. Konsekwencją takich przekonań może być mała zaradność dziewcząt w sytuacji niepowodzenia, niskie poczucie własnej wartości i wiary w siebie.
Trzydzieści lat temu Amerykanie – wielcy indywidualiści – odkryli zalety kooperacyjnego uczenia się. Przekonali się, że gdy ludzie walczą o nagrodę wspólnie, całą grupą, zyskuje również każdy z osobna. Dlatego amerykańskie szkoły duży nacisk kładą na naukę współpracy i współpracę w nauce. Jak ich doświadczenia przenieść na polski grunt i zastosować w naszych szkołach?
Gdy okazuje się, że w klasie trafił się geniusz, wielu nauczycieli nie wie, czy się z tego cieszyć. Dla niektórych praca z takim uczniem to dopust boży. A przecież jest to prawdziwe wyzwanie dla kompetencji i umiejętności dydaktycznych! Co prawda wymaga od nauczycieli dodatkowej pracy, ale też daje szansę - gdy się kocha uczniów takimi, jacy są - czerpania radości z osiągnięć swoich geniuszów.
W Polsce panuje przekonanie, że twórczości nie da się nauczyć. Że zdolności twórcze są wrodzone. Najwięksi krytycy idei nauczania twórczości mówią wręcz, że ta cecha to "dar od Boga", a zatem nie da się jej nauczyć tak, jak się uczy tabliczki mnożenia czy struktury fliszu karpackiego... Są w błędzie! Twórczości można uczyć!
Uczniowie pochodzący z rodzin patologicznych - poniżani, bici, bez prawidłowych wzorców - uważają, że są gorsi od rówieśników. To przekonanie podświadomie pcha ich do zachowań dewiacyjnych lub powoduje wycofanie i zamknięcie się w sobie. Potrafią odnaleźć się jedynie w grupie, w której dominują zachowania patologiczne - bo tylko takie znają. Bez pomocy mają niewielkie szanse na pozytywne kształtowanie własnej tożsamości. Od wrażliwości wychowawców zależy, czy taką pomoc w porę uzyskają.
Lepsze traktowanie wybranych uczniów negatywnie wpływa na atmosferę w klasie, reakcje emocjonalne i zachowania oraz morale dzieci. Uczniowie nauczyciela, który faworyzuje pupili, mają mniejszą motywację do nauki i mniej ufają "niesprawiedliwemu" nauczycielowi.
Do niedawna wydawało mi się, że pracuję w dobrej szkole z mądrymi nauczycielami. Jednak po ostatnim incydencie w pokoju nauczycielskim chyba będę musiała zmienić zdanie. Kilka dni temu wywiązała się między nami dyskusja o tym, czy uczeń musi lubić szkołę. Słuchając wypowiedzi moich niektórych koleżanek i kolegów, w rodzaju: "uczeń chodzi do szkoły po to, żeby się uczyć, a nie ją lubić – z tego nas rozliczają", byłam przerażona. Czuję, że powinnam coś zrobić, żeby przekonać kolegów, że nie mają racji.