Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

26 stycznia 2016

Człowiek. Instrukcja obsługi [Psychologia dziś]

0 371

Błądzimy wszyscy. Wszyscy, tylko nie ja. Błędy widzimy głównie u innych. Ci, którzy potrafią dostrzec je u siebie, są nie tylko bliżsi prawdy, ale także bardziej wytrwali, skuteczni i zdrowsi - twierdzi Hanna Brycz.

Dorota Krzemionka: – Można ułożyć instrukcję obsługi człowieka, jak sugeruje tytuł Pani książki?
Hanna Brycz: – Oczywiście nie. Tytuł jest prowokacją. Ma budzić zaciekawienie.

I budzi. Nie tylko tytuł. W książce dowodzi Pani, że padamy ofiarą samooszustwa. Udajemy, że nie dotyczą nas błędy poznawcze, które dotyczą wszystkich. Wszyscy tak się oszukujemy?
– Wszyscy. Ja też!

A przecież chcemy mieć wiedzę o ludziach i sobie. Dzięki niej potrafimy przewidywać, co się stanie, planować działania. I wierzymy, że taką wiedzę mamy!
– Co więcej, również psychologowie, jak choćby Fritz Heider czy Harold Kelley, początkowo sądzili, że człowiek jest intuicyjnym naukowcem, który w poznaniu siebie i innych posługuje się rzetelnymi metodami obserwacji.

Ale tak nie jest?
– Nie. Już cztery dekady temu Daniel Kahneman i Amos Tversky dowiedli, że nasz umysł chadza na skróty. Od tego czasu lawinowo gromadzone są dowody, że poznanie społeczne jest tendencyjne, obarczone błędami. Wszyscy im ulegamy z różnych powodów. David Krackhardt i Martin Kilduff uważają, że w ten sposób próbujemy uzupełniać luki w informacjach. Inni badacze, jak William Ickes i Jeffry Simpson, dopatrują się w błędach odbicia naszych celów i motywów.

Opisała Pani aż 129 prawidłowości zakłócających nasze poznanie i funkcjonowanie. Które najbardziej?

– Prawie wszystkie są wyrazem irracjonalności. Ale myślę, że najbardziej niebezpieczny może być częsty błąd korespondencji, czyli samopotwierdzania się hipotez. Wynika on z naszej skłonności do zachowania równowagi, zgodności między tym, co wiemy, a tym, co się dzieje. W efekcie posiadana przez nas wiedza wpływa na to, jak postrzegamy rzeczywistość. Często na podstawie pierwszego wrażenia formułujemy sąd o jakiejś osobie a potem dopasowujemy do niego kolejne informacje na jej temat. Ludzie przekonani, że Romowie kradną, po zetknięciu się z nimi przeszukują kieszenie i zwykle stwierdzają, że ileś złotych już im ubyło. A ci, którzy uważają, że ludzie są źli, swoim zachowaniem prowokują mimowolnie ich agresję i w ten sposób potwierdzają sobie te przekonania.
Błąd korespondencji może mieć niekiedy opłakane skutki, na przykład w medycynie. Gdy lekarz wstępnie zdiagnozuje u pacjenta zapalenie oskrzeli i przepisuje mu antybiotyk, nie sprawdza już innych hipotez, choćby takiej, że również nieleczony refluks żołądka może być przyczyną zapaleń górnych dróg oddechowych. Potwierdza sobie pierwszą hipotezę. Nawet naukowcy ulegają tej tendencji i upojeni swoją koncepcją pomijają niezgodnie z nią wyniki. To wielki grzech!

Niektórymi błędami grzeszymy jeszcze bardziej...
– Tak, na przykład nadmierną generalizacją – gdy na podstawie pojedynczego przypadku wnioskujemy o całych grupach, co prowadzi do stygmatyzacji. Słuchałam kiedyś rozmowy z Januszem Korwin-Mikkem. Opisując różnice między płciami, podał przykład, że koń jest duży, myszka mała, w związku z tym konie – czyli mężczyźni – nadają się do pracy, a kobiety, jak te myszki, powinny siedzieć w domu. Redaktorka, która z nim rozmawiała, nie potrafiła nic sensownego odpowiedzieć.

Może zregresowała się do pozycji myszki...

– A może pojawił się u niej efekt ogłupienia, o jakim pisze Roy Baumeister, dowodząc, że członkowie wykluczonych grup gorzej funkcjonują mentalnie. Tak czy inaczej nadmierna generalizacja ma poważne konsekwencje – jeśli ktoś na podstawie pojedynczego przypadku twierdzi, że tylko mężczyźni potrafią pracować, to może zmniejszyć szanse kobiet na rynku pracy.
Innym groźnym błędem jest dehumanizacja ofiary. Kiedyś tego terminu używano wobec okrucieństw, jakich dopuszczano się w czasie wojny. Amerykańscy żołnierze zabijając mieszkańców My Lai, myśleli o nich per „żółtki”. Okazuje się jednak, że wszyscy możemy mieć skłonność do dehumanizacji, broniąc pozytywnego wizerunku własnej osoby. Jeśli kogoś skrzywdzimy, to nie przepraszamy go, nie próbujemy zadośćuczynić, ale na dodatek przypisujemy mu negatywne cechy. By móc myśleć o sobie dobrze, deprecjonujemy ofiarę.

I w ten sposób możemy uznać, że sama jest sobie winna. My jesteśmy moralni...

– O swojej moralności niewiele myślimy, to innych oceniamy na tym wymiarze. A te oceny są bardzo rygorystyczne, co wykazał Bogdan Wojciszke. W atrybucji moralności ujawnia się bowiem asymetria: informacje negatywne są tu zdecydowanie bardziej diagnostyczne niż pozytywne. Zachowania moralne są bowiem powszechne, więc niewiele o kimś mówią. Nawet mafioso daje datki na cele dobroczynne. Natomiast niemoralny postępek – brak pomocy, kłamstwo, kradzież – wyróżnia osobę i silnie wpływa na jej ocenę. Po jednym grzechu potrzeba aż dziesięciu moralnych zachowań, by bilans wyszedł na zero. Tyle tylko, że występki widzimy głównie u innych. Jeśli sami zgrzeszymy, zawsze potrafimy się usprawiedliwić. Siebie oceniamy częściej pod kątem kompetencji, a w tym obszarze bardziej diagnostyczne są informacje pozytywne. Możemy kilka razy się wygłupić, wystarczy jedno osiągnięcie, świetnie zdany egzamin, by bilans wyszedł na plus.

Czasem jednak wiele robimy, by nie zdać egzaminu, pogrzebać swoje szanse...
– Takie samoutrudnianie, czyli ujawniona w eksperymentach Edwarda Jonesa i Stevena Berglasa tendencja do „rzucania sobie kłód pod nogi”, pojawia się, gdy jesteśmy niepewni własnych kompetencji. Unikamy wówczas diagnostycznych informacji o swoich zdolnościach i możliwościach. Zamiast uczyć się do egzaminu, rzucamy się w wir imprez albo gotowi jesteśmy całą noc siedzieć przy chorym koledze. Zmniejszamy w ten sposób szanse sukcesu, ale dostarczamy sobie i innym usprawiedliwień na wypadek ewentualnej porażki. Chronimy w ten sposób pozytywny obraz Ja w ważnych dziedzinach, takich jak ocena własnej inteligencji, kosztem obniżenia samooceny w mniej istotnych sprawach, jak choćby lenistwo.

Czy znajomość tych prawidłowości pozwala im nie ulegać?
– I tak, i nie. Nie musimy im ulegać – są one generalizacją statystyczną, a nie prawami fizyki: wszystkich nas obowiązuje prawo grawitacji, ale nie zawsze musimy na przykład przeceniać swój udział w pracy zespołowej. Choć zwykle przeceniamy, bo łatwiej przypominamy sobie to, co sami zrobiliśmy, niż to, czego nie zrobiliśmy, lub to, co robili inni. W efekcie, gdy każdy ma określić procentowo, jaki jest jego udział w zespołowym sukcesie, to, jak pokazali Michael Ross i Fiore Sicoly, w pięcioosobowym zespole suma szacunków sięga czasem 300 procent. To dlatego, gdy szef przyznaje pracownikom równe premie, wierząc, że będzie to sprawiedliwe, oni są oburzeni, bo każdy z nich ma poczucie, że włożył więcej wysiłku niż pozostali we wspólny efekt. Wiedza o tym złudzeniu może złagodzić potencjalne konflikty i złość na innych – trudno buntować się przeciw regułom fu...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy