Dlaczego ignorujemy ochronę przeciwsłoneczną? Psychologia codziennych nawyków

Większość osób wie, że promieniowanie UV przyspiesza starzenie skóry i zwiększa ryzyko nowotworów. Mimo to wiele osób nadal wychodzi z domu bez ochrony przeciwsłonecznej, a krem z filtrem przypomina sobie dopiero podczas wakacyjnego wyjazdu. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź nie zawsze wynika z braku wiedzy. Często większe znaczenie mają nasze codzienne nawyki, przekonania oraz sposób, w jaki postrzegamy ryzyko.
Czytaj więcej

Nickel resort & wellnest – o nowym podejściu do regeneracji i długowieczności.

Jeszcze kilka lat temu wellness kojarzyło się głównie z relaksem, masażem i chwilowym odpoczynkiem od codzienności. Dziś coraz częściej staje się świadomą odpowiedzią na tempo współczesnego życia, przewlekły stres, przebodźcowanie i zmęczenie organizmu. Zmienia się również sam sposób myślenia o zdrowiu. Coraz więcej osób nie pyta już wyłącznie o to, jak odpocząć, ale jak żyć dłużej, lepiej i w większej równowadze. Właśnie w tym miejscu zaczyna się filozofia longevity oraz wellnest. Wellnest redefiniuje klasyczne pojęcie odpoczynku. Nie jest biernym relaksem ani weekendową ucieczką od problemów. To aktywny proces regeneracji, oparty na współczesnej wiedzy o zdrowiu, psychice i długowieczności. Łączy świadomy ruch, regenerację układu nerwowego, odpowiednio dobrane odżywianie, sen, pracę z emocjami oraz wsparcie specjalistów. Nie chodzi o rewolucję i radykalne zmiany. Chodzi o małe, realne kroki, które można wdrażać stopniowo i kontynuować po powrocie do codzienności. W świecie nadmiaru i ciągłego napięcia coraz większą wartość ma umiejętność zatrzymania się. Nasz układ nerwowy nie został stworzony do życia w permanentnym stresie i ciągłej gotowości. W konsekwencji rośnie liczba osób zmagających się z bezsennością, przewlekłym zmęczeniem, napięciem mięśniowym, problemami hormonalnymi czy trudnością w regeneracji psychicznej. Długowieczność nie oznacza dziś wyłącznie długości życia. Coraz częściej definiujemy ją jako zdolność do zachowania energii, sprawności i dobrostanu przez jak najdłuższy czas. Współczesna psychologia coraz wyraźniej pokazuje, że człowiek potrzebuje nie tylko odpoczynku fizycznego, ale również poczucia bezpieczeństwa, wyciszenia i odzyskania kontaktu ze sobą. Permanentna produktywność, nadmiar bodźców i cyfrowy hałas sprawiają, że coraz trudniej wejść w stan prawdziwej regeneracji. Wielu z nas funkcjonuje w ciągłym napięciu, nawet podczas urlopu. Dlatego tak ważne staje się tworzenie przestrzeni, która wspiera nie tylko ciało, ale także psychikę i emocje. W duchu tej filozofii powstały autorskie programy Wellnest realizowane w Nickel resort & wellnest w Grzybowie nad morzem. Każdy z nich został zaprojektowany wokół konkretnej potrzeby organizmu i psychiki. Detox & Flow wspiera oczyszczenie i odzyskanie energii. Mind & Calm pomaga wyciszyć układ nerwowy i poprawić jakość snu. Burn & Shape koncentruje się na metabolizmie, ruchu i zdrowej redukcji tkanki tłuszczowej. Move & Heal wspiera mobilność oraz regenerację przeciążonego ciała, a Glow & Renew skupia się na odnowie i działaniach anti-aging. Programy Wellnest nie są jednak zamkniętym scenariuszem zabiegów czy aktywności. Ich celem jest przede wszystkim inspirowanie uczestników do bardziej świadomego stylu życia. To doświadczenie, które ma pomóc zauważyć, jak ogromny wpływ na nasze samopoczucie mają sen, oddech, sposób jedzenia, ruch czy relacja ze stresem. W filozofii longevity zdrowie nie jest jednorazowym celem do osiągnięcia, lecz procesem codziennych decyzji i nawyków. Wszystkie programy opierają się na idei holistycznego dobrostanu. To połączenie aktywności, terapii manualnych, zabiegów akupunktury, konsultacji, pracy z oddechem i świadomego odpoczynku. Kluczowe jest jednak to, że uczestnik nie pozostaje biernym odbiorcą usług. Programy Wellnest mają inspirować do zmiany codziennych nawyków i budowania bardziej świadomej relacji ze swoim zdrowiem. Nieprzypadkowa jest również sama przestrzeń resortu. W projektowaniu Nickel resort & wellnest dużą rolę odgrywa biofilia – podejście zakładające, że człowiek naturalnie potrzebuje kontaktu z naturą, światłem, zielenią i spokojem. Nadmorska lokalizacja, bliskość sosnowych lasów, naturalne materiały i harmonijna architektura tworzą środowisko wspierające wyciszenie i regenerację. To szczególnie ważne w kontekście psychologii zdrowia i współczesnych badań pokazujących, jak silny wpływ na nasz organizm ma otoczenie. Coraz więcej osób zaczyna rozumieć, że zdrowie nie buduje się wyłącznie podczas wizyty lekarskiej czy jednorazowego urlopu. To proces codziennych wyborów, jakości odpoczynku, relacji ze stresem i sposobu, w jaki traktujemy własne ciało. Wellnest powstał właśnie po to, aby wspierać ludzi w odzyskiwaniu tej równowagi – spokojnie, świadomie i bez presji perfekcji. Longevity nie jest modą. To dziś przede wszystkim umiejętność życia w większej równowadze – z uważnością na potrzeby organizmu, psychiki i własnego tempa.
Czytaj więcej

„Podziel się swoją historią” Fundacja STOP ZNIECZULICY uruchamia nowy moduł w kampani...

Fundacja STOP Znieczulicy uruchomiła na stronie kampanii społecznej „STOP Znieczulicy: Wyloguj obojętność” nowy moduł „Podziel się swoją historią”. To bezpieczna i moderowana przestrzeń stworzona po to, by analizować mechanizmy społeczne i pokazywać realną siłę sprawczą każdego z nas. Inicjatywa ma na celu nie tylko wspieranie osób w trudnych momentach, ale przede wszystkim nagłaśnianie lekcji płynących z reagowania — zarówno tych skutecznych, jak i tych pokazujących bariery bierności. Pokazujemy, że reakcja pomaga dekonstruować znieczulicę i budować nową kulturę relacji online.
Czytaj więcej

Jak odejść od liczenia kalorii i nauczyć się jeść intuicyjnie?

Wokół zdrowego odżywiania i redukcji masy ciała narosło wiele mitów, z których największym jest przekonanie, że klucz do sukcesu tkwi w nieustannym kontrolowaniu liczb. Ważenie każdego produktu, skrupulatne wpisywanie posiłków do aplikacji mobilnych i lęk przed przekroczeniem dziennego limitu energetycznego to codzienność wielu osób. Z perspektywy współczesnej psychodietetyki, uwalnianie się od dyktatury cyfr jest kluczowym krokiem do odzyskania zdrowia psychofizycznego. Alternatywą dla restrykcyjnej kontroli zewnętrznej jest jedzenie intuicyjne – model oparty na zaufaniu do sygnałów płynących z własnego ciała.
Czytaj więcej

Uważność – od stresu do zmysłowej radości życia

Ach ta uważność… Tyle się o niej słyszy i czyta. Wypowiadają się o niej eksperci i amatorzy, teoretycy i praktycy. Skala opinii i ocen jest ogromna. Od sceptycyzmu do zachwytu; od powoływania się na podstawy naukowe do przypisywania jej wręcz magicznej mocy… Nic w tym dziwnego – uważność jest sposobem doznawania życia. I tak samo jak ono niejedno ma imię i nieskończenie wiele wymiarów. Dlatego w zależności od optyki pokazuje całą swoją różnorodność.
Czytaj więcej

Miesięczny cykl życia kobiety

Kobieta zmienną jest. Podobnie jak i jej miesiączka, która w ciągu życia również ulega przemianom. Jest to związane z szeregiem różnych czynników, m.in. środowiskowych (np. dieta, stres, praca), hormonalnych (np. wiek, okres poporodowy, przyjmowane środki antykoncepcyjne), genetycznych (predyspozycje rodzinne).
Czytaj więcej

Miłe słowa, trudne emocje. Dlaczego tak trudno przyjąć komplement?

– Wspaniale wyglądasz! Jaka piękna sukienka! A już na Tobie leży fenomenalnie! – Żartujesz sobie? Ta stara szmata? Chyba niedowidzisz! Wyciągnęłam ją z szafy, bo już wszystko inne było brudne. Albo za małe, bo wiesz, strasznie utyłam. W niej zresztą też wyglądam grubo, zobacz, ledwo się dopięłam…  Albo – Doskonale poszedł ci ten egzamin, widać, że masz wiedzę i świetne umiejętności prezentacyjne! – No co ty? Niesamowitego miałem farta, bo akurat mi pytania podpasowały, a poza tym to wykładowca chyba miał jakiś szczególnie dobry dzień albo może jest przygłuchy, bo nie reagował, jak się jąkałem. Albo – Wspaniałe to ciasto, jesteś prawdziwą mistrzynią! – A, przestań! Jaką tam mistrzynią, koleżanka dała mi taki łatwy przepis, że nawet takiej beznadziejnej kucharce jak ja nie mogło nie wyjść. A i tak mało nie przypaliłam… Gdybyś widziała moją pieczeń w zeszłym tygodniu – zupełnie zwęglona! W każdym razie mam nadzieję, że się nim nie potrujecie, bo zawsze mogłam jednak coś pomylić. Znacie?  Wiem, że znacie...  To posłuchajcie. Komplementy, wyrazy uznania… To piękna rzecz i najprostsza forma życzliwości. To takie namacalnie miłe, że ktoś nas docenia. Niby nie powinniśmy przejmować się opiniami innych, ale świat robi się lepszy i jaśniejszy, jeśli ktoś nas wyróżni, zauważy nasz wysiłek i starania.  Dlaczego zatem tak często nie umiemy ich przyjmować i niejako automatycznie dewalu­ujemy pozytywną opinię, zaprzeczając, umniejszając sobie i wręcz ośmieszając siebie samego, jakbyśmy chcieli uprzedzić ewentualną krytykę?  A przecież tak naprawdę często bardzo podobamy się sobie w tej sukience, jesteśmy dumni z egzaminacyjnego wysiłku i wiemy, że nasze ciasto nie tylko pięknie wygląda, ale też rozpływa się w ustach. I pragniemy, żeby zostało to dostrzeżone. Chcemy być doceniani, podziwiani, a jednak zaprzeczenie pojawia się niejako automatycznie. To taki psychologiczny strzał we własne kolano. Owszem, kompletnie nieracjonalny. Ale za to powszechny i wytłumaczalny, bo my nie jesteśmy racjonalni. To strzał w kolano wynikający z tego jak działa nasza psychika i jak ją zaprogramowano. Dlaczego odrzucamy komplementy? Zacznijmy od zewnątrz, czyli norm kulturowych i wychowania. W wielu domach i szkołach uczono nas, by być skromnym. „Nie chwal się!” – słyszeliśmy. Większość z nas z zapałem recytowała w przedszkolu wierszyk Jana Brzechwy o wstrętnej Samochwale, co to w kącie stała i opowiadała, jaka jest zdolna i piękna, i ładnie ubrana, narażając się na pośmiewisko. Nikt z nas nie chciał być taki jak ona, przecież była żałosna. A gdyby przypadkiem jednak zechciał, strofowano go: „Nie wywyższaj się!”, „Nie popisuj – to żaden wyczyn”. Albo raczono mądrościami ludowymi typu: „Siedź w kącie – znajdą cię”, „Nie wszystko złoto, co się świeci” czy „Pycha kroczy przed upadkiem”. Czasem negacja komplementu wynika z tego, że jesteśmy zbyt ostrożni, nie mając jasności ani zaufania co do intencji komplementującego – może on czy ona się tylko ze mnie wyśmiewa? Reagują tak szczególnie ci z nas, którzy przyzwyczaili się, że na uwagę zasługuje tylko negatywne odstępstwo od normy. Bo jeśli jest doskonale, to nie ma o czym mówić. W szkole większość z nas poznała dobrze tylko „metodę czerwonego długopisu”, czyli wyłapywanie i podkreślanie w naszych pracach tego, co było złe i do korekty, ale z całkowitym pominięciem tego, co zostało zrobione dobrze (pamiętacie pokreślone na czerwono kartki? Nawet gdy większość tekstu czy zadań zapisana była poprawnie, te czerwone skreślenia, wykrzykniki i pokreślenia zmieniały je zwykle optycznie w krwawy krajobraz po przegranej bitwie…).  Tak często wyglądało też wychowanie w domu – karano nas i wytykano błędy i niedociągnięcia, ale nieczęsto chwalono za coś dobrego lub poprawnego, przechodząc z tym do porządku dziennego. Jeżeli byliśmy tak socjalizowani (a większość z nas była!), to na komplementy i docenienie możemy reagować co najmniej nieufnie.  Dodatkowo, może pojawić się w nas obawa, że ktoś „dając nam komplement”, chciałby w ramach wymiany coś od nas dostać, uzyskać, a zatem ma nieczyste intencje. Tak zareagują szczególnie ci z nas, których nauczono, że akceptacja jest bardzo warunkowa, wszystko jest wykalkulowane i policzone, a ludzie są z natury źli i nieszczerzy. Jeśli ktoś dorastał w atmosferze warunkowej akceptacji, w której „coś za coś” było normą, na pewno zachowa tu dużą ostrożność, bo uprzejmy komentarz może brzmieć dla niego jak zapowiedź długu do spłacenia. Ta potrzeba odrzucenia pochwały i zobaczenia w nas kogoś wartościowego może również wychodzić z samego środka naszej osobowości. Jeżeli nasze poczucie wartości jest niskie, sami uważamy się za mało ważnych i wciąż niewystarczających, akceptacja i wyróżnianie brzmią po prostu… fałszywie. Co mówią komplementy? Bo komplement, na głębszym poziomie, bywa czymś więcej niż uprzejmością. Czasem niesie w sobie bardzo prosty komunikat: „Widzę cię, doceniam, jesteś dla mnie ważny, ważna”. Dla wielu z nas dotyka to miejsca, które jest blisko doświadczenia bycia kochanym. I właśnie wtedy pojawia się opór: „Mnie? Za co? Mnie przecież nie da się kochać” – odpowiadamy sobie, chociaż tak bardzo chcemy być dostrzeżeni i zaakceptowani. To już nie jest tylko odpowiedź na pozytywną uwagę. To odpowiedź na własne, negatywne przekonania o sobie. Psycholog Leon Festinger nazwałby to redukcją dysonansu poznawczego. „Dysonans” to termin zapożyczony z teorii muzyki i oznacza właśnie owo niedopasowanie, nieprzyjemne połączenie niepasujących do siebie dźwięków. W psychologii zaś to właśnie niepasujące kawałki wiedzy na temat nas samych (w tym wypadku z jednej strony to komunikat „jestem niewiele wart i nie robię nic wartego pozytywnej uwagi”, a z drugiej „ktoś właśnie docenił to, co robię”). Próbujemy zatem zniwelować tę nieścisłość i idące za nim napięcie, zmniejszyć dysonans, a zachować wewnętrzną spójność w myśl tezy: „Nie mogę przecież być źródłem czegoś dobrego, skoro tak naprawdę nie jestem w porządku”. Najłatwiej zrobić to właśnie, podważając pozytywny feedback lub nawet samą osobę, która jest jego źródłem.  Kolejny powód odrzucenia komplementu to lęk przed oceną i oczekiwaniami. „Jeżeli przyjmę pochwałę, to może ustalę nową normę?” – myślimy. Normę, która stanie się nowym wyznacznikiem, poniżej której będzie już tylko źle, niedobrze i niewystarczająco? Boimy się, że do tak wysoko zawieszonej poprzeczki możemy nie zawsze umieć doskoczyć ponownie, a zatem może bezpieczniej będzie zdeprecjonować siebie samego? Dlatego często podświadomie staramy się umniejszyć własny sukces lub złożyć go na karb przypadku. Popatrzmy na tak często używany zwrot „udało mi się”, gdy opowiadamy o swoim triumfie czy powodzeniu – „Udało mi się zdać ten egzamin”, „Udało mi się przebiec ten dystans”, „Udało mi się to ciasto” itp. – to nie ja, nie moja zasługa, to zewnętrzne, przypadkowe, zrządzenie losu, którego jestem beneficjentem czy beneficjentką. To wyrażenie jest tak mocno zakorzenione w naszym słowniku, że staje się wręcz przezroczyste. A ile w nim umniejszania siebie i własnej wartości! Robiąc to wszystko, wiemy przecież, że działamy na swoją szkodę. Możemy też założyć, że osoba, która właśnie nas skomplementowała, poczuje się niezręcznie i kolejny raz zapewne pomyśli dwa razy, zanim znów zaryzykuje i nas pochwali. A przecież tak bardzo potrzebujemy akceptacji i docenienia. Warto nauczyć się zdrowego reagowania na komplementy! Jest to bowiem umiejętność psychologiczna i można ją wyćwiczyć – nawet wtedy, gdy już dawno skończyliśmy szkołę.  Po pierwsze trzeba zrozumieć, czym jest komplement. To życzliwa, ale subiektywna informacja zwrotna. To czyjaś jednostkowa perspektywa, ale nie informacja, którą musisz zweryfikować czy zobowiązanie do odwdzięczenia się i (zwykle) nie próba manipulacji. Nie wymaga zatem Twojego tłumaczenia, umniejszania czy dopisywania historii.  Dlatego w pierwszym kroku naucz się mówić po prostu „dziękuję”, bez dodawania tego wszędobylskiego, zaprzeczającego „ale”. Dlatego weź głęboki wdech – i postaw tu kropkę. W drugim kroku, gdy już nauczymy się nie odpychać komplementów, pozwólmy sobie je przyjąć, czyli zareagować na nie i wewnętrznie nazwać to, co czujemy, gdy je słyszymy.  Może głównym uczuciem będzie niedowierzanie, wręcz zażenowanie? Pamiętaj, to czyjaś opinia, perspektywa na Twój temat, a właściwie na temat tego, co w danej chwili zrobiłaś/zrobiłeś. W tym sensie komplement nie mówi tyle o „obiektywnej prawdzie”, ile o czyjejś uważności, wrażliwości i gotowości do zauważenia nas. Jeśli potraktujemy go w ten sposób, przestaje być czymś, co trzeba podważyć lub „zrównoważyć”, a staje się doświadczeniem, które można po prostu przyjąć. Gdy na przykład nie widzisz siebie jako wyrafinowanej kucharki, a ktoś komplementuje Twoje ciasto, ma do tego prawo, a Ty nie musisz od razu zmieniać obrazu samej siebie. Po prostu przyjmij ten dar miłych słów i nie doszukuj się w nich drugiego dna: „Dziękuję, miło mi, że ci smakuje” – będzie bardzo na miejscu. Tak, na początku będzie to dziwne i nienaturalne, dlatego warto się na tym naprawdę skupić. Ten proces wymaga praktyki, bo dotyka nawyków budowanych latami. Pomocne bywa świadome przyglądanie się swoim reakcjom – zauważanie, kiedy pojawia się odruch zaprzeczania i jak można go delikatnie skorygować. Z czasem nowy sposób reagowania zaczyna się „układać” i przestaje być sztuczny. Może przez jakiś czas warto nawet zapisywać komplementy, które dostaliśmy i naszą reakcję na nie (a także próby jej korekty). Z czasem nowy sposób reagowania zacznie się nam „układać” i przestanie być sztuczny.  Warto też odwrócić perspektywę. Kiedy to my mówimy komuś coś dobrego, robimy to zwykle ze spontaniczną intencją podzielenia się czymś życzliwym, a nie po to, by zostać podważonym czy zanegowanym. O ileż milej będzie nam usłyszeć podziękowanie i potwierdzenie naszej obserwacji, np. „Dzięki, to miłe, co mówisz”, niż nerwowe zaprzeczanie. Przyjęcie komplementu jest więc nie tylko aktem wobec siebie, ale też dojrzałą formą przyjęcia relacyjnego gestu drugiej osoby. W świecie, w którym informacja zwrotna tak często przybiera formę krytyki (zauważmy, że „informacja zwrotna” nazywana jest często „konstruktywną krytyką” – kolejny raz język pokazuje nam, jak zrosło się z nami zwracanie uwagi jedynie na błędy!), umiejętność przyjmowania uznania staje się elementem dobrostanu psychicznego. Przyjmujmy życzliwe komplementy i też dawajmy je innym – nikogo nie zepsujemy, ale pozwolimy sobie i innym rozkwitnąć. Bo choć rzeczywiście mówi się, że „Pycha kroczy przed upadkiem”, to uznanie – zarówno wobec innych, jak i wobec siebie – z pychą ma niewiele wspólnego. To raczej fundament zdrowego kontaktu – zarówno ze sobą, jak i z drugim człowiekiem. 
Czytaj więcej

Z małych iskier wielki ogień. Neurobiologiczne tropy anhedonii

W sierpniu 2012 r. plotkarski serwis TMZ opublikował pikantne zdjęcia z imprezy, która odbyła się w luksusowym hotelu w Las Vegas. Na fotografiach widać młodych ludzi grających w… „rozbierany bilard”. Przegrani musieli oddawać kolejno części swojej garderoby. Jeden z „pechowców” zakrywa oburącz genitalia, wcale jednak nie ubolewając nad tym niefartem. Ale dlaczego zakrapiana impreza bogatych „dzieciaków” miałaby kogokolwiek obchodzić? Dlatego że ten „goły i wesoły” jest trzeci. Trzeci w kolejce do tronu Wielkiej Brytanii.
Czytaj więcej

Czy robiąc to, co kochasz, możesz się wypalić? O tym, dlaczego pasja do pracy może ko...

„Rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu”. To zdanie od lat krążące w motywacyjnych poradnikach stało się współczesnym przepisem na udane życie zawodowe. „Znajdź pracę, która jest pasją, a unikniesz wysiłku, zmęczenia i będziesz cieszyć się nią do końca swoich dni”. To kusząca obietnica, szczególnie na gruncie kultury osiągnięć, w której obecnie żyjemy. Ale czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się, ile w tym zdaniu jest prawdy, a ile pułapki, która może prowadzić do wypalenia.
Czytaj więcej

Plan czy spontan? Wakacje jako kolejny superprojekt

Robert: Wakacje – spontanicznie czy z planem? Już „zaspoileruję”: to nie jest wybór, tylko kwestia proporcji. Ale po kolei. Badania nad dobrostanem pokazują, że samo planowanie poprawia nastrój; działa tu przyjemność z oczekiwania, opisana przez George Loewensteina1. Z drugiej strony spontaniczne decyzje częściej wiążą się z większą intensywnością przeżyć i są lepiej zapamiętywane, co pokazuje Thomas Gilovich i współpracownicy2 . Co nam daje spontaniczność? Często upragnione poczucie wolności. I to jest potrzeba, za którą nieraz tęsknimy. Bo tym, co zwykle kojarzy się z planowaniem, jest… Magdalena: Obowiązek. Przymus. Opresja. Od razu myślę o tabelkach, o Excelach, o każdej precyzyjnie zaplanowanej godzinie. Plan zwiedzania rozpisany na dziesiątki punktów, koszty podróży, maksimum wydatków na jedzenie. Całe listy typu „must see”, „must have” popularne wśród podróżników blogerów. Miałam etap, że za dużo planowałam. Szybko to porzuciłam, bo kiedyś na Teneryfie po tygodniu „odpoczynku” przez konsekwentne realizowanie planu wróciłam zmęczona. Bliscy także. Teraz kocham spontaniczne decyzje.  Robert: Bo tak naprawdę trzymanie planu kojarzy nam się… z pracą. Z jasną strukturą, organizacją i rozliczeniem. To oznacza, że mało jest przestrzeni na „pomiędzy”, na poczucie wolności, na posmak przygody. A przecież to właśnie z tym najczęściej chcemy kojarzyć wakacje. Zwróćmy uwagę na to, że najciekawsze i najzabawniejsze, czasem też przerażające przygody wakacyjne to głównie te, gdy dzieje się coś nieplanowanego. Coś, co nas zaskoczyło. Magdalena: O, tak! Ten ostatni pociąg, który nie przyjechał, więc trzeba dotrzeć autostopem, fatalny nocleg i szukanie w pośpiechu innego, poznawanie ciekawych osób, zasłyszane filmowe historie…  Robert: Spontaniczność w czystej formie, definicja przygody oraz ekscytacji.  Magdalena: Rozmarzyłam się. Potrzebuję wakacji. Hej, przygodo.  Robert: Zanim gdzieś odlecisz, dorzucę słowo o planie. On często daje nam poczucie bezpieczeństwa, oparcia, pewności. Możemy mieć wrażenie, że plan coś nam zabiera, a w rzeczywistości nas zabezpiecza. To, że mamy wymienioną gotówkę, chroni nas przed spreadem, kiedy płacimy kartą. To, że wiemy, gdzie nocujemy, powoduje, że nie błąkamy się w poszukiwaniu noclegu w zatłoczonym kurorcie. Koszt, który ponosimy, rezygnując ze spontaniczności.  Plan może być elementem potrzebnym, ale jako pewien zarys, projekt, a nie szczegółowy harmonogram, który należy bezwzględnie wypełnić. Bo nadmiar planu może generować napięcie. Na 30 zaplanowanych miejsc nie widzieliśmy dwóch, więc pojawia się łyżka dziegciu.  Magdalena: Na szczęście wyleczyłam się z tego. Mimo że byłam trzy razy w Rio de Janeiro, wciąż nie dotarłam do słynnego monumentu Jezusa Odkupiciela na szczycie Corcovado. Trudno. Zamierzam tam przecież wrócić.  Robert: Zdradzę Tobie i Czytelnikom metodę, którą stosuję od lat, gdy podróżuję. Mam listę „must see”, realizuję plan zwiedzania, ale… świadomie rezygnuję z jednego punktu. Na ostatnim wyjeździe archeologicznym do Egiptu, prowadzonym przez znakomitego dr. Wojciecha Ejsmonda, zobaczyłem m.in. Amarnę z grobowcami Echnatona i Tuna el-Gebel z katakumbami ibisów. Nie widziałem natomiast miejsca, gdzie odnaleziono słynne popiersie Nefertiti. I to będzie punkt na liście kolejnego wyjazdu.  Magdalena: Znamy się długo, a nie wiedziałam tego o Tobie! Ta celowość w „nie-odhaczeniu” wydaje się pociągająca. Momenty bez planu i chwile ekscytacji bywają klejem, który łączy pary. Para wyrywa się ze stagnacji, czasem z nudy, przeżywa przygodę, ma wspólne emocjonujące doświadczenie. Polecam. Robert: A jeżeli popatrzymy na wakacje par, musimy powiedzieć o częstych napięciach, a nawet konfliktach. Dotyczą oczekiwań, tego, czy zwiedzamy, czy odpoczywamy, tempa, potrzeby kontroli i rozliczania planu. Jedna osoba chce tak, a druga inaczej. Często o tym słyszę w gabinecie podczas terapii. Dlatego mam poczucie, że wakacje dobitnie pokazują, co się dzieje w związku, czy i jaki partnerzy mają problem. W ciągu roku dni mijają według schematu, działamy często na autopilocie. Wspólny wyjazd ten schemat zaburza i ujawnia napięcia. I to jest z perspektywy pracy z parami kluczowe. Pojawia się pytanie, dość trudne, jak ten wakacyjny czas organizować?  Magdalena: Każda para może wypracować własny „złoty środek”. Albo po prostu spędzać część wakacji osobno, ale nie wyłącznie. Mój mąż kocha żeglować, a ja nie bardzo. On co roku udaje się na Mazury, gdzie ma ukochaną łódkę. Ale zawsze spędzamy też sporą część wakacji wspólnie, co jest świetne.  Robert: Wracając do rozważań „spontanicznie czy planowo”, sugerowałbym model mieszany. Taki, gdzie jest miejsce na spontaniczność i na planowanie w wersji podstawowej. A przygodą bywa samo planowanie tego, gdzie pojedziemy, co zobaczymy, jak chcemy ten czas przeżyć. Ważne, abyśmy nie zostali niewolnikami planu do spełnienia.  Magdalena: Wakacje nie muszą być profesjonalnym i kompletnym projektem, który przypomina zniewalający harmonogram korporacyjny. Nota bene, czytałam niedawno, że coraz więcej par planuje wyjazdy wakacyjne pod kątem Instagrama. Czyli muszą być to miejsca, które malowniczo i zniewalająco wyglądają na zdjęciach, relacjach, rolkach. To dopiero jest plan! 
Czytaj więcej

TATA 2.0 – między gotowością do zaangażowania a realną potrzebą wsparcia

Ojcostwo w Polsce przechodzi dziś wyraźną zmianę. Coraz więcej mężczyzn chce być obecnych w życiu swoich dzieci nie tylko jako żywiciele rodziny, ale także jako zaangażowani opiekunowie. Zmienia się sposób myślenia o roli ojca, a wraz z nim – oczekiwania wobec rodzicielstwa.
Czytaj więcej

Czy dzieci potrafią cieszyć się bardziej niż dorośli? Dlaczego dzieci tak intensywnie...

Dziecko śmieje się całym ciałem. Podskakuje, klaszcze, krzyczy z radości, jakby emocje nie mieściły się w środku i musiały znaleźć ujście w ruchu. Dorosły najczęściej się uśmiecha – lekko, kontrolowanie, czasem tylko kącikami ust. Obserwując ten kontrast, łatwo wysnuć wniosek, że dzieci bardziej potrafią się cieszyć. Ale czy rzeczywiście czują więcej niż dorośli, czy tylko reagują inaczej – bardziej bezpośrednio, intensywniej, bez filtrów?
Czytaj więcej