Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

4 sierpnia 2016

Oni mówią, że ja jestem...

94

Każdy jest panem swojego losu i wie, co jest dla niego w życiu ważne. Tyle teoria, bo w praktyce okazuje się, że więcej o nas wiedzą inni niż my sami. Co więcej, to spotykani przez nas „oni” decydują - czy nam się to podoba, czy nie - co jest dla nas ważne, czy zapalimy w życiu pierwszego papierosa i czy w przyszłości zostaniemy na przykład obrońcami praw mniejszości seksualnych. Bo to nie my sami, lecz zachowania innych i ich reakcje na nas decydują o tym, co uważamy za istotę naszej tożsamości.

Co jest w życiu ważne? O co dbają ludzie? Na czym im w życiu zależy? Oto fundamentalne pytania, z którymi nauki humanistyczne i społeczne zmagają się od swojego zarania. Odpowiedź na nie jest kluczem do zrozumienia ludzi, do zrozumienia ich preferencji i przywiązań, a w konsekwencji do przewidywania ich przyszłych zachowań oraz – jeśli ktoś byłby na tyle zuchwały – wpływania na nie. Niestety, póki co, znajdujemy się wciąż na początku drogi do rzetelnej, naukowej odpowiedzi na te egzystencjalne pytania, bowiem większość badaczy przyjęła mylne założenie na temat źródeł wiedzy o tym, co jest dla ludzi ważne.

Kto pyta, ten błądzi
Otóż większość z nich przyjęła, że aby się dowiedzieć, na czym ludziom zależy w życiu, wystarczy ich o to po prostu zapytać, bowiem to, co ludzie uważają za ważne, jest naprawdę ważne. Przy takim założeniu można by równie dobrze nie prowadzić żadnych badań i oprzeć się na własnych uprzedzeniach; co niektórzy robią. Tymczasem prawda jest taka, że ludzie nie wiedzą, co jest dla nich ważne z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, jak wykazali Timothy Wilson i Richard Nisbett, nie mamy introspekcyjnego dostępu do procesu myślenia i podejmowania decyzji. Możemy co prawda zwerbalizować nasze myśli i decyzje, ale poza szczególnymi przypadkami czysto technicznych analiz, nie potrafimy powiedzieć niczego prawdziwego o tym, jak do nich doszliśmy. Naprawdę nie potrafimy. To, co zwykle bierzemy za opis naszego dochodzenia do decyzji, to nic więcej jak tylko racjonalizacje – takie sobie historyjki, którymi wprowadzamy rozsądek i ład w chaos pojawiających się „znikąd” myśli i decyzji.

Nie mając dostępu do procesu podejmowania decyzji, nie mamy też dostępu do informacji o powodach podjęcia takiej a nie innej decyzji. Oznacza to, że nie wiemy, co jest dla nas ważne. Po drugie, wartość różnych obiektów i rozwiązań zmienia się w zależności od kontekstu sytuacyjnego. Zapytany w I akcie Szekspirowski Ryszard III nie wymieniłby kwestii posiadania konia jako najważniejszej sprawy w życiu. Jednak w akcie V dobitnie deklaruje swoje preferencje, pada słynne „Konia! Konia! Królestwo za konia!”. Innymi słowy, to co mnie angażuje dziś, jutro mogę uważać za własny błąd.
Nie potrafimy zatem powiedzieć, do czego przywiązujemy wagę, co nas angażuje, co cenimy, a w najlepszym razie nasze odpowiedzi nie są w niczym lepsze od odpowiedzi postronnego obserwatora, przyglądającego się naszym zachowaniom. Ideę tę najpełniej wyraził Daryl Bem w swojej koncepcji autopercepcji postaw, w myśl której ludzie wnioskują o własnych postawach, upodobaniach i własnym zaangażowaniu na podstawie własnych zachowań. Jednak te odpowiedzi są raczej mało satysfakcjonujące, bo w istocie niczego nie wyjaśniają. Wygląda to mniej więcej tak: czytam książki, bo lubię czytać książki, bo czytałem książkę. Pomimo że odpowiedzi są mało satysfakcjonujące, wynika z nich jedna z najbardziej życiowych nauczek, jakie może zaproponować psychologia: między zerem a pierwszym razem jest różnica jakościowa, zaś pomiędzy kolejnymi razami – już tylko ilościowa. Innymi słowy, nic nas tak nie zmienia jak rozstrzygające myśli, uczucia i zachowania, w myśl których robimy coś pierwszy raz.

Jak ci grają, tak tańczysz
Ale dlaczego właściwie ktoś robi coś ten pierwszy raz? Dlaczego ustawia na półce pierwszy eksponat swojej kolekcji? Dlaczego podpisuje pierwszą petycję? Dlaczego wypala pierwszego papierosa? Dlaczego umawia się z pierwszą dziewczyną/chłopakiem? Odpowiedź jest porażająco oczywista: bo inni tak robią. Zazwyczaj nie doceniamy wpływu społecznego, łatwo zapominamy, że jesteśmy zwierzętami społecznymi. Niedocenianie wpływu zachowań jednych osób na zachowania, myśli i uczucia drugich jest dość zaskakujące.

POLECAMY

Niby wiemy, że ten wpływ istnieje (każdy zna przecież przysłowia w rodzaju „Kto z kim przestaje, takim się staje”, „Jeśli wejdziesz między wrony, kracz jak i one”), ale jakoś nie korzystamy z tej wiedzy. W najlepszym razie używamy jej do objaśniania zachowań osób trzecich, a źródeł swoich własnych myśli, uczuć i zachowań konsekwentnie upatrujemy gdzie indziej. Potwierdzają to badania Roberta Cialdiniego, który – wraz ze współpracownikami – w dużym sondażu reprezentatywnym prosił mieszkańców Kalifornii o ocenę ważności czterech różnych powodów oszczędzania energii elektrycznej. Respondenci uważali, że najważniejszym powodem oszczędzania przez nich prądu jest chęć chronienia środowiska, w dalszej kolejności – dbanie o dobro wspólne, potem wymieniali chęć zaoszczędzenia pieniędzy, a na ostatnim miejscu znalazło się stwierdzenie, że robią to, co ich sąsiedzi. W badaniu pytano również o to, jak wiele wysiłku wkładają w oszczędzanie elektryczności. Okazało się, że ta ocena wysiłku korelowała dwa razy silniej z przekonaniem o tym, że inni oszczędzają niż z którymkolwiek z trzech pozostałych powodów. W ten sposób w jednym podejściu Cialdini pokazał niewiarygodność samowiedzy na temat źródeł własnego zachowania i ważność wpływu innych.

Dane korelacyjne są dość przekonujące, ale nie mogą równać się z wynikami dobrze zaplanowanych i kontrolowanych eksperymentów. Psychologia społeczna takimi badaniami stoi – żadna inna nauka nie zgromadziła tylu eksperymentalnych dowodów na to, że głównym powodem angażowania się ludzi w działania są inni ludzie. Nic dziwnego, psychologia społeczna jest nauką o wpływie społecznym, czyli o tym, jak zachowania jednych ludzi wpływają na myśli, uczucia i zachowania innych.

Jednym z przykładów jest pomysłowy eksperyment prowadzony przez zespół Roberta Cialdiniego w warunkach naturalnych, w trakcie którego sprawdzano, jaki wpływ na zaangażowanie się w oszczędzanie energii elektrycznej wywierają informacje o zachowaniach i ocenach innych osób. W 55-tysięcznym San Marcos (Kalifornia) badacze wybrali 290 gospodarstw domowych. Warunkiem wyboru była dostępność licznika energii elektrycznej. Wybrano te gospodarstwa, których liczniki można było sprawdzać bez wiedzy gospodarzy. Na początku ustalono, ile energii elektrycznej zużywa każde gospodarstwo w czasie dwóch tygodni. Na podstawie tych danych wyliczono średnie dzienne zużycie energii elektrycznej (dla ciekawych: wyszło około 15 kWh, przeciętne polskie gospodarstwo domowe zużywa nieco ponad 5 kWh na dzień).

W następnej kolejności podzielono gospodarstwa domowe na dwie grupy: te, które zużywały mniej energii dziennie niż wyliczona średnia oraz te, które zużywały powyżej średniej. Podczas kolejnej wizyty w losowo wybranej połowie wszystkich gospodarstw (jeszcze jeden podział na 2) badacze zostawiali na drzwiach zawieszkę z ręcznie wypisaną informacją o średnim zużyciu energ...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy