Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

17 lipca 2019

Dobrze nie robić nic

129

W codziennej pogoni marzymy o wolnej chwili. A zarazem robimy wiele, by nigdy jej nie zaznać. Szkoda, bo warto nie robić nic. Bowiem kiedy nic się nie dzieje, zdarzają się najważniejsze rzeczy. Jak zatem zatrzymać się, żyć niespiesznie w kontakcie ze sobą i światem?
 

Co piąty uczestnik badania przeprowadzonego rok temu przez Główny Urząd Statystyczny przyznał, że nie ma w ciągu dnia wolnej chwili; zdarza się, że czasu brakuje nawet na wykonanie koniecznych zajęć. Z kolei co czwarta osoba odpowiedziała, że czasu wystarcza jej na wszystko bez specjalnego pośpiechu, a niektórym wydaje się, że mają go aż za dużo i czasem się nudzą. A ty ile masz czasu? Czy znalazłeś dziś chwilę tylko dla siebie? W jakim tempie upływa ci dzień?

Trudno robić nic

Czasami marzymy, by nie musieć robić dosłownie nic. Pozwolić sobie na zupełną dezaktywację, dolce far niente. Z badań przeprowadzonych przez zespół psychologów pod kierunkiem Timothy’ego Wilsona z Uniwersytetu Virginia wynika jednak, że słodkie nieróbstwo wcale nie jest tak słodkie. Gdy badani przez kilkanaście minut zostali sami, bez muzyki czy czegoś do czytania, bez dostępu do smartfona, pozostawieni tylko z własnymi myślami, to większość z nich odczuwała dyskomfort.

Uczestnicy byli w różnym wieku – od 18 do 77 lat, różnili się też bagażem doświadczeń, ale stojąc przed wyzwaniem nicnierobienia, reagowali podobnie. Jak opowiadali, podczas tych kilku minut w samotności mieli problem ze skupieniem się na czymkolwiek. Część z nich wykonywała to ćwiczenie we własnych domach, a nie w laboratorium – i jak przyznali, nie udało im się wytrwać. Łamali wytyczne naukowców: włączali radio, korzystali ze smartfona i wstawali z miejsca, nie potrafili nawet przez kilka minut nic nie robić.

Naukowcy poszli krok dalej. Spytali uczestników, co wolą: ponownie posiedzieć w ciszy, nic nie robiąc, czy zostać uderzonym prądem o średniej mocy. Uprzednio zaaplikowano im taki wstrząs, mieli więc świadomość, jak to boli. A mimo to połowa uczestników wcisnęła przycisk generujący prąd, by skrócić czas przebywania w samotności. Najwyraźniej pozostanie przez kwadrans sam na sam z własnymi myślami było dla uczestników tak odpychającym przeżyciem, że woleli razić się prądem, by tego uniknąć.

Poganiacze samych siebie

Dlaczego tak trudno powstrzymać się od aktywności i pozostać sam na sam ze sobą? Na pewno nie bez znaczenia jest to, że w opisanym eksperymencie epizod „nicnierobienia” nie pojawiał się spontanicznie, lecz wynikał z polecenia eksperymentatora. To jednak nie wyjaśnia w pełni dotkliwości przeżyć. Wiadomo, że nawet gdy sami decydujemy się zrobić sobie przerwę, rzadko pozostajemy bezczynni. Angażujemy się w jakieś aktywności, które odciągają uwagę od tego, co się w nas dzieje. Umysły większości z nas, gdy nie mają jasno postawionego zadania, stają się źródłem stresu. Zamiast relaksować się w ciszy i spokoju, już po chwili miotają się w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia, produkują chaotyczne myśli, snują plany albo rozpamiętują minione dni, po prostu nudzą się.

Filozof Blaise Pascal już w XVII wieku pisał w swym zbiorze Myśli: „całe nieszczęście ludzi pochodzi z jednej rzeczy, a mianowicie z tego, że nie umieją pozostać w spokoju i w izbie”. Niepokój i dyskomfort płynący z nicnierobienia towarzyszy nam od wieków. A współczesne technologie informatyczne i Internet tworzą nowe możliwości zajmowania umysłu i zakłócania spokoju wewnętrznego. Żyjemy w epoce zgiełku, zalewani informacjami i rozmaitymi atrakcjami. Wszystko dzieje się coraz szybciej, błyska, migoce, by przyciągnąć naszą uwagę. W naszym życiu nie ma już oczywistych pauz.

Drzemkę zastąpiło picie kawy, siedzenie w restauracji – zabieranie jedzenia na wynos i spożywanie go w drodze do domu lub pracy. Zamiast przechadzać się – przemieszczamy się z miejsca na miejsce, zawsze w konkretnym celu. Zabiegani, rozgorączkowani, robimy mnóstwo rzeczy naraz, myśląc równolegle o wielu innych sprawach. Przeskakujemy z jednego działania w inne. Wielu z nas staje się, jak to określił Henry David Thoreau, filozof i pisarz, „poganiaczami samych siebie” – narzucamy sobie harmonogramy i czujemy się źle, ponieważ nie udaje się nam do nich dostosować.

Bycie zajętym, zapracowanym jest dobrze postrzegane. Szczelnie wypełniony kalendarz staje się normą już u dzieci w wieku szkolnym. W wakacje staramy się nadgonić zaległości. Wolne weekendy poświęcamy na zakupy czy rozrywki. Dopiero jakaś niegroźna choroba dla wielu staje się dopuszczalnym sposobem na próżnowanie, uwolnienie się od obciążeń. Od lekarzy uzyskujemy zastrzyk wolnego czasu i zaświadczenia legalizujące odpoczynek.

A im większą liczbą bodźców jesteśmy bombardowani, tym bardziej do nich przywykamy i tym bardziej ich pragniemy. Nasz mózg wpada w tzw. pętlę dopaminową, która sprawia, że pragniemy, poszukujemy i pożądamy. Dlatego stale sprawdzamy, czy aby nie przyszedł e-mail, esemes, nie pojawił się nowy post na Facebooku. Ale dopamina nie powoduje zadowolenia; od tego jest inny system – endorfinowy. Niestety, dopamina jest mocniejsza niż naturalne opioidy, więc nawet jeśli zdobyliśmy to, na czym nam zależało (np. informacje na stronie internetowej), dalej szukamy (i otwieramy kolejne strony). Większą satysfakcję przynosi oczekiwanie i poszukiwanie, niż po prostu osiągnięcie celu. Zaprzestać czegoś, odłączyć się, spocząć – to prawdziwe wyzwanie.

Zgiełk z zewnątrz przenosi się do naszego wewnętrznego świata. Odbija się echem w naszych chaotycznych myślach i zaczyna wybrzmiewać, gdy nagle znajdziemy się sam na sam ze sobą, bez zajęcia. Nie umiemy się skupić i wyciszyć, bo rozpędzony potok myśli porywa nas i zabiera tam, gdzie nie chcemy się znaleźć: w bolesną przeszłość lub budzącą lęk przyszłość. Więc szybko staramy się wrócić do oswojonej wrzawy, która skutecznie odwraca naszą uwagę. A jeśli to niemożliwe – bo wokół niewiele się dzieje, rutyna i monotonia – zaczyna nas dławić niepokój i nuda.

Nuda. Nuda. Nuuuuudaaaa

Ziewamy, opadamy na fotel i wlepiamy wzrok w ścianę. Krążymy między pokojami w poszukiwaniu czegoś ciekawego – na próżno. Nuda to – jak stwierdza antropolożka kultury Tiffany Watt Smith w Księdze ludzkich uczuć – najbardziej sprzeczna ze wszystkich emocji: mamy poczucie uwięzienia, bezwładu, pragniemy odmiany, a zarazem nie potrafimy uchwycić, czego naprawdę chcielibyśmy.

Co dzieje się w znudzonym umyśle? Zespół psychologów pracujących pod kierunkiem Johna East[-]wooda z kanadyjskiego Uniwersytetu York, na bazie różnych badań z psychologii eksperymentalnej i neuronauki, doszedł do wniosku, że nuda to stan, w którym nie jesteśmy zdolni zaangażować się w aktywność, która dałaby nam satysfakcję. Stąd frustracja, zniechęcenie, przykre emocje. Jest to spowodowane zakłóceniem w działaniu uwagowych sieci neuronalnych. Czujemy znudzenie, gdy trudno nam skupić uwagę na jakichkolwiek informacjach, czy to wewnętrznych (myślach, emocjach), czy zewnętrznych (bodźcach); mamy świadomość, że doświadczamy tej trudności, a zarazem jesteśmy przekonani, że to okoliczności zewnętrzne wywołały ten przykry stan. Mówimy: „To zadanie jest nudne”, „Nie mam co robić”.

Nuda do nudy niepodobna. Thomas Goetz z Uniwersytetu w Konstancji, który od ponad 10 lat prowadzi badania na ten temat, opisał aż 5 różnych rodzajów nudy w zależności od siły pobudzenia, jakie jej towarzyszy, oraz tego, jak nieprzyjemne jest to odczucie. I tak nuda niezróżnicowana to stan zrelaksowania, wycofania ze świata, gdy nasza uwaga jest nieukierunkowana, a stan emocjonalny neutralny. Nuda regulacyjna objawia się zniecierpliwieniem i błądzeniem myślami; nie wiemy, co ze sobą zrobić, chcielibyśmy to zmienić, ale jeszcze nie mamy pomysłu, jak. Nuda badawcza to silne niezadowolenie, które skłania nas do poszukiwania jakiegoś zajęcia, aby wyjść z tego stanu.

Nuda apatyczna odbierana jest jako szczególnie przykre poczucie bezradności, a zarazem nie towarzyszy temu pobudzenie, które umożliwiłoby zrobienie czegoś, by to zmienić. Ten stan pojawia się, gdy nie mamy wpływu na okoliczności, stąd odczuwany jest niczym uwięzienie. W końcu nuda reaktywna to stan silnego pobudzenia i zdecydowanie negatywnych emocji (np. silnej złości); czujemy silny impuls, by zmienić otoczenie, unikać w przyszłości podobnych kontekstów, znaleźć wyjście z nużącej sytuacji.

Doświadczenie nudy może więc doprowadzić nas do punktu, gdy zechcemy odciąć się od tego, co narzuca otoczenie i zaczniemy wsłuchiwać się w to, na co sami mamy ochotę. Można też przestać czekać, aż nuda minie i podejść do tego inaczej.

Pociąg do życia

Christophe André, francuski psychiatra, autor książek popularyzujących idee zdrowia psychicznego i uważności, opisuje, jak pewnego dnia czekał na pociąg. Nudził się. Co chwilę zerkał na zegarek, zastanawiał się, czy pociąg nadjedzie z prawej, czy z lewej strony. Jak sam stwierdził: „Miałem umysł całkowicie zaprzątnięty nieciekawymi i bezużytecznymi myślami. Na szczęście zdałem sobie z tego sprawę (co nie zawsze się zdarza…). Opuściłem poziom działania (czy raczej dreptania w chwili, gdy tylko czekałem i pilnowałem, czy pociąg przyjedzie i jak bardzo się spóźni) i przeszedłem na poziom obecności.

Zapomniałem o zegarku i horyzoncie na końcu torów. I zwróciłem uwagę ku oddechowi, ku mojej postawie, wyprostowałem się łagodnie; potem otworzyłem uszy, słuchałem odgłosów stacji, szmerów, stukotu kół na torach, rozmów ptaków; obserwowałem światło tego wiosennego dnia, powolny ruch pociągu towarowego na sąsiednim torze, chmury, budynki w oddali; wdychałem ten zimny metaliczny zapach, jaki często rozchodzi się na peronach kolejowych. To fantastyczne, ile tam było do zobaczenia i czucia. Fantastyczne, ciekawe i uspokajające, gdy po prosu byłem w pełni obecny w tej konkretnej chwili mojego życia. Kiedy wsiadłem do pociągu, czułem taki spokój ducha, jak nigdy dotąd. Nie czekałem na niego ani przez sekundę. Przeżywałem po prostu swoje życie, przeżywałem ożywcze minuty”.

Czym jest ów „poziom działania”, o którym wspomniał André, a czym „poziom obecności”, który umożliwił zmianę jałowego czekania w odświeżające doświadczenie? To dwa różne tryby, różne możliwości działania umysłu, z których nie zawsze zdajemy sobie sprawę.

Nasz umysł zaprogramowany jest do identyfikowania zadań i rozwiązywania problemów, tych poważnych, np. jakie miejsce do życia wybrać, jak i bardziej trywialnych, np. czy przeczytać do końca to zdanie. Zmagając się z nimi, umysł zazwyczaj działa w sposób automatyczny, wielekroć sprawdzony. Jest to tryb „działania” lub ukierunkowany na cel – jak nazywają go John Teasdale, Mark Williams i Zindel Segal, psychologowie kliniczni rozwijający model terapii poznawczej
opartej na uważności. Wchodzimy w ten tryb, gdy dostrzegamy, że to, co aktualnie jest, odbiega od tego, czego byśmy oczekiwali, pragnęli lub co naszym zdaniem powinno być. Zarejestrowanie tego typu niezgodności ma dwa następstwa. Po pierwsze, automatycznie wyzwala przykre uczucie, takie jak niezadowolenie, smutek, rozczarowanie. Po drugie, uruchamia nawykowe wzorce działania, które mają zmniejszyć przepaść między stanem obecnym a pożądanym. Nasz umysł wymyśla rozwiązanie i zaczyna je wdrażać. Tak działa w swoich ustawieniach „domyślnych”.

Alternatywny w stosunku do niego jest tryb „bycia”, „bez działania”. Nie jest ukierunkowany na osiąganie jakichkolwiek celów, nie wiąże się z monitorowaniem i ocenianiem....

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy