Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

31 stycznia 2017

W stronę Marrakeszu

0 253

Życie to podróż, wędrówka w poszukiwaniu siebie w sobie, świata w świecie i życia w życiu. Te słowa, chociaż wyglądają tak samo, znaczą coś innego.

W ostatnie wakacje nie miałem pomysłu, dokąd pojechać z moimi dziećmi – Polą i Kayem. Ponieważ Pola nie chciała rozstać się ze swoim psem, Snowym, pomyślałem, że najlepiej będzie wybrać się kamperem. Ale dokąd? Nie chciałem trafić w miejsca zatłoczone. Przypomniało mi się, że jako piętnastolatek popłynąłem sam do Maroka i zawsze chciałem tam wrócić.

Wyruszyliśmy więc w stronę Marrakeszu. Cel podróży wybrałem – jak zazwyczaj – intuicyjnie; on jest potrzebny po to, by ruszyć z miejsca. Nie do końca wierzyłem, że tam dojedziemy. Liczyła się sama droga i to, by być razem. Chciałem dać dzieciom to, co mogę: moją wiedzę i doświadczenie. A najlepiej można je przekazać poprzez bycie z kimś, znalezienie dla niego czasu, wspólne działanie, o czym przekonałem się chociażby podczas wypraw na bieguny z Jasiem Melą.

W głąb siebie
W życiu jednak nie ma przypadków i okazało się, że wspólna podróż stała się też dla mnie jeszcze jedną podróżą w głąb siebie, a być może nawet początkiem podróży na kolejny biegun.

POLECAMY

Kiedy dokonujemy wyboru, ważne jest, czy płynie on z głębi nas (choć niekoniecznie z głębi naszego ego), czy z zewnątrz. Dlatego, aby móc coś dać, również własnym dzieciom, trzeba tego poszukać w sobie. Człowiek wyrusza w podróż nie tylko po to, by odkryć świat, lecz by odkryć siebie w świecie.

Przypadkowo na pozór wybrane Maroko dla mnie stało się podróżą w głąb życia, a końce moich minionych przygód stały się początkiem świata przygód Poli i Kaya, a także oczywiście Snowy'ego.

Zaczęliśmy od Północy, czyli Szwecji i Danii. W drodze przypomniałem sobie moją pierwszą wielką podróż do Danii – jaką odbyłem samotnie. Miałem 14 lat, czyli tyle, ile ma teraz Pola. Gdzieś daleko, za horyzontem, była Grenlandia, w kierunku której zmierzałem.

Teraz jechaliśmy przez Karlskronę, Kopenhagę, Hamburg, Amsterdam, Brugię, Calais, Paryż, Orlean, Tours, Amboise, Biarritz, Bilbao, Santiago de Compostela, Fatimę, Lizbonę, Tanger, Kadyks, Casablancę aż do Marrakeszu. Podróżowaliśmy razem przez różne światy, światy moich dawnych wypraw. Myślę, że Pola i Kay też mogli – poprzez drobne znaki, wskazówki, jakie dostali ode mnie – podróżować w głąb siebie.

Podróże bowiem niekoniecznie związane są z przemieszczaniem się po kuli ziemskiej. Ważne, by podczas nich świat zewnętrzny poprzez pojawiające się obrazy, sytuacje czy myśli rzucał światło na nasze wnętrze i pozwalał rozświetlić ciemności, w których nieraz bywamy pogrążeni. A szczególnie, jeśli rzadko tam zaglądamy. Natłok informacji i zdarzeń, nieraz bardzo powierzchownych, każe nam sądzić, że ten kolorowy, pełen wrażeń świat jest jedynym, a reszta to złudzenie. Nic bardziej błędnego. Im dalej i dłużej podróżuję przez życie i przez świat, tym bardziej wydaje mi się, że jest dokładnie odwrotnie. Rację miał mój rodak (w sensie małej ojczyzny, Gdańska) Artur Schopenhauer, pisząc o świecie „jako woli i wyobraźni”. Aby zmienić swoje życie i swój świat, trzeba przemienić swoją wolę i wyobrażenia...

Tajemnica rodziny
Podróżowaliśmy więc do Marrakeszu poprzez świat moich przygód z czasów studenckich w Hamburgu i Amsterdamie, wędrówek po Paryżu, Fatimie i Lizbonie. Przebyliśmy cztery tysiące kilometrów, które kiedyś przeszedłem pieszo, wędrując do Santiago – a teraz podobną trasą jechaliśmy razem. Promem podążyliśmy śladem moich rejsów jachtem z Kadyksu i Villamoury przez Atlantyk oraz dziesiątek innych podróży. Jednocześnie odkryliśmy tajemnice Madonny z Brugii, dzwonnika z Notre Dame, życia Leonarda da Vinci w Amboise.

Do tego słuchaliśmy różnych książek – bajek chińskich, bajek perskich, a także przygód Pana Samochodzika, które w przypadku Pana Samochodzika i Fantomasa pokrywały się z trasą naszej podróży. A zarazem nawet przemieszczając się przez całą Europę, ciągle byliśmy w swoim małym domku, jak w muszli ślimaka, ze swoją pościelą, ulubioną piżamą, herbatą, kubkami. Cały czas będąc razem, czuliśmy, że jesteśmy u siebie. To nam dawało poczucie bezpieczeństwa mimo różnych niebezpieczeństw – tych wyimaginowanych i tych prawdziwych – na zewnątrz. Byliśmy razem ze sobą i z samymi sobą.

Na tym polega wielka tajemnica rodziny i dzieci, że będąc bardziej razem, można być bardziej z sobą. Nasze prawdziwe „ja” staje się po części światem zewnętrznym i jest z nim zgodne, a wtedy człowiek jest po prostu szczęśliwy.

Moje bieguny
Oczywiście doświadczyliśmy wielu trudności: nieraz jechaliśmy całą noc i nie było czasu na odpoczynek; nie zawsze od razu był posiłek; często zmęczenie i znużenie dawały się we znaki, ale przezwyciężenie tych trudności niosło radość. Mimo oczywistych ograniczeń czuliśmy się wolni. To od nas zależało, co będziemy robić, gdzie będziemy spać, co...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy