Co pan bierzesz?

Kto przechodził remont, zwłaszcza chroniczny, ten wie, że remont nie polega na wymianie przedmiotu X na przedmiot Y.
Czytaj więcej

Tęczowa korona, czyli metafora

Szerzy się, a może powraca, niebezpieczna skłonność do odczytywania tekstów dosłownie. 
Czytaj więcej

Utracona Żona

Historię tę opowiedział mi pewien żydowski pisarz, nie jakiś zawodowy, ale jeden z tych, co to od czasu do czasu wydają książkę własnym sumptem. Kiedy go spotkałem w Buenos Aires, w ogóle nie miałem pojęcia o jego istnieniu. Ale pokazał mi swoje dwa tomiki poezji, a nawet kilka poświęconych im recenzji w lokalnej prasie, a także w tygodniku ukazującym się w Meksyku czy w Rio de Janeiro.  Był niskiego wzrostu, z wiankiem szpakowatych włosów okalających łysinę, o pomarszczonej twarzy noworodka. Chociaż spotkałem go w letni, upalny dzień, miał na sobie poplamiony płaszcz ortalionowy. Utrzymywał się z handlu obnośnego, ale, jak mówił, cierpiał na zaawansowany artretyzm i nie mógł dłużej taszczyć tobołka. Wiązał jakoś koniec z końcem tylko dzięki temu, że zostało mu jeszcze kilku klientów, którzy do niego przychodzili. Mieszkał gdzieś na przedmieściach u hiszpańskiej rodziny. Jego pokój, zapchany książkami, starymi gazetami i różnymi szpargałami, nie miał okien, tylko drzwi prowadzące na patio.  Przyczepił się do mnie i w żaden sposób nie mogłem się wymigać od złożenia mu wizyty. Lecz żeby się do niego dostać, trzeba było jechać autobusem, z aż trzema przesiadkami. Obiecał, że opowie mi niesamowitą historię, której jeszcze nigdy nikomu nie opowiadał.  – Sam napisałbym tę historię, gdybym był prozaikiem – wyjaśnił. – Ale żaden ze mnie epik. Niektórzy powiadają, że poeta też nie, choć to już inna sprawa. Z kolei nawet gdybym był dobrym poetą, cóż by to zmieniło? Kto w ogóle potrzebuje poezji?  Pali pan? Nie? Szczęściarz. Lekarz mi zabronił, ale ja muszę. To właściwie moja jedyna przyjemność oprócz masturbacji.  Jego ostatnie słowa wprawiły mnie w zakłopotanie i straciłem cierpliwość.  – Po co pan mi to mówi?!  – Dlaczego nie? Kiedy pan usłyszy, co mi się przydarzyło, zrozumie, że w ogóle nie staram się go zaszokować. Niech się pan usadowi w bujanym fotelu. Ja usiądę na łóżku. Czy mogę zacząć?  – Zamieniam się w słuch.  – Proszę się uzbroić w trochę cierpliwości. Przez te wszystkie lata byłem pewien, że swoją tajemnicę, jak to się powiada, zabiorę do grobu. Po pierwsze, dlatego że nikogo już nie obchodzi mój los, a po drugie, w tym, o czym opowiadam, nie mam żadnego interesu. Ale czytając pańskie historie, dochodziłem do wniosku, że pan by zrozumiał. Teraz, kiedy pan przyjechał do tego kraju i mam zaszczyt spotkać się z panem, widzę w tym jakieś boskie przeznaczenie.  Zacznę od czasu dzieciństwa. Ojciec mój był ubogim kramarzem, fanatycznie pobożnym, człowiekiem cichym, który rzadko się odzywał. Matka pomagała mu wiązać koniec z końcem, robiąc na drutach i szyjąc zamożniejszym rodzinom różne rzeczy. Z ich piątki dzieci troje zmarło w niemowlęctwie. Zostałem ze starszą siostrą, która młodo wyszła za mąż i zaczęła rodzić dzieci. Ona i cała reszta rodziny zostali zamordowani przez nazistów.  Przeczytałem kiedyś pańską opowieść pod tytułem Nieśmiała, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Nieśmiałość jest chorobą. Prawdziwi nieśmiali są zdolni zrobić takie rzeczy, które nawet szaleńcowi nie wpadłyby do głowy. Od dzieciństwa byłem nieśmiały i wstydliwy. Cierpiałem z tego powodu katusze, których nie da się opisać.  Miałem ciotkę, która mieszkała w sąsiedniej wsi ze swoją małą córeczką Chanale. Zawsze, kiedy słyszałem, że ma się u nas zjawić z dziewczynką, nieśmiałość wpędzała mnie w chorobę. Traciłem apetyt. Nie potrafiłem znieść myśli, że Chanale mogłaby zobaczyć mój podarty chałat, brudną koszulę i potargane pejsy.  Któregoś razu, gdy ciotka z kuzynką nocowały u nas, uciekłem za miasto i spałem w polu. Przez całą noc mnie szukali, a kiedy wreszcie znaleźli, ojciec, okładając mnie, krzyczał: „Dlaczego nie wróciłeś do domu? Odpowiadaj, bo zrobię z ciebie kalekę!”. Ale ja nie byłem w stanie wydusić z siebie, że zrobiłem to, bo krępowałem się Chanale, a także przyznać, iż umierałem ze wstydu z powodu tego zachowania.  Nieśmiałość jest formą dumy lub odwrotnie, duma bywa czasami przyczyną nieśmiałości – degradującą chorobą. Czyż karą za zjedzenie owocu z Drzewa Mądrości nie był wstyd? Według mnie ogromna liczba nieszczęść na świecie wynika z nieśmiałości. Ale wracam do opowieści.  Chłopcy w piątki chodzili do łaźni rytualnej, a ja broniłem się przed mykwą, jak przed Aniołem Śmierci. W lecie biegali także nad rzekę popływać, ale dla mnie rozebranie się przy innych stanowiło barierę nie do pokonania. Do dziś cierpię na zaparcia, a wszystko z powodu mojej nieśmiałości. To także ona nie pozwalała mi pójść do wychodka, chyba że w pobliżu nikogo nie było. W Sukot przeżywałem tortury, ponieważ oznaczało to wspólny posiłek z gośćmi. Na Simchat Tora wymykałem się z bejt midraszu, kiedy się zbliżał czas wezwania chłopców do grupowego odczytania fragmentu Tory, gdyż krępowałem się wspólnego stania z nimi pod jednym tałesem. Krótko mówiąc, byłem zbyt nieśmiały, aby zrobić cokolwiek.  Kiedyś na Purim ojciec wysłał mnie z tradycyjnym prezentem świątecznym do Barucha Grabowera, swego dobrego przyjaciela. Kiedy dotarłem na miejsce, w domu paliły się wszystkie światła i zobaczyłem całą przybyłą rodzinę, kobiety i dziewczęta. Znowu nieśmiałość wzięła górę – nie potrafiłem wejść do środka. Co zrobiłem z prezentem? Wrzuciłem do studni.  Po kilku dniach ojciec dowiedział się, że przyjaciel nic nie dostał. Zaczęło się dochodzenie i bicie. Wstydziłem się przyznać, że takie pyszne smakołyki – pomarańcze, figi, daktyle i karob – wrzuciłem do studni. Dlatego powiedziałem, że uległem takiej pokusie, iż wszystkim sam się obżarłem. No i dostałem za to siarczyste policzki! Nazywano mnie „purimowym żarłokiem” i to przezwisko przylgnęło do mnie na dobre aż do dorosłości.  Mógłbym przytaczać przykłady w nieskończoność, ale nie ma takiej potrzeby.  Zdarzają się nieśmiali – jak pan dobrze wie – zdumiewająco bezczelni. I takim właśnie byłem, nieraz potrafiłem dotknąć kogoś do żywego. Już w młodości bluźniłem przeciwko Bogu i przeciwko Mesjaszowi. Stałem się ateistą, syjonistą, socjalistą i licho wie, kim jeszcze. Marzyłem o wykształceniu świeckim i próbowałem także pisać wiersze w jidysz, choć naprawdę nie znałem nawet ortografii tego języka. Przeważnie stroniłem od dziewczyn, ale później to się nagle zmieniło i zachowywałem się jak prawdziwy Don Juan. Cieszyłem się złą sławą – aroganta i rozpustnika. Krótko mówiąc, odgrywałem przeróżne role, komplikując sobie życie, gdyż jednego dnia byłem na tyle śmiały, aby pocałować dziewczynę bez ceregieli, a następnego, kiedy zobaczyłem ją przez okno lub wymieniono jej imię, czerwieniłem się jak burak. Dziewczęta nie rozumiały mnie i nie umiały znaleźć sensu w moim postępowaniu, ale to je intrygowało. Do tego zaczęto zwracać uwagę na mój talent poetycki. Mogłem zostać bawidamkiem, tyle że wstąpił we mnie dybuk i nigdy nie wiedziałem, co mi za chwilę każe zrobić. Umówiłem się na randkę, ale nie przyszedłem; nawiązałem romans i nagle go zerwałem.  Dzisiaj do tego służy psychoanaliza. Wtedy jeszcze nie praktykowana. Inna sprawa, że nawet jeśliby była, to z pewnością wolałbym dać się pokroić na kawałki, niż opowiedzieć komuś o swoich kłopotach.  Teraz przejdę do sedna. Historia, która mi się przydarzyła, prawdopodobnie nigdy wcześniej nie spotkała żadnego człowieka. Straciłem żonę. Nie w sensie, że umarła lub uciekła z innym mężczyzną. Dosłownie utraciłem ją jak ktoś, kto gubi portfel lub zegarek, i to wszystko z powodu mojej nieśmiałości. Interesujące, prawda? Bez obaw, nie będę tu pana trzymał przez całą noc. Jednak muszę naszkicować w miarę pełny obraz, ponieważ historia jest w pewnym sensie szalona, i jeśli nie podam kilku szczegółów, to zwyczajnie pan w nią nie uwierzy.  W naszej miejscowości mieszkała Basza, dziewczyna, w której się zakochałem. Prawdę mówiąc, w tamtym czasie wciąż się zakochiwałem. Nieśmiali ludzie są bardzo romantyczni. Jeśli mężczyzna wie, że ma nikłe szanse u płci pięknej, powoduje to w nim jeszcze silniejsze pragnienie. Oszalałem z miłości do Baszy. Jej ojciec był zegarmistrzem. Kiedy umarł, matka wyszła za mąż za handlarza sianem.  Basza brała u mnie lekcje hebrajskiego (nauczyłem się trochę tego języka), jednak zamiast ślęczeć nad gramatyką, całymi godzinami trajkotaliśmy. To był jeden z moich śmielszych okresów.  Jak wyglądała? Nie grzeszyła szczególną urodą; brunetka, trochę przy kości, o dużych, czarnych oczach. Miała niezwykle białe, mocne zęby i piękny uśmiech.  Basza miała wuja w Ameryce, do którego pisywała gorzkie listy. Ojczym okazał się gburem; często obrażał ją i znęcał się nad matką. Miał córki z poprzedniego małżeństwa i nie mógł wydać ich za mąż. W skrócie rzecz ujmując, w domu panowało piekło. W przeciwieństwie do naszej miłości, która się rozżarzyła niczym ogień. W Baszy nie było nic wstydliwego. O naszej miłości mógłbym opowiadać przez trzy dni i noce. Mimo że ją kochałem, wstydziłem się jej. Nigdy nie poszedłbym z nią na spacer. Korepetycji udzielałem ukochanej w domu jej przyjaciela. A ponieważ ten człowiek miał garb, to jakoś przy nim nie odczuwałem nieśmiałości wobec Baszy. Sam mam wiele fizycznych ułomności. Za mój wzrost winę w dużej mierze ponoszą moje zmartwienia, gdyż akurat oboje rodzice nie należeli do ludzi szczególnie niskich. Poza tym nie mam w ogóle karku; głowa spoczywa bezpośrednio na ramionach. Niemal zupełnie nie rośnie mi zarost. Dzisiaj wiem, że cierpię na kompleks niższości, ale znajomość tej pięknej nazwy nie rozwiązuje moich problemów.  A zatem Basza wysłała do Ameryki list, wyrażając w nim chęć przyjazdu do Nowego Jorku, ale wspomniała, że ma w Markiszowie – tak się nazywa nasze miasteczko – narzeczonego i jeśli wuj jej współczuje i chce uratować siostrzenicy życie, powinien zaprosić nas oboje. Najpierw krewny w ogóle nie odpowiadał, później stało się nieszczęście – jego syn zginął w wypadku samochodowym i wtedy dojrzał do decyzji zrobienia czegoś dla Baszy. Wymieniano korespondencję. W końcu napisał, że powinniśmy się pobrać, a on wyśle nas po affidavit.  Wszystko wyglądało idealnie. Z wyjątkiem tego, że byłem zbyt nieśmiały, aby się ożenić. U nas w miasteczku oznaczało to: zorganizowanie uczty przedweselnej, wezwanie oblubieńca do odczytania Tory w szabat poprzedzający dzień ślubu, obrzucenie rodzynkami i migdałami przez kobiety, wprowadzenie pod chupę, taniec młodej pary i całe zamieszanie, które mnie krępowało. Już na samą myśl o tym wszystkim robiło mi się jednocześnie zimno i gorąco.  W tym czasie o planowanym zamążpójściu dowiedzieli się matka i ojczym Baszy. Moi rodzice także usłyszeli dobrą wiadomość. Wszystko mogło pójść gładko. Wzięlibyśmy ślub w Markiszowie i wyjechali do Ameryki. Ale zacząłem coś kręcić, kombinować, że pobierzemy się w Warszawie. Wszyscy myśleli, że zwariowałem.  Wstydziłem się powiedzieć, że nie żenię się z powodu nieśmiałości i zacząłem wymyślać najróżniejsze wymówki. Tak się pogubiłem w tej gmatwaninie, że omal nie oszalałem. Źle sypiałem. Z Baszy matki zrobiłem sobie śmiertelnego wroga. Ale oszustwo i choroba posiadają niesamowitą moc – wyszedłem z opresji obronną ręką. Zarówno moi, jak i jej rodzice pojechali z nami do Warszawy i tam u pewnego „pokątnego” rabina zawarliśmy małżeństwo.  W miasteczku krążyła plotka, że Basza zaszła w ciążę. Mieszkańcy zupełnie nie wiedzieli, co o tym myśleć. Prawda bywa czasami najbardziej nieprawdopodobna. Kto by się domyślił prawdziwego powodu, dla jakiego ślub wzięliśmy w Warszawie? Nieraz, kiedy dopada mnie szczególne przygnębienie i zaczynam kwestionować wyroki boskie, dochodzę do przekonania, że odpowiedź na wszystko jest zapewne prostsza, niż się wydaje. A jednak w całym Markiszowie nikt się nie domyślał motywów mojego postępowania. To dlaczego my, ludzie, mielibyśmy rozpoznać boskie zamysły? A może Stwórca także się wstydzi?  Nasz ślub w Warszawie spowodował masę komplikacji. Nawet Basza nie potraktowała moich obiekcji poważnie, podejrzewała, że coś jest ze mną nie w porządku. Zaczęliśmy się kłócić. Noc poślubną spędziliśmy w hotelu, ale tam panował taki hałas i harmider, że nie mogliśmy skonsumować naszego małżeństwa. Teraz moja nieśmiałość przybrała nową formę – strach przed impotencją. Jak najszybciej chciałem się pozbyć naszych rodziców, nieomal wymuszając na nich powrót do domu. Mogę stwierdzić, że mój wstyd sprawił, że stałem się bezczelny. W końcu zostaliśmy sami i przekonałem się, że jestem prawdziwym mężczyzną.  Nadszedł czas naszej podroży. Statek odpływał z Liverpoolu, ale zamierzaliśmy spędzić kilka dni w Londynie, aby odwiedzić Baszy kuzynkę, córkę wuja z Ameryki.  Podróż była dla mnie męczarnią, ale nie dlatego, że brakowało wygód, tylko z powodu mojej nieśmiałości. Krępowałem się ujawnić współpasażerom, że jesteśmy z Baszą małżeństwem. Wydawało mi się, że ludzie śmieją się z nas, a może rzeczywiście to robili. Jeśli człowiek drży i trzęsie się na samą myśl, że jest śmieszny, to dopiero staje się śmieszny. Każda minuta podróży do Londynu była pełna napięć. Stale miałem ochotę wyskoczyć z jadącego pociągu.  Z pewnej książki o freudyzmie, którą kiedyś czytałem, wynika, że jestem homoseksualistą. Ale ja nigdy nie czułem pociągu do mężczyzn. Już sama myśl o czymś takim wywołuje we mnie obrzydzenie. Chociaż przypuszczam, że tym sposobem można wyjaśnić, cokolwiek się zechce. Moja teoria sprowadza się do tego, że niektórzy ludzie krępują się żyć.  Podróż przez kanał La Manche była koszmarem. Zerwał się taki sztorm, że sądziłem, iż w każdej chwili może nastąpić mój koniec. Ocean wydawał się rozstępować niczym Morze Czerwone podczas wyjścia Żydów z Egiptu, a statek przechylał się niemal zupełnie na bok. Walizki walały się w kajucie po podłodze. Wszyscy cierpieli na chorobę morską. Na pokładzie było kilku ortodoksyjnych Żydów, którzy głośno zaintonowali Szma Israel.  Moje własne piekło zaczęło się jednak dopiero gdy dotarliśmy do Londynu. Kuzynka żony mieszkała gdzieś w północnej części miasta, w domu, w którym wszyscy sąsiedzi byli jak jedna wielka rodzina. Jej mąż miał także całe stada sióstr ciotecznych i powinowatych i oni wszyscy przyszli nas powitać. Jakimś zrządzeniem losu byli bardzo wysokiego wzrostu – niemal olbrzymi; wyglądałem przy nich jak pasikonik. Aby wziąć kąpiel, musiałem wejść na piętro i wrzucić pensa do gazomierza. Nie umiałem się w tym połapać. Licznik nie działał prawidłowo i kuzynka Baszy przyszła mi z pomocą. Omal nie umarłem ze wstydu.  Wieczorem zorganizowano dla nas przyjęcie. Zeszli się mężczyźni w cylindrach i kobiety w kapeluszach z piórami i czymś tam jeszcze. Rozmawiali mieszaniną angielskiego i jidysz. Ale ja nie rozumiałem nawet ich żydowskiego. Przyniesiono prezenty i żartowano ze mną, jakby to całe zachowanie było jakąś komedią. W trakcie przyjęcia dostałem skurczów żołądka. Wychodek znajdował się na podwórzu i ktoś wskazał mi drogę. Co się wtedy wydarzyło, nigdy się już nie dowiem. Zamiast wrócić na przyjęcie, straciłem orientację (chyba przez niedokładnie ogrodzony dziedziniec) i trafiłem do innego budynku. Zdałem sobie sprawę, że zabłądziłem, lecz nie umiejąc znaleźć drogi powrotnej, ewidentnie oddalałem się od domu kuzynki. Szczekały na mnie psy. Ktoś wrzeszczał za moimi plecami i gonił mnie, przekonany pewnie, że jestem złodziejem. Po angielsku nie rozumiałem ni w ząb. Kiedy ów człowiek biegł za mną, uciekałem. Po chwili dotarło do mnie, że nie pamiętam ani adresu kuzynki, ani nawet jej nazwiska po mężu. Zdałem sobie sprawę, że tam cała rodzina bardzo się o mnie niepokoi i z pewnością mnie szuka. Ta sytuacja napełniła mnie głębokim poczuciem wstydu, aż wzniosłem oczy ku niebu i powiedziałem: „Boże, zrób mi przysługę i zabierz mnie już teraz do siebie!”. Ale Bóg nie lubi, kiedy mu się dyktuje. Stałem gdzieś pomiędzy identycznie wyglądającymi budynkami, z zabawnymi małymi kominami na dachach. Bez znajomości języka nie mogłem spytać kogokolwiek o drogę. Próbowałem na własną rękę odnaleźć dom kuzynki, ale chyba wciąż oddalałem się od celu. Dzisiaj wiem, co powinienem był zrobić – wołać ludzi o pomoc, próbować porozumieć się z nimi w jidysz, a w najgorszym wypadku znaleźć posterunek policji. Oni z pewnością odszukaliby moich krewnych. Jednak moja nieśmiałość przeobraziła się w paniczny strach. Zachowywałem się niczym wystraszone trzyletnie dziecko albo lunatyk.  Londyn późną nocą przypominał małe miasteczko, w którym we wszystkich domach pogaszono światła, a na opustoszałych uliczkach nie spotka się żywej duszy. Mój paszport został w mieszkaniu, przy sobie miałem tylko zegarek i trochę drobnych. Nagle zobaczyłem park. Usiadłem na ławce i tak tkwiłem, jak gliniany golem, sparaliżowany tym, co mi się przydarzyło. Naprawdę przeszła mi nawet ochota na znalezienie drogi powrotnej. Człowiek, który się gubi po wyjściu z domu, jest śmieszny. Zdało mi się, że większy szacunek przyniesie mi tajemnicze zniknięcie niż powrót w charakterze szlemiela, wiecznego pechowca. Postanowiłem przepaść, jak kamień w wodę! Zamiast błaznem z farsy wolałem zostać bohaterem tragicznym. Stało się dla mnie teraz jasne, że zwyczajnie uciekłem, jak Jonasz przed Bogiem.  Siedziałem w parku aż do świtu. Był letni, niezbyt chłodny dzień. Zaczął padać deszcz, ale szybko przestał, nie towarzyszyły mu ani pioruny, ani grzmoty. Czytałem w księgach religijnych o wojnie między Aniołem Dobra i Aniołem Zła. Tej nocy wyraźnie czułem ścierające się we mnie dwie siły. Dobry anioł mówił: „Co się z tobą dzieje? Dlaczego i przed kim uciekasz? Rano wyjdź na ulicę, opowiedz napotkanemu człowiekowi, co się stało, a on ci pomoże. Twoja wstydliwość jest chorobą i grzechem śmiertelnym. To cię zaprowadzi na skraj przepaści”. Ale coś we mnie uparcie, dumnie i fatalistycznie twierdziło: „Jesteś całkowicie skompromitowany, rodzina śmieje się z ciebie. Straciłeś resztki szacunku u Baszy”. Nie miałem już żadnej ochoty na spotkanie z nią ani na wyjazd do Ameryki. Byłem też przekonany, że od tamtej pory stałem się impotentem. Czy ktoś może wyjaśnić obłęd? Świtało, słońce wschodziło czerwone niczym krew. Drzemałem, aż obudziłem się zesztywniały i przemarznięty do kości. Szkoda, że nie umarłem. Ale żeby targnąć się na własne życie też potrzeba odwagi. Kiedy nastał dzień, pozostałem wierny swojemu postanowieniu, aby nie pokazywać się więcej w domu ludziom, w oczach których się zblamowałem.  Wczesnym rankiem, przechodząc koło małego szułu, wszedłem do środka i zobaczyłem kilku modlących się Żydów. Szames, posługacz, przyniósł mi Sidur – modlitewnik, filakterie i szal modlitewny. Powiedziałem mu, że jestem kawalerem, i zabrał mi tałes. Modliłem się z innymi, choć byłem niewierzący. Wszyscy się spieszyli. Modlitwy odmawiano w takim tempie, że pomijano całe fragmenty. Zapewne byli to handlarze albo rzemieślnicy zatroskani o pracę. Kończyli modlitwy i błyskawicznie wychodzili z synagogi.  Szames podszedł do mnie i zapytał, kim jestem i gdzie mieszkam. Chciałem mu opowiedzieć, co mi się przydarzyło, ale nie potrafiłem. Zamiast tego powiedziałem, że przyjechałem do Londynu i nie mogę znaleźć pracy. „Gdzie pan mieszka?” – zapytał ponownie, a ja odpowiedziałem, że na ulicy. „Coś wydaje mi się podejrzana ta pańska opowieść. Ale nie należę do tych, co wścibiają nos w nie swoje sprawy. Opuścił pan żonę, tak?” Przytaknąłem. „To dlaczego pan od razu nie mówi!” Opowiedział mi, że sam miał za żonę złośnicę, od której ledwo zdołał się uwolnić. Okazało się, że znał kogoś, kto potrzebuje pracownika. Obiecał, że mnie zaprowadzi, a tymczasem mogę zamieszkać u niego za dwa szylingi tygodniowo.  Zdałem sobie sprawę, że o moim zaginięciu napiszą w gazetach i policja zacznie mnie szukać. Podjąłem już decyzję, że jeśli mnie znajdą, odmówię powrotu do żony. Miałem teraz tylko jedno pragnienie – nie być wyśmianym. Gdybym został złapany, postanowiłem powiedzieć, że porzuciłem żonę. Niech mnie zamkną w więzieniu. Niech mnie deportują do Polski. Nie bałem się niczego z wyjątkiem powrotu do domu kuzynki mojej żony i pytań oraz kpin, które mnie tam czekały.  Szames mieszkał w ruderze, ale zabrał mnie do właściciela fabryki lalek, który zatrudniał kilka kobiet, rozmawiających między sobą po włosku. Musiałem wykonywać tam całą czarną robotę: zamiatać, szorować podłogę i naklejać etykiety na pudełkach. Zarabiałem funta tygodniowo. Kobiety śmiały się ze mnie. Nie mogłem się z nimi porozumieć, ponieważ znały tylko włoski i angielski. Poruszałem się jak niemowa. Szef wyjaśnił mi w jidysz, co mam robić.  Cała ta fabryczka składała się z jednego pomieszczenia. Śmierdziało tam niemiłosiernie i dusił mnie pył. Jednak w moim chorym umyśle wszystko zdawało się lepsze niż powrót do ukochanej żony, odwzajemniającej moje uczucie. Takie są fakty.  Żyłem w ciągłym strachu, że lada dzień mnie znajdą. Któż to może wiedzieć? A jak opublikowali moje zdjęcie w gazetach? Może szuka mnie policja? Czułem się jak zbieg­ły więzień. Ale widocznie pracownice nie czytały gazet, a Scotland Yard zajmowało łapanie grubszych ryb. Pozostawałem w tym kraju nielegalnie, ale nikt się mnie nie czepiał. Chodziłem z domu szamesa do fabryki i z powrotem. Mój gospodarz sam gotował posiłki, a przy okazji i dla mnie. To był dziwny człowieczek, taki gburowaty półdzikus. Pochodził z Galicji. Z jakiegoś powodu stał się śmiertelnym wrogiem płci żeńskiej. Twierdził, że wszystkie kobiety cudzołożą i są złe. Już przez sam fakt odejścia od żony zasługiwałem w jego oczach na szacunek. Niech mnie pan nie pyta, jak bardzo brudno było u niego! Ten człowiek żył jak zwierzę. Dziwne, ale prawie zapomniał jidysz, choć nie nauczył się innego języka. Mieszał wszystkie języki razem: jidysz, polski, ukraiński i angielski, kalecząc straszliwie wszystkie słowa. Oprócz pracy jako szames miał dodatkowe zajęcie, ale już nie pamiętam jakie. Nigdy w życiu nie spotkałem bardziej prymitywnego człowieka; jakiś rodzaj neandertalczyka dwudziestego wieku. Czasami, kiedy nie rozumiałem jego bełkotu, wpadał w prawdziwą wściekłość. Jak wyglądał? Mały, krępy, o czerwonych policzkach i nieregularnej, żółtawej – trochę zarostu tu, trochę tam – brodzie. Miał szerokie, żółte zęby, na tyle silne, że mógł nimi rozgryzać pestki brzoskwini. Bóg jeden wie, jak udało mu się dostać do Londynu.  Nadszedł, a potem minął dzień, w którym mieliśmy z żoną odpłynąć do Ameryki. Wcześniej wydawało mi się, że każdy dzień dłuży się niczym rok. Moje myśli omal nie wpędziły mnie w obłęd. Później stałem się otępiały niczym szames, u którego mieszkałem. Są tragedie uszlachetniające człowieka i takie, które robią z niego gburowatego, niewrażliwego ponuraka. To, co się ze mną stało, całe moje zachowanie sprawiło, że straciłem szacunek do samego siebie. W tym stanie przestaje się być człowiekiem. Żyłem bezmyślnie, niczym w jakimś letargu. Ale stałem się wydajniejszym pracownikiem i szef dał mi kilka szylingów podwyżki. Marzyłem tylko o jednym: mieć własny kąt. Ale to byłby zbyt wielki luksus. Przez cały ten czas nie wysłałem do domu ani jednego listu, wstydząc się napisać prawdę, a rodzice pewnie sądzili, że nie żyję. Później dowiedziałem się, że ojciec zamierzał nawet obchodzić po mnie sziwę, tradycyjną tygodniową żałobę. Co się działo dalej? To już jest nieważne, ale może wręcz przeciwnie. Przypadkiem spotkałem kilku misjonarzy, z którymi się zaprzyjaźniłem. Zrobiłem to przede wszystkim na wypadek mojego aresztowania, mając nadzieję, że pomogliby mi wyjść z tej opresji obronną ręką. Moja historia z misjonarzami to jest osobny rozdział sam w sobie. Ich przełożonym był ochrzczony żydowski magid, do którego przyczepiła się pewna kobieta, chyba także misjonarka. Ona, nie przesadzam, miała prawdziwą brodę i była w nim śmiertelnie zakochana. On jednak nie chciał się z nią ożenić. Cała sprawa była dla mnie wtedy niejasna i wciąż, po tylu latach, taką pozostała. Miliony książek napisano dwudziestoma sześcioma literami alfabetu. Proszę sobie wyobrazić niezliczone sytuacje ułożone z ludzkich emocji i zdarzeń! Nigdy nie wiadomo, na co się człowiek natknie. Ta kobieta była jednocześnie szalona i przebiegła, pobożna i lubieżna, i chociaż w dzień i w nocy paplała o Jezusie, to obchodziła wszystkie święta żydowskie, a nawet korzystała z hebrajskiego modlitewnika. Była córką rabina.  Mógłbym panu opowiedzieć, jak dostałem się z Ang­lii do Argentyny i o moim życiu tutaj. Ale to nie ma znaczenia w tej historii. Faktem jest, że nigdy ponownie się nie ożeniłem. Nigdy nie tknąłem też innej kobiety, nawet prostytutki. Napisałem w końcu list do rodziców, ale ojciec wtedy już nie żył; zmarł w przeświadczeniu, że jestem na tamtym świecie. Od matki dowiedziałem się, że moja żona poślubiła swego amerykańskiego wuja, do którego pojechała, i miała z nim kilkoro dzieci. Potem, po jego śmierci, wyjechała i zamieszkała w Kanadzie.  Ważne jest to, że przez wszystkie lata pozostałem sam. Przegrałem i już nigdy nie zdobyłem się na odwagę, aby spróbować zacząć od nowa. Ostatecznie zniknęła nawet ta moja nieśmiałość. Chciałem zostać poetą, ale bez uznania krytyków (nie przypadła im do gustu moja twórczość) nie można nic zrobić.  Jednej rzeczy nauczyłem się w ciągu tych lat: unikania urazy do kogokolwiek. Wszystko ma swoją przyczynę, nawet przyczyny mają swoje praprzyczyny. Charakter człowieka jest jakimś jego fatum. Matka powiadała: „To, co się wyjmie z kołyski, to się z powrotem włoży do grobu...”.   Z angielskiego przełożył i słowniczkiem opatrzył Mariusz Lubyk. Opowiadanie w jidysz ukazało się w nowojorskim dzienniku „Forwerts” 3 i 4 XII 1965; po angielsku w przekładzie Josepha Singera (bratanka autora) w chicagowskim „The Critic”, X–XI 1968. Obie wersje się różnią; pierwotna została ocenzurowana.  Copyright © 1961 Isaac Bashevis Singer Copyright © 2018  The Isaac Bashevis Singer Literary Trust  Niniejsze tłumaczenie opublikowane po uzgodnieniu z Susan  Schulman Literary Agency, New York, za pośrednictwem Macadamia Literary Agency.
Czytaj więcej

Raj jest dla zwierząt

Tym, którzy z Pisma Świętego zapamiętali tylko zdanie: „...i czyńcie sobie ziemię poddaną”, warto przypomnieć, że Stary Testament czytać powinniśmy zawsze w kluczu Nowego. A Nowy Testament wyraźnie mówi, jaki jest jedyny dopuszczalny i akceptowalny w chrześcijaństwie model panowania: to służba.
Czytaj więcej

Dobre?

Normą danego czasu jest to, co robią wszyscy wokół. Pozwala nam to ulegać złudzeniu, że jeśli wszyscy nasi bliscy, znajomi i nieznajomi w czymś uczestniczą, musi to być dobre. Ale czy na pewno tak jest?
Czytaj więcej

Para do biegu

Dzięki wspólnemu bieganiu nauczyliśmy się rozumieć potrzeby partnera i mądrze dbać o własne.
Czytaj więcej

Zanim rzucisz papiery

W Polsce w ciągu roku średnio co szósty pracownik zmienia pracę. Jak rozpoznać, kiedy rzeczywiście potrzebujemy takiej zmiany?
Czytaj więcej

Matka w gorsecie, córka w delegacji

Głos naszej matki żyje w nas zarówno wtedy, gdy zgadzamy się z tym, co mówi, jak i wtedy, kiedy się z nią nie zgadzamy. Dlaczego niektóre matki sztorcują swoje ukochane córki, budzą w nich poczucie winy?
Czytaj więcej

Zdrowie warte śmiechu

W ponad stu krajach praktykowana jest joga śmiechu. Badania wskazują, że służy ona profilaktyce zdrowotnej.
Czytaj więcej

Pułapki z przeszłości

Kiedy reagujemy nieadekwatnie do sytuacji – czujemy nieuzasadniony lęk, wściekłość, smutek – to znak, że powtarzamy pewien wzorzec odczuwania, który utrudnia nam życie. Jak przełamać niekorzystne schematy? 
Czytaj więcej

Mądry jak szczur

Dla jednych są uroczymi zwierzątkami, u innych wywołują wstręt albo strach. Dla naukowców są źródłem inspiracji – bez szczurów wiedza o zachowaniu byłaby dziś znacznie uboższa. 
Czytaj więcej

Chłopiec czy chłopczyca?

Niektóre dzieci identyfikują się z płcią przeciwną. Chłopiec mówi, że jest dziewczynką, i chce, żeby zwracać się do niego jak do dziewczynki, a dziewczynka zachowuje się jak chłopiec. Kiedy takie zachowania mogą świadczyć o zaburzeniach tożsamości płciowej u dzieci?
Czytaj więcej