Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie , rodzina

16 listopada 2015

Uwięzieni w gnieździe

88

Trudno odlecieć z rodzinnego gniazda, odfrunąć od rodziców, a oni często tego nie ułatwiają, przytrzymują za skrzydełka, wiążą dorosłych już synów czy córki niewidzialnymi nićmi. Dlaczego? Kiedy jest pora na odlot? Co się dzieje, gdy ten moment przegapimy?

„Gniazdownicy” albo „bamboccioni”, czyli dorosłe bobasy – mają 30 i więcej lat, a nadal mieszkają z rodzicami. Takich osób przybywa, obecnie dotyczy to już niemal co drugiej osoby w wieku 25–34 lata, częściej mężczyzn. Dlaczego nadal tkwią „u mamusi”, co ich tam trzyma?
Pytani, najczęściej twierdzą, że nie mają gdzie się wyprowadzić, za co kupić mieszkania. Brzmi to przekonująco, tyle tylko, że na wyfruwających z rodzinnych domów prawie nigdy nie czekało gotowe gniazdo. Jednak dawniej to, z którego młodzi odchodzili, zwykle było ciasne i ubogie, teraz dorabiający się latami rodzice często zgromadzili dobra, którymi mogą i chcą się dzielić z pociechami. Ba, często to dla nich w pocie czoła je gromadzili. Pragną oszczędzić im trudu usamodzielniania się, budowania własnej niezależności. „Niech sobie pożyją, po co mają się męczyć jak my kiedyś”. Tylko czasem wysyłają niespójne komunikaty, pytają: kiedy weźmiesz ślub, może jakiś kredyt na mieszkanie, dzieci sąsiadki mają już dobrą pracę, planują założyć rodzinę...

Zaszczepiony lęk
Rodzicom trudno pogodzić „karmienie” dzieci z konieczną dla ich usamodzielnienia się dozą frustracji, jaką niesie stawianie wymagań i granic. Nie pomaga w tym współczesny kult dziecka, koncentrowanie się na jego potrzebach. W efekcie dzieci uczą się, że można bez ograniczeń liczyć na pomoc rodzica. Dorastają w poczuciu, że nie ma sensu się starać. Liczy się „tu i teraz”. Aż któregoś dnia budzą się bezradne i zagubione.

Tak było z Katarzyną. Rodzice zawsze o nią dbali, jest ich najmłodszą córką. Nie chcieli powtórzyć błędów, jakie w swoim odczuciu popełnili z dwójką starszych dzieci, które wcześnie wyfrunęły z gniazda. Źle znosili separację z nimi, do wielu ich decyzji mieli zastrzeżenia. Starsza córka związała się z chłopakiem, którego nie polubili, w dodatku wyjechała z nim za granicę i nie wiedzą, co się u niej dzieje. Syn mieszka z kolegami w dużym mieście i niechętnie dopuszcza rodziców do swoich spraw. Postanowili, że na życie młodszej córki będą mieć większy wpływ, zajmą się nią i pokierują, by bezpiecznie weszła w dorosłość. Mogli sobie na to pozwolić, bo już się dorobili. Kasia zawsze mogła liczyć na ich pomoc, „odwdzięczała się” grzecznym zachowaniem i dobrymi wynikami w szkole, a potem na studiach. Utknęła, gdy po skończeniu studiów przyszedł czas na samodzielne decyzje. W kancelarii prawniczej, gdzie się zatrudniła, panowała trudna atmosfera. Pracodawcy wywierali presję i krytykowali z byle powodu. Katarzyna nie potrafiła się tam odnaleźć. Po każdej trudnej sytuacji dzwoniła do rodziców, by się wyżalić i poradzić. Jeśli nie mogła się z nimi skontaktować, czuła się pozbawiona oparcia. Zdarzyło się jej nawet zemdleć w pracy, tak silny stres przeżywała. Wspólnie z rodzicami zdecydowała, że rezygnuje z pracy. Zaczęła unikać kontaktów z ludźmi, pojawiły się u niej dolegliwości, które – jak zdiagnozowano – miały podłoże psychosomatyczne.

Rodzice w obawie, że stracą z Katarzyną kontakt, tak jak ze starszymi dziećmi, przejęli nad jej życiem kontrolę. A im bardziej oni decydowali, tym mniej ona była w stanie sama wybierać, oceniać sytuacje i intencje ludzi. Rodzice zaszczepili w niej lęk przed oddaleniem się od nich. Opiekowali się i nad wszystkim panowali, nie miała więc okazji, by nauczyć się radzić sobie ze swoimi uczuciami i napięciem. Dostawała od nich gotowe rozwiązania.

Teraz powinna odrobić zaległe lekcje: zanegować autorytet rodziców i odzyskać wiarę we własne decyzje, nauczyć się ryzykować i radzić sobie z uczuciami. Słowem, odseparować się psychicznie od wpływu rodziców. Może okazać się to trudne, szczególnie z uwagi na ich nadmierną troskę i opiekuńczość, podyktowane nieuzasadnionym lękiem.

W pozycji dziecka
Wchodzącym w dorosłość nie pomaga sytuacja na rynku pracy. Niełatwo znaleźć pracę, która pozwala się usamodzielnić. Potrzebne są staże lub praktyki, a do nich nieraz trzeba dołożyć. Pracownik, który ma gdzie mieszkać i co jeść, nie żąda wyższego wynagrodzenia – i tak koło się zamyka. Młodzi pozostają w rodzinnych domach, lata mijają, a oni wciąż są zależni finansowo od rodziców. Twierdzą, że wygodniej jest mieć ugotowany obiad, niż główkować, co jest w lodówce. Że wynajęcie mieszkania nie opłaca się, wolą te pieniądze zaoszczędzić. Jeśli już mają się z kimś męczyć, to lepiej z rodzicami. W efekcie choć dorośli, wciąż pozostają psychicznie w pozycji dziec­ka. Skoro ich potrzeby zaspokajają rodzice, brak im motywacji, by podejmować wyzwania, planować przyszłość. Z upływem lat ta sytuacja zaczyna ciążyć i dorosłym dzieciom, i rodzicom, a zarazem coraz trudniej się z niej wyrwać. Rówieśnicy, którzy usamodzielnili się wcześniej, są już daleko, trudno im dorównać, co frustruje i zniechęca. Stała obecność i kontrola rodziców nie pozwala na niezależność.

Tego doświadcza Krzysztof – choć ma 35 lat, nadal mieszka z rodzicami. Nie pamięta, by kiedykolwiek rozmawiali z nim lub jego starszą siostrą o ich planach życiowych, dzielili się swymi doświadczeniami. Ustawiali się w roli cenzorów, często bezlitośnie krytykując wybory Krzysztofa. Cokolwiek powiedział, zawsze coś było nie tak. Rodzice nie rozmawiali też ze sobą, słyszał tylko ich kłótnie, wzajemne obwinianie się. Na pytanie, dlaczego nie wyprowadza się od nich, odpowiada, że nie widzi dobrych rozwiązań. Pieniądze z dorywczych prac wystarczają mu na bieżące wydatki, wynajęcie mieszkania byłoby dodatkowym kosztem, według niego to mu się nie opłaca. Narzeka na swoje życie; czuje, że „odstaje” od rówieśników, jednak nie widzi wartości w zmianie i wyprowadzeniu się od rodziców. Nie dostrzega, że to dałoby mu swobodę działania i decydowania o sobie, wzrastające poczucie sprawstwa, większą pewność siebie w kontaktach z ludźmi, szczególnie z kobietami, z którymi jak dotąd nie układa mu się. W każdym swym pomyśle znajduje słabe punkty, więc rezygnuje. Szuka idealnych, bezpiecznych rozwiązań, które nie istnieją. Chciałby mieć rodzinę, dzieci, jednak nie wierzy, że to kiedykolwiek się spełni.

Kolejna dawka trucizny
Zarówno nadopiekuńcza (jak w rodzinie Kasi), jak i nadmiernie krytyczna (jak w przypadku Krzysztofa) postawa rodziców blokuje rozwój niezależności dzieci. Kryją się za nią nieświadome mechanizmy, z których ani rodzice, ani dzieci nie zdają sobie sprawy. Perspektywa odejścia z domu jedynego lub ostatniego dziecka oznacza bowiem dla rodziców nieuchronną zmianę, na którą nie zawsze są gotowi. W pustym gnieździe musieliby się skonfrontować z przemijaniem, samotnością, z kondycją ich małżeństwa, które nieraz schodziło na dalszy plan, gdy zajmowali się wychowaniem dzieci lub pracą. Rodzi to trudne uczucia, szczególnie u matek, które częściej niż ojcowie próbują je stłumić, oddalić od siebie, starając się jak najdłużej utrzymać dorosłe już dzieci w domu. Opiekując się nimi, czują się wciąż potrzebne, ważne, nie muszą szukać nowego celu w życiu.

Dobrze obrazuje to relacja bohaterki filmu Magdaleny Piekorz „Zbliżenia” – z matką. Marta jest jedynaczką, a jej matka samotną, starszą panią, nadmiernie przywiązaną do tego, co, jak jej się zdaje, pozostało jej w życiu – ogromnego domu i córki. Ojciec bohaterki odszedł, gdy miała kilka lat. Relacja matki i córki, wzajemnie od siebi...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy