Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

2 lipca 2018

Wspólne tupanie

0 286

Gdy ludzie tupali razem z eksperymentatorem, chętniej zgadzali się zrobić krzywdę kompletnie nieznanej osobie. Nieprzypadkowo we wszystkich totalitaryzmach wymusza się podobny ubiór i gesty – mówi Wojciech Kulesza.

Karolina Rogaska: Jak mówi przysłowie, przeciwieństwa się przyciągają. Inne zaś twierdzi, że ciągnie swój do swego, że lubimy ludzi do nas podobnych. Co nas zatem ku sobie przyciąga?
Wojciech Kulesza: Od kilku lat na zajęciach z psychologii miłości proszę studentów, żeby przypomnieli sobie ważne osoby ze swego życia, takie, z którymi nie są związani więzami krwi. Następnie mają oszacować, na ile każda z tych osób jest do nich podobna. Odpowiedzi mieszczą się pomiędzy 55 a 75 procent podobieństwa, nie jest to więc wybitnie wysokie podobieństwo. Z kolei badania psychologiczne pokazują, że podobieństwo jest kluczem do sympatii – a im większe, tym lepiej. Co innego mówią nasze przekonania, a co innego eksperymenty.

To jak jest naprawdę?
Myślę, że rzecz w metodologii badań, tu jest pies pogrzebany. Wyobraźmy sobie, że chcemy sprawdzić, jaki jest stosunek ludzi do osób o przeciwnych upodobaniach. Trudno jednak określić, co jest przeciwieństwem na przykład zamiłowania do żeglugi. Chodzenie po górach? Uprawianie ogródka? Z moim zespołem zrobiliśmy jedno z nielicznych badań, gdzie próbowaliśmy zastosować całkowity antagonizm. Kiedy osoba badana wykonywała jakiś ruch, badacz robił coś zupełnie odwrotnego – ona szła do przodu, on do tyłu. Okazało się, że takie zachowanie rodzi tak samo silne lubienie, jak wykonywanie identycznych czynności. Wygląda więc na to, że naśladownictwo jest bardziej złożonym mechanizmem, niż pierwotnie sądzono. Paradoksalnie: podobieństwo może kryć się w przeciwieństwie.

Badania dowodzą, że lubimy osoby, które naśladują nasze zachowanie. Często dzieje się to nieświadomie. Skąd się bierze taki odruch?
Można powiedzieć, że się z nim rodzimy. Niemowlęta już w 72. godzinie życia zaczynają naśladować inne dzieci. Powielają ich płacz. Zresztą naśladownictwo jest znane u wielu gatunków zwierząt. Tyle że większość z nich stosuje je, aby „zjeść albo nie zostać zjedzonym”. Ludzie zaś naśladują się, by tworzyć relacje społeczne. Neurony lustrzane, które pozwalają nam wychwytywać nastroje innych ludzi i empatyzować z nimi, są empirycznym dowodem na to, że jesteśmy „zalinkowani”, „podłączeni”. Nasze umysły są predysponowane do tego, by współbrzmieć z umysłami innych ludzi. Potrafimy nawet wyprzedzać odruch naśladowania! Oliver Genschow i Marcel Brass pokazywali badanym film, na którym aktorce opadał pukiel włosów. Badani poprawiali swoje włosy, zanim zrobiła to kobieta na ekranie.

W jaki sposób naśladownictwo wpływa na relacje społeczne?
Jest spoiwem, łączy ludzi. Pozwala tworzyć satysfakcjonujące, pełne zaufania i zrozumienia relacje. Czasem służy też do wywierania wpływu na innych, przypodobania się komuś.

A czy może przeszkadzać?
Niewiele jest badań, które pokazują, że naśladowanie niesie ze sobą jakieś szkody. Na pewno są momenty, kiedy celowo z niego rezygnujemy. Jeśli jesteśmy w związku romantycznym i rozmawiamy z piękną osobą płci przeciwnej, to prawdopodobnie automatycznie powstrzymamy się od naśladowania, by nie przekroczyć pewnej granicy, i by nie pojawiła się zbyt duża sympatia. Co do szkód... Gdybym panią teraz naśladował, to gorzej wykrywałbym kłamstwo. Ponadto jeśli robiłbym to świadomie, gorzej funkcjonowałbym poznawczo. Traci też osoba naśladowana – z naszych niedawnych badań wynika, że spada jej sympatia do siebie i samoocena, choć jednocześnie rośnie jej przychylność dla naśladowcy. Działa on więc czasem jak pijawka, która wysysa z innych poczucie ich własnej wartości.

Wydaje się zatem, że naśladowca jest w lepszej pozycji...
Holenderskie badania dowodzą, że obie strony zyskują na lubieniu dzięki naśladowaniu. Z kolei eksperyment, który przeprowadziliśmy wspólnie z Sylwią Kot, pokazuje, że tylko naśladujący czerpią korzyści, czyli są bardziej lubiani. Generalnie jednak za mało mamy dotąd rzetelnych danych, by orzec, jak to naprawdę wygląda. Potrzeba dalszych badań, by odpowiedzieć na to pytanie, i dlatego ta dziedzina jest tak pociągająca.

Mówimy cały czas o naśladowanym i naśladowcy. Czy w naturalnych warunkach, poza eksperymentami, ten podział jest tak ostry?
Bliższa życiu jest teoria synchronizacji – zgodnie z nią nie ma tego podziału, po prostu wzajemnie zaczynamy odzwierciedlać swoje zachowania. W eksperymentach prosi się badanych, żeby chodzili, zaczynając od tej samej nogi, albo tak samo kołysali kubkiem. Kiedy ludzie się synchronizują, dopasowują do siebie, są skłonni więcej inwestować w grupę, lepiej kooperują.

Mówimy o powtarzaniu gestów. A czy naśladujemy się też pod względem przeżywanych emocji?
Tak. Na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie jest ogromne laboratorium, gdzie analizuje się tylko ekspresje mimiczne – badacze izolują je, sprawdzają pracę mięśni i w ten sposób dowodzą, że wyrażane emocje też są powielane. Z profesorem Andrzejem Nowakiem z Uniwersytetu SWPS zrobiliśmy badanie, gdzie emocje badanych były naśladowane, ale nie wprost. Badany widział coś w rodzaju wykresu odczuwanych przez partnera emocji i obok widział wskaźniki swoich emocji. Mógł więc porównać, na ile partner naśladuje jego emocje. Nawet nie widząc naśladującego, badani lubili go bardziej dzięki temu, że odzwierciedlane były ich własne emocje. Naśladownictwo dotyczy też mowy. Można naśladować tempo, sposób wypowiedzi, używane słownictwo. Badania dowodzą, że zarażamy się konkretnymi gestami, mimiką, pantomimiką, sposobem mówienia, ziewaniem i ś...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy