Ludy żyjące u podnóża Annapurny różnią tradycje i język, łączy zaś tolerancja dla licznych wierzeń. Bo to religia pozwala im przystosować się do życia w cieniu sięgających nieba gór.
Czytaj więcej
Wciąż przyciągasz do siebie osoby z problemami? Angażujesz się w naprawianie życia innych do tego stopnia, że twoje własne zeszło na dalszy plan? To może być znak, że w ratowaniu innych... gubisz siebie.
Czytaj więcej
Niektóre nawyki są ważniejsze niż inne – to nawyki kluczowe. Są one drogą na skróty, bo gdy je zmieniamy, zmieniają się też inne nasze nawyki. Uruchamiają reakcję łańcuchową. Takim nawykiem kluczowym jest siła woli - przekonuje Charles Duhigg.
Czytaj więcej
Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy – twierdził Arystoteles. Nawyki są naszą drugą naturą. Czasem nam sprzyjają, czasem wręcz przeciwnie. Na szczęście możemy je kształtować i w ten sposób zmienić swoje życie. Jak to robić? Od czego zacząć?
Czytaj więcej
Żal mi polityków. Naprawdę im współczuję.
Nietrudno wyobrazić sobie filmowe sceny kłótni – na przykład małżeńskich – w których oboje małżonkowie starają się sobie udowodnić, jakimi to kanaliami, z upływem lat i dogasaniem namiętności, okazali się dla siebie i jaką to kloakę, w miejsce normalnego życia, nawzajem sobie urządzili. W którymś momencie pada zazwyczaj kwestia: „żal mi cię”. Wypowiada się takie słowa na ogół z nieskrywaną pogardą, z grymasem wstrętu (notabene udowodniono, że im więcej takich grymasów w codziennych interakcjach, drastycznie wzrasta prawdopodobieństwo rozwodu). Ze współczuciem ma to wspólnego niewiele. Pisząc, że „naprawdę” żal mi polityków, mam na myśli prawdziwy żal, nie ten filmowy, nie ten podszyty wzgardą.
Jakiś czas temu totalnie wycofałem się z życia politycznego. Brzmi to zabawnie, zwłaszcza, że nie jestem politykiem a mój wpływ na sprawy publicznego kalibru jest mniej niż znikomy. A jednak, nie głosuję (inaczej: wrzucam do urn nieważny głos), a pytany niekiedy o komentarz polityczny – uprzejmie go odmawiam. Jakoś tak… mało mi wygodnie, więcej, brzydzę się. Tematu, siebie w jego kontekście. Bartek „Fisz” Waglewski rapował: „nie dotykam, nie tykam wrednej gęby polityki”. Z kolei Rafał Ziemkiewicz z typowym dla siebie wdziękiem w jednym z felietonów przytomnie stwierdził, że jeśli wybory organizuje się w chlewie, nie można oczekiwać, że raptem zwycięży w nich orzeł. Coś w tym jest, w jednym i drugim. Ale trafia do mnie również cytat z Dana Browna: „Najmroczniejsze czeluście piekieł zarezerwowane są dla tych, którzy zdecydowali się na neutralność w dobie kryzysu moralnego”. Dlatego chwilę pomyślałem o moim stosunku do kryzysu moralnego, do „chlewu”, i doszukałem się: już wiem, że mi jego mieszkańców po ludzku żal.
Usiłuję wzbić się na wyżyny swojej empatii i pojąć złożoność czynników, w których nasi reprezentanci muszą funkcjonować. Myślę o ich dniu, który przez wiele godzin wysycony jest adrenaliną i kortyzolem, myślę o tym, że sami nieustannie spotykają się z wrogością, myślę o tym, że odczuwają nienawiść, o tym, że wszędzie widzą podziały i przeszkody, że przekrzykują się z mównic i w ławach sejmowych komisji, że tak mocno sfokusowani są na pragnieniu władzy, że oni również nie mają czasu by odetchnąć, by nabrać do czegokolwiek odpowiedniej dawki dystansu. I przychodzi mi na myśl jakiś gigantyczny, nieludzki eksperyment na, w gruncie rzeczy, niewiele rozumiejącym ssaku. Po prostu.
Stwierdzenie Ziemkiewicza pozostaje jedynie gorzką diagnozą, pozbawioną prób rekomendacji. Jakie jednak można poczynić rekomendacje w takiej sytuacji? Ze swej strony diagnozę tę pogłębiłbym jeszcze nieco. W wizji Ziemkiewicza to świnie odpowiedzialne są za to, że mieszkają w chlewie. A czy nie jest przypadkiem również tak, że oto mamy wybudowany chlew, który nadaje się do zamieszkania wyłącznie przez świnie? Być może to miejsce determinuje charakter obowiązujących w nim stosunków, a nie odwrotnie? Prawda tradycyjnie oscyluje gdzieś pośrodku, ale i tak świniom już zaczynam trochę współczuć.
Być może jest tak, że świńskość polskiej klasy politycznej jest jedynie epifenomenem, jak czerwień rozgrzanego metalu? Nie wpływa na temperaturę tworzywa, ale jest jej nieodłącznym elementem? Towarzyszy społecznemu klimatowi, ale nie jest już jego przyczyną? Co w takim razie nią jest? O tym za chwilę.
Gdybym miał określić co jest racją bytu polskiej sceny politycznej, co określa całość jej specyfiki, stosunków w jej obrębie, odpowiedziałbym, że jest to pogarda (gdy nieco dłużej się nad jej istotą zastanawiam, nad jej znaczeniem dla samego zadzierzgiwania społecznych więzi, uplasowałbym ją na pierwszym miejscu wśród siedmiu grzechów głównych, wśród których de facto jej brak!). To pierwsza przyczyna, spiritus movens, to z niej wynika obserwowany całokształt. Pogarda ścieka niemal z każdego słowa, które skapuje z ust rządzących. Ale mimo wszystko – śmiem twierdzić – nie jest ona w polskim społeczeństwie niczym wyjątkowym. Polacy są systematycznie do pogardzania przyuczani i w klimacie takim czują się jak przysłowiowe ryby w wodzie. Co gorsza, Polacy nie tylko uczą się pogardy, ale sami, tym sposobem, stają się nacją notorycznie pogardzającą. Pogardzają chętnie, tłumnie i indywidualnie.
A zresztą, czy jest to tylko polska domena? Nieszczególnie. Nie trzeba wcale daleko szukać. Zastanawiający jest na przykład rozziew w komentarzach, jakie pojawiają się pod wszelkimi internetowymi materiałami, ukazującymi różne, dramatyczne sceny. Pod filmami przedstawiającymi piekło wojny nie brakuje jadowitych, agresywnych wpisów, nie inaczej jest w przypadku drastycznych treści ukazujących – choćby – mafijne porachunki. Nie trzeba szczególnie długo grzebać w odmętach sieci, by natrafić na filmy dokumentujące np. egzekucje członków zwalczających się gangów, handlarzy narkotyków, czy policjantów „off-duty”, którzy na własny rachunek urządzają przestępcom nieregulowane prawnie rzezie. Reakcje oglądających to internautów można dokładnie prześledzić i łączy je jedno: od pogardy jest tam aż duszno. Ofiary spotykają się tam z ostatecznym potępieniem, są szkalowane, stają się przedmiotem ironicznych docinek. Oczywiście, nie trafia to na niewiniątka: często ukazana jest tam śmierć morderców, zbrodniarzy. Powinienem w tym miejscu zadać przytomnie jakieś podniosłe retoryczne pytanie, ale nie wiem, jak je skonstruować. Pozostawię to zatem szanownemu Czytelnikowi.
(...)
Więcej z marcowej "Odrze" - zapraszam!
Czytaj więcej
Za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia – pisał kiedyś Honoriusz Balzac, które to słowa zresztą umieścił w przedmowie do „Ojca chrzestnego” Mario Puzo. Co racja, to racja. Choć nie do końca. Przeczytawszy „Sztukę zwycięstwa” Phila Knighta mam wrażenie, że za co którąś wielką fortuną stoją marzenia, choć – przyznaję – brzmi to dość enigmatycznie. By nie powiedzieć – egzaltowanie.
Tak bardzo drażni mnie niekiedy hollywoodzka narracja w rodzaju „wierzę, że potrafię latać, przenosić góry…” Zawsze, gdy słyszę, że wszystko jest możliwe, mam ochotę odpowiedzieć: dobrze, ale najpierw proszę polizać swój łokieć. Nie wszystko jest możliwe. Nie każdy może osiągnąć fortunę. Książka Knighta rzecz jasna nie dąży do takiej smutnawej puenty, w przeciwnym razie prawdopodobnie nie byłaby takim bestsellerem, ale jest pejzażem morderczej pracy – a to skłonność w populacji raczej rzadka. Społeczeństwo konsumpcyjne podsuwa nam pod nos różnorodne wizje odpoczynku, aniżeli ciężkiego kieratu od rana do nocy. Statystyczny konsument na ogół od pracy ucieka i marzy o wiecznych wakacjach. Ale nie Knight. No, ale on nie jest statystycznym konsumentem, prędzej jest jego współtwórcą obok Steve’a Jobsa, Billa Gatesa czy Harlanda „pułkownika” Sandersa.
A zatem nie każdy może odcinać kupony tak, jak czyni to twórca marki Nike. Ale wiele – i to udowadnia historia Knighta – da się wypracować, jeśli tylko w człowieku jest dość przysłowiowej pary. Sukces to nie czysty przypadek. To zdecydowanie więcej, niż samo szczęście. I dużo więcej, niż proste reguły w podręcznikach za 9,90 zł. Strzela mnie szlag, gdy widzę tytuły w rodzaju „kilka magicznych tricków do osiągnięcia celu”. Życie na ogół jest znacznie bardziej złożone, by zamykać je w kilku punktach. Tę chorobę naszych czasów nazwałem zresztą w jednym ze swoich felietonów „wypunktozą”. Knight – całe szczęście – jest od wypunktozy biegunowo odległy. Punkt, jaki mu przyświeca mógłby zostać zamknięty w popularnym powiedzonku: uczciwością i pracą ludzie się bogacą. Tylko tyle i aż tyle. Ot, i cała filozofia. Szczęśliwie, filozofia ta opisana jest na ponad 400 stronach w postaci pasjonującej opowieści o życiu i dążeniu do spełnienia „Szalonego marzenia”.
Książka „Sztuka zwycięstwa” niekiedy opisywana jest jako przystępny podręcznik przedsiębiorczości. Nie mogę zgodzić się z tą powierzchowną „diagnozą”. Tak się składa, że miałem okazję współtworzyć kilka programów studiów, w których przewidziane były moduły służące transferowi postaw przedsiębiorczych. Założenia szczytne, aczkolwiek wielokrotnie mogłem też zetknąć się z opinią, że z przedsiębiorczością jest jak z osobowością – pewnych rzeczy nie sposób dobrze nauczyć, trzeba je wyssać z mlekiem matki a najlepiej – odziedziczyć w genach. W przeciwnym razie, można się do nich co najwyżej zbliżyć, choć zawsze warto próbować. Knight na kartach „Sztuki zwycięstwa” wcale nie stara się „uczyć” przedsiębiorczości. Autor po prostu („po prostu”?) opowiada o kolejnych stacjach na swej drodze. To zwyczajna biografia nietuzinkowego przedsiębiorcy. A może jednak nie taka do końca zwyczajna?
To, co zwraca uwagę niemal od pierwszych akapitów, to powalająca szczegółowość. Tak się składa, że lubię czytać biografie i muszę przyznać, że w rzadko której spotkać można tak drobiazgowy obraz życia – i to właśnie czyni tę książkę wyjątkową a jednocześnie sprawia, że możemy nieco lepiej rozgościć się w umyśle twórcy Nike’ów. Knight uwielbia dygresje, po wirtuozowsku pławi się w detalach. Potrafi odmalowywać szczegóły strategii promocyjnych, by za moment zanurzyć się w historii pojedynczej przyjaźni, znajomości, zwyczajów poszczególnych ludzi, których na swej drodze poznawał całe krocie. Wystarczy krótkie wspomnienie przedmiotu, osoby, dnia… i za chwilę startuje cała lawina wtrąceń. Ale – i to ogromna zaleta książki – maniera ta nie męczy ani przez chwilę. Zdumiało mnie to do tego stopnia, że gotów byłbym zaryzykować twierdzenie, że Knight (osoba bądź co bądź majętna) po prostu napisanie autobiografii zlecił ghost writerowi. Jeśli tak – to był to cholernie dociekliwy i cholernie zdolny ghost writer.
Ale być może to tutaj właśnie tkwi klucz do sukcesu Knighta? Śledząc jego drogę nie sposób odnieść wrażenia, że sposobem do realizacji swego – jak zwykł mawiać – „Szalonego marzenia" byli przede wszystkim inni ludzie. To nawet nie tyle historia sukcesu, ile opowieść o ludziach, których Knight poznawał. To ich wnikliwa charakterystyka, szczegółowy opis relacji, które połączyły ich na wiele lat. Czy byłoby przesadą powiedzieć, że „Sztuka zwycięstwa” to nie tyle opowieść o drodze do hegemonii na rynku sportowego obuwia, ile rozległy esej o dojrzewaniu do wieloletnich przyjaźni?
Knight wielokrotnie podkreśla, że jego ogromną pasją jest bieganie. Osiągał na tym polu nawet drobne sukcesy. Pasję przekuł w zawodowy sukces, to prawda, ale nie można nie odnieść wrażenia, że jego ogromną namiętnością są przede wszystkim inni ludzie, a nie airmaxy. Fascynują go zarówno relacje biznesowe, jak i czysto osobiste, rodzące się na różnym gruncie. Przyznam, że nie spodziewałem się, że w specu od butów doszukam się takich pokładów humanistycznej zadumy! Każda z drugoplanowanych postaci, włącznie z zażartymi konkurentami, traktowana jest przez Knighta jako niezmiernie ważna na swojej ścieżce kariery. Być może w umiejętności dostrzegania w ludziach najdrobniejszych, wyjątkowych cech, drzemie tajemnica sukcesu? „Sztuka zwycięstwa” to w gruncie rzeczy sztuka patrzenia. Knight zdaje się mówić: to od ludzi, których spotykamy na swej drodze zależeć mogą nasze najbardziej kluczowe decyzje. Warto więc poświęcić im trochę czasu.
Nie szukajcie w tej książce przepisu na sukces innego niż „praca, praca, praca”. W ten sposób szybko stwierdzicie, że to banalne. Co innego historie innych, z których utkane jest życie Knighta – to bardzo przyjemna i równie pouczająca perspektywa. W czasach, gdzie mamona jest ostateczną instancją, warto pamiętać o tych prostych prawdach. Zwłaszcza, gdy udziela ich guru biznesu największego formatu.
I już zupełnie na marginesie: czytając „Sztukę…” pobrzmiewał mi w głowie James Doty ze swoim nietuzinkowym podręcznikiem medytacji (patrz kilka wpisów wcześniej). Knight doszedł do podobnych rezultatów inną drogą, bez pomocy dobrej wróżki imieniem Ruth. To tylko potwierdza tezę, że jeśli coś naprawdę mocno wbijemy sobie do głowy, możemy wiele osiągnąć. Ale! Wbijać sobie do głowy też trzeba umieć.
Czytaj więcej
Życie to podróż, wędrówka w poszukiwaniu siebie w sobie, świata w świecie i życia w życiu. Te słowa, chociaż wyglądają tak samo, znaczą coś innego.
Czytaj więcej
Czas nas goni, czasem cieszy, częściej przeraża... Czas nam się wymyka i wciąż pozostaje tajemnicą. Film, jak żadne inne medium, przybliża złożoną i paradoksalną naturę czasu. Pokazuje, jak różnie możemy go doświadczać i jaki mamy do niego stosunek.
Czytaj więcej
Najchętniej jemy to, co znamy. Obawa przed nowymi pokarmami u niektórych przybiera postać choroby.
Czytaj więcej
Terapeuci uzależnień alarmują: coraz więcej kobiet nadużywa alkoholu. Piją coraz młodsze i coraz starsze, czasem intensywniej niż mężczyźni. Dlaczego? Jakiej pomocy potrzebują?
Czytaj więcej
Świat nawyków wygląda inaczej z perspektywy pragmatycznej, a zupełnie inaczej z perspektywy moralnej.
Czytaj więcej
Bóg, jak sądzę, nie mieszka w kosmicznej oddali ani za żadnym murem. Możemy Go zobaczyć w Dziecku, a więc też w każdym człowieku.
Czytaj więcej