Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Laboratorium

2 grudnia 2015

Nadzieja wbrew nadziei

33

Zamiast pozwolić sobie na opłakanie niespełnionych oczekiwań, chwytamy się nadziei, że pewnego dnia zdołamy w końcu wydobyć z rodzica, szefa albo męża uznanie i miłość. Chwytamy się na próżno - mówi Martha Stark.

Dr Martha Stark jest lekarzem psychiatrą i psychoanalitykiem. Wykłada w Harvard Medical School, pracuje również w Massachusetts School of Professional Psychology.
Autorka książek: Working with Resistance, A Primer on Working with Resistance, Modes of Therapeutic Action. W czerwcu będzie uczestniczyć w międzynarodowej konferencji „Integracja w psychoterapii – Skuteczność i ograniczenia”, która odbędzie się w Warszawie (więcej o wydarzeniu na s. 85).

Agnieszka Chrzanowska: – Często nie możemy przestać myśleć o tym, co utraciliśmy albo co mogliśmy mieć. Nie potrafimy pogodzić się z tym, że ludzie odchodzą. Zamiast iść do przodu, żyjemy przeszłością, wciąż rozpamiętując stracone szanse. Jak Scarlett O’Hara, bohaterka Przeminęło z wiatrem, która nie mogła pogodzić się z tym, że Ashley Wilkes darzy uczuciem inną kobietę. W efekcie nigdy nie zaznała pełnego szczęścia u boku Rhetta Butlera.
Martha Stark:
– Albert Einstein powiedział, że szaleństwem jest robienie wciąż tego samego i oczekiwanie innych rezultatów. Na tym polega nieustępliwa nadzieja, nadzieja wbrew nadziei. Ujawnia ją młody mężczyzna, który nie ustępuje w swych dążeniach, choć wie, że obiekt jego pragnień nie chce mieć z nim nic do czynienia. Albo kobieta, która poświęca wszystko dla pracy, łudząc się, że zostanie doceniona i otrzyma podwyżkę. Wie, że nie powinna na to liczyć, bo szef jest znany ze swego skąpstwa. Wciąż jednak ma nadzieję, że przełożony zmieni zdanie. Albo jeszcze inny przykład: trzydziestoparoletnia kobieta rozpaczliwie pragnie, by jej stary ojciec przyznał, że gdy była nastolatką, zachowywał się wobec niej niewłaściwie pod względem seksualnym. Tyle że on jest nadal równie niewrażliwy i nieczuły, jak przed laty i mało prawdopodobne, że weźmie odpowiedzialność za swoje zachowanie. A jednak córka nie ustępuje. Rozpaczliwie pragnie, by ojciec przyznał się do winy.

Trudno uwierzyć, że coś się skończyło lub że czegoś nigdy nie dostaniemy. Przekonujemy samych siebie, że może jednak nam się uda. I gonimy za tym, co nieosiągalne. Dlaczego?
– Taka nieustępliwa nadzieja stanowi obronę przed poczuciem żalu i rozpaczą. Pozwala uniknąć bólu i rozczarowania ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy znaczą dla nas najwięcej. Trzymamy się uporczywej wiary, że może jednak uda nam się zmienić bliską osobę w taką, jaką chcielibyśmy, żeby była, a z drugiej strony ogarnia nas nieustęp­liwa wściekłość, kiedy uświadamiamy sobie, że mimo naszych wysiłków i żarliwego pragnienia być może nigdy nam się to nie uda. Innymi słowy, tym, co napędza nieustępliwość – zarówno nadziei, jak i wściekłości – jest nieumiejętność pogodzenia się z cierpieniem płynącym z rozczarowania obiektem naszego pożądania; nieumiejętność przyznania, że nie jest on tym kimś, kim chcielibyśmy, żeby był.

Wciąż łudzimy się, że mamy wpływ na to, jaki ten ktoś jest i co robi...
– Dokładnie! Pragnąc kogoś zmienić, mamy poczucie omnipotentnej, wszechpotężnej kontroli. To ona stanowi silę napędową naszych nieustęp­liwych dążeń. Nie potrafimy przyjąć do wiadomości, że druga osoba jest kimś odrębnym, poza naszą kontrolą. Nie jest niczyją własnością i nie musi poddawać się naszej woli. Gdy dostrzegamy, że nasza kontrola nad nią ma granice i nie możemy zmusić jej, by zmieniła się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, odczuwamy frustrację, czujemy się bezsilni. Często za tą bezsilnością kryje się właśnie pragnienie zmienienia drugiej osoby.

Zamiast pogodzić się z tym, że nie spełnia ona naszych oczekiwań i poczuć związany z tym żal, trzymamy się płonnej nadziei, że może jednak... i w rezultacie bardziej cierpimy?
– Według mnie właśnie tak. Wszyscy tak niekiedy robimy. Zamiast skonfrontować się z rozczarowaniem i pozwolić sobie na opłakanie niespełnionych oczekiwań, chwytamy się nadziei, że może pewnego dnia, w jakiś sposób, jeśli tylko będziemy wystarczająco dobrzy, jeśli będziemy się bardzo starać, będziemy przekonujący i wytrwali, jeśli nasze cierpienie będzie dość głębokie... zdołamy w końcu wydobyć z tej osoby – rodzica, szefa albo męża – uznanie i miłość. Czyli uczucia, których nie dostaliśmy jako dzieci. Uporczywie oczekujemy tych uczuć od kogoś, mimo ewidentnych dowodów, że ten ktoś nie jest nam w stanie ich dać, i że czekamy na próżno. Ale nie czujemy rozpaczy, bo pochłania nas szaleńcza pogoń za drugą osobą, napędzana bezzasadnym, irracjonalnym przekonaniem, że może jednak okaże nam to, czego tak pragniemy – gdyby tylko chciała; że powinna nam to dać, bo nam się to należy. I że dałaby, gdybyśmy tylko znaleźli sposób, jak to od niej wydobyć.

Czy bywamy równie nieustępliwi w pragnieniu zatrzymania dobrej osoby?
– To dziwne, ale nie. Nie wystarcza nam, że po prostu nawiążemy relację z kimś dobrym, kto zrekompensuje nam wcześniejsze złe doświadczenia i doznane krzywdy. Przeciwnie, nawet jeśli spotykamy kogoś takiego na swej drodze, to mamy nieodpartą potrzebę, by odtworzyć w tej nowej relacji „starego złego”, czyli osobę, która nas zawiodła, skrzywdziła, opuściła, a potem za wszelką cenę próbujemy ją zmienić.

Dlaczego odtwarzamy „starego złego”?
– Bo takie relacje znamy, w nich – paradoksalnie – czujemy się bezpiecznie. Dobrze oddają ten mechanizm słowa piosenki, jaką śpiewał nieżyjący już Warren Zevon: If You Won’t Leave Me, I’ll Find Someone Who Will – Jeśli mnie nie opuścisz, znajdę kogoś, kto to zro...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy