Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia

2 września 2019

NR 9 (Wrzesień 2019)

Utracona Żona

87

Historię tę opowiedział mi pewien żydowski pisarz, nie jakiś zawodowy, ale jeden z tych, co to od czasu do czasu wydają książkę własnym sumptem. Kiedy go spotkałem w Buenos Aires, w ogóle nie miałem pojęcia o jego istnieniu. Ale pokazał mi swoje dwa tomiki poezji, a nawet kilka poświęconych im recenzji w lokalnej prasie, a także w tygodniku ukazującym się w Meksyku czy w Rio de Janeiro. 

Był niskiego wzrostu, z wiankiem szpakowatych włosów okalających łysinę, o pomarszczonej twarzy noworodka. Chociaż spotkałem go w letni, upalny dzień, miał na sobie poplamiony płaszcz ortalionowy.

Utrzymywał się z handlu obnośnego, ale, jak mówił, cierpiał na zaawansowany artretyzm i nie mógł dłużej taszczyć tobołka. Wiązał jakoś koniec z końcem tylko dzięki temu, że zostało mu jeszcze kilku klientów, którzy do niego przychodzili. Mieszkał gdzieś na przedmieściach u hiszpańskiej rodziny. Jego pokój, zapchany książkami, starymi gazetami i różnymi szpargałami, nie miał okien, tylko drzwi prowadzące na patio. 

Przyczepił się do mnie i w żaden sposób nie mogłem się wymigać od złożenia mu wizyty. Lecz żeby się do niego dostać, trzeba było jechać autobusem, z aż trzema przesiadkami. Obiecał, że opowie mi niesamowitą historię, której jeszcze nigdy nikomu nie opowiadał. 

– Sam napisałbym tę historię, gdybym był prozaikiem – wyjaśnił. – Ale żaden ze mnie epik. Niektórzy powiadają, że poeta też nie, choć to już inna sprawa. Z kolei nawet gdybym był dobrym poetą, cóż by to zmieniło? Kto w ogóle potrzebuje poezji? 

Pali pan? Nie? Szczęściarz. Lekarz mi zabronił, ale ja muszę. To właściwie moja jedyna przyjemność oprócz masturbacji. 

Jego ostatnie słowa wprawiły mnie w zakłopotanie i straciłem cierpliwość. 

– Po co pan mi to mówi?! 
– Dlaczego nie? Kiedy pan usłyszy, co mi się przydarzyło, zrozumie, że w ogóle nie staram się go zaszokować. Niech się pan usadowi w bujanym fotelu. Ja usiądę na łóżku. Czy mogę zacząć? 
– Zamieniam się w słuch. 
– Proszę się uzbroić w trochę cierpliwości. Przez te wszystkie lata byłem pewien, że swoją tajemnicę, jak to się powiada, zabiorę do grobu. Po pierwsze, dlatego że nikogo już nie obchodzi mój los, a po drugie, w tym, o czym opowiadam, nie mam żadnego interesu. Ale czytając pańskie historie, dochodziłem do wniosku, że pan by zrozumiał. Teraz, kiedy pan przyjechał do tego kraju i mam zaszczyt spotkać się z panem, widzę w tym jakieś boskie przeznaczenie. 

Zacznę od czasu dzieciństwa. Ojciec mój był ubogim kramarzem, fanatycznie pobożnym, człowiekiem cichym, który rzadko się odzywał. Matka pomagała mu wiązać koniec z końcem, robiąc na drutach i szyjąc zamożniejszym rodzinom różne rzeczy. Z ich piątki dzieci troje zmarło w niemowlęctwie. Zostałem ze starszą siostrą, która młodo wyszła za mąż i zaczęła rodzić dzieci. Ona i cała reszta rodziny zostali zamordowani przez nazistów. 

Przeczytałem kiedyś pańską opowieść pod tytułem Nieśmiała, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Nieśmiałość jest chorobą. Prawdziwi nieśmiali są zdolni zrobić takie rzeczy, które nawet szaleńcowi nie wpadłyby do głowy. Od dzieciństwa byłem nieśmiały i wstydliwy. Cierpiałem z tego powodu katusze, których nie da się opisać. 

Miałem ciotkę, która mieszkała w sąsiedniej wsi ze swoją małą córeczką Chanale. Zawsze, kiedy słyszałem, że ma się u nas zjawić z dziewczynką, nieśmiałość wpędzała mnie w chorobę. Traciłem apetyt. Nie potrafiłem znieść myśli, że Chanale mogłaby zobaczyć mój podarty chałat, brudną koszulę i potargane pejsy. 

Któregoś razu, gdy ciotka z kuzynką nocowały u nas, uciekłem za miasto i spałem w polu. Przez całą noc mnie szukali, a kiedy wreszcie znaleźli, ojciec, okładając mnie, krzyczał: „Dlaczego nie wróciłeś do domu?

Odpowiadaj, bo zrobię z ciebie kalekę!”. Ale ja nie byłem w stanie wydusić z siebie, że zrobiłem to, bo krępowałem się Chanale, a także przyznać, iż umierałem ze wstydu z powodu tego zachowania. 

Nieśmiałość jest formą dumy lub odwrotnie, duma bywa czasami przyczyną nieśmiałości – degradującą chorobą. Czyż karą za zjedzenie owocu z Drzewa Mądrości nie był wstyd? Według mnie ogromna liczba nieszczęść na świecie wynika z nieśmiałości. Ale wracam do opowieści. 

Chłopcy w piątki chodzili do łaźni rytualnej, a ja broniłem się przed mykwą, jak przed Aniołem Śmierci. W lecie biegali także nad rzekę popływać, ale dla mnie rozebranie się przy innych stanowiło barierę nie do pokonania. Do dziś cierpię na zaparcia, a wszystko z powodu mojej nieśmiałości. To także ona nie pozwalała mi pójść do wychodka, chyba że w pobliżu nikogo nie było. W Sukot przeżywałem tortury, ponieważ oznaczało to wspólny posiłek z gośćmi. Na Simchat Tora wymykałem się z bejt midraszu, kiedy się zbliżał czas wezwania chłopców do grupowego odczytania fragmentu Tory, gdyż krępowałem się wspólnego stania z nimi pod jednym tałesem. Krótko mówiąc, byłem zbyt nieśmiały, aby zrobić cokolwiek. 

Kiedyś na Purim ojciec wysłał mnie z tradycyjnym prezentem świątecznym do Barucha Grabowera, swego dobrego przyjaciela. Kiedy dotarłem na miejsce, w domu paliły się wszystkie światła i zobaczyłem całą przybyłą rodzinę, kobiety i dziewczęta. Znowu nieśmiałość wzięła górę – nie potrafiłem wejść do środka. Co zrobiłem z prezentem? Wrzuciłem do studni. 

Po kilku dniach ojciec dowiedział się, że przyjaciel nic nie dostał. Zaczęło się dochodzenie i bicie. Wstydziłem się przyznać, że takie pyszne smakołyki – pomarańcze, figi, daktyle i karob – wrzuciłem do studni.

Dlatego powiedziałem, że uległem takiej pokusie, iż wszystkim sam się obżarłem. No i dostałem za to siarczyste policzki! Nazywano mnie „purimowym żarłokiem” i to przezwisko przylgnęło do mnie na dobre aż do dorosłości. 

Mógłbym przytaczać przykłady w nieskończoność, ale nie ma takiej potrzeby. 

Zdarzają się nieśmiali – jak pan dobrze wie – zdumiewająco bezczelni. I takim właśnie byłem, nieraz potrafiłem dotknąć kogoś do żywego. Już w młodości bluźniłem przeciwko Bogu i przeciwko Mesjaszowi. Stałem się ateistą, syjonistą, socjalistą i licho wie, kim jeszcze. Marzyłem o wykształceniu świeckim i próbowałem także pisać wiersze w jidysz, choć naprawdę nie znałem nawet ortografii tego języka. Przeważnie stroniłem od dziewczyn, ale później to się nagle zmieniło i zachowywałem się jak prawdziwy Don Juan. Cieszyłem się złą sławą – aroganta i rozpustnika. Krótko mówiąc, odgrywałem przeróżne role, komplikując sobie życie, gdyż jednego dnia byłem na tyle śmiały, aby pocałować dziewczynę bez ceregieli, a następnego, kiedy zobaczyłem ją przez okno lub wymieniono jej imię, czerwieniłem się jak burak. Dziewczęta nie rozumiały mnie i nie umiały znaleźć sensu w moim postępowaniu, ale to je intrygowało. Do tego zaczęto zwracać uwagę na mój talent poetycki. Mogłem zostać bawidamkiem, tyle że wstąpił we mnie dybuk i nigdy nie wiedziałem, co mi za chwilę każe zrobić. Umówiłem się na randkę, ale nie przyszedłem; nawiązałem romans i nagle go zerwałem. 

Dzisiaj do tego służy psychoanaliza. Wtedy jeszcze nie praktykowana. Inna sprawa, że nawet jeśliby była, to z pewnością wolałbym dać się pokroić na kawałki, niż opowiedzieć komuś o swoich kłopotach. 

Teraz przejdę do sedna. Historia, która mi się przydarzyła, prawdopodobnie nigdy wcześniej nie spotkała żadnego człowieka. Straciłem żonę. Nie w sensie, że umarła lub uciekła z innym mężczyzną. Dosłownie utraciłem ją jak ktoś, kto gubi portfel lub zegarek, i to wszystko z powodu mojej nieśmiałości. Interesujące, prawda? Bez obaw, nie będę tu pana trzymał przez całą noc. Jednak muszę naszkicować w miarę pełny obraz, ponieważ historia jest w pewnym sensie szalona, i jeśli nie podam kilku szczegółów, to zwyczajnie pan w nią nie uwierzy. 

W naszej miejscowości mieszkała Basza, dziewczyna, w której się zakochałem. Prawdę mówiąc, w tamtym czasie wciąż się zakochiwałem. Nieśmiali ludzie są bardzo romantyczni. Jeśli mężczyzna wie, że ma nikłe szanse u płci pięknej, powoduje to w nim jeszcze silniejsze pragnienie. Oszalałem z miłości do Baszy. Jej ojciec był zegarmistrzem. Kiedy umarł, matka wyszła za mąż za handlarza sianem. 

Basza brała u mnie lekcje hebrajskiego (nauczyłem się trochę tego języka), jednak zamiast ślęczeć nad gramatyką, całymi godzinami trajkotaliśmy. To był jeden z moich śmielszych okresów. 

Jak wyglądała? Nie grzeszyła szczególną urodą; brunetka, trochę przy kości, o dużych, czarnych oczach. Miała niezwykle białe, mocne zęby i piękny uśmiech. 

Basza miała wuja w Ameryce, do którego pisywała gorzkie listy. Ojczym okazał się gburem; często obrażał ją i znęcał się nad matką. Miał córki z poprzedniego małżeństwa i nie mógł wydać ich za mąż. W skrócie rzecz ujmując, w domu panowało piekło. W przeciwieństwie do naszej miłości, która się rozżarzyła niczym ogień. W Baszy nie było nic wstydliwego. O naszej miłości mógłbym opowiadać przez trzy dni i noce. Mimo że ją kochałem, wstydziłem się jej. Nigdy nie poszedłbym z nią na spacer. Korepetycji udzielałem ukochanej w domu jej przyjaciela. A ponieważ ten człowiek miał garb, to jakoś przy nim nie odczuwałem nieśmiałości wobec Baszy. Sam mam wiele fizycznych ułomności. Za mój wzrost winę w dużej mierze ponoszą moje zmartwienia, gdyż akurat oboje rodzice nie należeli do ludzi szczególnie niskich. Poza tym nie mam w ogóle karku; głowa spoczywa bezpośrednio na ramionach. Niemal zupełnie nie rośnie mi zarost. Dzisiaj wiem, że cierpię na kompleks niższości, ale znajomość tej pięknej nazwy nie rozwiązuje moich problemów. 

A zatem Basza wysłała do Ameryki list, wyrażając w nim chęć przyjazdu do Nowego Jorku, ale wspomniała, że ma w Markiszowie – tak się nazywa nasze miasteczko – narzeczonego i jeśli wuj jej współczuje i chce uratować siostrzenicy życie, powinien zaprosić nas oboje. Najpierw krewny w ogóle nie odpowiadał, później stało się nieszczęście – jego syn zginął w wypadku samochodowym i wtedy dojrzał do decyzji zrobienia czegoś dla Baszy. Wymieniano korespondencję. W końcu napisał, że powinniśmy się pobrać, a on wyśle nas po affidavit. 

Wszystko wyglądało idealnie. Z wyjątkiem tego, że byłem zbyt nieśmiały, aby się ożenić. U nas w miasteczku oznaczało to: zorganizowanie uczty przedweselnej, wezwanie oblubieńca do odczytania Tory w szabat poprzedzający dzień ślubu, obrzucenie rodzynkami i migdałami przez kobiety, wprowadzenie pod chupę, taniec młodej pary i całe zamieszanie, które mnie krępowało. Już na samą myśl o tym wszystkim robiło mi się jednocześnie zimno i gorąco. 

W tym czasie o planowanym zamążpójściu dowiedzieli się matka i ojczym Baszy. Moi rodzice także usłyszeli dobrą wiadomość. Wszystko mogło pójść gładko. Wzięlibyśmy ślub w Markiszowie i wyjechali do Ameryki. Ale zacząłem coś kręcić, kombinować, że pobierzemy się w Warszawie. Wszyscy myśleli, że zwariowałem. 

Wstydziłem się powiedzieć, że nie żenię się z powodu nieśmiałości i zacząłem wymyślać najróżniejsze wymówki. Tak się pogubiłem w tej gmatwaninie, że omal nie oszalałem. Źle sypiałem. Z Baszy matki zrobiłem sobie śmiertelnego wroga. Ale oszustwo i choroba posiadają niesamowitą moc – wyszedłem z opresji obronną ręką. Zarówno moi, jak i jej rodzice pojechali z nami do Warszawy i tam u pewnego „pokątnego” rabina zawarliśmy małżeństwo. 

W miasteczku krążyła plotka, że Basza zaszła w ciążę. Mieszkańcy zupełnie nie wiedzieli, co o tym myśleć. Prawda bywa czasami najbardziej nieprawdopodobna. Kto by się domyślił prawdziwego powodu, dla jakiego ślub wzięliśmy w Warszawie? Nieraz, kiedy dopada mnie szczególne przygnębienie i zaczynam kwestionować wyroki boskie, dochodzę do przekonania, że odpowiedź na wszystko...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy