Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

16 listopada 2015

Świat ma wiele pępków

210

Żyjemy w totalnie homogenicznym społeczeństwie. Brakuje nam świadomości, że obok żyją ludzie inaczej wychowani, dumni z innych rzeczy, doświadczeni inną historią, o innym kolorze skóry. I oni nie są gorsi - mówi Ewa Winnicka.

EWA WINNICKA jest reporterką, współautorką scenariuszy do filmów dokumentalnych. Publikuje w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”, „Dużym Formacie” i włoskim „Internazionale”. Dwukrotnie nagrodzona nagrodą Grand Press za teksty o tematyce społecznej. Autorka książek: Londyńczycy, Nowy Jork zbuntowany i Angole. Ta ostatnia została nominowana do nagrody za reportaż im. Ryszarda Kapuścińskiego, do nagrody Nike i jest tegoroczną laureatką Nagrody Literackiej Gryfia.

MAGDA BRZEZIŃSKA: – „Ladies and Gentlemen. Ta ziemia przeżyła dotąd tylko jedną podobną inwazję. W XI wieku mieliśmy tu Wilhelma Zdobywcę. W 1066 roku rozegrała się decydująca o losach Wyspy bitwa pod Has­tings, po której Normanowie zalali Brytanię. (…) Nic się nie równa podobno dwóm milionom Polaków krążących w tę i we w tę po okolicach od 2004 roku” – to fragment artykułu z „Daily Mail”, którym rozpoczyna Pani książkę o polskich emigrantach w Anglii. Autor tego artykułu widzi Polaków jako najeźdźców, i to największych od czasów Wilhelma Zdobywcy. Jak to jest być „najeźdźcą”? Polscy emigranci czują, że dokonali jakiegoś najazdu?
EWA WINNICKA:
– Artykuł reprezentuje dość skrajne podejście do Polaków. Prasa bardziej poprawna politycznie nigdy by sobie nie pozwoliła na tego rodzaju metaforę. Prawdą jest jednak, że Brytyjczycy nie byli przygotowani na taką liczbę emigrantów z kraju, który dość różni się kulturowo od tego, w czym wzrastali. I vice versa. Jedna z moich rozmówczyń, która zjechała cały świat, przyznaje, że dla niej nawet Singapur nie jest tak egzotyczny kulturowo jak Anglia.

Rozmawiała Pani z kilkudziesięcioma Polakami-emigrantami. Wywodzą się z różnych środowisk i w różnych środowiskach pracują – od naukowca, przez robotników, aż po księdza i…złodzieja. Jaka Polska wyłania się z tych rozmów?

– Przez dwa lata podróżowałam po Anglii i rozmawiałam z kilkuset osobami, więc historie z książki to konieczny wybór. Napisałam ją z niezgody na stereotyp, na łatwe etykietowanie Polaków wyjeżdżających za granicę. W debacie publicznej na temat emigracji pojawiają się właściwie tylko dwa kontrastowe obrazy: albo Polaków „na zmywaku” – ciężko pracujących poniżej swoich kwalifikacji, którymi się pomiata, albo Polaków odnoszących wielkie sukcesy w londyńskim City. Politycy są jeszcze bardziej skłonni do uproszczeń. Oczywiście powody, dla których ludzie decydują się na wyjazd, są bardzo różne. Wyjeżdżają zarówno ci, którzy w Polsce nie mogą znaleźć żadnej pracy, jak i tacy, których życie tutaj było tak satysfakcjonujące, że aż nudne. Inni uciekają od trudnych relacji z rodzicami czy małżonkami. Oczywiście przeważają powody ekonomiczne – najliczniejszą grupą wśród emigrantów są osoby przekonane, że tylko dzięki wyjazdowi będą w stanie utrzymać rodzinę. Co często okazuje się pułapką.

Udało się Pani znaleźć w Anglii taką Polskę w pigułce. Jaka ona jest?
– Obawiam się wszelkich generalizacji, nie jestem socjologiem i nie mam takich ambicji. Od czasu do czasu próbuję przyjrzeć się temu, co to znaczy być Polakiem i co takiego jest w plecaku, który nosimy ze sobą przez całe życie. W kraju tak odległym kulturowo od naszego lepiej widać, jacy jesteśmy.
I co jest w tych „polskich plecakach”?
– Coś, co mogłabym nazwać wielkim indywidualizmem, ale równie dobrze nieumiejętnością współpracy ze sobą. Nie potrafimy się organizować, wciąż nie mamy na Wyspach swojej reprezentacji politycznej ani społecznej. Chętnie narzekamy, kiedy ktoś uderzy w nasze interesy, ale nie potrafimy się skrzyknąć, żeby wybrać radnego, który mógłby nas reprezentować. Kilka miesięcy temu polskie gazety pisały o dość absurdalnym konflikcie w jednym z londyńskich przedszkoli. Angielska kierowniczka zakazała polskiej nauczycielce porozumiewać się po polsku z rodzicami polskich dzieci. Kierowniczka czuła się zupełnie bezkarna, sprawa skończyła się w sądzie i z pewnością kosztowała nauczycielkę wiele zdrowia. Jestem przekonana, że gdyby w okolicy działała silna polska organizacja – wystarczyłyby negocjacje. W skali makro nie lubimy, kiedy mówi się o polskich obozach koncentracyjnych, ale przez pół wieku nie potrafiliśmy Zachodu przekonać do naszej narracji. Polacy, którzy w Anglii organizują lokalne grupy wsparcia, przyznają, że współpraca z rodakami jest trudna. Nawet jeśli ich działanie ma polegać jedynie na tym, by zrzucić się po kilka funtów na wynajem salki, w której można się spotkać albo zorganizować zajęcia dla dzieci. Być może wynika to ze skrajnej nieufności.

Co jeszcze zobaczyła Pani w „polskim plecaku”?
– Jest tam pracowitość, która rzuca się w oczy na tle sytych i rozleniwionych bonusami socjalnymi pracowników w zachodnich krajach. Ale jest też niesamowita ambicja. I to taka, która przeras­ta lokalne standardy. Jedna z moich bohaterek pracowała przy taśmie w fabryce produkującej gotowe dania z bekonem. Miała dwóch szefów zmiany – polskiego i litewskiego. Polski menedżer podkręcał tempo taśmy, ponieważ chciał mieć lepsze wyniki niż menedżer litewski, który ustawiał taśmę w normalnym, angielskim tempie. Pracownicy, w tym Polacy, nienawidzili polskiego menedżera. Nie rozumieli, dlaczego zmusza ich do pracy ponad ludzkie możliwości. Moja bohaterka trafiła na przykład do szpitala. Bała się zwrócić uwagę, by nie stracić pracy, ryzykowała własnym życiem.

Brak organizacji, nieufność, pracowitość, ambicja, czasem chorobliwa… Niełatwy bagaż.
– Zabijcie mnie: często i tutaj, i tam nosimy w plecaku mieszankę kompleksu niższości z kompleksem wyższości. Podziwu i pogardy. To oczywiście też nie pomaga w integrowaniu się i uczestniczeniu w życiu kraju, w którym postanowiliśmy zamieszkać.

Ale jesteśmy też wyposażeni w odwagę – taką, jaką wykazała się jedna z bohaterek Angoli. Pani Basia, która sprzątała w Hiltonie, zawalczyła o prawa pracownicze.
– Z odwagą godną podziwu, brawurową, upomniała się o to, by sprzątaczki miały prawo do zagwarantowanego przepisami dnia wolnego, urlopu i chorobowego, by nie zmuszać ich do pracy za darmo po godzinach i by nie obcinano im nie wiadomo dlaczego po kilka funtów z wypłaty. Walczyła samotnie i została sama, nie poszły za nią ani polskie, ani litewskie koleżanki-sprzątaczki z Hiltona. Nie każdy by się na taką walkę zdecydował. Trzymam za nią kciuki.

Żadna z Polek pracujących z panią Basią nie stanęła za nią. Dlaczego?
– Inne dziewczyny nie chciały stracić pracy. Miały na utrzymaniu dzieci, nie wierzyły, że mogą mieć lepszą pracę. Jeśliby szukać powodu braku solidarności w tej konkretnej sprawie – byłaby nią bezradność. Większość zastraszonych dziewczyn z Hiltona nie mówi po angielsku. Nie zna przysługujących im praw. Znosi okrutnego menedżera, bo w piątek wypłaci im tygodniową bieda-pensję. Niektórym wystarcza, że mogą utrzymać rodzinę i czasem stać ich na wakacje. Mieszka się w mieszkaniu wynajmowanym z innymi Polakami i ma się jakie takie poczucie bezpieczeństwa. Ludzie, którzy przyjeżdżają tu ze znajomością języka, mają zupełnie inny start. Mogą przeczytać, jakie mają prawa jako pracownicy i obywatele Europy w innym kraju. Awansują, stają się partnerami Anglików.

Jedna z bohaterek, Joasia, mówi: „ja już uczestniczę w tej kulturze, gram w to: w brak szczerości, arogancję, półsłówka uznaję za swoje, można to nazwać skuteczną asymilacją”. Inny rozmówca, Andrzej, który ukończył świetną angielską szkołę, też mówi o „odgrywaniu roli” – koniecznym, by odnaleźć się w pewnej sferze. Jak się z tym graniem czują?
– Mówi pani o dwóch bohaterach, którzy przyjechali do Anglii świetnie wykształceni i ze świetnym angielskim, dzięki czemu szybko zorientowali się, jakie w tym społeczeństwie panują reguły. I podjęli decyzję, że w to wchodzą. Bo żeby być wydawcą książek, jak Joasia, czy pracownikiem wyższego szczebla gdzieś w londyńskim City, jak Andrzej, trzeba uczestniczyć w tej grze. Dokonali wyboru, a zysk z uczestnictwa równoważy ewentualne straty.

Ci, którym udaje się wejść do tej brytyjskiej gry, używają też innych metafor. Czterdziestoletni Romek opowiada o tym, jak stał się częścią „umeblowania” firmy.
– Romek szybko się zorientował, że przepustką do świata, do którego aspiruje, jest absolutna znajomość angielskiego kodu kulturowego. Czyta więc opasłe słowniki z wyrażeniami, o których połowa mieszkańców tego kraju nie ma pojęcia. Uczy się tych słówek,...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy