Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Otwarty dostęp

20 sierpnia 2021

NR 9 (Wrzesień 2021)

Wolni od perfekcjonizmu, wolni od oceniania

471

Nikt nie jest doskonały. Dlaczego więc tak wielu próbuje takim być, dodając sobie niepotrzebnego cierpienia? Dlaczego tak trudno spojrzeć na siebie jak na zachód słońca albo morskie fale? Czy patrząc na nie, oceniamy: ta za mała, ta zbyt spieniona, a ta krzywo płynie? Dążenie do perfekcji stało się przekleństwem naszych czasów. Jak się od niego uwolnić? 

„Cóż, nikt nie jest doskonały” – oznajmia Osgood Fielding III swojej ukochanej, gdy ta wyznaje mu, że… jest mężczyzną. Wszyscy znamy i kochamy te słowa, które padają w ostatniej scenie z filmu Pół żartem, pół serio. Przyjmujemy je z rozbawieniem, ale też z ulgą – jako przyzwolenie na to, że nie spełniamy cudzych oczekiwań albo własnych. Nawet wtedy, gdy dotyczą kwestii tak istotnej jak płeć! 

Nikt przecież nie jest doskonały – chętnie przywołujemy ten cytat, gdy tłumaczymy swoje drobne pomyłki czy niedociągnięcia. Dlaczego więc tak wiele osób próbuje dążyć do perfekcji, dodając sobie niepotrzebnego cierpienia? Komu potrzebna jest nasza nieomylność? Dążenie do doskonałości stało się przekleństwem naszych czasów. Czy można temu zaradzić?

Wygląd ciała ma znaczenie

Wymarzona doskonałość często ogranicza się do wyglądu – to kolejny znak czasu. Z ewolucyjnego punktu widzenia dążenie do idealnego wyglądu oczywiście ma sens – zwiększa szanse na znalezienie partnera/partnerki i na sukces reprodukcyjny. Jednak nigdy wcześniej w historii świata nie było tak wielkiej, globalnej presji na perfekcyjny wygląd. Co ciekawe, wzorzec piękna kreowany przez media rozmija się z zaleceniami zdrowotnymi oraz oczekiwaniami potencjalnego partnera. 

POLECAMY

Badanie przeprowadzone przez BadGirlsBible pokazało, że 50% mężczyzn wolałoby, by ich partnerki schudły, podczas gdy schudnąć chciało aż 87% kobiet. Blisko połowa, bo 46% panów uważało, że waga ich partnerki jest idealna, tymczasem zaledwie 
9% kobiet określiło swoją wagę jako idealną! Dlaczego i dla kogo chcą być szczuplejsze? Ile czasu, energii, pieniędzy i frustracji, a także zdrowia kosztuje je zmaganie się z wagą własnego ciała? Wspomnieć należy, że w przypadku męskich ciał te różnice w oczekiwaniach nie były aż tak duże.
Wygląd ma znaczenie. Na jego podstawie wnioskujemy o czyichś intencjach i podejmujemy zasadnicze decyzje: zbliżyć się do kogoś czy raczej wycofać, podtrzymać kontakt czy dać sobie spokój. Podejmujemy je w oka mgnieniu: Alex Todorov, psycholog z Princeton University, dowiódł, że pierwsze wrażenie przesądzające, czy obdarzymy kogoś zaufaniem, powstaje w ciągu zaledwie 100 milisekund, a przy dłuższej ekspozycji jedynie się pogłębia. Choć wydaje nam się, iż budowanie zaufania to długotrwały proces, badania z wykorzystaniem neuroobrazowania pokazują, że decyzja, czy komuś zaufać, powstaje błyskawicznie i związana jest z aktywnością w ośrodku lęku.

Zależy nam na wyglądzie. Jak powtarzają trenerzy interpersonalni: nie można drugi raz wywołać dobrego pierwszego wrażenia. Skąd jednak przymus bycia perfekcyjnym? Skąd lęk przed ujawnieniem, jacy jesteśmy naprawdę?

Perfekcjonizm jako posag od rodziców  

Magda ma 21 lat, doświadczyła już niejednej traumy. Spotykam się z nią od pół roku i często podczas sesji pojawiają się łzy, choć nie zdarzyło się, żeby przyszła bez makijażu. I nie jest to muśnięte tuszem do rzęs oko, lecz pełny, idealny makijaż już o godzinie 8:00 rano. Magda nie wyobraża sobie, żeby wyjść z domu bez niego. Jest jej tarczą i ochroną. Dzięki niemu jest w stanie patrzeć ludziom w oczy. Gdy zaproponowałam, by dopisać brak makijażu na listę celów terapeutycznych, spojrzała na mnie, jakbym spadła z księżyca. Wycofałam się i nie podejmę tego tematu, dopóki nie przepracujemy wszystkich traumatycznych wydarzeń z jej życia. A było ich dużo… od nieustających kłótni rodziców, po psychiczne znęcanie się nad nią w gimnazjum i próbę gwałtu na imprezie w liceum. 

Dążenie do doskonałości często ma głębsze korzenie i zwykle zaczyna się w rodzinnym domu. Na przykład zbyt wymagający, krytyczny rodzic, który nie umie kochać bezwarunkowo, któremu ciągle jest mało i chętnie pławiłby się w blasku odbitym od dokonań swych dzieci, może wychować buntowników albo perfekcjonistów. W obydwu przypadkach będą to osoby niespełnione, mające trudność w znalezieniu sensu i radości życia. I choć perfekcjonistka na pozór może się cieszyć powszechnym uznaniem, wewnętrzne cierpienie nie pozwoli jej zaznać spokoju. Będzie gonić za nieosiągalnym w nadziei, że kiedy już będzie naprawdę doskonała, czyli np. osiągnie wagę 50 kg, obroni doktorat, dostanie awans – wtedy wreszcie ktoś ją pochwali, ktoś pokocha, zatroszczy się o nią. I doświadczy wreszcie bezwarunkowej miłości i akceptacji, której nigdy wcześniej nie zaznała. Nie dopuszcza do siebie, że to się nigdy nie wydarzy. 

Z drugiej strony mamy rodziców, którzy zachowują się niedojrzale. Nie potrafią postawić granic, są niekonsekwentni, nie do końca wydolni. Mogą być nałogowcami albo cierpieć na przewlekłą chorobę. Wychowują, jak określiła to w tytule swojej monografii prof. Katarzyna Schier, „dorosłe dzieci”. Dzieci, które choć nie mają ku temu dostatecznych zasobów, przejmują odpowiedzialność za dom, rodzeństwo, za siebie, a w skrajnych przypadkach także za rodziców. Wierzą, że muszą być doskonali, bo inaczej wszystko się zawali, świat się skończy. To przekonanie wnoszą niczym przeklęty posag do dorosłego życia i nie widzą w nim nic złego. Do czasu, aż zaczynają się pojawiać ataki paniki, choć na pozór wszystko jest pod kontrolą i życie sprawnie się toczy. 

Odczuwamy przymus perfekcjonizmu. Lękamy się ujawnić, jacy jesteśmy naprawdę. Przecież nie można drugi raz wywołać dobrego pierwszego wrażenia.

Czego tak naprawdę się boimy?

Niedawno koleżanka z przerażeniem opowiedziała mi, że w poczekalni kliniki medycyny estetycznej była jedyną osobą po pięćdziesiątce. Cała reszta to piękne, młode dziewczęta, które postanowiły być jeszcze piękniejsze, choć wydaje się to niemożliwe. Nie ma oczywiście nic złego w tym, żeby coś w swoim wyglądzie poprawić. Problem pojawia się, gdy nie można się zatrzymać, a kolejna operacja nie likwiduje przekonania, że nadal jest z nami „coś nie tak”. 

Do tego dołączają się media społecznościowe, które prowokują do porównań i konkurowania z wyretuszowanym obrazem prezentowanym przez innych użytkowników. Zastanawiam się, jak wszechobecne filtry, używane dziś przez nastolatki przy obróbce zdjęć, wpłyną na ich postrzeganie siebie, gdy dorosną. Czy dzieci, które się nimi bawią, rozmawiając przez różne komunikatory, i które nawzajem się nakręcają, by być jeszcze lepszym nawet w byciu najgorszym, złapią kiedyś dystans do społecznej presji?

To wszystko budzi, jak to trafnie ujęła moja pacjentka, „kolorowy korowód tłustych demonów”, a wśród nich strach przed oceną, strach przed odrzuceniem, strach przed samotnością, brak poczucia bezpieczeństwa, nadmiarową potrzebę uwagi i niską samoocenę. Dorzucę do tego jeszcze tkwienie gdzieś pomiędzy patriarchatem a czymś nowym, nie do końca rozpoznanym. Nie zapomnę chwili, gdy usłyszałam, kiedy moja mama – kobieta niezwykle postępowa i niezależna – tłumaczyła swojej wnuczce: „Pamiętaj, musisz się starać bardziej, bo jesteś dziewczynką”. Zagotowało się we mnie i wykrzyknęłam, że to nieprawda! Po chwili mama też zrozumiała, co powiedziała. Ale coś w tym jest. Nadal my, kobiety musimy starać się bardziej: więcej wiedzieć, ciężej pracować, lepiej wyglądać – a wszystko po to, by udowodnić, że możemy wykonywać tę samą pracę za te same pieniądze co mężczyźni. 

Z drugiej strony kobieca walka o równość nie daje nowej przestrzeni mężczyznom. Tomek, 35-letni pracownik korporacji, opowiadał ze łzami w oczach, że musi pracować po nocach i być jeszcze lepszy, żeby udowodnić swojej szefowej, że nadaje się na swoje stanowisko. Sama spędziłam ponad 18 lat w branży reklamowej, więc wiem, kiedy rzeczywiście nie ma innej opcji i trzeba zawalić noc. W przypadku Tomka takiej konieczności nie było. Zajęło nam ponad dziewięć miesięcy, by nauczył się, że praca wykonana rzetelnie i na czas jest dokładnie tym, czego oczekuje jego przełożona. Wszystko ponad to było wyrazem jego braku wiary w siebie i zaniżonej samooceny. 

Odzyskaj równowagę. Tylko pomagasz i pomagasz

Gdy zaczynałam swoją przygodę jako terapeuta, oczywiście chciałam być terapeutą idealnym. Nieustająco czytałam, brałam udział w warsztatach i szkoleniach, prowadziłam bezpłatne konsultacje, a nawet zgadzałam się na pracę do 22.00! Wytrącił mnie z tego stanu mój młodszy syn. Gdy powiedziałam, że zajmę się nim za chwilę, bo teraz muszę coś doczytać, by móc pomóc pani, z którą się wieczorem spotykam, kilkuletni Ben wykrzyknął: „Ty tylko pomagasz i pomagasz, a ze mną się w ogóle nie bawisz!”. 

Nie ma nic złego w doszkalaniu się, wykonywaniu swojej pracy uczciwie i z zaangażowaniem. Problem pojawia się, kiedy tracimy równowagę, kiedy chęć bycia doskonałym terapeutą, doskonałą mamą, doskonałym studentem czy pracownikiem zasłania nam wszystko inne i nie pozostawia przestrzeni na możliwość doświadczania z otwartością i bez oceny tego, co niesie życie. 

Istnieje różnica między dążeniem do perfekcji, a dążeniem do osiągnięcia sukcesu. Sportowiec, który chce wygrać wyścig, ma zupełnie inne nastawienie niż sportowiec, który chce być zawsze i pod każdym względem doskonały. Ten drugi może doświadczyć po jakimś czasie depresji, zaburzeń lękowych lub zaburzeń odżywiania, ponieważ wcześniej czy później zdarzy mu się jakiś błąd – nikt przecież nie jest doskonały. Nie będzie w nieskończoność wygrywać, a to, czy inni będą go lubić i szanować, nie zależy tak naprawdę od jego wyników. 

Nie jestem perfekcyjnym terapeutą. Niedawno podczas sesji online kątem oka zauważyłam żółtego ptaka, który usiadł na drzewie naprzeciw okna i… zagapiłam się na niego. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Gdy dotarło do mnie, co robię, powiedziałam: „Mam za oknem neonowo żółtego ptaka! Przepraszam, że nie jestem z panią, co ze mnie za terapeuta!” i… obydwie się roześmiałyśmy. 

Możesz być, kim jesteś. Możesz zajmować się tym, co dla ciebie ważne. Nie musisz ulegać innym ludziom. Możesz się do nich uśmiechać i robić swoje we własny, niepowtarzalny i nieperfekcyjny sposób. I jak Ci to brzmi?

Jestem zjawiskiem, nie problemem

W nazywaniu moich słabości, wpadek i tego wszystkiego, co ludzkie, a przede wszystkim w nieudawaniu, że tego nie ma, pomógł mi Kelly Wilson, współtwórca terapii akceptacji i zaangażowania, a także mistrz świata w akceptacji. Kelly zawsze powtarza, że człowiek nie jest problemem do rozwiązania, lecz zjawiskiem.

Zmywarka ma pozmywać naczynia – to konkretne zadanie, którego efekt jest dokładnie określony. Łatwo więc zauważyć, kiedy zmywarka przestaje działać idealnie. Ale człowiek ze swej natury nie może być idealny, ponieważ jest zbyt wielowątkowy i wielowymiarowy. Zamiast to doceniać, próbujemy zamieniać się w maszyny. Po co?

Popatrz na siebie jak na zachód słońca albo na wschód – jak wolisz. Lub jak na majestatyczną panoramę gór albo listek, który właśnie spadł z drzewa. Czy kiedy obserwujesz morskie fale, m...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy