Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

18 października 2016

Mądremu narzekanie

0 665

Na pytanie: „Co słychać?” Polak niemal automatycznie odpowiada: „Ech, stara bieda...” i wzdycha. Szczytem optymizmu wydaje się wersja: „Jakoś leci...”. Narzekanie to nasza narodowa pasja. Uchodzimy za naród wiecznie niezadowolonych, zgorzkniałych cierpiętników, choć w rzeczywistości prawdopodobnie nie czujemy się aż tak źle. Więc dlaczego narzekamy?

Narzekając, wyrażamy niezadowolenie. Ale odczuwanie niezadowolenia nie zawsze prowadzi do narzekania – w pewnych sytuacjach potrafimy się od niego powstrzymać. Co ciekawsze, odczuwanie niezadowolenia nie jest też do narzekania konieczne. Skoro narzekamy, choć nie czujemy się niezadowoleni, czy to oznacza, że narzekamy bez powodu? Niezupełnie. Powodu po prostu należy szukać gdzie indziej.

Jak przekonują psychologowie, między innymi Bogdan Wojciszke, narzekanie może być rodzajem nawyku lub wyuczonym skryptem zachowania, który stosujemy bezrefleksyjnie w codziennych sytuacjach, na przykład w odpowiedzi na pytanie: „co słychać?”. Może także służyć tworzeniu wspólnoty „towarzyszy niedoli”. Podobnie jak łączy nas wspólny wróg, tak i wspólny temat do narzekań. Bywa też stosowane jako instrument wpływu społecznego – jeśli narzekając na nadmiar zajęć, marudząc i zrzędząc próbujemy skłonić drugą osobę do tego, by nas wyręczyła. Może też być rodzajem magicznego rytuału – nie chcąc kusić losu, „na wszelki wypadek” unikamy wyrażania nadziei i optymistycznych prognoz, przygotowujemy się raczej na najgorsze, choć w skrytości ducha liczymy, że wszystko się uda. Mądrość ludowa zakazuje zbyt szybko dzielić skórę na niedźwiedziu, mówić „hop” przed skokiem lub chwalić dzień przed zachodem słońca – bo przedwczesna radość może sprowadzić pecha. Lepiej odpukać w niemalowane –czyli zawczasu ponarzekać.

Pokaż rąbek spódnicy

Narzekanie może także pełnić funkcję autoprezentacji. Jak to możliwe? Przecież poprzez autoprezentację chcemy wywrzeć na innych jak najlepsze wrażenie. Wydaje się, że osoba narzekająca raczej szkodzi swemu wizerunkowi niż pomaga. Są jednak sposoby, by narzekanie obrócić na swoją korzyść. Po pierwsze: autoprezentacyjne narzekanie może być próbą ratowania twarzy w sytuacjach porażki. Oto pokazujemy wszystkim przysłowiowy „rąbek spódnicy” i narzekając nań przekonujemy, że to nie w umiejętnościach baletnicy należy szukać winy. Ale to nie wszystko. Lepiej zapobiegać niż leczyć – narzekanie z powodzeniem można zastosować profilaktycznie. Niechaj z góry wszyscy wiedzą, w jak trudnych warunkach przychodzi nam pracować, ile przeszkód i zasadzek czai się dokoła, ilu nieżyczliwych, zawistnych, bezwzględnych ludzi czyha, by zniweczyć nasze wysiłki. W ten sposób zyskujemy nie tylko usprawiedliwienie na wypadek porażki, ale także rozdymamy swój ewentualny sukces. Jakąż bowiem niezwykłą błyskotliwością, pracowitością, determinacją, jakim nieprzeciętnym talentem bądź przymiotami charakteru obdarzony jest ten, kto mimo wszystkich przeszkód zrobił to, co do niego należało!

Drugie zastosowanie narzekania w autoprezentacji jest jeszcze bardziej wyrafinowane. Narzekamy po to, by się pochwalić, nie wychodząc przy tym na chwalipiętę. Obowiązująca norma skromności to główne wędzidło ofensywnej autoprezentacji. W zależności od kultury jest ona mniej lub bardziej restrykcyjna, generalnie jednak bardziej skuteczne okazują się pośrednie, „nie wprost” stosowane techniki autoprezentacyjne. Lepiej, gdy chwali nas ktoś trzeci, a my najwyżej dajemy do zrozumienia, pozwalamy odbiorcom „samodzielnie” wyciągnąć wniosek, jacy jesteśmy wspaniali. Gdzie tu miejsce na narzekanie? Pozwala ono mimochodem przekazać kluczową informację. Narzekając na nawał nowych obowiązków i stres związany z zajmowanym od niedawna dyrektorskim stołkiem, „chcąc nie chcąc” (oczywiście, że chcąc!) informujemy, że właśnie się na ten stołek wdrapaliśmy. Gwiazda popkultury ubolewa nad udrękami popularności – te nieustanne prośby o autografy, wszędzie czyhający paparazzi – swój brak prywatności opłakuje jednak w nader chętnie udzielanych wywiadach. Prawdziwy przekaz brzmi: Zobaczcie, jak jestem popularna!

Narzekanie możemy też wykorzystać, aby sprawić wrażenie osoby o wysokich wymaganiach, której byle co nie zadowoli. Albo eksperta dostrzegającego niedoskonałości, których nie widzą zachwyceni laicy i naiwniacy. Narzekający wchodzi w rolę surowego krytyka, dając do zrozumienia, że zna się na rzeczy. Porównajmy dwie jurorki „Tańca z gwiazdami”: łagodną i wspierającą Beatę Tyszkiewicz oraz srogą „Czarną Mambę” – Iwonę Pavlović. Która z nich „zna się”, która jest ekspertem? Przyzwyczailiśmy się, że eksperci wygłaszają krytyczne opinie. Przywykliśmy od dziecka, że starsi, bardziej doświadczeni (czytaj „ci mądrzejsi”) pouczają, krytykują i niełatwo ich zadowolić. Te doświadczenia wpływają na skojarzenie surowości, krytyki z mądrością. Dlatego też możemy wtórnie przypisywać komuś wiedzę, kompetencje, doświadczenie, mądrość, wnioskując nie tyle z treści, co z samej formy jego wypowiedzi. „Mądrzejsze” wydaje się to, co trudne w odbiorze, zawiłe, wyrażone z większą pewnością, albo wręcz szybciej wypowiedziane. Być może także to, co raczej krytyczne niż pochwalne, raczej pesymistyczne niż optymistyczne, raczej „na nie” niż „na tak”. Eksperyment amerykańskiej psycholog Teresy Amabile pokazał, że surowi, krytyczni recenzenci oceniani byli przez osoby badane (studentów) jako inteligentniejsi, mądrzejsi, posiadający większą wiedzę i doświadczenie niż recenzenci łagodni i przychylni.

Naiwna Pollyanna
Narzekanie kojarzymy z krytycy[-]zmem, ale także z pesymizmem. Niektórzy psychologowie (np. Janusz Czapiński), a także laicy kon[-]tra[-]stują optymizm nie tyle z pesy[-]mizmem, co z realizmem. Przypomnijmy sobie postać Polly[-]anny, bohaterki książek Eleanor Porter. Stara się ona w każdej sytuacji patrzeć na świat przez różowe okulary i w każdym człowieku odnajdywać dobre strony. Taka postawa życiowa wydaje się wspaniałą odtrutką na otaczającą nas szarą rzeczywistość. W tym sęk: rzeczywistość jest szara, smutna, w każdym razie nie tak piękna, jak się to naiwnej Pollyannie wydaje. My – ci mądrzejsi, widzimy że Polly[-]anna choć miła, dobra i urocza, jest jednak dziecinna i naiwna. Skoro wszyscy podzielają negatywną wizję rzeczywistości (a takie można odnieść wrażenie słuchając codziennych rozmów), głupotą jest jej zaprzeczać, a naiwnością nie dostrzegać. Jakże często przedstawienie czarnego scenariusza poprzedzone jest słowami: „Jestem realistą...”, „Trzeba twardo stąpać po ziemi...”. Jawny pesymizm mógłby się spotkać z niedobrym przyjęciem, ale ukryty pod maską realizmu jest w porządku, a nawet brzmi mądrze. Nieufność wobec optymizmu nie jest całkiem bezpodstawna – tak codzienne życie, jak i psychologiczne badania pokazują wiele pułapek czyhających na tzw. nierealistycznych optymistów: od zawiedzionych nadziei poczynając, a kończąc na wystawianiu się na niepotrzebne ryzyko, w przekonaniu, że coś złego spotyka raczej innych niż mnie. Rozwiązanie tkwi we właściwych proporcjach – nie wszystko, co optymistyczne jest od razu nierealistyczne, zaś realizm nie musi koniecznie być postawą „na nie”. Problem w tym, że w świecie uproszczonych szybkich sądów często tak bywa.

Niemiły, bo kompetentny
Nawet jeśli mądrze być „na nie”, to czy warto? Wróćmy do wspomnianych badań Amabile nad odbiorem recenzentów. Wprawdzie krytyczni recenzenci byli spostrzegani jako mądrzejsi i bardziej kompetentni, ale równocześnie jako znacznie mniej sympatyczni, a bardziej okrutni niż ich afirmujący koledzy. Podobnie jest z jurorkami „Tańca z gwiazdami”. Zauważamy asymetrię na dwóch wymiarach społecznej oceny: kompetencji i sympatyczności. Wysoka ocena na jednym z wymiarów okupiona jest kosztami na drugim i odwrotnie. Obrazuje to jeden z podstawowych dylematów autoprezentacyjnych. Jeśli zapytać ludzi, jakie wrażenie chcieliby zrobić na innych, najbardziej pożądany okazuje się wizerunek osoby miłej i kompetentnej. Niestety, jak dowodzą badania, cechy te nie zawsze idą w parze. Dlatego możemy stanąć przed wyborem: albo miły, albo mądry. Debra Godfrey, Charles Lord i Edward Jones z Uniwersytetu w Princeton prosili studentów, by w rozmowie wszelkimi sposo...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy