Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

2 lutego 2016

Mały lekarz, mały grabarz... mały psycholog?

25

W ilustrowanych pismach co spotkać można różne psychozabawy. Obiecują, że wystarczy odpowiedzieć na kilka pytań albo rozwiązać kilka łamigłówek, a dowiemy się, na ile jesteśmy inteligentni, wrażliwi, zestresowani lub narcystyczni.

Pamiętam, jak przed laty pojawiały się siermiężnie wykonane zestawy do zabawy w „Małego lekarza”, a także w „Małego milicjanta”. W pierwszym znaleźć można było maleńkie niby-słuchawki i niby-receptariusz. Czy w drugim, obok małego niby-lizaka i niby-kajdanek, była mała „niby-pałeczka”? Nie pamiętam. Andrzej Mleczko uzupełnił później ten zabawowy zestaw o... „Małego grabarza” z małą niby-łopatką i niby-trumienką. Na tym nie koniec. Dziś pojawiła się nowa zabawka, i zabawa – w „Małego psychologa”. Nową „zabawką” przeznaczoną dla dorosłych są niby-testy psychologiczne. Na pozór przypominają one prawdziwe testy, opracowane przez profesjonalistów. Ale tylko na pozór.

Tylko psycholog
Większość testów psychologicznych wymaga, aby posługiwały się nimi osoby odpowiednio wykształcone i aby ich wyniki interpretowane były przez specjalistów. Mało tego, część testów może być odpowiedzialnie(!) stosowana tylko przez fachowców, którzy ukończyli specjalistyczne szkolenia, prowadzone przez osoby mające stosowną wiedzę i spore doświadczenie praktyczne w pracy z testami. Takie ograniczenia wprowadziło znane z rygorystycznych standardów etycznych Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne.
Co to znaczy: osoba odpowiednio wykształcona? Odpowiedź jest prosta. To ktoś, kto posiada tytuł zawodowy magistra psychologii (w Polsce nie ma licencjatów z psychologii!). Trwające pięć lat jednolite studia magisterskie z psychologii pozwalają absolwentom nie tylko poznać najważniejsze (czy najczęściej stosowane w praktyce diagnostycznej) testy psychologiczne, ale także przygotowują ich do tego, by – w oparciu o podstawową wiedzę z zakresu teorii psychologicznych, statystyki i psychometrii – umieli odpowiedzialnie (i etycznie!) posłużyć się nimi (dotyczy to zarówno przeprowadzenia badania, jak i poprawnego zinterpretowania wyniku). A także by umieli, jeśli zajdzie potrzeba, skonstruować test psychologiczny.

Test psychologiczny jako narzędzie diagnostyczne nie może być stosowany przez osoby niebędące psychologami. Nie może też służyć do autodiagnozy. Mój sprzeciw wobec owych „małych testerów” bynajmniej nie wynika stąd, że zazdrośnie strzegę korporacyjnych przywilejów. Bierze się on z troski o poszanowanie godności człowieka, który ma prawo oczekiwać, że jeżeli dane narzędzie firmuje psycholog, a więc osoba wykonująca zawód zaufania publicznego, to można jego wynikowi zawierzyć. To właśnie psycholog ma kompetencje do etycznego posługiwania się testem psychologicznym.

Bryk pod strzechy
Można zapytać, co skomplikowanego i tajemnego kryje się pod listą kilkudziesięciu pytań (tak wygląda standardowy kwestionariusz osobowości), pod zestawem zadań arytmetycznych, obrazków, ciągów liczbowych i łamigłówek (taką postać mają złożone testy inteligencji) czy plansz z rozmazanymi plamami atramentowymi (to z kolei powszechnie stosowany test projekcyjny Hermanna Rorschacha). Jeżeli testy psychologiczne są tak proste i umożliwiają dokonanie wglądu w czyjąś osobowość czy inteligencję, to dlaczego ograniczać dostęp do nich? Może słuszne jest drukowanie różnych niby-testów w popularnych kolorowych magazynach, adresowanych do pań i panów?

Może w ten prosty sposób trafią one pod strzechy lub przed telewizory i przyczynią się do wzrostu psychologicznej samowiedzy. Może wystarczy opatrzyć taki „test” komentarzem. Dajmy też zajęcie psychologom. Niech oni napiszą taki „psychologiczny bryk”, który pomoże osobie rozwiązującej test w zaciszu domowym dokonać autodiagnozy swych umiejętności, preferencji estetycznych, inteligencji, dojrzałości małżeńskiej, zdolności przywódczych, a nawet wybrać ścieżkę kariery zawodowej. Czemu nie? Przecież wystarczy zsumować liczbę odpowiedzi na „tak” i zajrzeć do „ściągi”. Znajdziemy w niej odpowiedź na nurtujące nas pytanie: wyjść za niego czy nie? Jeżeli pojawia się wątpliwość, czy można zawierzyć tak prostej procedurze, uspokaja nas powaga pisma, które taki test drukuje, a także zapewnienie, że to nie dzieło wróżki, ale specjalisty z dyplomem uniwersyteckim.

Wrócę do analogii z „Małym lekarzem”. Czy – pomijając ekstremalną sytuację uwięzienia na bezludnej wyspie – amputowalibyśmy sobie skalpelem mały palec lewej stopy? Pewnie nie. Poszlibyśmy do chirurga. A czy poznanie struktury czegoś tak tajemniczego i złożonego, jak nasza osobowość czy inteligencja, albo predyspozycji do wykonywania – w dość odległej przyszłości – jakiegoś zawodu nie wymaga większego szacunku i troski o profesjonalny poziom odpowiedzi na nurtujące nas pytania?

...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy