Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

31 lipca 2020

NR 6 (Sierpień 2020)

Nie będę ciągle udowadniać, że nie jestem wielbłądem

516

O wykluczaniu, jego przyczynach, skutkach, o przełamywaniu uprzedzeń i budowaniu świata, który nie wyklucza

Z Mają Branką rozmawia dr Dorota Krzemionka

Wygodnie czasem mieć uprzedzenia. Nie zastanawiać się, widzieć świat czarno-biały, unikać pewnych grup ludzi tylko dlatego, że są inni i czuć nad nimi wyższość. Jaką cenę za wygodę wykluczających płacą wykluczeni? Czy można inaczej?

Dorota Krzemionka: Didier Eribon, francuski filozof i socjolog, w Powrocie do Reims pyta: „Dlaczego pewne kategorie ludzkości – geje, lesbijki, transseksualiści, Żydzi, czarni – muszą nosić brzemię społecznej i kulturowej klątwy, którą trudno pojąć? Cośmy zrobili?”. Dlaczego wykluczani są ci, którzy są wykluczani? Dlaczego właśnie oni stają się obiektem uprzedzeń?

Maja Branka: Najbardziej banalna, choć zarazem kluczowa odpowiedź jest taka, że te grupy liczebnie stanowią mniejszość. Z badań zaś nad dynamiką grupy wiemy, że większość oznacza siłę i władzę. Mniejszość natomiast słabość i brak wpływu. Kobiety, choć są w większości, mają niższy status i mniejszy udział w podejmowanych decyzjach, więc w tym sensie też stanowią mniejszość. Tak czy inaczej, większość tworzy normy, czyli to, co typowe. Przy czym normalność zaczyna się ludziom kojarzyć nie tyle z częstością występowania, ile z czymś lepszym, pożądanym. A jednocześnie grupy mniejszościowe są wyraźnie inne w jakimś ważnym tożsamościowym wymiarze, takim jak na przykład płeć, orientacja seksualna, religia, rasa czy wiek. To nie jedyne przesłanki dyskryminacji, ale te dotyczą cech, które są niezmienialne, nie mamy na nie wpływu. Co więcej, niektóre – jak na przykład kolor skóry czy płeć – są widoczne gołym okiem. 

POLECAMY

Inność, odmienność grup mniejszościowych budzi często niezrozumienie i lęk. Stendhal w Czerwone i czarne mówi, że „różnica rodzi nienawiść”. Dlaczego?
W kontakcie z osobami podobnymi jest nam wygodniej i łatwiej – te relacje lżej nas obciążają poznawczo, mniej od nas wymagają. Różnorodność zaś i odmienność to wyzwania, wymagają wysiłku i dojrzałości, czyli uruchamiania zasobów poznawczych. Jeśli nie musimy ich uruchamiać, chętnie tego nie robimy. Przy czym nie mówimy tu o świadomych procesach, lecz o ewolucyjnie ukształtowanych mechanizmach.

À propos nieświadomych procesów, psychiatra Jerzy Pawlik, tłumacząc kiedyś, dlaczego chorzy psychicznie budzą w nas tak silny lęk, twierdził, że widzimy w nich to, czego nie chcemy dostrzegać w sobie – niekontrolowane impulsy, chaos, ambiwalencję („Charaktery” 9/2002). Podobnie interpretowano antysemityzm, przyjmując, że dla wielu nacji Żydzi są ekranem, na który projektujemy własne nieakceptowane motywy i cechy.

Istnieje koncepcja, zgodnie z którą osobom, których nie znamy, których się boimy i wobec których czujemy niechęć, przypisujemy cechy, jakie niespecjalnie lubimy u siebie. Na przykład w przypadku homofobicznych postaw pojawia się pytanie o własną tożsamość seksualną osób, które żywią takie postawy, i jej niepewność. Niektórzy z nas radzą sobie z nieakceptowanymi impulsami, wyprojektowując je na zewnątrz. Ten kawałek siebie, z którym jest nam nie po drodze i trudno go w sobie dopuścić, umieszczamy w kimś innym. W przypadku niepełnosprawności może to dotyczyć kwestii choroby, wyobrażenia słabości i zależności. Redukujemy niepokój z nimi związany, odcinając się od osób, które te problemy uosabiają. 

Czyli wykluczanie może mieć nieświadome korzenie. O co jeszcze chodzi wykluczającym? Skąd w nich ta potrzeba?
W relacji z kimś, czymś nieznanym często nie wiemy, jak się zachować. Brak kontaktu sprawia, że nie mamy tu doświadczeń, a zarazem rośnie lęk przed nieznanym. Szukamy więc podpowiedzi, jak postąpić. I dostajemy je ze świata, ale – niestety – często są to podpowiedzi stereotypowe, pełne uprzedzeń. Korzystamy z nich, bo innych nie mamy. A na czymś oprzeć się musimy, by odnaleźć się w coraz bardziej złożonym świecie. Jeśli wszystko jest teraz globalne, wielowarstwowe i relatywne, to nasze poczucie bezpieczeństwa zaczyna się chwiać. Część ludzi jakoś radzi sobie z tym złożonym światem, podchodząc do niego z ciekawością. A część chce wrócić do starego, znanego świata, w którym było albo czarne, albo białe i nie trzeba było przeżywać żadnych dylematów. To, co się teraz dzieje, jest taką próbą uproszczenia świata i opowiadania o nim w czarno-biały sposób. Ta opowieść zyskuje zwolenników. 

Szczególnie, że jak mówi Chris Cleave w Dzielnym będzie przebaczone: „Wygodnie jest się oprzeć na starych uprzedzeniach, gdy reszta to wielka niewiadoma”. A świat obecnie, w czasach pandemii, staje się jeszcze bardziej niewiadomy.
 coraz bardziej wymagający w obsłudze. Kwestionowane są podstawowe kategorie, takie jak płeć albo rasa. Coś na ten temat wiedzieliśmy, a nagle ktoś to dekonstruuje i mówi: nie, tu też sprawa nie jest prosta. Nie ma prostej binarności, jest wymiar. Wszystko zmienia się w czasie i wymaga osobistego ułożenia się z tym. Wielu ludzi sobie z tym nie radzi. Wykluczają więc niektóre grupy, a przy okazji „zyskują” nad nimi poczucie wyższości, czują się lepsi od nich, moralnie wyżsi.

Nasz zachodni umysł lubi dzielić, wprowadzać kategorie i przez to wykluczać…

Kategoryzowanie ma upraszczać i ułatwiać widzenie świata. W efekcie, nie znając danej grupy widzimy pojedyncze osoby jako reprezentantów grupy, najczęściej homogenicznej. My jesteśmy skomplikowani i różnorodni, ale ONI wszyscy są tacy sami. A przecież na przykład osoby LGBT są też wewnętrznie zróżnicowane i często mają odmienne postulaty. Gej może być konserwatystą albo lewicowcem, może chodzić w dresie albo w garniturze, być agresywny albo łagodny, fajny albo niefajny. Jak każdy. Ale jeśli jest tylko przedstawicielem kategorii, łatwo o nadmierną generalizację. Kiedyś usłyszałam: „znam jedną lesbijkę, jest wredna”. I co nam to mówi o lesbijkach, czy szerzej o osobach LGBT? Podchodzę ostrożnie do tych czterech liter, bo każda z nich to inne, złożone zjawisko. Sprowadzenie około 2 milionów ludzi w Polsce do czterech liter jest komunikacyjnym zabiegiem; pamiętajmy jednak, że za tym stoi bardzo skomplikowana rzeczywistość. 

Mamy tendencję do wykluczania i ulegamy stereotypom, bo jest nam z nimi wygodnie – upraszczają, zwalniają z myślenia. Trudno się z nimi rozstać…
Prof. Susan Fiske, badaczka stereotypów, mówi, że jesteśmy skąpcami poznawczymi; jeśli możemy sobie zaoszczędzić wysiłku, chętnie to robimy. Zwłaszcza w sytuacjach, gdy działamy szybko, polegamy na autopilocie. Tak jest łatwiej i przyjemniej. Bycie świadomym oznacza zaś ciągłe poczucie dyskomfortu i zastanawianie się: co, jak i dlaczego? 

Za komfort wykluczających wykluczeni płacą wysoką cenę. Co słyszy Pani od nich w gabinecie?

Pracuję z różnymi osobami, również z lesbijkami, gejami, osobami biseksualnymi. Mówią o cierpieniu, ciągłym poczuciu czujności i o ogromnym zmęczeniu. Słyszę od nich: przecież nie będę ciągle udowadniać, że nie jestem wielbłądem; nie jestem pedofilem; nie czyham na niczyje dzieci. Jeśli pojawia się zbitka: „gej równa się pedofil”, to wiele osób ma poczucie, że muszą się do tego odnieść, nawet jeśli nie mają ochoty już o tym rozmawiać. To jest ogromnie obciążające. Amerykański psychiatra Ilan Meyer nazwał to stresem mniejszościowym. Jest to dodatkowe obciążenie psychiczne, którego doświadczają członkowie naznaczonej grupy mniejszościowej, zwłaszcza wyraźnie odróżniającej się od większości. Cechuje go chroniczne napięcie, ciągłe poczucie uwikłania w jedną kategorię. Ten stres jest społecznie uwarunkowany – nie wynika z osobistych właściwości danej osoby, ale z życia w opresyjnym systemie, kulturze, strukturach społecznych. Źródła tego stresu mogą być zewnętrzne, jak dyskryminacja czy przemoc, albo wewnętrzne – życie w ukryciu, spodziewanie się odrzucenia i przemocy, albo uwewnętrzniona homofobia, czyli przeżywanie wstydu i poczucia winy związanego z własną tożsamością. 

Badania neuroobrazowania pokazują, że wykluczenie społeczne rodzi ból wręcz fizyczny, te same ośrodki w mózgu się aktywują. 
To prawda, bycie wykluczonym dosłownie boli. Spada samoocena, pojawia się odrętwienie emocjonalne. Takie osoby gorzej funkcjonują poznawczo, bo ich wysiłek idzie albo na ukrywanie się, albo na udowadnianie właśnie, że nie są wielbłądem. Do tego często dochodzą konsekwencje w postaci zaburzeń nastroju, zaburzeń lękowych, myśli i prób samobójczych. To wszystko ma dewastujący wpływ na ich życie. 

Pomówmy o sygnałach wykluczenia, czasem są one dosłowne: na przykład epitety czy obelgi, a czasem subtelne – pomijanie, traktowanie kogoś jak powietrze. Uniwersalnym narzędziem wykluczenia jest język.
On jest nośnikiem utajonych, niereflektowanych treści, które kulturowo wchłonęliśmy. Czasem przez niewinne na pozór żarty o blondynkach lub żydowskie szmoncesy. Takie subtelne przejawy niechęci, gorszego traktowania prof. Mary Rowe z Massachusetts Institute of Technology nazwała mikronierównościami. Są to drobne, czasem tylko niewerbalne sygnały, które pojedynczo nie mają wielkiego znaczenia, ale kumulują się i niosą subtelne przekazy o byciu gorszym. Na przykład w przypadku orientacji seksualnej może być to sformułowanie „ujawniać się”. Z jednej strony mówi ono po prostu o tajemnicy, z drugiej zaś sugeruje, że ta tajemnica jest wstydliwa, jest w niej coś złego. Zatem gej nie „ujawnia się”, lecz otwarcie mówi o swojej orientacji. Inny przykład: „odmienna orientacja”; odmienna od czego? Od heteroseksualnej normy? Albo „legalizacja” związków partnerskich, zamiast ich „formalizacji”; ten pierwszy zwrot sugeruje, że coś było nielegalne. Podobnie w przypadku osób transseksualnych, poprawnie mówimy o „korekcie płci”, a nie „o zmianie płci”. 

Czasem zaś wystarczy brak końcówek żeńskich w nazwach pewnych zawodów i ról – takich jak pilot czy minister – by rzadko podejmowały je kobiety. 
Z językiem wiążą się normy – opresyjne albo przyjazne. To dotyczy każdej grupy mniejszościowej. Nie przez przypadek każda z nich ma postulat dotyczący zmiany języka. Niepełnosprawni chcą być nazywani osobą z niepełnosprawnością, by w ten sposób podkreślić złożoność swej tożsamości, a nie być postrzegani tylko przez jeden jej aspekt. W ten sposób podkreślają, że są człowiekiem, który ma jakąś cechę, a nie cechą, która ma człowieka. Język to najbardziej czuła tkanka i wiele ujawnia. 

Słyszymy: tęczowa zaraza, strefy wolne od LGBT. Trudno o bardziej dosłowne sygnały wykluczenia…

Często spotykam się z reakcją: to tylko cyniczna gra wyborcza, nie traktujmy tego poważnie, albo: nie bierz tego do siebie. Usłyszałam też: przecież tego realnie nie da się wprowadzić. Pamiętam swoje zaskoczenie, że ktoś nie oburzył się na sam koncept, ale rozważał, że operacyjnie nie jest on możliwy. Jak do tego doszło, że w ogóle dopuszczamy, iż istnieje jakaś grupa ludzi, od których trzeba stworzyć strefy wolne?! Nic dziwnego, że wśród osób LGBT pojawiają się głosy, że trzeba będzie wyjechać. Można uznać to za zdrową reakcję tych osób, by zadbać o siebie i być w miejscach, które im służą, a nie wykluczają. 

Inni, szczególnie młodzi, wybierają czasem skrajne rozwiązanie. Dominik Szymański, Milo Mazurkiewicz, ostatnio Michał Demski i wielu innych… Ofiary homofobii i nagonki.

A także braku wsparcia i poczucia, że to nie ma końca. Wyobrażam sobie, że Dominik z Bieżunia szybko poczuł, że nie jest taki, jak większość rówieśników. Stał się obiektem kpin, a znikąd nie dostał pomocy. Samotność i opresja, w jakiej się znalazł, była obezwładniająca i totalna. Wyobraźmy sobie, że mamy, jak on, kilkanaście lat. To moment kształtowania się tożsamości seksualnej. Jakie przekazy w tym momencie do nas trafiają? Jak komentują to nasi rodzice? Nikt nie mówi: odkryj swoją tożsamość. Założenie jest, że dziewczynka będzie miała męża, a chłopiec – żonę. Raczej nie słyszymy, że w ogóle można mieć inaczej. Dodatkowo włączam TV i słyszę, że bez osób LGBT kraj byłby piękniejszy…

Ostatnio osoby LGBT usłyszały, że nie są ludźmi, tylko ideologią. Jak można wczuć się w ideologię? 

Mamy tu klasyczny mechanizm dehumanizacji, dobrze opisany na przykładzie działań nazistów i tego, co działo się później w Rwandzie. Gordon Allport, słynny psycholog amerykański, wpisał go w swoją piramidę nienawiści. Zaczyna się właśnie od języka jako nośnika postaw. ONI nazwani są wszami, karaluchami albo tęczową zarazą. Za tym idzie negatywna ewaluacja, aż dochodzi do coraz bardziej radyklanych 

i widocznych form dyskryminacji. Jak dobitnie powiedział Marian Turski w rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego: Auschwitz nie spadło z nieba. Najpierw Żydom nie wolno siadać na ławkach, korzystać z pływalni, kupować po godzinie 17. Nic wielkiego. Ale „powolutku, stopniowo, dzień za dniem ludzie zaczynają się oswajać – i ofiary, i oprawcy, i świadkowie, ci, których nazywamy bystanders, zaczynają przywykać do myśli, że ta mniejszość (…) może być wypchnięta ze społeczeństwa, że to są ludzie obcy, że to są ludzie, którzy roznoszą zarazki, epidemie. To już jest straszne, niebezpieczne”. Wiele osób widząc to, co się teraz dzieje, ostrzega: to pierwszy stopień do piekła, potem może być tylko gorzej. 

Osoby o mniejszościowej orientacji mogą zadawać sobie pytanie: Czy w tych warunkach mówić o sobie czy nie? Nauczyciel z małej miejscowości, gej, napisał, że gdyby dokonał coming-outu, musiałby wyjechać, a on lubi swoją miejscowość i swoją pracę. Rezygnuje więc z życia osobistego. Tkwi w szafie. 

Nie mam śmiałości, by komuś mówić, jakie decyzje ma podjąć, ale badania dowodzą, że życie w tajemnicy jest obciążające – wymaga ciągłej czujności i kosztuje dużo stresu. Osoby LGBT wybierają różne strategie. Niektórzy ukrywają się i pomijają sferę seksualną, ten temat dla nich nie istnieje. Inni wydzielają informacje o sobie. Jeszcze inni przebierają się, czyli udają, że prowadzą heteroseksualne życie. Część osób zaprzecza swojej orientacji, odnosi się do niej z pogardą – mówimy wtedy o zinternalizowanej homofobii. Życie w kłamstwie i udawanie kogoś innego jest jednak niezwykle obciążające i dewastujące. Zaryzykuję tezę, że im więcej osób dokonuje coming-outu, tym temat bardziej się normalizuje, zwłaszcza w dłuższej perspektywie. Więcej osób ma wtedy okazję przekonać się, że zna geja czy lesbijkę. Tym bardziej, że do osób z grup mniejszościowych często kierowany jest przekaz: no dobra, róbcie te swoje rzeczy, ale po kryjomu, tak bym nie musiała mieć z tym kontaktu. 

Na tym polegają tak zwane nowoczesne uprzedzenia; niby przyzwolenie: niech sobie będą ci inni, byle mi się nie rzucali w oczy.  

Byle bym nie musiała być narażona na różne wątpliwości i nie musiała wykonać żadnego wysiłku. Niech geje nie wychodzą na ulice, niepełnosprawni niech nie wymagają podjazdów. Prof. Brene Brown zaznacza: nie piszcie, że system się zepsuł, on był zaprojektowany w ten sposób. Był stworzony dla pewnych grup, nadaje im przywileje, których grupa większościowa nie chce dostrzec.  

Jak to zmienić?

Wracamy do kwestii liczebności. Żadna grupa mniejszościowa w procesie emancypacyjnym sama nie zmieniła porządku świata, właśnie dlatego że jest mniej liczna. Badania pokazują, że aby mniejszość miała wpływ na działania całej grupy, potrzebna jest masa krytyczna, która wynosi około 30 procent składu danej grupy. W przypadku osób LGBT+ jest to niemożliwe, zawsze stanowić będą one mniejszość, około 10 procent w każdym społeczeństwie. Niezbędne są więc sojusze i poparcie większości. Bez tego zmiana nie będzie możliwa.

Jak zatem wesprzeć mniejszość? W pierwszym odruchu wielu z nas dodaje tęczową nakładkę na profil na FB. Wystarczy? 

To ważny gest, ale zaczęłabym od tego, czego jako sojusznicy nie powinniśmy robić. Po pierwsze, nie zaprzeczać dyskryminacji i doświadczeniom danej grupy. Obserwuję różne dyskusje na FB i widzę, że niektóre osoby z niezachwianą pewnością siebie piszą: W Polsce nie ma homofobii! Próbują udowodnić, że osoby LGBT źle rozumieją, przesadzają, zamiast wysłuchać i przyjąć narrację grupy mniejszościowej. Jeśli ktoś mi mówi, że doświadcza uprzedzeń, to nie pozostaje nic innego, jak uznać tę opowieść. Po drugie, można przyjrzeć się swojemu językowi. Jakich słów używamy, z jakich żartów się śmiejemy? Tu każdy z nas może coś zrobić i to nie tylko w odniesieniu do konkretnego geja czy osoby z niepełnosprawnością. Możemy wyrugować z języka myślniki systemu, który jest opresyjny. Mogę nie używać pewnych powiedzonek. Nie wierzę, że moje życie straci, jeśli...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy